Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemysł rozrywkowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemysł rozrywkowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2024

Kiedy zatęsknimy za Johnem Peelem?

 

      Kiedy polski gitarzysta, wówczas może 15-letni, Marcin Patrzałek pojawił się w internecie, nasze media o tym zjawisku – a było to oczywiste zjawisko – nawet się nie zająknęły. Kiedy ten zaprezentował się w amerykańskim Mam Talent i doprowadził zarówno jury jak i publiczność do autentycznego szaleństwa, i to wydarzenie zostało w Polsce powitane wzruszeniem ramion. Kiedy wreszcie, na fali tamtego sukcesu, rozpoczęła się wielka międzynarodowa kariera muzyka, której kulminacją był występ w londyńskim Royal Albert Hall, w Polsce wciąż o Patrzałku słyszał mało kto. Osobiście pamiętam, jak jeszcze w zeszłym roku artysta wystąpił w katowickim NOSPR-ze, sala była zapełniona zaledwie w połowie, a większość moich znajomych muzyków, gdy im mówiłem, że do miasta z występem przyjeżdża Patrzałek, najpierw przyznawali, że nie wiedzą, o kim mowa, by po chwili, gdy puszczałem im któreś z nagrań Patrzałka na youtube, kamienieli z wrażenia, że ktoś taki w ogóle istnieje, a oni nic o tym nie wiedzieli. Nie muszę oczywiście tu wspominać, że żadnego z nich na samym występie już nie spotkałem. Czemu? Ja oczywiście wiem, ale to już jest inny temat.

         Dziś na stronie Patrzałka na Facebooku widzę informację, że można już zamawiać bilety na wielką przyszłoroczną trasę koncertową Patrzałka, która nawiedzi większość wielkich europejskich miast, od Paryża przez Londyn, Dublin, Brukselę, Amsterdam, Wiedeń, Pragę, Rzym, Madryt, Lizbonę i wiele innych. I tu się pojawia ciekawa bardzo z naszego punktu widzenia informacja, ta mianowicie, że wspomniane bilety można zamawiać nie przez zewnętrzne agencje, ale na osobistej stronie Patrzałka marcinofficial.com, a to nam oczywiście, jak sądzę znakomicie wyjaśnia, dlaczego zarówno kolejne zdania tej notki zaczynające sie od słowa „kiedy”, kończyły się informacją, że o Patrzałku mało kto w ogóle kiedykolwiek słyszał.

       Mam znajomego, wybitnego altowiolninistę, któremu pokazałem Patrzałka na youtubie i jednocześnie poinformowałem, że on, mimo że nie wydał jeszcze ani jednej płyty i praktycznie nie koncertuje  – wówczas jeszcze nie – że jego cała aktywność muzyczna ogranicza się niemal wyłącznie do youtuba i że z zamieszczonych w internecie informacji wynika, że on już na swojej grze zarobił grube miliony dolarów, ten mi powiedział, że dziś płyty i koncerty to jest nic. Liczy się wyłącznie talent i umiejętność dbania o swoje interesy. Liczą się też więc przede wszystkim owe miliony osób, które znają Patrzałka z internetu, zachwycają się jego grą i czekają na kolejny nagrany przez niego muzyczny clip.

        Dziś, jak już tu napisałem, Patrzałek zapowiada swoją trasę po Europie, ale też ogłasza, że w połowie września ukazuje się jego pierwszy pełnowymiarowy album, wszędzie gdzie jest podkreśla, że pochodzi z Polski, z miasta Kielce, a tymczasem ani Polska, ani, jak sądzę nawet same Kielce, wciąż o tym, co powinno już dawno być przedmiotem naszej lokalnej i narodowej dumy, nie ma bladego pojęcia. A więc znów wraca to pierwsze, nie zadane, a tak ważne  pytanie: Dlaczego? Otóż częściowo na nie odpowiedziałem. Rzecz bowiem w tym, że Patrzałek się nie sprzedał, a skoro tak, to ci wszyscy, którzy mogli liczyć, że na nim zarobią, i musieli się obejś smakiem, muszą go szczerze nienawidzieć. Nienawidzieć od momentu pewnie, jak on odniósł swój wielki sukces w AGT i przyszli do niego jacyś posłańcy, żeby mu zaproponować występ na Sylwestrze Marzeń, względnie na festiwalu w Opolu, albo zgłosił się do niego sam Kuba Wojewódzki i zaprosił go do swojego programu, a on zwyczajnie wyłączył telefon.

      No właśnie, Kuba Wojewódzki. Pamiętam jak ten, będąc członkiem jury w polskim Mam Talent, odezwał się do pewnej dziewczynki, która zaśpiewała tak pięknie, że wszyscy struchleli, w te mniej słowa: „Spieprzaj z tego kraju czym prędzej, bo tu nie masz żadnych szans na sukces”. Czy ona posłuchała tego komika, czy nie, tego nie wiemy, ale nie sądzę. Pewnie trochę dlatego, że to było naprawdę jeszcze dziecko i  ono mogło nie zrozumieć języka, jakim się posługuje na co dzień Wojewódzki, no a po drugie, sam talent to naprawdę bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.

        Jak wszyscy dziś widzimy, Marcin Patrzałek wiedział to od początku i dziś może tym wszystkim cwaniakom podać najwyżej – że zacytuję tu nieśmiertelnego pana Bolka – nogę



czwartek, 28 kwietnia 2016

Padają jak muchy, czyli that's entertainment


Wprawdzie nauczony na wcześniejszych cudzych błędach, ktoś tam bardzo przezornie zdecydował, żeby ciało zmarłego niedawno piosenkarza Prince’a jak najszybciej spalić, ale i tak, jak donoszą media, wychodzi na to, że przyczyna jego śmierci jest bardziej skomplikowana, niż się na początku mogło wydawać. Otóż na przykład u niego w domu znaleziono całą kupę niezrealizowanych recept na niezwykle silne środki przeciwbólowe, a w dodatku okazuje się, że owo gwałtowne lądowanie samolotu z artystą na pokładzie nie było wymuszone tym, że on akurat tam zachorował na grypę, tylko zwyczajnie gwałtowną utratą przytomności. Oczywiście, cokolwiek tam się wydarzyło, jak uczy nas życie, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, jako że tego typu śmierci są od samego początku wpisane w koszta, a nam nic do tego. My najwyżej możemy sobie kupić płytę z piosenkami Prince’a, albo liczyć na to, że może wreszcie na youtbubie pojawią się jego koncerty. A dalej będzie tak jak było. Nie nasza sprawa. A jeśli idzie o mnie, to ja chętnie przypominam swój stary tekst o Michaelu Jacksonie, jeden też z rozdziałów mojej książki o muzyce. Polecam.

Osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

Wspomniana na początku książka, gdyby ktoś szukał, jest tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...