Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Kramer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Kramer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

Dlaczego Diabeł tak bardzo ukochał sobie księży?

      Czas, kiedy zwykle zamieszczam tu swoje kolejne felietony z „Warszawskiej Gazety” niepostrzeżenie minął i pewnie ten akurat tydzień musielibyśmy przeżyć bez jednego z nich, gdyby nie pewne szczególne wydarzenie, które w połączeniu ze zdarzeniem nieco wcześniejszym stworzyło mieszankę prawdziwie wybuchową i kazało mi, mam szczerą nadzieję, że po raz ostatni, do tematu wrócić. Otóż w telewziji TVN24 wystąpił biskup Tadeusz Pieronek i poproszony o komentarz na temat niedawnego samospalenia się Piotra Szczęsnego powiedział co następuje:
        „Po raz trzeci spotykam się z takim wypadkiem. Pierwszy był na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, drugi na Rynku krakowskim, trzeci – ten najbardziej wyrazisty, dlatego że zostawił po sobie przesłanie, które jest bardzo logiczne i bardzo mocne. Z tego tekstu, co zostawił po sobie, wynika, że umysł był zupełnie świeży i pełen mądrości. Trudno podważyć jakiekolwiek słowo w tym tekście. Jest to moim zdaniem desperacki akt odwagi tego, kto oddaje życie za tego typu sprawy. On wiedział, co robi. Był bardzo świadomy tego co czyni. Desperacki, ale bardzo bohateski czyn. Ja bym tego nie zrobił, bo brakuje mi odwagi, ale człowiek, który decyduje się na taki czyn, jest dla mnie bohaterem. Człowiek, który upomina się w imieniu całego narodu”. 
      I ta część wypowiedzi biskupa Pieronka jest na tyle mocna, że właściwie można by było temat zamknąć bez komentarza, gdyby nie jeden maleńki jej fragment, w której pada jasna i prosta deklaracja, że ksiądz biskup byłby gotów dokonać aktu samospalenia w proteście przeciwko rządom Prawa i Sprawiedlwiosci, gdyby nie to, że brakuje mu odwagi. A stąd już bardzo blisko do czegoś może jeszcze bardziej poruszającego. Oto Monika Olejnik pyta księdza biskupa, czy on poleca tego typu „bohaterstwo” tym, którzy mieliby ochotę naśladować Piotra Szczęsnego i proszę sobie wyobrazić, że biskup Pieronek odpowiada na to pytanie w sposób następujący:
      „To są te rzeczy, których nie można wytłumaczyć właściwie nigdy. To co za tą decyzją stało, on wypowiedział publicznie. A co się stało w ostatnich momentach, kiedy już wiedział, że traci życie, to jest już zupełnie inna sprawa”.
      I to jest właśnie to coś, co każe mi jednak zapisać tu tekst mojego ostatniego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, jako tak naprawdę komentarz do czegoś, co miało dopiero nastąpić. No i nastąpiło.

       Kiedy parę tygodni temu, w proteście przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości, pod Pałacem Kultury podpalił się niejaki  Piotr S. i w stanie krytycznym został przewieziony do szpitala, Jan Hartman, profesor, filozof, a przede wszystkim polityczny celebryta, ogłosił, że jego emocje związane z sytuacją S. krążą między naturalnym pragnieniem życia, a trudnym w obecnej sytuacji politycznej do powstrzymania, życzeniem śmierci. Konkretnie, problem Hartmana sprowadzał się do tego, że on, jeśli tylko uwolni swoje emocje, bardzo pragnie tego, by S. umarł, bo tylko w ten sposób jego ofiara będzie miała pełny sens.
     Dziś Piotr S. już nie żyje, a ja jestem głęboko przekonany, że ta śmierć raduje dziś już nie tylko Hartmana, ale bardzo dużą grupę ludzi, podobnie jak on, zaangażowanych w to, co się aktualnie dzieje w Polsce. Jedyna różnica między nim, a resztą, jest taka, że on jest bardziej od nich szczery. Czemu tak się dzieje? Ktoś powie, że za tym stoi tak zwany hejt, czyli nienawiść. Podobnie jak nienawiść stała za tak dramatycznym gestem wspomnianego Piotra S., czy za tym, co kilka lat temu w Łodzi uczynił niesławny Ryszard Cyba. Istnieje teoria, że owe akty destrukcji wynikają bezpośrednio z nienawiści. Cyba zamordował działacza Prawa i Sprawiedliwości, Piotr S. odebrał sobie życie, a Jan Hartman oba te zdarzenia szczerze świętuje, kierując się wyłącznie nienawiścią.
       I pewnie moglibyśmy to rozwiązanie przyjąć jako słuszne, gdyby nie ostatnie wystąpienie znanego ojca jezuity, Grzegorza Kramera, który w swoim komentarzu na Twitterze w taki oto sposób zareagował na śmierć S.:
       „Panie Piotrze S. mam nadzieję, że w Nim znalazłeś to, o co tak walczyłeś. Dziękuję za odwagę. R. i P.”
       Otóż, moim zdaniem, mimo że on w sposób jak najbardziej oczywisty stoi dziś po tej samej stronie, po której stoją Ryszard Cyba, Piotr S., oraz Jan Hartman, ojcem Kramerem nie kieruje  nienawiść. On, podobnie, jak spędzający swoje dni w więzieniu Cyba, prowadzący kolejny wykład Hartman, czy być może nawet cierpiący w szpitalu Piotr S., bardzo czekał na tę śmierć, nawet jeśli tylko po to, by móc opublikować ów tak poruszający komentarz, jednak w nim nigdy nie było i jestem pewien, że i teraz nie ma, cienia nienawiści, natomiast, owszem, jest obłęd, przechodzący w klasyczne opętanie. To są wszystko ludzie – niestety nie oni jedni – którzy w pewnym momencie uwierzyli, że to, w jaki sposób potoczy się polska polityka, stanowi kwestię życia i śmierci. Wielu z nich poradziło sobie z Gierkiem, Jaruzelskim, w pewnym momencie nawet z Wałęsą i nagle pokonali ich Kaczyński z Błaszczakiem. I to tak, że oni przez nieustanne myślenie o jednym i o drugim oszaleli i znaleźli się w miejscu, gdzie pozostaje tylko albo zabić kogoś, albo zabić siebie, albo modlić się o to, by się udało.


Przypominam, ze moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Serdecznie zachęcam.

piątek, 3 listopada 2017

Gdy kłamstwo kupiło sobie szczudła

      Szedłem sobie przez nasz cmentarz i kiedy mijaliśmy grób zmarłej w Smoleńsku Krystyny Bochenek, usłyszałem rozmowę idących przede mną mamy z córeczką. Dziewczynka zapytała – „A co tu tyle kwiatów?”, na co mama odpowiedziała – „A to wiesz, taka lekarka, ale trochę też polityk, i ona chyba zginęła w jakiejś katastrofie lotniczej”. Dziewczynka jeszcze o coś zapytała, ja jednak ani jej pytania, ani tym bardziej już odpowiedzi, nie słyszałem, natomiast niemal natychmiast pomyślałem sobie, że wszystko to, czym my tu żyjemy to kompletna dżungla. To jest świat, który może być interesujący tylko dla takich dziwadeł, jak my. Cała reszta, nasze emocje ma głęboko w nosie.
     A mimo to, ja nadal będę kontynuował ten sam wątek. Otóż jest tak, że na wspomnianym cmentarzu, oprócz zwykłych grobów, tuż obok kaplicy, jest też miejsce, gdzie każdy może zapalić świeczkę dla kogoś, kogo tu w pobliżu akurat nie ma, ja na przykład zawsze tam wspominam swoją starszą siostrę, Zosię, która zmarła jeszcze zanim ja sam przyszedłem na świat. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy dotarłem do owego szczególnego miejsca tym razem, niemal natychmiast wpadła mi w oczy tabliczka ze starannie wykaligrafowanym napisem: „Zwykły szary człowiek śp. Piotr S.”
     I ja oczywiście, po opisanym wcześniej doświadczeniu, wiem, że prawdopodobnie 90 procent osób odwiedzających w tym dniu groby swoich bliskich, nawet jeśli zwróciło uwagę na tę ponurą demonstrację, to i tak nie miało bladego pojecia, o co tu chodzi. Ja, owszem, pojęcie miałem, i przyznam, że świadomość tego stanowi dla mnie bardzo poważny problem. Otóż, nie widzę najmniejszego sensu w tym, bym musiał się zajmować czymś, co dla świata, który się zaczyna tuż za rogiem, jest kompletnie i definitywnie nieinteresujące, a mimo to nie mam sposobu, by się od tego raz i na dobre oderwać. Wręcz przeciwnie, im częściej widzę, jak świat wokół nas stopniowo obojętnieje na to, co go faktycznie tworzy, tym bardziej mam potrzebę gadać.
      Proszę więc sobie wyobrazić, że zakon jezuitów, wśród wielu innych ojców, ma u siebie też człowieka nazwiskiem Grzegorz Kramer, który zapewne niczym szczególnym publicznie by się nie wyróżnił, gdyby nie fakt, że swoją duszpasterską posługę postanowił realizować również na Twitterze, a przez to zyskał w Sieci pewną popularność. Ojciec Kramer, z tego, co możemy zaobserwować, jest osobą niezwykle pobożną, w znacznej części jednocześnie poświęcając ową pobożność na rzecz politycznej walki z Prawem i Sprawiedliwością. Czy jest w tym coś szczególnie poruszającego, nie sądzę. W końcu księża to ludzie tacy jak my, ze swoimi emocjami i niekiedy wariactwami, a zatem, czemu byśmy mieli pozbawiać tych praw ojca Kramera? Stało się jednak tak, że – o czym prawdopodobnie spotkana przez mnie na cmentarzu, a wcześniej wspomniana, mama nie słyszała – niedawno w proteście przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości podpalił się niejaki Piotr P. Podpalił się, przez pewien czas pocierpiał, a nastepnie umarł. Kiedy zatem ów Piotr S. umarł, ojciec Kramer na swoim profilu na Twitterze zamieścił następujący komentarz: „Panie Piotrze S. mam nadzieję, że w Nim znalazłeś to, o co tak walczyłeś. Dziękuję za odwagę. R.i.P.”. Owa pochwała samobójstwa, w dodatku samobójstwa wynikającego w sposób oczywisty nie ze zwykłej ludzkiej rozpaczy, lecz z ewidentnego politycznego zapętlenia, zrobiła na uczestnikach internetowej debaty wrażenie na tyle duże, że ojciec Kramer opublikował przeprosiny, których fragment, moim zdaniem kluczowy, pozwalam sobie zacytować:
      „Rozumiem, że wiele osób zrozumiało ten tekst jako pochwałę samobójstwa. Nie było to moją intencją. Jestem wierzącym chrześcijaninem, katolikiem, zakonnikiem i księdzem, dla mnie sprawą oczywistą jest to, że życie ludzkie od poczęcia do śmierci jest Bożym darem, którego nikt (w żadnym momencie jego trwania) nie może przerwać. Nigdy nie twierdziłem i nie twierdzę, że samobójstwo jest czymś godnym pochwały. Rozumiem ludzi, którzy się go dopuszczają, ale nie pochwalam tego aktu.
      Pisząc ten tekst chciałem przede wszystkim zaznaczyć, że śmierć Pana Piotra S. była dla mnie czymś, co bardzo mnie poruszyło. Po wtóre pisząc o jego odwadze nie miałem na myśli samobójstwa, a jego determinację do głoszenia swoich poglądów”.
     I teraz przejdę do tego, co uważam za główny sens tego, co tu nie tylko dziś, ale już od lat, robię. Otóż, moim zdaniem, ojciec Kramer to jest naprawdę porządny człowiek, jego problem polega jednak na tym, że on w pewnym momencie uznał, że polityka, a wraz z nią ów medialny zgiełk, stanowią sens jego życia i jego wiary, i owo przekonanie stało się nagle tak silne, że kiedy się dowiedział, że jakiś człowiek oddał życie za Puszczę Białowieską, za tę sama Puszczę Białowieską, którą systematycznie niszczy rząd Prawa i Sprawiedliwości, tak się tym strasznie wzruszył, że postanowił oddać duszę Diabłu. Na chwilę. Na bardzo krótki moment. Ale jednak. To wystarczyło. No a dziś, kiedy już odzyskał przytomność i doszedł do siebie, sam nie bardzo wie, co się stało i próbuje jakoś to wszystko sobie poukładać. I co mu się z tego układa? Że tak naprawdę on wcale nie głosił potęgi śmierci… no ale te nerwy i to całe napięcie… sami rozumiecie. Święty by tego nie wytrzymał, a co dopiero skromny jezuita.
      Wypadałoby te refleksje zakończyć jakąś w miarę mocną pointą. A mi nie przychodzi nic do głowy poza tym, by powtarzać sobie tę jedną prawdę, że cały świat jest w nas i nie ma sposobu, byśmy się potrafili z tej odpowiedzialności zwolnić. Biedny ksiądz Kramer. Wydawało mu się, że wystarczy codziennie do śniadania czytać „Gazetę Wyborczą”, a dzień zakończyć „Faktami” i „Wiadomościami”, by wychodzić na mróz bez szalika.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Każda jest dostępna pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
      

czwartek, 2 listopada 2017

Czy idioci zostaną objęci ścisłą ochroną?

           Przez wszelkiego rodzaju media, realizujące jednak swoją misję głównie w Internecie, a zatem w jedynym dziś w pełni wolnym środku publicznego przekazu, przelaciała, a nastepnie, całkowicie naturalnie zniknęła wiadomośc, że Patryk Jaki, ostatnio nabijający sobie polityczne punkty, jako przewodniczący sejmowej komisji badającej… powiedzmy to wreszcie uczciwie – tak naprawdę tylko i wyłącznie męczeńską śmierć Jolanty Brzeskiej, kiedy był jeszcze młodym chłopakiem, spędzał czas w blokowiskach i, co gorsza, chodził w dresie. „Gazeta Wyborcza”, bo to ona oczywiście zdecydowała się ową informację przekazać, zilustrowała ją nawet zdjęciem młodego Jakiego – jak najbardziej w dresie i przed blokiem – i w tym momencie, zamiast oczekiwanego hejtu pod adresem posła Jakiego i w konsekwencji spadku notowań Prawa i Sprawiedliwości, wspomniany Internet wręcz eksplodował szyderstwem skierowanym tylko i wyłącznie przeciwko „Gazecie Wyborczej”, gdzie tysiące chętnych mogło z dumą przyznać: #StałemPodBlokiem.
      Kiedy okazało się, że akcja „Jaki w dresie” spaliła na panewce i każdy kolejny ruch w zamierzonym kierunku musi się skończyć jeszcze wiekszą katastrofą, do akcji przystąpiła redakcja „Newsweeka” i piórem niejakiego Majmurka ogłosiła, że, owszem, numer z Jakim był błędem, natomiast to, co on przyniósł dobrego, to to, że swoje podłe, czarne oblicza odsłonili ci, którzy broniąc prostych, Bogu ducha winnych, mieszkańców blokowisk, jednocześnie zaatakowali tych, którzy mają władzę niejako z urodzenia. Dokładnie owa wypowiedź zabrzmiała tak: „Brak stabilności budzi poczucie bezsilności, niemożności zapanowania nad własną przyszłością. A taka sytuacja rodzi resentyment. Radość z upadku możnych, czy po prostu silniejszych, jest często jedynym, co zostaje słabym”. Gdyby ktoś myślał, że ja tu manipuluję, zapewniam, że o jakiejkolwiek manipulacji mowy nie ma. Majmurek pisze otwartym tekstem, że dla niego jest czymś człkowicie jasnym, że atak „Wyborczej” na Jakiego w dresie przed blokiem był błędem, ale tylko dlatego, że on obudził drzemiące w Polakach, a zwłaszcza tej „słabszej” ich części, demony pogardy skierowanej wobec „możnych, czy po prostu silniejszych”.
      Mam nadzieję, że wszystcy rozumiemy, co się stało. Majmurek, swoim niezwykle lekkim piórem i zapewne znakomicie wykształconym umysłem, informuje nas, że świat składa się, z jednej strony, z tych słabych, z drugiej natomiast z tych silniejszych, czy zwyczajnie „możnych” i problemem nie jest to, że owi „możni” gardzą tymi „słabymi”, lecz to, że „słabi” nienawidzą „możnych”, a przez to, że jest ich więcej, oni w sposób zupełnie naturalny utrzymują niezwykle szkodliwą przewagę. Dlatego też, zdaniem Majmurka, „możni” powinni zachowywać większą ostrożność, bo w momencie gdy „słabi” ulegną zawsze groźnym „resentymentom”, może się zrobić niebezpiecznie.
      I to nie jest ironia. Majmurek każde swoje słowo waży z jak największą powagą.
      Ktoś powie, że Majmurek to idiota. Normalnie, nawet w redakcji „Newsweeka” coś tego typu się nie wydarza. Otóż wygląda na to, że nie. Raz za razem bowiem mamy tam do czynienia z wystąpieniami, które jednoznacznie wskazują na to, że oni tam naprawdę w ten sposób myślą. Oni w rzeczy samej całkiem publicznie przyznają, że opanował ich ciężki idiotyzm, tyle że oni z nim by sobie świetnie poradzili, gdyby druga strona nie traktowała go jako pretekstu do politycznej agresji.
      Nawet nie zdążyłem się nacieszyć tekstem Majmurka, gdy dotarła do mnie wiadomość, że znany tu i ówdzie zw swojej duszpasterskiej aktywności na Twitterze o. Grzegorz Kramer SJ opublikował tekst, w którym podziękował za odwagę Piotrowi S., człowiekowi, który w geście protestu przeciwko łamaniu demokracji, kompromitowaniu Polski w oczach świata, oraz wycince drzew w Puszczy Białowieskiej, przez publiczne samospalenie, odebrał sobie życie. I tu tak samo, jak w przypadku bardzo nieroztropnego ataku „Wyborczej” na Patryka Jakiego, tyle że tym razem w prowadzonym przez Tomasza Lisa potralu natemat.pl ukazał się tekst, którego autorzy, zupełnie uczciwie, w dodatku z wykorzystaniem jak najbardziej oficjalnie potwierdzonych argumentów, przyznają, że swoim wystąpieniem ojciec Kramer sprawie wyłącznie zaszkodził, natomiast wiadomość, jak do nas płynie z owych refleksji jest taka, że  i cóż z tego? Ojciec Kramer się uniósł politycznie, chlapnął niepotrzebnie to czy tamto, no ale przecież chciał dobrze, no a poza tym każdemu się może zdarzyć, że powie coś, czego później musi żałować. Czyż nie?
       Otóż nie. Sięgam jak najgłębiej pamięcią do tego, co zdarzyło mi się tu, czy gdziekolwiek indziej, powiedzieć przez te niemal już dziesięć lat i oświadczam z czystym sercem, że nigdy nie żałowałem jednego słowa. Dlaczego? Otóż dlatego, że ja mam zawsze świadomość tego co mówię. No ale ja się nie bawię w gadanie. Ja znam swoje słowa i one mnie znają.

Zapraszam wszystkich do zaglądania do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
   

     

niedziela, 22 grudnia 2013

O przedświątecznej fryzurze ojca Grzegorza Kramera

Zabierając się za pisanie tekstu o Katarzynie Bratkowskiej, kobiecie, która ogłosiła, że zamorduje swoje dziecko, że, aby było zabawniej, zrobi to w Wigilię Bożego Narodzenia, no i że zrobi to tak, by nikt jej nie był w stanie niczego udowodnić, miałem prawdziwy dylemat. Z jednej strony, wiedziałem, że muszę zwrócić uwagę na fakt, że wystąpienie Bratkowskiej to nędzna prowokacja, która właściwie nie warta jest choćby splunięcia, a z drugiej, bałem się, że poza mną i może paroma szczególnie zaczadzonymi tak zwanymi „obrońcami życia poczętego”, na ten występ nikt nie zwrócił uwagi, a ja tylko się niepotrzebnie wychylę.
Tymczasem wystarczy choćby rzucić okiem na Salon24, by wiedzieć, że w tym świętym okresie nie ma praktycznie tematu, który byłby w stanie konkurować z Bratkowską. Nawet Coryllus, człowiek, który wręcz demonstracyjnie unika angażowania się w problemy pozorne, napisał tekst o Bratkowskiej, i nawet to, że on, jako nieomal jedyny z komentujących, zwrócił uwagę na fakt, że ta wigilijna aborcja, to jedynie bezczelna wrzutka Systemu, w dodatku wrzutka z jakąś biedną narkomanką w roli głównej, nie zmienia faktu, że Bratkowska zdecydowanie wygrywa.
Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby większość komentarzy oscylowała wokół przedstawionej na moim, czy Coryllusa blogu, diagnozy, niestety, z tego, co się zdążyłem zorientować, ogromna ich większość ogranicza się albo do potępiania Bratkowskiej, jako przedstawicielki najdzikszego genderyzmu, albo do wznoszenia modlitw za życie tego dziecka, a jej nawrócenie.
I to uważam za prawdziwe nieszczęście. Zbliża się Święto Niepodległości, „Gazeta Wyborcza” ogłasza, że dla Polski zabory okazały się cywilizacyjnym zbawieniem; dobrzy ludzie przygotowują się do tego, by wspominać masakrę w Kopalni Wujek, ta sama „Wyborcza” przeprowadza wywiad z jakimś komunistycznym generałem; przed nami rocznica sowieckiej agresji na Polskę – możemy być pewni, że oni zrobią wszystko, żeby zająć naszą uwagę jakimś skandalem. A teraz ta Bratkowska, jako niezapowiedziany gość przy wigilijnym stole. Co za rozpacz!
Dziś mój kolega Lemming przysłał mi link do bloga nieznanego mi krakowskiego jezuity, nazwiskiem Grzegorz Kramer, na którym uznał on za stosowne zamieścić swój list do Bratkowskiej, skromnie zatytułowany „Do Pani Katarzyny Bratkowskiej”, zaczynający się od słów „Pani Katarzyno! Proszę Panią, jako mężczyzna – niech Pani nie zabija swojego Dziecka”, a kończący się deklaracją, że jeśli ona zechce jednak urodzić to dziecko, on zrzuci habit i je adoptuje.
Otóż ja już pomijam kuriozalność tej oferty. W końcu, jak on sobie dalszy rozwój wypadków wyobraża? Bratkowska, korzystając z krótkiej chwili przytomności, przyjmuje deklarację ojca Kramera, donosi swoją ciążę do przepisowego końca, następnie zostawia to dziecko w szpitalu z przyczepioną do nóżki karteczką „Dla Grzegorza Kramera” i podanym przez niego na blogu numerem telefonu, szpital dzwoni do Kramera, zawiadamia go, że czeka na niego przesyłka, a on wsiada w samochód i odbiera małego Kramera? Przepraszam za ten złośliwie-ironiczny ton, ale mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, że ojciec Kramer nie dał mi zbyt dużego pola manewru.
Jednak nie oto chodzi. Prawdziwy problem nie jest ani w tym, że ów świątobliwy mąż najzwyczajniej w świecie bredzi, ani też w tym, że on bredzi, bo chciał się najnormalniej w świecie podlansować, tyle że mu nie wyszło, ale w tym, że on najwyraźniej jest głęboko przekonany, że ta Bratkowska jest bytem całkowicie autonomicznym i że to, co ona będzie jeszcze prawdopodobnie przez dwa dni powtarzała, to coś, na co ona ma choćby podstawowy wpływ. Mogę się mylić, ale, kiedy czytam list ojca Kramera do Bratkowskiej, nie mogę przestać myśleć, że – choć oczywiście, jak już wspomniałem, wykorzystuje całe zdarzenie wyłącznie do tego, by się nieco podlansować – on wierzy, że Bratkowska jest faktycznie w ciąży i chce dokonać aborcji. A to już jest zmartwienie bardzo poważne.
Ojciec Kramer w pewnym momencie swojego listu pisze „jestem księdzem, od przeszło pięciu lat mam to szczęście ‘słuchać spowiedzi’, to znaczy, że przez cały ten czas mam okazję być świadkiem Bożej Miłości i Miłosierdzia”. I, powiem szczerze, że to oświadczenie robi na mnie wrażenie z jednego względu. Otóż ja jestem głęboko przekonany, że księża – i to księża wszyscy, niezależnie od osobistych niedostatków – właśnie przez to, że spowiadają, i w ten sposób właśnie, jak nikt inny, są nie tylko wiarygodnymi świadkami Bożej Miłości i Miłosierdzia, są też pierwszymi świadkami ludzkiego upadku i zawsze go wyprzedzającego kłamstwa. I oto nagle przed jednym z nich pojawia się jakaś półprzytomna oszustka, w sposób ewidentny nasłana przez ludzi od niej nieskończenie ważniejszych i cwanych, a on ją gotów jest utulić do swojego ojcowskiego serca. Ja rozumiem, że z konfesjonału nie widać za bardzo twarzy, więc ten element mógł ojcu Kramerowi umknąć, no ale przecież on widział zdjęcie Bratkowskiej, widział jej oczy, zamieścił je nawet na swoim blogu. I co? To wciąż za mało? Gdybym był bardziej cyniczny, to bym się pewnie zastanowił, czy ten Kramer to też nie jest jakaś prowokacja.
Pora kończyć. Powiem więc już tylko na koniec, że, bez względu na to, co zrobimy i co powiemy, tegoroczne Święta już i tak mamy z głowy. Oni już je nam zorganizowali, a my nie mamy już żadnego ruchu. List ojca Grzegorza Kramera to sprawa, o ile się nie mylę bardzo świeża, więc jest bardzo możliwe, że do naszego wigilijnego stołu będzie trzeba dostawić dwa, a nie jeden talerz. Dla niej, ale też i dla niego. Ewentualnie możemy faktycznie jeszcze spróbować się pomodlić. Tylko, broń Boże, za nią. Za nas. Już tylko za nas.

Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...