środa, 30 września 2020

Przemysław Czarnek - wielka nadzieja Białych

 

     Oczywiście pewności mieć nie mogę, ale mam bardzo mocne przeczucie, że zdecydowana większość czytelników tego bloga bardzo ucieszyła wiadomość, że Jarosław Gowin nie będzie już dłużej Ministrem Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a jednocześnie zmartwiła kolejna, że on ministrem będzie dalej, i niewielką pociechą jest to, że zaledwie ministrem czegoś tam. Gdy chodzi o mnie, to, dzieląc oczywiście wyżej wspomnianą radość i rozczarowanie, chciałbym napisać parę słów o nowym Ministrze Nauki, Przemysławie Czarnku. Otóż ja na niego zwróciłem uwagę praktycznie w pierwszym momencie jak on się pokazał w publicznej przestrzeni jako wojewoda lubelski i bardzo chętnie przyznaję, że on wówczas zrobił na mnie nadzwyczaj pozytywne wrażenie, a mówiąc, że nadzwyczaj, wiem co mówię. Od tego czasu, ile razy oglądałem i słuchałem owego Czarnka, byłem niezmiennie bardzo usatysfakcjonowany i powiem szczerze, że on dziś jest prawdopodobnie jednym z nielicznych dziś przeze mnie tolerowanych polityków. I mojej oceny nie zmienił nawet fakt, że Przemysław Czarnek uznał za stosowne występować regularnie w sobotniej audycji telewizji TVPInfo zatytułowanej szyderczo „Studio Polska”, gdzie banda wariatów przez dwie godziny drze bez ładu i składu mordy, i pełnić tam rolę tego przytomnego. Po co mu to było, czemu on nie uznał, że występowanie w tej formule go dramatycznie degraduje, nie dociekam, bo przyznaję, że do dziś ani razu nie zdarzyło mi się usłyszeć go w jednej wypowiedzi, która by mnie rozczarowała.

       A zatem, cieszę się że Czarnek wszedł na miejsce Gowina i da nam przynajmniej nadzieję, że uniwersytety przez pewien jeszcze czas nie przejmą w Polsce władzy, na co pod panowaniem tego krakowskiego planktonu się zdecydowanie zanosiło. A moja nadzieja jest tym silniejsza, że nasz nowy minister nauki i tego jakiegoś tam szkolnictwa, przy okazji ostatecznej już chyba kompromitacji ambasador Mosbacher,  wypowiedział się w telewizorze na temat ataku ideologii LGBT na polską narodową tożsamość i muszę przyznać, że ja bym tego co on powiedział nie potrafił ułożyć zgrabniej. Proszę posłuchać:

Trudno wymagać, żeby takie same prawa miał ekshibicjonista na ulicach, który demoralizuje ludzi, i człowiek, który idzie z małym dzieckiem po ulicy, i który na to patrzy. Ekshibicjonista nie ma prawa do demoralizowania innych. Prawo do demoralizowania nie istnieje i nie jest również prawem człowieka. Ludzie LGBT to ludzie, a ideologia LGBT to ideologia. Ludzie są równi wobec prawa natomiast ich prawa i uprawnienia są uzależnione od zachowań”.

        Bardzo się cieszę, że to akurat Przemysław Czarnek został wysłany na front sprzątania tego gnoju, który na polskiej nauce pozostawiła z jednej strony banda zboczeńców, a z drugiej oportunistów. Czy mu się uda? Wątpię, a nawet skłonny jestem przysiąc, że on przegra, ale cóż może być piękniejszego niż choćby bardzo krótki widok tej zgrai jak po raz pierwszy od wielu lat dostaje cholery?



wtorek, 29 września 2020

Dym

 

Muszę uczciwie przyznać, że tak jak chyba nigdy wcześniej ostatnio obserwowany atak czystego bezbożnictwa tak mnie osłabił, że zwyczajnie poczułem niemoc. Najpierw jakaś studentka medycyny oświadczyła publicznie, że gdy do niej do szpitala zgłosi się jakiś homofob, to ona znajdzie sposób, by on tam sobie odpowiednio pocierpiał. Po niej pojawiła się psycholożka i ta z kolei wyraziła oburzenie, że dziecko sąsiadów podczas wychodzenia na spacer „drze pizdę” i ona życzy sobie, by coś z tym zrobić. Po niej przyszła tak zwana behawiorystka i o pewnej 13-letniej dziewczynce spotkanej w Sieci napisała, że „dla takich gówniar jest specjalne miejsce w piekle – trafiają tam ludzie kleszcze. Roznoszą syf, zatruwają życie i są obrzydliwi”. A na koniec, by wszystko to skutecznie podsumować, pojawił się pewien lekarz i zakomunikował, że coś takiego jak nienarodzone dziecko nie istnieje, podobnie jak nie istnieje nienarodzony pies. Dziecko oraz pies są dopiero wtedy gdy się urodzą.

To zaledwie kilka przykładów tego co na fali tak zwanego „humanizmu”  aktualnie się wyprawia w tak zwanej publicznej przestrzeni, a ja, jak już wspomniałem, czuję że tracę siły. W tej sytaucji, zanim ochłonę, chciałbym wspomnieć swój stary tekst, jeszcze z roku 2009, w którym opowiedziałem pewną filmową historię, dla mnie nadzwyczaj ważną. Warto.

 

 

      Nie wiem, jak na to rozwiązanie zapatrują się współtwórcy tego bloga, ale wyszło na to, że ani tekst pełen miłości o Marii z Egiptu nie był tekstem na Święta, ale też ani, jak się okazuje – wbrew moim najszczerszym zapowiedziom – tekst kolejny, ów pełen wściekłości wybuch o tatuażach. Może gdyby Smiłowicz siedział cicho. Może wtedy. Ale w sytuacji, gdy on sam tę sprawę ostatecznie zamknął, czuję że trzeba coś z tym zrobić. Jutro Wigilia, pojutrze ten wielki, radosny Dzień Narodzenia. Trzeba coś zrobić. Kilku z przyjaciół tego miejsca, skomentowało ostatni wpis pięknymi wierszami. Pojawił się nawet wielki Ezra. Trzeba coś zrobić. Dać znak.

      I oto pojawia się okazja. Pewien uczony mąż z Krakowa nazwiskiem Hartman oburza się, że w języku polskim słowo ‘bezbożnik’ ma pejoratywne konotacje. To dobrze. Niech się oburza. Niech się dławi ze złości. Niech cierpi. Niech mu ta tradycja, ta kultura, świat, który zastał, nie dają spać. Może w końcu zrozumie, że ów świat to jest świat stworzony przez Boga, na Jego chwałę, a na nasze zbawienie. Niech go ta świadomość tak pali, że w końcu zrozumie. Życzę mu, żeby zrozumiał. Oto nadchodzi dzień Bożego Narodzenia. I nie ma takiej siły, która będzie w stanie to zmienić.

      Skoro pojawił się nawet Ezra Pound, to i ja chciałem opowiedzieć coś pięknego na Boże Narodzenie. Jednak nie będzie to ani wiersz, ani nawet moje osobiste wspomnienie. Będzie to bożonarodzeniowa historia z filmu „Dym”, który uwielbiam. Z filmu „Dym”, który – kto wie, czy nawet nie wbrew intencjom twórców – uważam za głęboko religijny. A więc jakże ściśle przylegający do podstawowego wymiaru, w jakim ten świat trwa. Dla mnie „Dym”, to był film o realności boskiego tchnienia i dlatego dziś, mały fragment własnie stamtąd. Harvey Keitel prowadzi sklep z tytoniem. Oprócz tego robi zdjęcia. Przez całe lata, codziennie, robi jedno zdjęcie, jednego miejsca, tylko dlatego, że wierzy, że ten jeden moment ma swój ciężar. Papierosy u niego kupuje autor książek, William Hurt, który pewnego dnia przychodzi i, ponieważ ma zamówienie na tekst, z „New Yorkera” chyba, i musi coś napisać. prosi go, by mu opowiedział jakąś historię bożonarodzeniową. I Keitel mu opowiada swoją historię, historię tego jak zdobył swój pierwszy aparat fotograficzny. Moje tłumaczenie.

Było lato siedemdziesiątego szóstego, kiedy ledwo zaczynałem pracować u Vinniego. Najgorsze lato w historii. Pewnego ranka wszedł do sklepu chłopak i zaczął ściągać rzeczy z półek. Stoi koleś pod ścianą z gazetami i pakuje pod koszulę pornosy. Przy ladzie była kupa ludzi, więc go z początku nawet nie zauważyłem. Kiedy zobaczyłem co się dzieje, to z pyskiem na niego! A on – dyla. Zanim udało mi się wygrzebać zza lady, on już pędzi Siódmą Aleją. Goniłem go prawie do skrzyżowania, ale w końcu machnąłem ręką. Upuścił coś po drodze, a że nie chciało mi się już za nim biec, schylam się, patrzę - portfel. Żadnych pieniędzy, tylko prawo jazdy i kilka zdjęć. Mogłem wezwać gliny, to by go capnęłi. Miałem przecież nazwisko i adres. Ale jakoś zrobiło mi się go żal. To był zwykły, biedny dupek, a jak jeszcze zobaczyłem te zdjęcia, to już w ogóle cała złość ze mnie zeszła…
Roger Goodwin. Tak się nazywał. Na jednym zdjęciu, pamiętam, stoi obok swojej mamy. Na kolejnym, trzyma jakąś szkolną nagrodę i uśmiecha się jakby wygrał konkurs talentów. Normalnie, nie miałem serca. Jeszcze jedno biedne dziecko z Brooklynu, z tym całym swoim nędznym życiem... a poza tym, chrzanić parę gazet z gołymi babami. Tyle tylko że zatrzymałem ten portfel. Parę razy myślałem, żeby mu go odesłać, ale zawsze coś mi przeszkadzało i w końcu kompletnie o nim zapomniałem.
Nadeszły Święta, a ja nie mam pojęcia, co z sobą zrobić. Miałem iść do Vinniego, ale mama mu się pochorowała, i musiał w ostatniej chwili jechać z żoną na Florydę. Siedzę więc u siebie od rana, użalam się nad sobą, i nagle patrzę, a na półce w kuchni leży portfel Rogera Goodwina. I myślę sobie nagle, a co, kurde? Czemu raz w życiu nie mam zrobić czegoś dobrego? Zakładam więc płaszcz i idę oddać ten portfel. To było gdzieś na Boerum Hill, tam w tych blokach. Okropnie było zimno i pamiętam, że kiedy szukałem tego domu, wciąż się gubiłem. Tam wszystko wygląda identycznie i człowiek wciąż włazi w to samo miejsce. No ale wreszcie trafiam pod te drzwi, naciskam dzwonek… Cisza. Myślę sobie, pewnie nikogo nie ma w domu, ale dzwonię jeszcze raz, czekam trochę dłużej i kiedy już mam wracać, słyszę człapanie. A po chwili głos jakiejś staruszki.
– Kto tam?
Mówię, że szukam Rogera Goodwina.
– To ty, Roger? – ona na to. I nagle odkręca z piętnaście zamków i otwiera drzwi. Ma pewnie z 80, a może nawet 90 lat, i od razu widzę, że jest ślepa.
– Wiedziałam, że przyjdziesz, Roger – mówi. – Wiedziałam, że jak przyjdą Święta, nie zapomnisz o babci Ethel.
I wyciąga ręce, jakby chciała mnie objąć. Nawet nie miałem czasu, by się zastanawiać. Wiem że muszę coś zrobić i zanim się zorientowałem, już z nią rozmawiam.
– Tak, babciu – powiedziałem. – Przyszedłem odwiedzić cię na Święta.
Nawet nie pytaj, czemu tak zrobiłem. Nie mam pojęcia. Tak po prostu wyszło. A ona nagle przytula mnie do siebie. No to ja ją też. To było jak gra, w którą oboje zgodziliśmy się wejść, jeszcze przed ustaleniem reguł. Przecież ona świetnie wiedziała, że nie jestem jej wnukiem. Była stara i stuknięta, ale nie na tyle stuknięta, żeby nie odróżnić obcego faceta od wnuka. Ale ponieważ jakoś było jej przyjemnie udawać, a ja z kolei nie miałem nic lepszego do roboty, to pomyślałem, że i ja mogę poudawać…
A więc wchodzimy do jej mieszkania i siedzimy już razem przez cały wieczór. Ona mnie pyta, jak mi leci, a ja kłamię. Mówię, że znalazłem dobrą pracę w sklepie z papierosami. Mówię jej, że się żenię. Mówię jej setki miłych historii, a ona oczywiście udaje, że mi wierzy.
– To cudownie, Roger – mówi, kiwając z uśmiechem głową. – Zawsze wiedziałam, że życie ci się ułoży…
Po jakimś czasie zgłodniałem. W domu nie bardzo było co jeść, więc wyszedłem do sklepu obok i przyniosłem pełno wszystkiego. Pieczonego kurczaka, zupę jarzynową, koszyk sałatki z ziemniaków. Ethel miała w swojej sypialni kilka butelek wina, no to i udało się wspólnie zorganizować zupełnie porządną Wigilię. Pamiętam, że po winie obojgu nam lekko zaszumiało w głowie, więc poszliśmy do salonu, gdzie były fotele, no i wygodniej. Zachciało mi się sikać, więc przeprosiłem babcię Ethel i poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy wszystko stanęło na głowie. To że postanowiłem zrobić z siebie idiotę udając wnuka Ethel było wystarczająco nienormalne, ale to co odstawiłem potem, to już kompletny idiotyzm. I tego akurat już nigdy sobie nie wybaczyłem.
Wchodzę więc do tej łazienki i patrzę, a tu, obok prysznica, pod ścianą, sześć czy siedem aparatów fotograficznych. Jeden na drugim, Kompletnie nowe, trzydzieści pięć milimetrów, jeszcze w pudełkach. Od razu uznałem, że to jest robota Rogera. Że tu trzyma wszystko co uda mu się ukraść. Nigdy wcześniej nie zrobiłem jednego zdjęcia, a już z pewnością, nigdy w życiu nic nikomu nie ukradłem. Ale widzę te aparaty i już wiem, że chcę taki jeden mieć dla siebie. Ot tak. Po prostu. I nawet się nie zastanawiając, biorę jeden z nich pod pachę i wracam do pokoju.
Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, ale przez ten czas, kiedy mnie nie było, babcia Ethel zasnęła. Za dużo pewnie tego Chianti. Poszedłem więc do kuchni, umyłem naczynia, a ona przez cały ten czas spała jak niemowlę. Nie było sensu jej budzić, to sobie poszedłem. Nawet kartki jej nie napisałem , żeby się pożegnać, bo po co, skoro i tak była niewidoma i w ogóle. Więc wyszedłem. Na stole tylko zostawiłem portfel jej wnuka, wziąłem aparat i wyszedłem…

      I to koniec tej historii. A ja tylko zwrócę uwagę na jeden szczegół, którego większość nie zauważyła. Otóż w filmie, na ścianie w mieszkaniu babci Ethel wisi jak najbardziej obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.

      Kiedy Keitel kończy swoją świąteczną opowieść, patrzy przez chwilę w oczy Hurta i tak się w siebie wpatrują. I uśmiechają się. I Hurt w pewnym momencie mówi Keitelowi – To znaczy, że swoje ostatnie Święta spędziła z tobą.

      A po chwili – To był dobry uczynek, Auggie. Postąpiłeś wobec niej dobrze.

      Na co Keitel się śmieje i odpowiada – Najpierw ją okłamałem, a potem okradłem. Jakie w tym dobro?

      Jak można w tym zobaczyć dobro? Jak można zważyć dym? Jak można ujrzeć sens w pogardzie stwierdzenia: ‘bezbożnik’? Jak można dostrzec niezniszczalną potęgę tradycji? Jak można wreszcie zrozumieć, że to jest coś, czego się zwyczajnie nie da pokonać?




 

niedziela, 27 września 2020

O tym jak do angielskiego miasta West Bromwich zawitał Bóg

 

         Jak pewnie część Czytelników tego bloga wie, naszą całą rodzinę łączy jedna wspólna pasja, mianowicie angielska liga piłkarska, ze szczególnym uwzględnieniem drużyny Liverpool FC. Oczywiście, każdy z nas ma różne, często bardzo osobne zainteresowania, przyznać jednak trzeba, że Premier League z Liverpoolem na czele to coś co nas zdecydowanie integruje. Doszło do tego, że wykupując abonament w telewizji nc+, jedynego w Polsce źródła pokazującego angielskie mecze, zmuszeni byliśmy do zapłacenia za najdroższy pakiet, włącznie z całą kupą kanałów, potrzebnych nam mniej więcej tak samo jak to co nadaje telewizja Biełsat.

        O czym to świadczy? O dwóch rzeczach mianowicie. Pierwsza to ta, że my faktycznie jesteśmy kompletnie szaleni płacąc dwie stówy miesięcznie tylko po to, by móc regularnie śledzić to co się dzieje na angielskich boiskach, druga natomiast to owa cena, która musi nas informować o tym, jaki to jest biznes i jaka jest w niego zaangażowana forsa, że my tu nie jesteśmy w stanie uhandlować z nc+ takiej umowy, że oni nam zabiorą wszystko, zostawiając wyłącznie te mecze, tyle że choćby o połowę taniej. Mowy nie ma. Takie rozwiązanie nie istnieje.

       A zatem ciągniemy tak tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, z przerwą na wakacje, i jedyne co się ostatnio zmieniło to oczywiście atak pandemii, który najpierw wstrzymał wszelkie rozgrywki, a po pewnym czasie, gdy się okazało, że straty są zbyt wielkie, wznowił je, tyle że już bez udziału publiczności. Oglądamy więc te mecze, prowadzone na pustych stadionach i publicznością wyłącznie napędzającą biznesy takie jak Canal+, który jest europejskim właścicielem praw do tych akurat transmisji, a ja pomyślałem sobie, że podzielę się z Czytelnikami pewną moim zdaniem bardzo ciekawą obserwacją.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, że pierwsze mecze rozgrywane bez udziału publiczności wyglądały tak, że otoczeni pustymi trybunami piłkarze jak zawsze wypruwali z siebie żyły, a jedyne odgłosy jakie towarzyszyły owemu wysiłkowi to wrzaski samych piłkarzy oraz obecnych na stadionie ekip. Przyznać muszę, że robiło to wrażenie dość upiorne. Kiedy jednak okazało się, że pandemia jeszcze przez jakiś czas potrwa, organizatorzy owych rozgrywek, z myślą o tych wszystkich którzy płacą za telewizyjne transmisje, uznali że wypada stworzyć im iluzję, że na tych trybunach jednak ktoś jest i wpuścić w eter odgłosy tradycyjnej stadionowej wrzawy. Trwało to przez pewien czas, a kiedy znów okazało się, że gdy chodzi o koniec pandemii, to jeszcze nie nadszedł ten czas, inżynierowie dźwięku stworzyli program, który doprowadził do tego, że od czasu do czasu wśród owej wrzawy można było usłyszeć tradycyjną kibolską pieśń, a po strzeleniu bramki w naszych telewizyjnych głośnikach rozlegał się odpowiedni wrzask. Minęły kolejne tygodnie i jak widzę, dziś jest tak, że odgłos z trybun jest już jak żywy, do tego stopnia, że kiedy zawodnik zostaje sfaulowany rozlegają się gwizdy, a kiedy sędzia wydaje błędną decyzję z głośników leci w naszym kierunku piękne buczenie. Oczywiście, wciąż nie jest jeszcze idealnie, ale kiedy obserwuję dotychczasowy postęp, jestem pewien, że już niedługo nie dość że dostaniemy doskonałą wręcz iluzję dopingujących trybun, ale też autentycznie realistyczny ich widok. W końcu, jaki to jest problem, by w dobie i tak rozwiniętej już bardzo, ale wciąż się coraz bardziej rozwijającej techniki komputerowej, stworzyć nie tylko dźwięk, ale i obraz publiczności? Wówczas już nie będzie naprawdę najmniejszej potrzeby, by kończyć z pandemią i zacząć wpuszczać na trybuny publiczność.

      Ktoś powie, że to nie jest tak do końca. W końcu ludzie płacą za bilety, a niektórzy nawet mają wykupione sezonowe karnety. Spokojna jednak nasza głowa. Jak się dowiaduję, wartość samych zakładów piłkarskich przekracza wielokrotnie wartość całej ligi, a zatem jak się w stosunku do tego mają owe drobne, wydawane przez kibiców na wejście na stadion?

       A zatem perspektywa gdzie kibice staną się zupełnie zbędni jest jak najbardziej realna, nawet po wynalezieniu szczepionki przeciwko COVID-owi. I też zupełnie realna jest nasza obawa, że z czasem nawet najbardziej zagorzali kibice uznają, że znacznie lepiej kibicuje się z domu. Co do piłkarzy, ci nie będą mieli nic do gadania, wystarczy że dalej będą dostawać te swoje setki tysięcy funtów tygodniowo.

        Ktoś powie, że te dzisiejsze refleksje są okropnie smutne, a i to w najlepszym wypadku, bo tak naprawdę, zapowiadając coś co zawstydzi nawet ów słynny Nowy Wspaniały Świat, trzeba by je było nazwać przerażającymi. W tej sytuacji jednak chciałbym opowiedzieć o czymś co mnie w tym wszystkim naprawdę pocieszyło. Otóż trzeba nam wiedzieć, że w bieżącym sezonie do Premier League awansowała drużyna o nazwie West Bromwich Albion. Oglądałem wczoraj ich występ przeciwko utytułowanej Chelsea, swoją drogą, choć pechowo przegrany, to bardzo dzielny, słuchałem wrzasku nieistniejącego tłumu, jego buczenia, jego oklasków, ale też patrzyłem na trybuny, wciąż jeszcze bez choćby i wirtualnej publiczności, za to z krzesełkami przykrytymi wielkimi płachtami z napisami, świadczącymi o tym, że znajdujemy się na stadionie w West Bromwich, a wśród nich naczelne miejsce zajmował wielki napis „THE LORD IS MY SHEPHERD”, co z myślą o nie posiadających języków obcych wyjaśniam, tłumaczy się na polski jako „Pan jest moim Pasterzem”.

      Przyznam że to mną naturalnie wstrząsnęło. Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejszy świat poszedł w tym kierunku, że o żadnym Panu, a w dodatku jeszcze Pasterzu, mowy być nie może, a dodatkowo sami piłkarze, solidarnie przed każdym meczem padając na kolana, bardziej niż na owym Pasterzu, skoncentrowani są na oddawaniu honorów czarnym ofiarom rzekomej brutalności amerykańskiej policji, ów wers o Panu i Jego owcach robi wrażenie piorunujące. Sprawdziłem oczywiście sprawę i oto co się okazuje. Tak jak każda piłkarska drużyna na całym świecie ma swoją kibolską pieśń, którą traktuje jako część tradycji, tak też, jak się okazuje, kibice West Bromwich Albion jeszcze przed laty postanowili śpiewać ów psalm.

        Czy to o czymś świadczy? Nie sądzę. W końcu nawet brytyjska królowa, jako głowa Kościoła, od czasu do czasu czyta Pismo Święte. Co ona z niego wynosi, to zupełnie inna sprawa, jednak faktem jest, że owe brytyjskie zbrodnie były jak najbardziej usprawiedliwiane tym co im się udało znaleźć w Piśmie. Jednak przy tym wszystkim, jeśli kibice drużyny West Bromwich Albion, wspierając swoją ukochaną drużynę, tradycyjnie śpiewają pieśń, której słów nawet nie rozumieją, natomiast my tu w Polsce jak najbardziej, to trzeba powiedzieć, że są rzeczy, których nie zniszczy całe zło tego świata. Pan jest bowiem moim Pasterzem, niczego mi nie braknie, On pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.

      I z tą informacją pozwalam sobie nas wszystkich zostawić. Posłuchajmy jeszcze tylko kiboli. Ze starych, dobrych, przedcovidowych czasów. 



sobota, 26 września 2020

Czy Zbigniew Ziobro wybierze Konfederację, czy PSL?

 

Ponieważ nie dzieje się póki coś nic szczególnie ważnego, proponuje dziś swój najnowszy felieton napisany specjalnie do „Warszawskiej Gazety”. Jako że rekonstrukcja rządu wciąż przed nami, powinien być jak znalazł.

 

 

      Chciałbym dziś napisać coś na temat politycznego kryzysu, w jakim znalazła się Polska, ale przede wszystkim wcale nie jestem przekonany, że ów kryzys jest na tyle poważny, by zasługiwać na naszą uwagę, a poza tym ja sam nie mam bladego pojęcia, co się wydarzy nawet nie do czasu gdy ten felieton ukaże się w druku, ale choćby i jutro. Wysyłam go więc dziś i tylko się modlę, by to co za chwilę napiszę nie okazało się już za parę godzin stekiem bzdur.

      A zatem mamy kryzys, który – przypomnijmy może – polega na tym, że Jarosław Gowin oraz Zbigniew Ziobro zagrozili Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jeśli on nie zacznie ich traktować tak ja oni sobie życzą, to oni się obrażą i w ten sposób PiS już nigdy nie wygra żadnych wyborów. Jak już wspomniałem, choć mam nadzieję, że Prezes tu nie ustąpi i obu wspomnianych cwaniaków pogoni na cztery wiatry, pojęcia nie mam co się wydarzy, ale nawet jeśli się okaże że jakimś cudem dojdzie do porozumienia i już nikt nigdy do nikogo nie będzie miał pretensji, a jeśli nawet, to one w jednej chwili zostaną zaspokojone, to ja i tak jestem przekonany, że wiem co się dzieje. A żeby to powiedzieć, pozwolę sobie wrócić do roku 2017, kiedy na miejsce premier Beaty Szydło został powołany Mateusz Morawiecki, no a przede wszystkim Antoni Macierewicz został pozbawiony wszelkich funkcji poza tą jedną, czyli – a stwierdzam to z bólem –  kompletnie żałosnym przewodniczeniem owemu zespołowi do spraw. Pamiętamy chyba wszyscy, jak na ową dymisję zareagowała prawicowa opinia publiczna. Pamiętamy jak jej pierwszy reprezentant, Tomasz Sakiewicz, w odpowiedzi na to co się stało, zadeklarował, że już nigdy nie zagłosuje na Andrzeja Dudę. Pamiętamy bardzo dobrze atmosferę, jaka zapanowała w związku z owym odwołaniem w tak zwanych mediach społecznościowych, gdzie opinia, jakoby Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie pogrzebało swoje wszelkie szanse na kolejne zwycięstwa, należała do tych bardziej stonowanych. Ale ja też pamiętam, że sam Antoni Macierewicz w tym całym zgiełku nawet nie pisnął. Nie pamiętam jednej jego wypowiedzi, w której on by wyraził swoje rozczarowanie tym, że Jarosław Kaczyński w jego walce z Prezydentem, poparł Prezydenta, że w tak okrutny sposób jego pozycja i zasługi zostały zlekceważone. I tak jest zresztą do dziś.

       Co mamy dziś? Otóż z jednej strony Zbigniewa Ziobro – o Gowinie nawet gołębie na moim balkonie nie wspominają – który wciąż najwyraźniej prosi o uwagę, a z drugiej tych wszystkich, którzy drżą ze strachu że bez niego PiS już nigdy nic nie wygra. A ja się nie boję. Jeśli cokolwiek mnie martwi, to obawa że Ziobro, którego na swój sposób lubię, nie podzieli losu Antoniego Macierewicza i już za kilka miesięcy pies z kulawą nogą o nim nie będzie pamiętał.





 

piątek, 25 września 2020

Kiedy Rafał Ziemkiewicz spali kukłę Ursuli von der Leyen?

 

      Gdyby ktoś nie wiedział, a uważam że takich wśród nas jest bardzo wielu, żyje wśród nas człowiek o nazwisku Robert Bąkiewicz i proszę sobie wyobrazić, że piastuje on urząd prezesa tak zwanej Roty Marszu Niepodległości, oraz redaktora naczelnego portalu Media Narodowe, a mówiąc krótko, to on właśnie stoi za organizacją dorocznego, wielotysięcznego Marszu Niepodległości, który każdej jesieni przechodzi przez Warszawę. Do owego Marszu Niepodległości nie mam najmniejszych zastrzeżeń, a to z dwóch względów. Przede wszystkim, gdybym mieszkał w Warszawie, lub gdyby ów marsz odbywał się w Katowicach, to ja z największą radością brałbym w nim udział. Poza tym, abstrahując już od swoich osobistych emocji, znam wiele osób, które w owym wydarzeniu biorą udział, wiem że to jest dla nich ważne święto i w ten sposób nie widzę najmniejszego powodu, by się tu w jakikolwiek sposób wcinać. Z drugiej jednak strony, kiedy sobie uświadamiam to właśnie, kto stoi za pomysłem oraz organizacją owego marszu w formie jaką znamy, to ogarniają mnie bardzo poważne wątpliwości i myślę sobie, że  może jednak, nawet gdybym miał okazję, to bym został w domu.

         Zanim przejdę do sedna – a ono dopiero się pojawi – pokażę może kto to taki ów Bąkiewicz. Pierwszy raz o nim usłyszałem podczas którychś z warszawskich targów książki od któregoś ze znajomych patriotyczno-niepodległościowych działaczy i powiem szczerze że był to przekaz w najlepszym dla Bączkiewicza wypadku szyderczy. Później jeszcze parokrotnie to nazwisko wracało – podkreślam że w rozmowach z osobami, które w owym marszu regularnie biorą udział – a Bąkiewicz tam zawsze był traktowany co najmniej z pobłażaniem. W końcu postanowiłem sprawdzić osobiście, co to za człek i oto na co trafiłem:



       Kiedy już sobie to wyjaśniliśmy, chciałbym przejść do wspomnianego sedna. Otóż, jak pewnie wiemy, Rafał Ziemkiewicz, który tu ostatnio przeżywał swój comeback, po pięciu latach dzielnego, wbrew wielu zapewne jednocześnie realizowanym interesom, służenia polactwu zorganizowanemu pod skrzydłami władzy Prawa i Sprawiedliwości, postanowił się ostatecznie określić, z hukiem ogłosił swoją pryncypialność i ruszył w drogę, na której już nikt nie będzie mu mówił co ma robić i co gadać. Jak już wspomniałem, o geście Ziemkiewicza większość z nas z pewnością słyszała, a ja sobie myślę, że zapewne, podobnie jak ja, część z nas zastanawiała się, dokąd się w tej nowej sytuacji Ziemkiewicz się uda. Ja osobiście obstawiałem, że to będzie Onet, który jak wiemy zbiera wszelkie ochłapy, z tego jednak co zdążyłem zauważyć, on tam jako znany homofob, faszysta i antysemita, trafił na czarną listę, a skoro tak, to zapewne wszystkie inne, dotychczas wydawałby się zaprzyjaźnione drzwi zostały przed nim zamknięte, no I w tej sytuacji jedyne co pozostało temu geniuszowi to zwrócenie się w stronę Bąkiewicza i reprezentowanego przez niego towarzystwa.    

      Pierwszy ruch był skromny i polegał na ostrożnym pojawieniu się w internetowej audycji niejakiego Roli, jednak w kolejnym Ziemkiewicz nabrał JUŻ większej odwagi i postanowił uderzyć prosto do Bąkiewicza. Ponieważ jednak uznał go za reprezentującego zbyt wysoki urząd, Ziemkiewicz dał o sobie znać na Twitterze, przekazując dalej komentarz Bączkiewicza na temat Trzaskowskiego. Trzaskowski coś powiedział, Bączkiewicz to złośliwie skomentował, wszystko w sumie bez najmniejszego znaczenia, natomiast, owszem, Ziemkiewicz przede wszystkim wlazł na profil Bączkiewicza, trafił na jego bon moty i podał je dalej, jak rozumiem z sugestią, że to jest coś co zasługuje na powszechną uwagę.

       Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział jak ten system działa, Twitter to z jednej strony polityczni celebryci, a z drugiej masa taka jak my. Gdy chodzi o Ziemkiewicza, on od lat należy do owych celebrytów, co sprawia, że jego profil obserwuje ponad 200 tys. osób, podczas gdy on się interesuje zaledwie 261 kontami. Oznacza to zatem, że owe 261 to albo znajomi Ziemkiewicza, albo ludzie na których mu zależy. Ale to też oznacza, że  Ziemkiewicz nie jest szczególnie wyrywny, by zwracać uwagę na pierwsze lepsze tweety. Na Bączkiewicza jednak uwagę zwrócił i co jeszcze ciekawsze uznał za stosowne pokazać mu że jest gotowy. Niech nam się bowiem nie zdaję, że on tę parę złośliwości ze strony Bączkiewicza pod adresem Trzaskowskiego uznał za warte swojej uwagi. Mowy nie ma. Tu chodziło o samego Bączkiewicza i ewentualną ofertę.

      Oferta, owszem, nadeszła w postaci następującego tweeta: „Panie Ziemkiewicz, zapraszamy więc do Mediów Narodowych”.

      A więc to już wiemy. Po pięciu latach dzielnego zadawania szyku w sztandarowej audycji TVP Info „W tyle wizji”, gdzie nie wytrzymali tacy cwaniacy jak redaktor Warzecha czy artysta estradowy Skiba, przyszła kolej na Ziemkiewicza. Smutne jest to, że podczas gdy w przypadku tych dwóch poszło czy to o poglądy czy towarzyskie zobowiązania, to gdy chodzi o Ziemkiewicza o wszystkim zadecydował jakiś nędzny sponsoring ze strony hodowców norek, nutrii, czy szynszyli.

       Czy było warto? Gdy chodzi o mnie, jak najbardziej. Bez Ziemkiewicza w TVP ja się będę czuł równie dobrze jak bez czapki z lisią kitą, a kto wie, czy nie lepiej. Gdy chodzi natomiast o niego, będzie miał to na co zasłużył. Stanowisko felietonisty w portalu medianarodowe.pl.

 

 

 

środa, 23 września 2020

Biedni Niemcy patrzą na biuro prezesa Kaczyńskiego

 

       Powiem szczerze, że wśród wielu zjawisk, które to tu to tam każdego dnia nas absorbują, jest kilka takich które, mimo że uważam się za człowieka doświadczonego i dość dobrze radzącego sobie choćby i w najbardziej zagmatwanych okolicznościach, pozostają dla mnie zagadką niewyjaśnioną. Wśród nich niemal na pierwszym miejscu jest ta, dlaczego mianowicie od dziś już niemal lat trzydziestu pewna bardzo wpływowa grupa skutecznie kształtująca polską opinię publiczną, z wręcz szaleńczym uporem wierzy, i jednocześnie równie uparcie ową wiarę głosi, że Polacy są niezmiennie podzieleni na dwa plemiona, z których jedno, to ludzie wykształceni, zamożni, inteligentni, kulturalni, często młodzi, wyznający wartości liberalne, a drudzy to głównie niewykształceni, biedni, zamieszkujący głównie tereny wiejskie starcy, których intelektualny horyzont jest ograniczony kazaniami miejscowego proboszcza-pedofila. Bardzo też często, zdaniem owych głosicieli postępowego nazizmu, wspomnianym różnicom cywilizacyjnym towarzyszą różnice obserwowane bardziej bezpośrednio. Otóż mianowicie ich zdaniem, przedstawicieli obu plemion można łatwo odróżnić na pierwszy rzut oka, gdyż ci pierwsi są zwyczajnie ładni, podczas gdy strona przeciwna na poziomie czysto estetycznym zawodzi na całej linii. Mało tego. W przekonaniu tych ludzi, owa zamieszkująca wiejskie tereny hołota to, podobnie jak ich ksiądz, najczęściej domowi sadyści, pedofile i pijacy.

       I powiem szczerze, że na początku tak zwanej transformacji, ja ową metodę – bo to zawsze była przede wszystkim metoda – w pewnym sensie rozumiałem i podziwiałem. W momencie gdy Polska niemal z dania na dzień odkryła w sobie ambicję stania się jednym z koncesjonowanych europejskich krajów, częścią owej mitycznej zachodniej cywilizacji, bardzo łatwo było zaszantażować naród groźbą że albo przyłączy się do owej Europy i wszystkiego co ją dziś tworzy, albo zasłuży na miano postpeerelowskich odpadów, które swój nędzny los same sobie zgotowały. To wtedy powstało pojęcie homo sovieticus, o ile dobrze pamiętam, ukute przez dobrego księdza Tischnera, a którym elity przez dłuższy czas posługiwały się jak batem na niesubordynowane zwierzęta. Wtedy też ktoś ukuł epitet oszołom. To wtedy wreszcie znaczna część społeczeństwa została wyrzucona poza cywilizacyjny nawias, jako tak zwany ciemnogród, ale też, kto wie, czy nawet nie większa jego część, z najwyższą gorliwością zapisała się do raczkującego jeszcze wówczas Klubu Prawdziwych Europejczyków.

        Rozumiem więc tamto zachowanie, bo to dzięki niemu owi wspomniani przez mnie nowocześni naziści na wiele długich lat zdobyli władzę, którą tu i ówdzie utrzymują jeszcze nawet  do dziś. Natomiast absolutnie nie jestem w stanie pojąć, jaką niepojętą eksplozją otępienia wielu z nich dziś uważa, że trzymanie się starej metody musi im przynieść sukces. Od tamtego czasu minęło już prawie 30 lat, dzisiejsi Polacy – nawet jeśli w to zaangażować najgorszą miejską i wiejską patologię – to zupełni inni ludzie. Jeśli porównać pod względem ściśle estetycznym, ale przecież nie tylko, zarówno nas sprzed tych 30 lat do tego co mamy dziś, ale również wzajemnie społeczeństwa polskie francuskie, holenderskie, niemieckie, czy brytyjskie, naprawdę nie będzie nam łatwo poznać kto jest kim, a jeśli już, to raczej z korzyścią dla nas, choćby z tego względu, że nie mamy tylu afrykańskich imigrantów. Jak zatem można uwierzyć, że cała ta gadka o obsrywających nadmorskie plaże wieśniakach, może trafić gdziekolwiek poza uniwersytetami na przyjazny grunt? Jak ktokolwiek jeszcze może uwierzyć w ów idiotyzm, że w lipcowych wyborach na Andrzeja Dudę głosował głównie pedofil w dresie ze swoim zapijaczonym ojcem, a na Rafała Trzaskowskiego młody biznesmen z doskonałą znajomością języka angielskiego? A mimo to oni wciąż próbują, próbują i próbują.

        Ktoś powie, że można się było przyzwyczaić i ja to oczywiście przyjmuję, jednak wczoraj sam Onet opublikował tekst, który nawet mnie zwalił z nóg. Oto niejaki Piotr Kozanecki, co warte zauważenia, nie jakiś pierwszy z brzegu idiota, ale sam  szef działu Wiadomości Onetu, opublikował tekst zatytułowany „Obskurna siedziba przy Nowogrodzkiej wiele mówi o partii Jarosława Kaczyńskiego”. Co on nam tam opowiada? Otóż chodzi o to, że główna siedziba partii na ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie mieści się w wyjątkowo brzydkim budynku, który przypomina najbardziej paskudne czasy PRL-u, i zdaniem Kozaneckiego za owym wyborem stoi przekonanie samego Kaczyńskiego, że dla jego wyborców wszystko co mogłoby stać wyżej, byłoby zbyt egzotyczne, a zarazem nieakceptowalne. Posłuchajmy tych mądrości:

Co nam mówi Nowogrodzka? Po pierwsze, jasno daje do zrozumienia, że elegancja i blichtr są dla Jarosława Kaczyńskiego całkowicie zbędne. Budynek jest zaniedbany i obskurny. Wejście stoi jak najdalej od słowa ‘reprezentacyjny’. Pieniądze zawsze były dla prezesa PiS sprawą drugorzędną, wydawanie ich na wystawne biuro niespecjalnie do niego pasuje. Siedziba jest skromna, tak jak skromnym człowiekiem jest prezes i tak, jak skromny jest w wyobrażeniu polityków PiS elektorat tej partii.

Po drugie, zaniedbanie budynku i otoczenia wokół niego pokazuje jednak niespecjalnie wysokie aspiracje PiS, jeśli chodzi o kulturę, której przecież architektura jest elementem. A to łączy się z ogólnie zaniżonymi oczekiwaniami wobec społeczeństwa, jakie prezentuje rządząca partia. Sprowadzona w dziedzinie kultury do absurdu antyelitarność PiS pokazuje się tu w całej okazałości. Można jako prezes TVP zrobić cnotę ze słuchania discopolowej muzyki, można jako minister kultury pochwalić się nieznajomością żadnego dzieła polskiej noblistki, można też siedzibę najważniejszego człowieka w kraju umieścić w przeciętnym miejscu i na dodatek w ogóle się o nie nie troszczyć.

[...]

Po czwarte, architektoniczna rzeczywistość siedziby PiS to jest architektoniczna rzeczywistość milionów Polaków. Skrajnie nieprzyjazna i zaniedbana przestrzeń przed budynkiem, przypadkowość, przystosowanie głównie na potrzeby kierowców, zepchnięcie pieszych na parking i wąziutkie schody. Eleganckie, szklane biurowce albo odrestaurowane XIX-wieczne kamienice to doświadczenie względnie uprzywilejowanej mniejszości. Fizycznie siedziba PiS jest w Warszawie, ale mentalnie i stylistycznie to jest powiatowe, najwyżej 50-tysięczne miasto.

Co jest z przekazem politycznym PiS całkowicie spójne. Partia skutecznie od lat prezentuje się jako antyelitarna i bliska ‘zwykłego człowieka’. Nawet jeśli bynajmniej nie wszyscy związani z nią ludzie do tego wizerunku pasują. Elektorat PiS, choć ewoluuje, wciąż swoją główną bazę ma w miejscowościach mniejszych, wśród ludzi nieco gorzej sytuowanych. A tacy w Polsce architekturą i przestrzenią się nie przejmują i bardzo rzadko zwracają na nią uwagę. Dbające o estetykę i funkcjonalność przestrzeni ruchy miejskie to środowiska nieliczne i zdominowane przez młodą lewicę. Prawicowo-konserwatywny dyskurs o miastach i przestrzeni praktycznie w Polsce nie występuje”.

        Wspominałem już to tutaj parokrotnie, ale dziś jest bardzo dobry moment, by to przypomnieć. Otóż jeszcze w latach siedemdziesiątych siedziałem z moim świętej pamięci Ojcem przed telewizorem, oglądaliśmy „Dziennik Telewizyjny” i w pewnym momencie mój Tato – człowiek, któremu, zdaniem tego nazisty z Onetu, siedziba Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej bardzo by się spodobała –  zapytał: „Powiedz mi Krzysiek, czy on wie że on kłamie?” Pamiętam tamto pytanie w dokładnym cytacie do dziś, i powiem szczerze, że to stanowi również jedną z tych do dziś nie rozwiązanych zagadek, przed jakimi stoję. Czy oni wiedzą że kłamią? Chciałbym jednak dziś akurat wyrazić bardzo mocne przekonanie, że gdy chodzi o szefa działu Wiadomości Onetu Piotra Kozaneckiego, on nie ma bladego pojęcia, że kłamie. W całym owym projekcie prowadzącym do przekonania jak największej grupy osób, że gdzieś w Polsce istnieje rezerwat dzikich, który można odwiedzać tylko w ramach zorganizowanych wycieczek, choć sam robi wrażenie szaleńczego, jakaś metoda oczywiście jest. Gdy jednak chodzi o Kozaneckiego, to jest ktoś kto w swoim zidioceniu jest absolutnie czysty, uczciwy i szczery, a tu się pojawia wyłącznie jako taki mały kapo. Skąd ja to wiem? Sprawa jest nadzwyczaj prosta. Otóż koncepcja, jakoby Jarosław Kaczyński na siedzibę dla swojej partii wybrał specjalnie budynek na Nowogrodzkiej, żeby się nim zachwycała owa banda oszołomów zamieszkująca miejskie kanały oraz wiejskie chałupy, jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Ja sam popieram program realizowany przez Jarosława Kaczyńskiego od roku 1990 i powiem szczerze dopiero przy okazji artykułu w Onecie dowiedziałem się jak wygląda budynek, w którym on ma swoje biuro. Jakim trzeba być kretynem, żeby sobie wykoncypować, że ta cała zniszczona alkoholem, pogrążona w kompletnej demoralizacji wiejska hołota, która, tak jak im każe proboszcz, głosuje na PiS, ci dresiarze ze zrujnowanych miejskich kamienic, z wypindrzonymi ciziami i bandą dzieci, dzięki którym mają pieniądze na piwo i fajki i darmowe sranie na plaży we Władysławowie, zanim zagłosują w kolejnych wyborach, sprawdzą jak wygląda warszawska siedziba prezesa Kaczyńskiego i czy jest odpowiednio brzydka?  Jeśli Kozanecki coś takiego nam zdecydował się przedstawić, to ja nie wierzę, by on realizował plan zlecony mu przez swoich niemieckich właścicieli. On z całą pewnością sam to wymyślił. Inaczej być nie może. A jeżeli ktoś potrzebuje dodatkowego argumentu, bardzo proszę.

 



 

 

wtorek, 22 września 2020

Być jak Antoni Macierewicz, czyli o trudnej sztuce podkulania ogona

 

      Kiedy w roku 2007 upadał pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości, oczywiście – podobnie jak, przynajmniej tuż po ogłoszeniu terminu przyspieszonych wyborów, wielu innych komentatorów – byłem pewien, że nie dość że uda się szybko wrócić do władzy, to jeszcze ze znacznie bezpieczniejszą przewagą niz poprzednio. Niestety, jak się zorientowałem już po niewczasie, każda władza, choćby nie wiadomo jak mocna programem i społecznym dla niego poparciem, jeśli tylko nie trzyma mocno w garści przede wszystkim służb, ale również i mediów, wobec owej siły pozostaje całkowicie bezradna. No i faktycznie, wystarczyło parę tygodni medialnego ataku oraz parę groszy od zagranicznych sponsorów, by najpierw „schować babci dowód”, a następnie zaciągnąć do wyborczych lokali cztery miliony wesołej dzieciarni, by nastąpiło osiem lat rządów, których największym sukcesem po latach okazała się smoleńska katastrofa i śmierć prezydenta Kaczyńskiego.

       Czy po tych wszystkich latach uważam – podobnie jak wciąż zresztą wielu bardzo dobrze życzących Polsce osób, którzy pamiętają tamten czas – że trzeba było machnąć ręka na Leppera i jego interesy, Giertychowi dać wszystko co go podnieca, i dalej powoli starać się budować lepszą Polskę? Otóż nie. Przede wszystkim, z mojego punktu widzenia, owe dwa lata użerania się z całym światem, a w tym przede wszystkim tymi dwoma przenikniętymi najgorszym cynizmem cwaniakami, to był czas absolutnie nie do wytrzymania. Kiedy wreszcie przyszedł moment, że premier Kaczyński podał rząd do dymisji, a Prezydent ją przyjął i ogłosił przyśpieszone wybory, ja wreszcie poczułem prawdziwą wolność, w tym sensie, że już nie musiałem zaczynać kolejnego dnia od zastanawiania się co te dwa skurwysyny znowu zrobią, no a kiedy okazało się, że władzę przejęła mafia, to tym bardziej, widząc z kim przez cały ten czas mieliśmy do czynienia, wiedziałem, że ów koniec i tak by nadszedł, tyle że być może w taki sposób, że poza ową mafią nie było już nikogo. No i dziś, kiedy słyszę kogoś, kto mi z uporem maniaka tłumaczy, że trzeba było jednak trzymać sztamę z Giertychem i Lepperem do lepszych czasów, bo wtedy przynajmniej by żył Lech Kaczyński, mogę się tylko smutno uśmiechnąć i wzruszyć ramionami.

        Po tych wszystkich latach, kiedy wchodzimy w kolejny, niewiele inny przecież od tamtego kryzys, muszę powiedzieć, że jest kilka rzeczy, które się jednak różnią. Przede wszystkim, o ile tamten atak przyszedł jednak z zewnątrz, to dziś wróg jest jak najbardziej „nasz”, ale też o ile wówczas, ze względu na zaangażowanie służb, byliśmy wobec niego kompletnie bezradni, dziś jesteśmy znacznie mocniejsi. Mało tego, również społeczne poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości jest  znacznie większe i, co może ważniejsze – stabilniejsze.

      Natomiast, owszem, cała reszta jest bardzo do siebie podobna. Podobne jest też bardzo zagrożenie. Otóż nie chodzi o to, że rządowi dziś grozi jakaś siła, która jest w stanie go pozbawić władzy, natomiast tak samo dziś jak i wtedy, owa siła ma możliwość, jak i też bardzo mocno eksponowaną chęć, by, jak to mówią, wkładać kij w szprychy, a jednocześnie apelować o kolejne ustępstwa na jej rzecz. Dla dobra Polski oczywiście. Jest jednak coś jeszcze, co mi przypomina tamten czas. A jest to moja naiwność. Otóż przyznać muszę, że przez długie miesiące, ile razy słyszałem dziennikarskie plotki o tym, że oto między ministrem Macierewiczem a prezydentem Dudą trwa bardzo brutalna walka o wpływy i że podobnie brutalna wojna toczy się między Zbigniewem Ziobrą a premierem Morawieckim, no i w ogóle że ktoś tam w PiS-ie kogoś nienawidzi, a kto inny z kimś innym nie mówią sobie nawet dzień dobry, uznawałem to wyłącznie za ten rodzaj informacji, który od lat nie miał żadnego innej podstawy, jak znane do porzygania hasło „jak nam ujawnił ważny poseł PiS-u”. Tymczasem wygląda na to, że bardzo słuszne były moje podejrzenia, że tam jedynym od początku do końca uczciwym i bezinteresownym człowiekiem jest Jarosław Kaczyński, a cała reszta składa się wyłącznie z tych, którzy albo właśnie dostrzegli swój moment, albo jeszcze cierpliwie na niego czekają.

        Jeśli ktoś w tym momencie liczy na to, że ja napiszę coś o Zbigniewie Ziobro i obsesjach, z którymi on najwyraźniej nie jest sobie w stanie od lat radzić, to się myli. Ja tu bowiem mam ochotę wykonać pewien manewr, który o Ziobrę nawet nie zahaczy, a i tak nam naświetli odpowiednio obecną sytuację. Otóż wszyscy pamiętamy jesień roku 2017, kiedy ustawy sądowe leżały gdzieś nierozstrzygnięte, Tomasz Sakiewicz deklarował uroczyście, że nigdy w życiu nie zagłosuje na prezydenta Dudę, a my wszyscy w napięciu czekaliśmy na od miesięcy zapowiadaną rekonstrukcję rządu i nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość, że premier Szydło już nie będzie premierem, minister Macierewicz ministrem i w ogóle nic już nie będzie tym czym wydawało się być. Cała Polska zachodziła w głowę, co to się do przysłowiowej kurwy nędzy wyprawia, zwolennicy premier Szydło oraz ministra Macierewicza szykowali demonstracje w obronie starego dobrego porządku, a tymczasem zupełnie bez rozgłosu prezydent Duda z najwyższą radością podpisał wszystkie skierowane do niego ustawy, nominowani przez niego generałowie otrzymali swoje czapki, a generałowie nominowani przez rząd oczywiście w jednej chwili zostali przez Prezydenta przyjęli z honorami i polska reforma ruszyła z kopyta. I niech nikt z nas nie myśli, że tu chodziło o to by premierem był Morawiecki a nie Szydło.

      Ale, co bardzo ciekawe i na co chyba nikt, jak rozumiem, z wrodzonej delikatności, nie zwrócił uwagi, Antoni Macierewicz nie dość że nie wezwał do rewolucji, to grzecznie położył uszy po sobie i do dziś nawet okiem nie łypnie, by dać Prezesowi do zrozumienia, że on przecież ma swoje zasługi i jeśli one nie zostaną docenione, to rząd będzie musiał upaść. Proszę uprzejmie zwrócić uwagę na zachowanie Antoniego Macierewicza, dla wielu polskich patriotów faktycznego polskiego przywódcę i architekta naszej cywilizacyjnej niepodległości. Mamy człowieka o ambicjach znanych każdemu z nas od lat, który dziś siedzi cichutko jak mysz pod miotłą, a jednocześnie bardzo lojalnie i cierpliwie pracuje na kolejne sukcesu tego rządu. Ja sam oczywiście nie ufam mu ani na milimetr i wiem doskonale, że jeśli on tylko dojrzy gdzieś na horyzoncie szansę, by cały ten projekt rozpieprzyć w kurz i podstawić na tym swój własny, o wiele pod każdym względem lepszy, to się absolutnie nie będzie z tym ociągał. Ale też wiem, że jeśli on w jakikolwiek sposób ujawni się ze swoimi ambicjami, dostanie od Jarosława Kaczyńskiego tak w łeb, że tym razem sie już nie podniesie do końca świata, który to zresztą świat o nim i tak po paru miesiącach zapomni.

         We swoim wczorajszym tekście na tym blogu, zatytułowanym bardzo śmiesznie „Pojednajcie się”, Integrator sugeruje, że Jarosław Kaczyński powinien jednak przestać świrować i skupić się na tym, by dbać o to by najbliższe trzy lata minęły nam na spokojnym budowaniu przyszłego zwycięstwa. Chciałem więc Integratorowi dziś powiedzieć, że Prezes właśnie to robi. I to robi na poziomie, którego ani on Integrator, ani nawet ja do końca nie jesteśmy w stanie ogarnąć. A ja mam tylko nadzieję, że kiedy już opadnie kurz, nie będę musiał na tej scenie oglądać ani Ziobry ani jeszcze bardziej Gowina, a ci co zostaną, będą potulni co najmniej tak jak Antoni Macierewicz.



poniedziałek, 21 września 2020

Czy pszczoły są czarne, żółte, czy... purpurowe?

 

Poniższy tekst ukazał się w najnowszym wydaniu „Warszawskiej Gazety” i mimo tego, że on praktycznie powtarza treść notki zamieszczonej na tym blogu niemal już ponad tydzień temu, publikuję go tu z dwóch względów: mamy tu bowiem pewną bardzo pouczającą dodatkową historię, oraz nadzwyczaj piękny – a równie pouczający – obrazek.        

 

 

      W minionych dniach, trochę na fali terroryzującej niemal świat cały kampanii „Black Lives Matter”, a trochę przy okazji występu w turnieju US Open czarnoskórej mistrzyni Naomi Osaki, która postanowiła przed każdym ze swoich siedmiu występów na nowojorskich kortach demonstrować maseczkę z nazwiskami siedmiu ofiar rzekomo rasowo motywowanej brutalności amerykańskiej policji, pomyślałem sobie, że sprawdzę dokładnie jak to było z tymi siedmioma Murzynami. I oto okazuje się, że dwoje z nich zostało zastrzelonych nie przez policję, ale przez tak zwaną „straż obywatelską”, dwoje poniosło śmierć  podczas obezwładniania, jedna kobieta zginęła w strzelaninie sprowokowanej przez jej partnera, a jedno dziecko, gdy groziło policjantom pistoletem zabawką. Siódma z ofiar może być, choć z trudem, uznana za niewinną ofiarę policyjnego błędu.

      By dać bardzo pouczający przykład opowiem historię 14-letniego dziecka, którego nazwisko Naomi Osaka założyła sobie na nos tuż przed nowojorskim finałem, Tamira Rice’a. Otóż ów Rice kręcił się po okolicy z pistoletem zabawką, z którego lufy wcześniej starannie zdjął pomarańczową taśmę standardowo informującą zainteresowanych, że mają do czynienia wyłącznie z zabawką, i w żartach mierzył do mijanych ludzi. W pewnym momencie ktoś zadzwonił po policję, policja przyjechała na miejsce i poprosiła dziecko o podniesienie rąk. Ono, zamiast tego, sięgnęło po swój pistolecik, który wcześniej – tak jak to wielokrotnie widziało na filmach – wsunęło za pasek od spodni, no i zostało – również tak jak to wcześniej oglądało w telewizji – zastrzelone.

        Oczywiście policjant, który Rice’a zastrzelił został uniewinniony od zarzutów, rodzina chłopca otrzymała odpowiednio wywalczone przez zawsze gotowych do akcji prawników grube miliony odszkodowania, no a dziś nie ma dnia, by gdzieś na świecie nie uruchamiano kolejnej akcji związanej z walką o prawa Czarnych do życia. W Polsce los wiersza Tuwima „Murzynek Bambo” wisi na włosku, w Anglii toczy się debata na temat tego, czy tak zwany Union Jack niesie rasistowskie przesłanie, w Stanach Zjednoczonych drżąca o swoje życie czarna społeczność bezkarnie morduje białych Amerykanów, a tych co jeszcze żyją terroryzuje tak by się bali wyjść z domu, a my tu u mnie w mieście mamy swoje przygody, na szczęście dokładnie tak jak sobie na to zasłużyliśmy, wesołe. Otóż moja synowa udała się ze swoją maleńką córeczką na plac zabaw, gdzie obok niej bawił się czarny chłopczyk, do którego moją wnuczkę mocno ciągnęło. Problem był jednak w tym, że na ramieniu dziecka siedziały sobie dwie pszczoły i synowa moja w obawie, by jej córeczce nic się nie stało, cały czas pokazywała jej gestem, by do chłopczyka nie podchodziła. I w pewnym momencie zamarła w przerażeniu i zaczęła nerwowo rozglądać się czy przypadkiem ktoś w tym momencie nie dzwoni już po opiekę społeczną.

      A ja już mam tylko jedno pytanie: czy granice obłędu zostały już przekroczone, czy wszystko dopiero przed nami?



      


niedziela, 20 września 2020

Osiem wesołych kawałków na koniec lata

 

Na dwa wakacyjne miesiące Piotr Bachurski ogłosił przerwę w ukazywaniu się miesięcznika „Polska Niepodległa”, no ale lato się kończy, więc i wraz z jesienią wraca też moja rubryka „Wezwani do tablicy”. Jak zwykle z odpowiednim wyprzedzeniem, zachęcam do kupowania magazynu, a tu przedstawiam kolejną serię swoich krótkich kawałków do śmiechu.

 

      Od pewnego czasu dręczy mnie świadomość, że rubryka ta staje się okropnie niedemokratyczna. A mam na myśli to, że tu się niemal wyłącznie pojawiają znani politycy, wybitni pisarze, znakomici aktorzy, czy najwięksi polscy dziennikarze, natomiast osoby, równie zasłużone dla pandemii powszechnego zidiocenia, ale już nie tak znane, nie mają najmniejszych szans, by się przebić i ucieszyć serca czytelników „Polski Niepodległej”. Postanowiłem dziś ten brak nadrobić i na początek może chciałbym zwrócić uwagę na niejaką Laurę Breszkę. Kim jest Laura Breszka, już wyjaśniam. Otóż, jak donoszą media, Laura Breszka to „polska aktorka telewizyjna, teatralna oraz dubbingowa, znana między innymi z seriali ‘Julia’, ‘Cisza nad rozlewiskiem’ czy ‘Singielki’. Odpowiadała także za skecze i panel satyryczny ‘Weekend Update’ w programie ‘SNL Polska’”.

***

Ponieważ Laura Breszka – będę się starał tu powtarzać jej nazwisko jak najczęściej, by jej wynagrodzić lata dramatycznej anonimowości – ma niewielkie możliwości udzielania się publicznie, jej główny kanał komunikacji to Instagram i to na owym Instagramie zamieściła następujące refleksje: „Drogie TVP, nie jest wam wstyd? Czy Trzaskowski nie ma prawa podejść do DJ-a i poprosić o zmianę muzy w swoim wolnym czasie? Czy naprawdę jesteście...? No niestety jesteście. Tak mi jest przykro, że mieszkam w takim kraju. TVP reprezentuje władzę. Wstydzilibyście się za siebie. Zastanówcie się, co by było, gdyby was zaczęto rozliczać za czas niespędzony w Sejmie? Gdzie byście wtedy byli? W więzieniu. Próbowałam oznaczyć w moim poście TVP, patrzę a stacje ma w swoim nicku ‘Bądźmy razem’. Wstydu nie macie”.

***

Panią Laurę Breszkę poproszę o chwilę cierpliwości i obiecuję, że wrócę jeszcze do niej w dalszej części naszego dzisiejszego spotkania, natomiast z myślą o tych z nas, którzy nie śledzą ścieżek jakimi się przechadza Rafał Trzaskowski, słowo wyjaśnienia. Otóż jakoś tak w tych dniach udał się ten dziwny człowiek na imprezę urodzinową do jednego z modnych warszawskich klubów i już po północy, kiedy na czele z prezydentem, towarzystwo operowało już na mocnym gazie, ten uderzył z pretensjami do DJ-a, że on Trzaskowski chce się bawić do rana i do tego potrzebuje muzyki, którą on lubi, a nie jakiegoś badziewia dla hołoty. Był przy tym tak zawzięty, że nie dość, że w pewnym momencie zaczął się powoływać na swój urząd i daną mu od samego Pana Boga władzę w mieście, to jeszcze zagroził właścicielom klubu, że jeśli oni mu natychmiast nie załatwią piosenek zespołu o nazwie Jamiroquai, to on natychmiast wyciągnie wobec nich konsekwencje za to, że goście klubu tańczą bez maseczek.

Ktoś tę całą tę scysję nagrał telefonem, zamieścił w Sieci, no i w tym momencie ruszyła w stronę Trzaskowskiego fala ciężkiego szyderstwa, na które to właśnie zareagowała świętym oburzeniem serialowa i dubbingowa aktorka Laura Breszka.

***

Zanim jednak do niej wrócimy, pozwolę sobie na wspomnienie związane z tak zwanym imprezowaniem. Otóż kiedy jeszcze byłem bardzo młody zdarzało mi się uczestniczyć w imprezach w rodzaju tej, gdzie prezydent Trzaskowski zademonstrował swoje buractwo. I tam oczywiście też się piło. Ja wprawdzie byłem z reguły bardzo grzeczny, natomiast miałem kolegę, który jak już dodał sobie gazu, zaczynał się awanturować o muzykę właśnie i niezmiennie krzyczał, że mają mu natychmiast puścić „Bitches Brew” Milesa Davisa, bo on ma ochotę tańczyć. Niekiedy wpadał w takie poruszenie, że na obsługę sprzętu grającego rzucał się z pięściami i trzeba go było krępować. Oczywiście, zachowanie to było bardzo nieładne, natomiast przyznać muszę, że jemu się nigdy nie zdarzyło, by groził DJ-owi, że wykorzysta swoje kontakty w Komitecie Wojewódzkim PZPR  i go załatwi. I niech się nikomu nie wydaje, że to dlatego, że on owych kontaktów tam nie miał. Nawet bowiem gdyby je miał, to on przede wszystkim miał to coś, bez czego Trzaskowski już prawdopodobnie umrze: szacunek do siebie.

***

Wracamy teraz do Laury Breszki. Otóż musimy mieć świadomość, że Laura Breszka nie jest w żaden sposób samotną wyspą. Takich jak ona, a więc różnego rodzaju aktorów, pisarzy, piosenkarzy, którzy nie będąc w stanie zaznaczyć swojej obecności na scenie zawodowej, zmuszeni są wygłaszać gdzie się tylko da komentarze polityczne, licząc na to, że może dzięki owej poprawności, ktoś na nich zwróci uwagę i w ten sposób otworzy się przed nimi nowa szansa. A walka jest naprawdę ciężka. Wydawałoby się, że przestrzeń kulturalna w Polsce jest do tego stopnia wyjałowiona z jakichkolwiek talentów, że naprawdę niewiele trzeba, by tam zgrabnie wskoczyć. Otóż nie. Tam wprawdzie talentów nie ma, natomiast nie brakuje ludzi. Powiedziałbym że owe beztalencia  do tego stopnia wypełniły każdy kąt, że nawet gdyby Laura Breszka była od nich wszystkich wielokrotnie bardziej utalentowana, to jej naprawdę nie pozostaje nic jak tylko próbować zaimponować antypisowskimi wpisami na Instagramie. A i to przecież może nie wystarczyć.

***

Weźmy taką Dorotę Masłowską, kiedyś popularną dość młodą pisarkę, a w pewnym czasie nawet aspirująca piosenkarkę. Otóż odniosła swego czasu Masłowska pewien sukces i na jego fali wyjechała do Berlina, aby zakosztować pełni europejskiej cywilizacji oraz wolności twórczej. No i w tym momencie okazało się, że konkurencja, która została na miejscu, Masłowską z rynku zwyczajnie wymiotła. W tym momencie Masłowska, próbując uderzać do samego pana Boga, w serii publicznych wypowiedzi zaczęła coś wspominać o tym, że ona zawsze była bardzo pobożna, a Jezus w jej życiu zajmował zawsze pierwsze miejsce. Ponieważ na te jej deklaracje nie zwrócił uwagi ani rynek, ani nawet sam Pan Bóg, Masłowska o sprawie zapomniała, natomiast, owszem, na te wypowiedzi trafiło jakieś niszowe pismo katolickie i poświęciło jej cały tekst na temat jej rzekomej Wiary. W tym momencie Masłowska się przeraziła, że teraz to już zupełnie wszystko trafi szlag i zwróciła się o pomoc do Onetu:

Artykuł opisuje moje życie w Bogu i wierze katolickiej. Jestem osobą niewierzącą, niepraktykującą, nie mam żadnego związku z Kościołem katolickim poza tym, że zostałam w jego obrządku wychowana. Sprawa została przekazana prawnikom. Jest to bardzo śmieszne, ale jest to też bardzo nieśmieszne. Jeśli wszyscy bohaterowie pisma wierzą w Boga i miłują Kościół równie mocno co ja, to ostrzegam wszystkich czytelników: lepiej sięgnąć po Barbarę Cartland, opisane w jej książkach rzeczy są prawdziwsze”.

***

Ktoś w tym momencie pewnie zapyta, po jakie licho ja się zajmuję ludźmi takimi jak Masłowska, czy ta jakaś Laura? Czy nie byłoby ciekawiej, gdyby tu się pojawiły takie tłuste koty, jak Zbigniew Hołdys, Janusz Gajos, Manuela Gretkowska, czy choćby Patryk Vega. Otóż pierwszy powód już przedstawiłem Chodzi o moje umiłowanie demokracji. Drugi jednak jest znacznie poważniejszy. Otóż chciałem pokazać, jak strasznie brutalna jest ta wojna, która się toczy w polskiej kulturze. Od góry do dołu oraz od lewa do prawa, mamy bandę kompletnych nieudaczników, którzy jeśli tylko odnoszą jakiś sukces, to wyłącznie przez to że są bardziej bezczelni od innych, i tak naprawdę doszło już do tego, że oni ani już nie muszą ładnie śpiewać, ani ciekawie pisać, ani kręcić coraz lepszych filmów – wystarczy, że potrafią zabrać głos na temat polityki w na tyle szokujący sposób, by zwrócić na siebie uwagę, ale też przy tym nie przesadzić, bo bywa różnie.

***

No właśnie – filmy. Oto wspomniany już reżyser Patryk Vega, próbując się zmieścić na tej scenie, przeszedł już całą drogę: od gangstera, przez satanistę, po gorliwego katolika i jak wiele wskazuje, dalej już nie będzie nic. W dodatku wygląda na to, że przez jakieś oszustwa podatkowe on może zwyczajnie pójść siedzieć. I tu znowu wracamy do brutalności toczącej się wojny. Załóżmy że on, próbując się podnieść, odniesie się do zbliżającej się wizyty prezydenta Dudy w Rzymie i powie na przykład tak: „Mamy prezydenta, który – jak się dowiaduję – w przyszłym tygodniu będzie uskuteczniał turystykę religijną za nasze pieniądze, bo znowu pojedzie do Watykanu. Znowu będzie na kolanach i tak na prawdę w ramach pełnienia swoich obowiązków publicznych realizował swoje praktyki religijne po raz kolejny, bo nie wiem co by miała wnieść w tej chwili specjalnie w funkcjonowanie państwa wizyta w Watykanie”. 

Niestety nic z tego. Tu go już wyprzedził sam Szymon Hołownia, a gdzie mu jeszcze do Justyny Klimasary. Ona przynajmniej dobrze wygląda w stringach.




sobota, 19 września 2020

Mijają lata, a Rafał Ziemkiewicz wciąż dopilnowuje Jarosława Kaczyńskiego

 

W ramach mojej dwudniowej krucjaty mającej na celu wdepnięcie w ziemię wszelkiej pamięci po politycznym zaangażowaniu Rafała Ziemkiewicza, chciałbym wrócić do tekstu tym razem już nie z roku 2008, ale do trzy lata późniejszego, opublikowanego już po katastrofie w Smoleńsku, a podobnie jak w poprzednim wypadku dotyczącego publicystycznej myśli bohatera naszych dzisiejszych refleksji. Ktoś mnie zapyta, czemu ja nie napiszę czegoś nowego, czemu nie skomentuję bieżących zachowań tego przybłędy, a w moim pojęciu, owszem, mamy do czynienia ze zwykłym przybłędą. Otóż nie będę się zajmował dzisiejszym Ziemkiewiczem z tej prostej przyczyny, że on po tych wszystkich latach nie dał mi żadnego powodu, by powiedzieć o nim coś więcej niż mówiłem 12, 8, 4, czy 3 lata temu, a szczególnie gdyby to miała być uwaga, że on oszalał. Przecież dziś to jest wciąż to samo ponure nieszczęście, o którym już zostało powiedziane wszystko i nie ma sposobu, by uznać, że on kogokolwiek dziś jest w stanie w jakikolwiek sposób zainspirować do nowych przemyśleń.

Natomiast, owszem, nic nie zaszkodzi pokazać, w jaki sposób Rafał Ziemkiewicz, odkrywając dziś że Jarosław Kaczyński zwariował, udowadnia jedynie, że jedyne co on przez te wszystkie lata zmienił w swoim oglądzie rzeczywistości, to to, że zauważył inteligentnie jak cholera,  że to co można było kupić za sto złotych w roku 2008, dziś wymaga znacznie więcej. A zatem, tym razem chciałbym przedstawić tekst, jaki napisałem w reakcji na zachowania owego dziwnego człowieka jeszcze w roku 2011.

 

 

Gdy ostatni raz pisałem tu – nie wspominałem, ale pisałem – o Rafale Ziemkiewiczu, nie czyniłem sobie żadnych postanowień. A więc ani nie obiecywałem, że „z tym panem” już nie mam ochoty mieć nic wspólnego, ani też nie zapowiadałem, że przy najbliższej okazji znów sobie pogadamy. Mój ostatni kontakt z Ziemkiewiczem w żaden sposób nie przypominał tego, co czułem, gdy pisałem o Marku Migalskim czy Ludwiku Dornie, a mianowicie owej determinacji, by już nigdy więcej nie wchodzić na te tereny. Ziemkiewicz mi tu już bardziej przypomina Adama Michnika, któremu też kiedyś poświęciłem kilka tekstów i jakoś bez szczególnych emocji pisać przestałem. I, jak widać, dość dobrze sobie bez jego towarzystwa radzę.

Nie sądziłem przy tym jednak, że do niego jeszcze wrócę. W końcu, cokolwiek by o nim mówić, on nie jest osobistością na tyle skomplikowaną, żeby wywoływać akurat we mnie regularne refleksje, choćby nawet i raz na rok. A tymczasem, proszę. Oto się okazuje, że wprawdzie on sam nie jest nikim szczególnie inspirującym, natomiast przez to, że reprezentuje niezwykle inspirujące środowisko, od czasu do czasu udaje mu się wskoczyć na podium. Właśnie wskoczył.

W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” – a gdzieżby indziej, nieprawdaż? – Rafał Ziemkiewicz opublikował średnio długi tekst, już na pierwszej stronie dziennika anonsowany tytułem: „Patrioci niezadowoleni z Kaczyńskiego”, a w rzeczywistości, jak się okazuje po bliższym przyjrzeniu, zatytułowany „Patrioci dopilnują Kaczyńskiego”. Jeśli ktoś myśli, że teraz nastąpi seria cytatów i polemik, myli się głęboko. Nie będzie ani cytatów ani polemik. Ziemkiewicz, tak jak to już miało tu miejsce kilka razy, dostanie w nos, a reszta, to będą refleksje co do kwestii o wiele wyżej od Ziemkiewicza postawionych. Dla porządku jednak trzeba będzie przynajmniej streścić główną myśl wspomnianego tekstu. Otóż twierdzi ów mędrzec, że w odruchu ogólnonarodowego żalu po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, środowisko prawicowe w Polsce bardzo się zaktywizowało, i dzięki autentyczności i emocjonalnej intensywności stworzonego przez siebie ruchu, mogło się włączyć z sukcesem w budowę wolnej Polski, tyle że politycy Prawa i Sprawiedliwości, w obawie przed utratą monopolu na bycie antyreżimową opozycją w Kraju, każdy najmniejszy odruch oddolnego patriotyzmu niszczą przy użyciu najbardziej brutalnych środków. Czy jest tam coś jeszcze? No, trochę jest. I są to właściwie rzeczy, za które Ziemkiewiczowi można by było nawrzucać nie raz i nie trzy, ale – jak już powiedziałem – pozostaniemy przy tym co jest, a więc przy głównej myśli owego tekstu.

Czy Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście, jak twierdzi Ziemkiewicz, trzyma swoją ciężką łapę na rozwoju niezależnej obywatelskiej aktywności, czy jest na nią otwarte, czy może zachowuje w stosunku do niej pozycję obojętną – nie wiem. Mam co do tego pewne podejrzenia, ale powiedzmy, że jednak nie wiem. To co natomiast wiem, i to wiem zbyt dobrze, by zachować tu umiar, wdzięk i typową dla siebie elegancję, to to, że Rafał Ziemkiewicz, załamując ręce nad monopolizacją sceny politycznej w Polsce, a zwłaszcza nad monopolizacją prawej jest strony, przekracza wszelkie faktyczne i potencjalne granice bezczelności. To co on tu wyprawia jest tak bezczelne, że domaga się już nie słów, lecz czynów. Rafał Ziemkiewicz, w swoim tekście w „Rzeczpospolitej” przedstawia analizę polskiej sceny politycznej, polskiego systemu partyjnego i wewnętrznej organizacji polskich struktur partyjnych, porównując je do systemu PRL-owskiego, i wylewa z siebie słowa rozpaczy, jak to ów system niszczy polskie szanse, a ja się zastanawiam, czy on naprawdę ma nadzieję, że nikt, choćby średnio zorientowany obserwator polskiej sceny publicznej, nie wie, jak wygląda struktura organizacji medialnej, której Ziemkiewicz jest prominentnym przedstawicielem? Czy to możliwe, żeby Rafał Ziemkiewicz aż tak moralnie i intelektualnie się stoczył, żeby robił to co robi, i nie wiedział, co to jest za dzieło?

Środowisko dziennikarskie reprezentowane przez Rafała Ziemkiewicza stworzyło system tak zwanego „wolnego obiegu myśli obywatelskiej”, w którym całość sceny została podzielona na dwie części – z jednej strony wolny głos dla chamów, a więc „Gazetę Polską”, a z drugiej wolny głos dla inteligencji, czyli „Rzeczpospolitą”. To co Polak pragnący silnej, wolnej i uczciwej Polski, w ramach swojego prawa do informowania i bycia informowanym, dostał wyłącznie te dwie grupy, a jeśli jeszcze liczy na to, że ktoś mu da coś jeszcze, musi być kompletnie nieprzytomny. Polska opinia publiczna, reprezentowana przez media, została podzielona i rozparcelowana w taki sposób, że gdyby na podobnej zasadzie miał działać polski system partyjny, organizacje międzynarodowe musiałyby uznać to za zwykły faszyzm.

Wszyscy pamiętamy, jak na początku lat 90. środowisko późniejszej Unii Wolności planowało polską scenę polityczną zorganizować w taki sposób, że po jednej stronie będą zreformowani komuniści, a po drugiej koncesjonowani demokraci. Zreformowani komuniści będą stanowili wieczną – oczywiście jak najbardziej konstruktywną – opozycję, natomiast koncesjonowani demokraci będą rządzili jako tzw. Solidarność. Wstęp oczywiście do jednej i drugiej grupy będzie jak najbardziej wolny, tyle że odbywać się będzie na zasadzie kooptacji. A więc, każdy będzie miał prawo zostać członkiem, pod warunkiem że zostanie zaproszony. Podobnie, tyle że – czasy są gorsze, więc i ich dzieci są gorsze – znacznie brzydziej, sprawa ma się z tą częścią naszego życia publicznego, które dziś jest reprezentowane między innymi przez Rafała Ziemkiewicza. Ta sfera jest sferą całkowicie zamkniętą, zaspawaną, i na dodatek opieczętowaną. Mamy dwie redakcje i grupę dziennikarzy, którzy prędzej zgodzą się dobrowolnie oszaleć, niż dopuszczą do tego, by którykolwiek z nich musiał oddać choćby centymetr terenu komuś spoza środowiska. Mamy sytuację, gdzie całość popularnej demokratycznej opinii reprezentowana jest przez może dziesięciu dziennikarzy i prędzej Jarosław Kaczyński i Donald Tusk podzielą się władzą z jakimś lokalnym członkiem partyjnej młodzieżówki, niż Tomasz Sakiewicz, czy Paweł Lisicki zgodzą się zamieścić w swoich gazetach tekst kogoś spoza towarzystwa. Rafał Ziemkiewicz, współtwórca i beneficjent tego układu, przychodzi na to wszystko i zaczyna coś gadać o braku demokracji w partiach.

Mają więc oni – nasi prawicowi, niezależni i wolni publicyści – swoje forum i swoje interesy, ale nawet wtedy, zamiast przynajmniej zająć się sobą i nie wtrącać się do czegoś, co do nich już na pewno nie należy, oczywiście są niezwykle czujni i równie niezwykle wrażliwi na każdy nieprzyjazny gest skierowany w ich stronę. Przecież już nawet na tym blogu, mieliśmy okazję czytać komentarze nadesłane przez niektórych z nich, w których mieli oni czelność pokazywać nam, gdzie jest nasze miejsce i co mamy z tym miejscem robić. To przecież tu miało miejsce kultowe już wystąpienie jednego z tych mędrków, Łukasza Warzechy, w którym poinformował on mnie osobiście, że on jest pilotem boeinga, a ja zaledwie kierowcą traktora. To przecież nie gdzie indziej, jak na pewnym zakolegowanym blogu uznał za stosowne powymądrzać się sam Rafał Ziemkiewicz, mniej więcej w tej samej sprawie. I teraz on właśnie daje sobie prawo, żeby ponarzekać na traktowanie polskich patriotów przez partyjnych baronów. Co za chamstwo!

Tyle dobrego, że załatwiając sobie swoje codzienne interesy, Rafał Ziemkiewicz wskazał na bardzo ważny problem. Oczywiście nie on pierwszy i tym bardziej nie on jedyny. Wbrew temu co jemu i jego kolegom się wydaje, w dzisiejszej sytuacji, kiedy polska opinia publiczna rozwija się, a wręcz kwitnie, wbrew wysiłkom bandy drżących o swoją pozycje uzurpatorów, wszystko – dosłownie wszystko – co każdy z nich mógłby kiedykolwiek wymyślić, czy powiedzieć, zostało wymyślone i powiedziane dużo wcześniej. Ale problem jest. Mam tu na myśli najprawdopodobniej agenturalne działania na rzecz rozbicia tego ruchu, który powstał po kwietniu 2010 roku. Wydawałaby się, że nikt dziś nie ma wątpliwości, że smoleńska katastrofa nie tylko uaktywniła znaczną część polskiego społeczeństwa, ale również wszystkie możliwe siły antypolskiej agentury. Jest to coś tak oczywistego, że trudno sobie wyobrazić, by ktoś w miarę rozsądny nie wiedział, jak w takich sytuacjach System działa. Przecież to są zachowania obserwowane nawet na poziomie najbardziej podstawowym. Jeśli jest gdzieś pożar, to natychmiast, obok strażaków z wiadrami i sikawkami, pojawiają się złodzieje, kombinujący, jak by tu tych strażaków, i przy okazji kogoś jeszcze, okraść. Tu musiało się wszystko odbyć dokładnie w taki sam sposób. W następstwie katastrofy w Smoleńsku i gwałtownego wzrostu społecznej świadomości, uaktywniły się też wszystkie te siły, które na takie sytuacje znają tylko jeden sposób – wbić się w tłum i wszystko rozpieprzyć. Powstanie tak zwanego PJN jest tu tylko, fakt, że atrakcyjnym, ale tylko tych działań przykładem. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość i jego władze zdają sobie z tego sprawę, to chwała im za to. Podobnie jak nikt by im tego nie wybaczył, gdyby dla jakichś durnych wyobrażeń o demokracji i wolnej politycznej działalności wolnego obywatela, oni dopuścili do tego, by w ciągu kolejnych miesięcy powstało kilkanaście super-patriotycznych ugrupowań, a każde z nich z Lechem Kaczyńskim i Prawem i Sprawiedliwością i Solidarnością w nazwie, podpierających się pamięcią o świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego, i uzyskując odpowiednią pozycję, wystawiło swoje kandydatury do w wyborach Parlamentu.

Ziemkiewicz główną tezę swojego artykułu opiera na niedawnym wydarzeniu z Wrocławia, gdzie jakiś czas temu rozpoczęła działalność grupa pod nazwą „Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego”, a więc pod dokładnie tą samą nazwą, jakie wcześniej, jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej w roku 2010 posiadały społeczne komitety poparcia na rzecz prezydentury właśnie Jarosława Kaczyńskiego. Z powodów mi nie do końca znanych, ale chyba dość oczywistych, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zwrócili się do aktywistów owego projektu, by sobie jeśli chcą działali, lecz by nie używali w tej działalności nazwy Komitetu. Ziemkiewicz oczywiście strasznie się pieni, że oto mamy do czynienia z polactwem w najgorszym już wydaniu, a więc wydaniu pisowskim, gdzie dla partyjnych celów niszczy się marzenia o Polsce. A ja się zastanawiam, czy on wie, jak jest, czy nie wie? Jeśli wie, to mamy do czynienia ze zwykłym geszefciarzem i nie ma o czym gadać. Jeśli nie wie, to jest zwyczajnym durniem. Bo durnie trzeba być, żeby przy tych wszystkich doświadczeniach, jakich byliśmy niemymi świadkami przez tyle ostatnich lat, nie wiedzieć, jak działa System, zwłaszcza w miesiącach przedwyborczych. Trzeba być durniem, żeby myśleć, że widząc jak społeczeństwo zaczyna się organizować wokół prawdy, prawa i sprawiedliwości, System położy uszy po sobie i pójdzie na piwo.

Ja jednak uważam, że Ziemkiewicz wie. On jest zbyt doświadczoną figurą na tej scenie, by nie wiedzieć. A w tej sytuacji, pozostaje już tylko jedna zagadka. Czy on się zachowuje jak się zachowuje, ponieważ wie, że jest zwykłym nieudacznikiem, w polityce mu się nic nie udało i – dopóki przywódcą i symbolem niepodległej Polski będzie Jarosław Kaczyński, którego Ziemkiewicz tępi od zawsze – już prawdopodobnie nic mu się nigdy nie uda, i to jest już pewnie ostatni moment, żeby się czegoś uczepić, czy może chodzi o to, że on działa z jeszcze większym wyrachowaniem. Na zimno i bez emocji. Bez większych ambicji i bez większych idei. I tu z kolei, mam podejrzenia, że to drugie rozwiązanie może być prawdziwe. Jak mówię, od czasu gdy Ziemkiewicz przestał być rzecznikiem prasowym UPR-u i poszedł na tak zwane swoje, w polityce nie odniósł jakiegokolwiek sukcesu. Wszystko co udało mu się tam osiągnąć, to popyskować od czasu do czasu, to tu to tam. Natomiast, nie da się ukryć, że odniósł bardzo duży sukces osobisty i finansowy. Ziemkiewicz jest dziś prawdopodobnie najbardziej poczytnym politycznym komentatorem obok Łysiaka – też, tak się dziwnie składa, jak najbardziej, naszego człowieka na tym wilkowisku – tyle że o ile Łysiak, jak mi mówią, jest pisarzem wybitnym, Ziemkiewicz pisze jak ostatnia szmata. Powieści Ziemkiewicza – mówię o powieściach, jego publicystyka, to zwyczajne standardowe dziennikarstwo – to syf najgorszy. Jak to się stało, że ktoś tak beznadziejny odniósł taki sukces? Nie jestem tego w stanie zrozumieć. Kuczok, Pilch, Chutnik, Kuryluk – cała ta banda pluszowych misiów reżimu – sprawa jest dla mnie jasna. Tam droga jest prosta. Ale Ziemkiewicz? Ten wojownik i zimny kontestator? Taki sukces? On akurat, przy takim sukcesie, musi być zwyczajnie dobry. Problem w tym, że nie jest.

 

Minęło dziewięć lat i niech mi kto powie, że ten tekst się zdezaktualizował.




 

 

 


przemsa: Norki, szynszyle, lisy i jenoty, czyli gra w durnia

Gdybym był znanym, cenionym i lubianym publicystą opiniotwórczym, zastanowiłbym się kilka minut zanim zasiadłbym do pisania notki, którą tą refleksją właśnie rozpocząłem. Ponieważ jednak nie ciąży na mnie odium „warzechowatości”, śmiało mogę zaryzykować  i już teraz stwierdzić, że przy okazji tzw. „Piątki dla zwierząt” Jarosław Kaczyński po raz kolejny powiedział „sprawdzam” mając pewność, że ci, którzy tak ostro licytują nie tylko trzymają w dłoni same blotki, to jeszcze niespecjalnie rozumieją, że są uczestnikami trochę bardziej skomplikowanej rozgrywki niż „Dureń” plastikowymi kartami.

Mało tego.

Znów wychodzi na to, że całe rzesze zdawałoby się, że poważnych, obeznanych z regułami gry widzów ma Prezesa Prawa i Sprawiedliowości za infantylnego przygłupa, który nagle zapałał tak wielką miłością do norek, nutrii, lisów, jenotów i szynszyli, że nie bacząc na nic uznał, że choćby nawet miało się to zakończyć utratą władzy, to nic nie jest ważniejsze niż dobrostan zwierząt futerkowych.

Naprawdę.

Sporo od wczoraj zerkam na Twittera i widzę, że wśród prawdziwych tuzów Głęboko Analitycznej i Obiektywnie Prawdziwie Prawicowej Publicystyki Niezależnej panuje przekonanie, że JarKacz oszalał. Ot tak, po prostu. Znienacka mu odbiło i niepomny na doświadczenia z okresu pierwszych koalicyjnych rządów ze śp. Andrzejem Lepperem oraz byłym eurosceptykiem, a aktualnie działaczem LGBT Romanem Giertychem, postanowił ostro pikując z podciętymi własnoręcznie skrzydłami, rąbnąć z głośnym hukiem w ziemię pozbawiając PiS i przystawki władzy.

Ja wiem, że wprawdzie z trzema literkami przed nazwiskiem, ale jednak jestem tylko taksówkarzem, tym niemniej naprawdę nie wyobrażam sobie, że będąc mądrzejszym i lepiej wyedukowanym mógłbym wykoncypować, że premier Jarosław Kaczyński ni stąd, ni zowąd robi jakiś idiotyczny, nieprzemyślany ruch nie tylko bez sensu, ale i bez powodu. Owszem, jasne, na pewno coś tam ryzykuje i może paskudnie się przejechać, jednak to przecież nie to samo co uznanie, że buzują w nim hormony, jak w nastolatku gapiącym się w telewizor pokazujący KarolinęPajączkowską na zmianę z Magdaleną Ogórek. Moim zdaniem człowiekowi aspirującemu do sądów wyważonych – niezależnie od osobistych sympatii – po prostu nie wypada aż tak niedoceniać Jarosława Kaczyńskiego.

To jeden aspekt tej sprawy. Drugim, istotnie mniej, ale jednak wartym odnotowania, jest desperacja Konfederacji, która rzuciła się bronić nutrii z taką zapalczywością, że gdybym ostro popił i sponiewierany, na ciężkim kacu śledził ich wystąpienia w obronie norek, mógłbym autentycznie uwierzyć, że chodzi im o coś więcej niż tylko pozbawienie za wszelką cenę PiS władzy. Są tu bardziej żałośni niż Platforma, a to przecież nisza w której partia Budki rządzi zdawałoby się niepodzielnie rozpychając się rękami i nogami.

Mógłbym jeszcze coś napisać o tupecie obłudników udających, że hodowcy zwierząt futerkowych niczym się nie różnią od rolników uprawiająych np zboże, ale już sobie daruję ograniczając się do stwierdzenia, że  mając to wszystko na uwadze po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że na polskiej scenie politycznej jest Jarosław Kaczyński plus jeszcze kilka blisko z nim związanych osób i długo, długo nikt. Myślę też, że musi mu być z tym wszystkim bardzo ciężko. Satysfakcja z samego faktu bycia mądrzejszym od większości wokoło jest satysfakcją gorzką i ktoś faktycznie mogący ja odczuwać odrzuca ją właśnie z tego powodu.

Nam pozostaje więc mocno trzymać za niego kciuki życząc dużo zdrowia i wytrwałości.
Czyniąc to kończę, by wrócić do Twittera. Bo choć są to sprawy poważne i ciągle jeszcze niepokoję się, że mój optymizm może okazać się przedwczesny, mimo wszystko nie chciałbym przegapić nowych porcji analiz prezentowanych przez gwiazdy niezależnej publicystyki prawicowej prześcigające się w udowadnianiu, że nawet po tylu latach dobrze opłacanego komentowania można sądzić, że w grze w „Durnia” chodzi nie o to, by kart się pozbyć, ale by je zbierać. Wielce to zabawne z puktu widzenia niewiele znaczącego blogera.

 

 przemsa