Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina Krzemowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina Krzemowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 marca 2018

Czy uzyskana z mózgu woda może być źródlana?

     Wydawać by się mogło, że na dzisiejszy temat wpadłem przy okazji zarówno wczorajszej notki o mojej wizycie w tak zwanym Instytucie Zdrowia Św. Barbary, a może nawet też pod wpływem pewnych komentarzy pod notką Coryllusa na temat Stanleya Kubricka, tymczasem nic podobnego. Na informację o szaleństwie, które, przyznaję, jak najbardziej kojarzy mi się i z jednym i z drugim, a o którym chciałbym dziś napisać, natrafiłem zupełnie przypadkowo podczas przeglądania różnych bieżących wiadomości w Internecie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w Ameryce – ale, z tego co czytam, owa moda zaczyna się panoszyć po całym już świecie, w tym i tu u nas – pojawił się ruch o nazwie „Raw Water Movement”, który sprowadza się do tego, by jeździć po górach i lasach, wynajdywać tam wodne źródełka i spożywać to co się tam w nich znajduje, jako jedyną tak naprawdę smaczną i zdrową wodę. Ponieważ ów sport jest jednak dość drogi, no i, póki co, wciąż nieco ekscentryczny, uprawiają go głównie bardziej zamożni biznesmeni, a jego źródłem, jak czytam, są japiszony ze słynnej Doliny Krzemowej, prawdopodobnie ci sami, którzy swego czasu wpadli na na biznesowy pomysł, o którym tu już pisaliśmy, pod nazwą „Burning Man”.
      Wspomniany ruch jest podobno bardzo aktywny w Internecie, gdzie publikowane są niemal non stop kolejne mapy, na których zaznaczone są kolejne świeżo odkryte źródła. Obok tych map powstają całe społeczności, wymieniające się informacjami, gdzie aktualnie można znaleźć „raw water”, a zaznaczenia na mapach obejmują już cały świat. Jak czytam, jeden z amerykańskich serwisów poświęconych „surowej wodzie”, wskazuje nawet dwa miejsca jej występowania w Polsce, mianowicie w Łodzi i w Wasilkowie niedaleko Białystoku. Dla tych natomiast, co nie mają ani czasu, ani pieniędzy, by podróżować za ową wodą, ze specjalną ofertą wyszły lokalne markety, które za ciężkie pieniądze sprzedają potężne, niemal 10 litrowe baniaki, i znów, z tego co czytam, wynika, że w tej chwili na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych jest to niemal najszybciej schodzacy towar.
     O co konkretnie chodzi ludziom zaangazowanym w ów Ruch Surowej Wody? Otóż jego założycielem jest człowiek nazwiskiem Mukhande Sing, założyciel firmy Live Water, który głosi, że woda, która płynie z kranów, a której my używamy do parzenia kawy, herbaty i gotowania ziemniaków, czy jest sprzedawana w butelkach, którą pijemy, to woda „martwa”, w tym sensie, że tam nie ma nic poza wodą. Jest ona kompletnie wyjałowiona, nie ma w niej bakterii, które są ludzkiemu organizmowi bezwzględnie potrzebne, a zatem w efekcie ona nam szkodzi.
      Ale jest jeszcze coś, czego właściwie mogliśmy się spodziewać, no i bez czego tak naprawdę owe szaleństwo nie byłoby tym, czym jest. Otóż wspomniany Singh twierdzi, że fluor, którego miejscie oczyszczalnie używają do uzdatniania wody, służy kontrolowaniu ludzkich umysłów tak, byśmy byli bardziej posłuszni opresyjnej władzy.
      Tymczasem jest tak, że wedle wszelkich dostępnych danych, woda pobierana z naturalnych źródeł jest wyjątkowo niebezpieczna, właśnie przez to, że diabli wiedzą, co się w niej znajduje, a bywa i tak, że jeśli się w niej trafi na coś wyjątkowo paskudnego, to można się na tym zwyczajnie przekręcić. Zresztą naukowcy zwracają naszą uwagę na fakt, że, właśnie ze względu na te śmieci, które znajdują się w owej „żywej wodzie”, ona po pewnym czasie trzymania w pokojowej temperaturze zwyczajnie zaczyna „gnić” i robi się zielona. Ale i na to Mukhande Singh znalazł odpowiedź, która najwyraźniej jeszcze bardziej podbiła mu sprzedaż. Otóż oznajmił on, że faktycznie zakupioną wodę należy jak najszybciej spożyć, bo… i tu uwaga… na jej przydatność do spożycia mają wpływ fazy księżyca, a zatem ona nadaje się do picia tylko w ciągu jednego cyklu księżycowego od momentu wydobycia, a potem faktyczne zaczyna śmierdzieć. Stąd na butelkach z „surową wodą” jest i data jej wydobycia i uwaga o tych fazach. I to jest dopiero coś, co napędza wyobraźnię ludzi spragnionych długiego, szczęśliwego zycia, wśród umierających na raka prostaty, zawały serca i tętniaki w mózgu.
     Jak mówię, z tego co czytam, w Polsce, owszem, to tu to tam ci biedni wariaci włóczą się po lasach, czerpiąc z alternatywnych „zdrojów życia”, jednak to wciąż jeszcze nie jest prawdziwy świr. Obawiam się natomiast, że to, jak zawsze, idzie falą i przed tym tsunami się nie uchronimy. Po antyszczepionkowcach, miłośnikach zdrowej żywności, rowerzystach i biegaczach, musi przyjść czas na owo Towarzysztwo Świadomości Wody, zwłaszcza gdy obok owych faz księżyca, które zawsze są takie fascynujące, pojawia się jeszcze kwestia tego, co oni nam, „ciemnemu ludowi” oraz „suwerenowi”, dodają do tej wody, byśmy szli za PiS-em, jak te cielęta na rzeź.

 

Już niedługo, bo za 3 tygodnie w Warszawie będziemy mieli Targi Wydawców Katolickich, gdzie może uda się nam zobaczyć, póki co jednak, zapraszam wszystkich do kupowania moich książek tu u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, no i naturalnie w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.



sobota, 6 sierpnia 2016

O życiu wiecznym za 200 tysięcy bucks

     Pamiętam tę myśl jeszcze z czasów, gdy byłem bardzo młody, ambitny i zaczytywałem się w różnych rzekomo mądrych książkach. Otóż słynny argentyński pisarz Jorge Luis Borges, kiedy był już bardzo starym człowiekiem, spotkał swojego równie starego jak on, dawno niewidzianego kolegę. „I co tam u ciebie?” – spytał Borges. „Umieram, mistrzu, powoli umieram” – odpowiedział Borgesowi kolega. „To dobrze, przyjacielu” – odrzekł pisarz. „Bardzo trudno byłoby żyć wiecznie”.
     Przyznaję, że samego Borgesa akurat nie czytałem. Owszem, parę razy się za te jego teksty brałem, ale nawet wtedy, kiedy potrafiłem czytać nawet Cortazara, Borges mi zwyczajnie nie wchodził. Tę jednak myśl zapamiętałem do dziś: „Trudno byłoby żyć wiecznie”. Ktoś powie, i jak najbardziej słusznie, że nie trzeba być Borgesem, by wymyślić coś na tym poziomie przebiegłości. Wystarczy odrobina wyobraźni, by kwestię uroków życia wiecznego mieć odhaczoną raz na zawsze. Wystarczy obejrzeć sobie film Spielberga pod tytułem „A.I.”, gdzie ów „urok” w pewnym momencie przybiera postać tak przerażającą, że najwidoczniej sami producenci uznali, że aby zrobiło się nieco sympatyczniej, pozostaje już tylko odwołać się do kosmitów. Co ja mówię „A.I.”? Wystarczy posłuchać piosenki Boba Dylana „Seven Curses”, gdzie klątwa rzucona przez piosenkarza na występnego sędziego brzmi szczególnie plastycznie:
„Rzucam oto siedem klątw na podłego sędziego:
Pierwsza, by jeden lekarz go nie wyleczył
Druga, by dwóch uzdrowicieli go nie uzdrowiło
Trzecia, by troje oczu go nie zauważyło
Czwarta, by czworo uszu go nie usłyszało
Piąta, by pięć ścian go nie ukryło
Szósta, by sześciu grabarzy go nie pochowało
Siódma, by siedem śmierci go nie uśmierciło”.
      Niech za to co zrobił, żyje wiecznie, chciałoby się zawołać.
      A więc, po co nam Borges i jego przemyślenia? Nie wiem, szczerze mówiąc, faktem jest jednak, że jakoś to zdanie: „To dobrze, przyjacielu, trudno byłoby żyć wiecznie” utkwiło mi w głowie.
     I oto, w sytuacji, gdy wydawałoby się, że sprawa jest oczywista i, pomijając naturalny lęk przed nieznanym, powinniśmy jednak się starać zachowywać podstawowy zdrowy rozsądek, dowiadujemy się, że nie byle kto, ale Peter Thiel, miliarder i twórca PayPala, człowiek, który jako jeden z pierwszych zainwestował w Facebooka, a dziś jest jednym z prominentnych członków słynnej skądinąd grupy Bilderberg, uwierzył, że dzięki systematycznym transfuzjom krwi pobranej od osób od niego odpowiednio młodszych, będzie mógł żyć wiecznie, a w związku z tym przekonaniem inwestuje dziś miliony dolarów w tak zwane start-upy, których jedynym zadaniem jest stworzenie metody, która powstrzyma naturalny dotychczas proces starzenia się.  
       Jak słyszę, jedną z firm zajmujących się ową nieśmiertelnością, jest kalifornijski projekt pod nazwą Ambrosia. Prowadzi ona eksperymenty, podczas których osoby starsze przechodzą regularne transfuzje krwi pobranej od osób poniżej 25 roku życia. Za udział w dwuletnich sesjach, uczestnicy eksperymentu płacą 8 tys. dol. Niejaki Jesse Karmazin, szef Ambrosii, potwierdził już, że uczestnicy z nową krwią doświadczają odwrócenia starzenia każdego większego układu narządów. „Wyniki wydają się być długotrwałe, jeśli nie stałe”, oświadczył Karmazin.
     Media donoszą, dziś już nie tylko Thiel, ale również wielu innych biznesmenów z Doliny Krzemowej w wolnym od zarabiania pieniędzy czasie, wiszą na klamce do wspomnianej Ambrosii i zajmują się kupowaniem sobie wieczności. Ile ten obłęd ich wszystkich kosztuje, tego oczywiście nie wiemy, jednak wedle nieoficjalnych informacji, szacuje się, że sam Thiel wydaje rocznie niemal 200 tys. dolarów na krew pewnego 18-latka, którą każe sobie regularnie wstrzykiwać.
     Przeżyliśmy niedawno w naszej Polsce wydarzenie pod nazwą Światowe Dni Młodzieży i, jak widzę, część z nas wciąż nie może się po tym, cośmy zobaczyli pozbierać. Jak się zdaje, bardzo powszechna refleksja sprowadza się tu do stwierdzenia, że Polska to jedno z ostatnich miejsc na świecie, gdzie ludzie się będą chronić, gdy nadejdzie Armagedon. Chrześcijańskie miłosierdzie kazałoby mi pewnie mieć nadzieję, że wśród tych uchodźców znajdą się ci wszyscy biznesmeni z Kalifornii, a my ich przyjmiemy z otwartymi ramionami. I takie rozwiązanie jest jak najbardziej prawdopodobne. Jest bowiem bardzo możliwe, że przyjdzie dzień, kiedy oni będą tu do nas wiać w podskokach. Póki co jednak, ja im życzę, by nawet siedem śmierci ich nie zabiło. Niech żyją wiecznie. Świat się skończy, a oni niech dalej żyją i liczą na kosmitów.

Serdecznie zachęcam do zaglądania do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Naprawdę warto.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...