Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrocław. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Czy Wrocław zagłosuje na Szymona Hołownię?


     Zakończył się tegoroczny sezon targowy i wypada mi go jakoś podsumować, z punktu widzenia, który dają mi te ostatnie cztery książki, jakie się jeszcze szczęśliwie nie sprzedały. Piszę „szczęśliwie”, bo wprawdzie zupełnie naturalnie chodzi o to, by się sprzedały, z drugiej jednak mam pełną świadomość, że kiedy z nich już zostanie tylko stale dodrukowywany „Listonosz”, to ja już raczej nie będę miał czego na jakichkolwiek targach szukać. A zatem siedziałem w tym Wrocławiu przez bity weekend i muszę powiedzieć, że, pomijając dawno już przez nas odpuszczone targi na Stadionie Narodowym, tak fatalnej publiczności nie znam. Dotychczas sądziłem, że gorzej niż Kraków i Katowice, rynek nas nie potraktuje, jednak wygląda na to, że, owszem, Wrocław, wchodzi na podium.
      W czym rzecz? Otóż to jest chyba jedyne miejsce z dotychczas przeze mnie odwiedzonych, gdzie ludzie przychodzą z bardzo ściśle określonym planem i nie ma ludzkiej siły, która by ich z tego planu mogła wybić. Oni, owszem, chętnie się zatrzymują przy stoisku, chętnie rozmawiają – i to niekiedy naprawdę bardzo długo – wyrażają swoje najwyższe zainteresowanie książką, a następnie mówią „dziękuję” i odchodzą. Powiem szczerze, że to jest sytuacja nieco podobna do tej opisanej przez Boba Greene’a, kiedy ten, podczas wyprawy po sklepach ze słynną kiedyś przez chwilę hollywoodzką gwiazdką Kristy McNichol, zaszedł do wielkiego sklepu z butami, ona się od wejścia rozejrzała dookoła, powiedziała: „Nope” i wyszła. Kiedy Greene zapytał ją: „What didn’t you see?”, ona odpowiedziała: „I didn’t see quality shoes”. I to było mniej więcej to, z czym ja i Coryllus mieliśmy do czynienia, jak to on pięknie określa, „od skowronka do żaby”. Ludzie przychodzili, brali książkę do ręki, albo on, albo ja wypruwaliśmy z siebie żyły, żeby opowiedzieć o tym, co tam jest w środku, a oni zwyczajnie „nie zauważyli tematu wysokiej jakości”. I daję słowo, że nie chodziło tylko o nasze książki. W ofercie Kliniki Języka były znakomite eseje wybitnego psychiatry, prof. Łukasza Święcickiego, napisane bardzo przystępnie i z niezwykłym humorem, a jednocześnie – jeśli uwzględnić pozycję Autora – na najwyższym poziomie profesjonalizmu, a ja już nie pamiętam, ile razy odwiedzający stoisko, brali tę książkę do ręki, przeglądali ją, Gabriel im, tak ładnie jak tylko on potrafi, opowiadał o tym, czemu ta książka jest absolutnym hitem... i ja wiem, ile osób ją kupiło? Trzy? Może cztery?
      Powiem coś jeszcze. Otóż w pewnym momencie pojawił się przy nas ktoś, kto nawet znał nazwę wydawnictwa i był tą ofertą zainteresowany na tyle poważnie, że spędził tam, zawracając nam głowę, jakieś trzy godziny. Opowiedział mi, że ma dwoje dzieci, które uczy w systemie domowym, również języka angielskiego, a więc opowiedziałem mu o moim „Listonoszu”, objaśniłem mu chyba każdą część tego, co tam jest, wykazałem, że im się ta książka z całą pewnością przyda, a on ostatecznie mnie poinformował, że akurat się skupia na uczeniu swoich dzieci amerykańskiej wymowy i nie chce ich rozpraszać gramatyką. Ostatecznie kupił dwa komiksy i obiecał, że za rok znów przyjdzie.
       Ale jest jeszcze coś. Otóż choćby w porównaniu z Warszawą, we Wrocławiu ludzie odwiedzali te targi wyłącznie po to, by kupić dwie może trzy książki, a poza tym sobie pospacerować i pogadać ze sprzedawcami. Jedyna osoba, na którą zwróciłem uwagę to pewien starszy pan, który niósł wielkie pudło z napisem „Remigiusz Mróz dzieła wszystkie. Niska cena”, czy jakoś tak. Tam widok kogoś, kto by, jak tydzień temu w Arkadach Kubickiego, wychodził z targów niosąc całe wielkie torby wypełnione książkami, musiałby wywołać powszechną panikę.
      No więc, raczej porażka. Gdyby nie tych kilkanaście osób – co warto zauważyć, i tak znacznie mniej niż w Warszawie – którzy w ogóle wiedzieli, kim jesteśmy, byłoby znacznie, znacznie gorzej. No ale jakoś tam z przysłowiową tarczą z tych targów wyszliśmy i wciąż wydarzenie sprzed lat ze wspomnianego Stadionu Narodowego, kiedy to po pokryciu kosztów za stoisko, Gabriel zarobił jakieś trzysta złotych, a ja nic, pozostaje do dziś niepobite. Z informacji jakie do nas dotarły na zakończenie, od targów wrocławskich lepszy wynik sprzedażowy osiągnęły tegoroczne targi w Katowicach, a to jest już news. Wygląda na to zatem, że w przyszłym roku przyjdzie się nam z Katowicami pogodzić. No ale zobaczymy.
      Na koniec, wciąż to samo pytanie, czemu tak? Nie mam pojęcia, ale chodzą mi po głowie pewne myśli, myśli, przyznaję dość niebezpieczne, jednak biorę pod uwagę taką możliwość, że warto ich nie lekceważyć. A wszystko zaczęło się od tego, że kiedy jeszcze rano w sobotę, gdy wysiadłem z pociągu i spod dworca postanowiłem poprosić taksówkę do Hali Ludowej, taksówkarz – jak najbardziej korporacyjny – powiedział, że owszem, on mnie może tam zawieść, ale za trzy dychy bez taksometru. Przepraszam bardzo, ale czegoś takiego nie doświadczyłem od PRL-u.     
      Druga rzecz jaka zrobiła na mnie wrażenie, to Msza Święta w kościele Św. Boromeusza, gdzie kościół był właściwie pełny, tyle że, rozglądając się na tyle na ile mi wypadało, nie mogłem nie zanotować, że jakieś 99 procent wiernych to byli ludzie jeszcze starsi ode mnie, a ksiądz – skądinąd całkiem sympatyczny – całe kazanie poświęcił napominaniu ich, że jeśli nie będą wystarczająco pobożni, to może się okazać, że nie zostaną zbawieni. Po tej też właśnie Mszy ów ksiądz, a za nim pewien starający się mówić po polsku brytyjski kaznodzieja, zaapelowali – jak rozumiem już po raz kolejny – o to, by parafianie zechcieli jednak przyjąć do siebie dzieci z zagranicy, które tuż przed Świętami przyjeżdżają do Wrocławia w ramach jakiejś pielgrzymki, będą mieli ze sobą karimaty i śpiwory i chodzi im tylko o dach nad głową i może śniadanie. Dzień ich przyjazdu zbliża się wielkimi krokami, a tymczasem, wedle słów księży, brakuje jeszcze miejsc dla siedmiu tysięcy dzieci. Jeszcze siedem tysięcy wrocławskich parafian nie uznało za stosowne zgodzić się przyjąć u siebie owych pobożnych dzieci ze świata
       No i rzecz ostatnia. Otóż, czego nigdy wcześniej nie zauważyłem nigdzie, ruch na targach w niedzielę był znacznie większy niż w sobotę. Podobnie zresztą sprzedaż. Znacznie większa. Bardzo zbliżona do Warszawy. Gdziekolwiek dotychczas byłem, niedziela była, jak to mawia śp. biskup Herbert Bednorz „Boża i nasza”. No ale tym razem wrocławianie się spisali. Tego się nie spodziewałem. W sobotę obawiałem się, że nie zwróci mi się nawet ten przyjazd, a niedziela mi tę sobotę wynagrodziła w pełni.
        A więc Wrocław. Coś jest jednak nie tak z tym miastem. Jeśli wolno mi coś zasugerować, dobrze by było, gdyby oni się jednak nieco ogarnęli, bo jeśli to nie nastąpi, cała Polska, zamiast się śmiać z Warszawy, będzie się śmiała z nich.


    
     

sobota, 10 grudnia 2016

Witamy EC Pietuszki - Wrocław

      Przedstawiam dziś tekst, który ukazuje się niemal jednocześnie w „Warszawskiej Gazecie”. Dotyczy on tematu, z którym już się tu mieliśmy okazję parę dni temu zmierzyć, tyle że dziś zamiast obrazu i obcego języka, mamy polskie słowo, a więc jestem pewien, że będziemy mieli z niego pożytek.

      Miniony weekend spędziłem we Wrocławiu na targach książki, a ponieważ całodzienne stanie, niemal nieprzerwane rozmowy z czytelnikami, a dla zabicia głodu kawa plus niekiedy jakiś herbatnik, potrafią zmęczyć nie takich jak ja, udaliśmy się w sobotni wieczór w okolice wrocławskiego rynku na kolację. Ponieważ akurat w mieście odbywał się tak zwany Jarmark Przedświąteczny, wszystkie lokale były zajęte, natomiast w pewnym momencie z tego tłumu wyłoniła się sympatyczna dziewczynka w wieku licealnym i zapytała, czy mamy ochotę na „darmowy striptease”. Widok tego dziecka, wraz z ową niezwykłą ofertą, tak nas zszokował, że myślę, że nawet gdybyśmy faktycznie byli dwoma starymi onanistami, którzy w swoim zidioceniu są w stanie uwierzyć w to, że wspomniany „darmowy striptease” jest rzeczywiście darmowy, i tak zwialibyśmy gdzie pieprz rośnie.
      Znaleźliśmy wreszcie spokojne miejsce z dala od tej strasznej perwersji, a ja już tylko sobie myślałem, że oto współczesny Wrocław – miasto burdeli i małoletnich naganiaczy.
      Że to nieprawda? Że generalizuję? Proszę więc uprzejmie, oto inna generalizacja, pewnie jednak bardziej dla nas przystępna.
      Właśnie trafiłem w Internecie na występ słynnego amerykańskiego komika Louisa C.K., który wspomina swoją wizytę w Moskwie na początku lat 90-tych ubiegłego wieku i w pewnym momencie opowiada nam anegdotę. Otóż zjechał Louis C.K. na samo dno moskiewskiego metra i tuż obok siebie zobaczył dwie postacie. Pierwsza z nich to absolutnie wybitny skrzypek, który za jakieś marne kopiejki grał dla śpieszących do metra moskwiczan, a oni zatrzymywali się, słuchali go i płakali ze wzruszenia. Nieco dalej obok natomiast, na ziemi pod ścianą, siedział żebrak. Nagle, między muzykiem a żebrakiem pojawiła się grupka małych dzieci o mocno ubrudzonych twarzach, w płaszczach do ziemi, ze zwisającymi rękawami i żebrak zaczął coś do nich wołać w języku, którego Louis C.K. oczywiście nie rozumiał. Jednocześnie też pokazywał im swój but z dramatycznie rozerwaną podeszwą. No i wtedy jeden z tych chłopaczków podszedł do niego, a ze sterczącego rękawa wynurzyła się dziecięca dłoń z tubką kleju. Żebrak wziął klej, przykleił oderwaną podeszew, oddał dziecku tubkę, ono wciągnęło klej nosem, i w tym momencie pojawiły się kolejne dłonie i reszta tych dzieci zrobiła to samo. To co na Amerykaninie zrobiło największe wrażenie, to to, że ów żebrak od początku najwyraźniej doskonale wiedział, do kogo się zwrócić o pomoc.
      Poruszający jest koniec owego występu. Otóż w pewnym momencie ów żebrak spojrzał na turystę, zaśmiał się i w tym momencie Louis C.K. pojął cały sens swojego wyjazdu do Moskwy. Wtedy bowiem zrozumiał, jak coś, co jest obiektywnie absolutnie przerażające, może być jednocześnie śmieszne. Głupio to mówić, ale boję się, że gdyby on dziś przyjechał do Wrocławia i ta biedna dziewczynka by mu zaproponowała striptease, też znalazłby dobry powód, by o tym opowiedzieć w jednym ze swoich popisów.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam z czystym sercem.


wtorek, 6 grudnia 2016

Wrocław - Pietuszki z Louisem C.K.

Byliśmy w tym Wrocławiu i ponieważ u ojca Rachmajdy było już po kolacji, w sobotni wieczór udaliśmy się w okolice Rynku, żeby coś zjeść. Tak się złożyło, że Wrocław na swój szczególny sposób świętował zbliżające się Boże Narodzenie i w mieście odbywał się tak zwany Jarmark Przedświąteczny, co polegało na tym, że cały Rynek i okoliczne ulice były zapełnione budami z piwem i z tanim jedzeniem, oraz tłumem najczęściej rozwrzeszczanej i nawalonej młodzieży. O tym, że my dwaj wyglądamy tam jak chandlerowska tarantula na porcji biszkopta, dowiedzieliśmy się już przy pierwszej próbie przebicia się przez ów tłum, kiedy to zupełnie znikąd wyskoczył na nas jakiś umyślny, proponując nam „darmowy striptease”, po nim następny i następny, a na końcu zupełnie zwykła dziewczyna w wieku licealnym z dokładnie z tą samą ofertą. W tym momencie zrobiło nam się już tak wstyd, żeśmy zaczęli wiać z tego Rynku w tempie dwóch ruskich sputników z demobilu. A skoro doszliśmy do tego, to opowiem coś jeszcze.
Myślę, że większość czytelników tego bloga nigdy nie słyszało o dziś chyba jednej z najbardziej znanych gwiazd amerykańskiego stand-upu, komiku występującym pod scenicznym imieniem Luis CK. Ja akurat Luisa CK oglądam od pewnego już czasu i mam do niego stosunek idealnie ambiwalentny. Z jednej mianowicie strony, uważam, że kiedy on jest dobry, to jest zwyczajnie najlepszy, natomiast kiedy jest do dupy, od niego gorszy jest tylko Kabaret Neo-Nówka. Dziwne to bardzo, ale tak to właśnie widzę i gotów jestem się o to kłócić. Kiedy Luis CK jest słaby, od niego gorsza jest już tylko Neo-Nówka, a kiedy się rozkręci, to jest już ostatnia stacja. Dziś trafiłem na jego bardzo króciutki występ, który zrobił na mnie takie wrażenie, że pomyślałem się owym wrażeniem podzielić. Jeśli ktoś, jak na przykład Gabriel, języka nie zna, to niech wpadnie jutro. Wszystkim pozostałym, naprawdę polecam. Zawsze można sobie włączyć angielskie napisy. Będzie łatwiej. Mocne I moim zdaniem bardzo adekwatne.



Ta końcówka jest porażająca: „Spojrzał na mnie i się roześmiał. No i ja się roześmiałem. I to był jedyny człowiek, z którym miałem w Związku Sowieckim jakikolwiek kontakt. I wtedy zrozumiałem, po co tam pojechałem: by zrozumieć, jak życie potrafi być straszne… i jak jednocześnie kurwa śmieszne”.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można znaleźć wszystkie moje książki.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

O zawodowcach w boeingach i na traktorach

Zakończyły się kolejne targi i choć przyznać trzeba, że każde słowo, jakie na ich temat dziś napisał Coryllus, jest i słuszne i głębokie, ja osobiście nie widzę żadnego powodu do narzekania. Targi – dla mnie każde targi – są wydarzeniem tak uroczystym, że osobiście mógłbym spędzać czas wśród tych książek i ludzi co tydzień, w każdych warunkach. Byle by tylko znaleźli się czytelnicy. A we Wrocławiu czytelników było co niemiara. Tak więc ta końcówka roku, a więc Katowice, Warszawa i Wrocław stanowi podsumowanie tych naszych wysiłków najlepsze, jakie mogę sobie wyobrazić. Mieliśmy przez te dwa miesiące wszystko, czego można było zapragnąć, a symbolicznym wymiarem tego mógłby być choćby obrazek, który zamieściłem na Twitterze i zatytułowałem: „Tomasz Łysiak podpisuje swoją książkę”.



Jak już wspomniał Coryllus, w jego księgarni pojawił się kolejny, francuski tym razem, numer „Szkoły Nawigatorów”. Jak zwykle, tam cała kupa fantastycznych tekstów, w tym dwa moje. Na zachętę, przedstawiam tu jeden z nich, o filmie „Leon Zawodowiec”.

Nie wiem, czy to jest tylko taka moja prywatna fanaberia, czy może owa idea pojawiła się gdzieś jeszcze w konkretnych analizach, osobiście jednak jestem bardzo przywiązany do używania pojęcia „film francuski”, jako kategorii estetycznej. I oczywiście wcale nie chodzi mi o to, że większość filmów produkowanych we Francji ma moim zdaniem pewną wspólną cechę, którą można określić przy pomocy owej nazwy. One oczywiście są do siebie bardzo podobne, natomiast to co jest moim zdaniem bardzo ciekawe, to fakt, że zarówno w Polsce, we Włoszech, w Szwecji, Danii, na Węgrzech, a nawet w Stanach Zjednoczonych, od czasu do czasu powstają filmy, po obejrzeniu których można co najwyżej wzruszyć ramionami i rzucić z pogardą: „jeszcze jeden francuski film”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, czy ktokolwiek poza mną i osobami, z którymi jestem blisko, rozumie ten problem, w każdym razie jest tak, że w środowisku, w którym sam się obracam, każdy świetnie wie, w czym rzecz. Zarówno moja żona, jak i moje dzieci, ale też moi znajomi, kiedy im mówię, że ten czy inny film to „film francuski”, wiedzą dokładnie, co mam na myśli. Oni świetnie wiedzą, o co mi chodzi, gdy kiedy mnie proszą o opinię na temat takich filmów, jak „Dzień Apokalipsy” Coppoli, czy „Pat Garrett i Billy the Kid” Peckinpaha, czy oczywiście „Leon Zawodowiec” Bessona, a ja im mówię: „normalny francuski syf”.
Aby dokładnie przedstawić to, co mam na myśli, proponuję przyjrzeć się ostatniej z wyżej wymienionych produkcji, czyli słynnemu „Leonowi Zawodowcowi”, przez wielu uważanego za dzieło kultowe. Mówię o filmie, który przez wielu miłośników kina jest traktowany, jako wydarzenie niemal najważniejsze we współczesnej historii kina, przy którym blednie nawet sam Quentin Tarantino ze swoim „Pulp Fiction”, a który dla mnie akurat stanowi idealny symbol tego, co postanowiłem opisywać przy pomocy epitetu „kino francuskie”.
Popatrzmy najpierw na fabułę. Oto mamy owego Leona, granego przez słynnego francuskiego aktora Jeana Reno, który w okrągłych ciemnych drucianych okularach, w za dużym płaszczu, za krótkich spodniach, w wydzierganej na drutach czapce, wygląda jak psychicznie chory menel, chodzi po Nowym Jorku i w stylu zbliżonym do tego, cośmy mogli oglądać w pierwszej części tarantinowskiego „Kill Billa”, dokonuje egzekucji na zamówienie. Od początku widzimy, że choć dla Leona zabicie człowieka nie stanowi najmniejszego moralnego, czy technicznego problemu, on nie jest zwykłym zimnym mordercą, lecz człowiekiem wręcz niezwykle wrażliwym, w dodatku najwidoczniej bardzo religijnym, o czym świadczą znajdujące się w jego mieszkaniu figurka Matki Boskiej i obrazek z Jezusem.
Tak się składa, że Leon mieszka bardzo skromnie w zrujnowanej kamienicy, mając tuż za ścianą wręcz karykaturalnie upadłą rodzinę idiotów, która się trudni handlem narkotykami na rzecz lokalnej mafii, gdzie jakimś tajemniczym cudem zachował się jeden anioł, a mianowicie grana przez debiutującą Natalie Portman trzynastoletnia Matylda, dziecko piękne, wrażliwe, inteligentne i oczywiście o ogólnej prezencji modelki. A więc z jednej strony mamy tego Leona, a więc okrutnego acz wrażliwego i pobożnego mordercę – swoją drogą przestrzegającego stałej zasady, że nie zabija się kobiet i dzieci – a z drugiej, młodą Natalie Portman, wyglądającą, jak młoda Natalie Portman, która właśnie wyszła od salonu piękności.
I oto któregoś dnia w owej kamienicy pojawia się okrutna i bezwzględna mafia z psychopatycznym szefem lokalnej policji na czele, granym przez Gary’ego Oldmana, morduje wszystkich, włącznie z młodszym braciszkiem Matyldy, który dotychczas był dla niej jedynym sensem życia, oszczędzając jedynie Matyldę, która akurat poszła do lokalnego spożywczaka, by kupić Leonowi mleko, od którego ten jest uzależniony.
Kiedy Matylda wraca ze sklepu, mordercy wciąż są na miejscu, szukając już tylko Matyldy, jednak Leon przemyca ją bardzo sprytnie do siebie i od tego momentu oboje zostają najlepszymi przyjaciółmi. I oto okazuje się, że Matylda nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by pomścić śmierć ukochanego braciszka, a by swoje marzenie zrealizować, prosi Leona, by ja nauczył, jak zostać morderczynią. Po początkowych oporach, Leon przyjmuje propozycję dziecka, w którym jest coraz bardziej zakochany, i znaczna część filmu to już tylko ów fascynujący trening.
W końcu dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia, którego tu zdradzać nie będę, tyle że wcale nie przez to, że nie wypada, ale z tego powodu, że w tym momencie wszystko jest już tak głupie, że to, jak się ów film kończy, jest moim zdaniem całkowicie bez znaczenia.
Gdzie więc tu jest owa Francja, poza tym, że zarówno Besson, jak i Reno to Francuzi, a sama Portman też ma imię jakby francuskie? Otóż na pierwszy rzut oka, i to od początku do samego bardzo spektakularnego końca, mamy w istocie rzeczy do czynienia z bardzo typowym kinem hollywoodzkim, gdzie wszystko się toczy zgodnie ze wzorem znanym z takich przebojów, jak „Szklana Pułapka”, „Zabójcza Broń”, cała seria filmów z Bondem, czy klasyczne już filmy o Brudnym Harrym, gdzie z jednej strony jest nasz bohater, a z drugiej psychopatyczny morderca, i każda minuta tego pojedynku wypełniona jest czystą emocją, tyle że o ile tam wpadamy w sidła tej magii i nie jesteśmy w stanie się z niej wyplątać, to w „Leonie” od samego początku wyłącznie dostajemy cholery na to, jak bardzo to wszystko, co oglądamy jest nieprawdziwe. Tu, poczynając od samego Leona, przez tę dziewczynkę, aż po owego wiecznie zaćpanego, granego przez Oldmana policjanta-psychopatę, wszystko jest tak sztuczne, że to można porównać tylko do peerelowskich jeszcze powieści dla dzieci Aleksandra Minkowskiego. Mamy więc Leona pijącego to swoje mleko, regularnie i z najwyższą czułością przecierającego na zmianę z figurką Matki Boskiej swoją ukochaną roślinkę, po nim ową Matyldę, która mieszkając w jakiejś śmierdzącej melinie z bandą ćpunów wygląda jakby wchodziła na wybieg gdzieś w Paryżu czy Londynie, no i wreszcie ten Oldman, który zachowuje się jakby grał w taniej parodii japońskiego komiksu, no i jego kumple, z których każdy, kiedy zabija, musi mielić w zębach zapałkę.
Ktoś powie, że to wszystko jest przecież tylko konwencją, a więc zabawą. Jeśli krytykujemy Bessona, co powiemy o wspomnianym o każdym z wielkich dzieł Tarantino? Otóż problem polega na tym, że o ile u Tarantino faktycznie każdy kolejny wygłup stanowi część konwencji, u Bessona ten idiotyzm jest przedstawiany z najwyższą powagą. Kiedy Tarantino od początku do końca do nas mruga to lewym, to prawym okiem, u Bessona nie ma za grosz humoru. Tam wszystko jest nieskończenie poważne, i to taką powagą, że ubraną w kicz na tyle intensywny, by był w stanie generować wyłącznie wzruszenie, oraz filozoficzny namysł nad skomplikowaniem ludzkiej duszy.
Ów nieszczęsny Leon, a za nim każdy kolejny bohater tego idiotyzmu, to klasyczna postać z kreskówki w rodzaju Misia Jogi, tyle że kiedy Miś Jogi chodzi w kapeluszu, wszyscy go akceptujemy, bo wiemy, że Miś Jogi nigdzie się bez kapelusza nie rusza, bo gdy go zdejmie, to już nie będzie Misiem Jogi, tylko jakimś ładnie narysowanym niedźwiedziem, natomiast gdy chodzi o Leona w tych jego ciemnych okrągłych okularkach, jedyne co widzimy, to aktora, któremu reżyser kazał w nich chodzić, nawet po ciemku, bo to będzie fajnie wyglądało w kolejnym ujęciu. A gdy patrzymy na Garego Oldmana, jak żre te swoje tabletki, twarz mu wykrzywia szaleństwo i wygłasza teksty typu „Uwielbiam atmosferę ciszy przed burzą”, to przepraszam bardzo, ale tu mamy już tylko Garego Oldmana, który pragnie powtórzyć słynną scenę z filmu Coppoli – jeszcze jednego typowego „francuskiego” knota – z zapachem napalmu o poranku.
A zatem to jest właśnie to, co nazywam „filmem francuskim”, czyli dramat, w którym każda kolejna, w zamierzeniu wywołująca łzy wzruszenia, scena budzi śmiech, komedię, gdzie każdy skecz jest żenująco ponury, i horror, gdzie wszyscy ziewają, bo diabły wyglądają jak sympatyczne misie w kapeluszach. A wszystko to wyłącznie dzięki temu, że nikomu nie zależało ani na rozśmieszeniu, ani na przestraszeniu, ani na wzruszeniu widza, ale na stworzeniu dzieła, które będzie dyskutowane w podręcznikach na uniwersytetach i omawiane na intelektualnych przyjęciach.
Ale jest jeszcze coś, do czego moim zdaniem zdolni są wyłącznie Francuzi i ci, dla których owa „szkoła francuska” stanowi wzór do naśladowania. Otóż „Leon Zawodowiec” w moim odczuciu to kultowe dzieło przede wszystkim z punktu widzenia wszelkiej maści pedofili. A mówiąc o pedofilach „wszelkiej maści” mam na myśli również tych z nich, którzy kiedy widzą trzynastoletnią dziewczynkę z ledwo rozwiniętym biustem, ustylizowaną w taki sposób, by z jednej strony w oczy rzucał się przede wszystkim ten bardzo drobny biust, a z drugiej by ona była ubrana, umalowana i pokazana jak dojrzała kobieta, kiwają w zamyśleniu głowami i mówią: „Jak się tak zastanowić, to ta pedofilia nie jest rzeczą aż tak oczywistą”. I to jest też to, o czym myślę, gdy oglądam taki film, jak „Leon Zawodowiec”, film, o którym już od pierwszej chwili wiadomo, że jest filmem francuskim, nie dlatego że tam wszyscy gadają po francusku, czy dlatego, że jego akcja toczy się w Paryżu, ale dlatego, że jego celem nie jest ani wzruszenie, ani rozśmieszenie, ani przestraszenie, ale zaapelowanie do tak zwanych „wrażliwych umysłów”, by zobaczyły, jak piękny potrafi być biust trzynastoletniej dziewczynki, kiedy ona jest taka niewinna i słodka, a mimo to potrafiła rozkochać w sobie bezwzględnego, starzejącego się zabójcę.
Nie zdziwiłbym się gdyby się miało okazać, że to jest jeden z bardziej fascynujących tematów, jakie się w każdy pierwszy wtorek miesiąca dyskutuje na drugim piętrze Restaurant Drouant w Paryżu. No ale o tym już w innym miejscu.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie w naszej księgarni można na okrągło, od rana do nocy, kupować co dusza zapragnie.

piątek, 27 listopada 2015

Nowa opozycja, czyli opornik w klapę i bejsbol w dłoń

Jutro i pojutrze będę w Warszawie na targach, a zatem będziemy tu na blogu mieli krótką przerwę. Przedstawiam więc już dziś swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i niech on tu sobie pobędzie do niedzieli. A później się zobaczy. Wszystkich oczywiście zapraszam do Arkad Kubickiego, gdzie przez cały weekend będę siedział (lub stał) i podpisywał książki.


Wszystko zaczęło się tak, że Teatr Polski we Wrocławiu ogłosił premierę nowej sztuki, zatytułowanej „Śmierć i dziewczyna”, wyreżyserowanej przez niejaką Ewelinę Marciniak, a opartej na tekście pewnej Elfriede Jelinek, austriackiej komunistki, laureatki Nagrody Nobla, pod tym samym tytułem. Już we wstępnych, szeroko kolportowanych, zapowiedziach poinformowano nas, że w trakcie przedstawienia dojdzie do pełnego aktu seksualnego, w wykonaniu pornograficznych aktorów sprowadzonych specjalnie na tę okazję z Czech. Wedle tych samych informacji, trzeba było sięgnąć po wsparcie z zagranicy, ponieważ żaden z polskich artystów, na udział w tej hucpie się nie zgodził. Dowiedzieliśmy się też, że na scenie będziemy mogli podziwiać również dziewięcioletnie dziecko.
Było więc od początku rzeczą oczywistą, że wszystkie te informacje, a więc Jelinek, pornografia i dziecko, muszą spowodować odpowiedni rwetes, zwłaszcza gdy premiera ma mieć miejsce w nowej już politycznej sytuacji, która z pewnością będzie się wiązać z nową polityką kulturalną i nowymi zobowiązaniami władzy wobec społeczeństwa. No i dostaliśmy to, co musieliśmy dostać.
Ja nie znam ani twórczości tej komunistki, ani jej konkretnego dzieła, ani nawet nie oglądałem filmu Romana Polańskiego pod tym samym tytułem, i, jak się zdaje, powstałego z tej samej inspiracji, natomiast sytuacja, w której teatr utrzymujący się z publicznych pieniędzy wydaje owe pieniądze na realizację pornograficznych przedstawień, w oparciu o twórczość austriackich komunistek, szczególnie tych, które w uznaniu swoich zasług artystycznych zostały uhonorowane Nagrodą Nobla, wiem, że mam do czynienia albo z obłędem, albo z prowokacją.
Tym razem, jak już dziś wiemy, doszło do prowokacji. Kiedy bowiem napięcie wokół zbliżającej się premiery sięgnęło zenitu i zainterweniować musiał sam Minister Kultury, okazało się, że w ogóle nie wiadomo, o co ten cały zgiełk, bo o żadnej pornografii mowy być nie może, a sam Teatr Polski we Wrocławiu, z pełnymi gwarancjami ze strony swojego dyrektora, Krzysztofa Mieszkowskiego, udowodnił ten fakt niejako fizycznie: podczas premierowego przedstawienia, sprowadzeni z Czech aktorzy pornograficzni żadnego seksu nie uprawiali, a minister kultury Piotr Gliński już na samym starcie swojego urzędowania okazał się cenzorem i idiotą, podobnie jak reprezentowany przez niego rząd, z premier Szydło na czele i stale obecnym za jej plecami Jarosławem Kaczyńskim.
Pytany o wcześniejsze zapowiedzi, dyrektor teatru albo unika tematu, albo z odpowiednim uśmiechem opowiada coś o różnych sposobach promocji towaru, w czym mu dzielnie towarzyszą ogólnopolskie media, natomiast mnie zastanawia coś zupełnie innego. Otóż wygląda na to, że wyborcze zwycięstwo polskiej prawicy było tak poważne, a determinacja nowego rządu, by zrealizować wszystkie wyborcze zapowiedzi, tak wielka, że System postanowił działać i to działać totalnie, wykorzystując do walki wszystko, co jest pod ręką, nawet jakiś lokalny teatr.
Wygląda na to, że chętnych do współpracy jest wielu i wcale nie mam tu na myśli tylko Ryszarda Petru i jego kumpla Krzysztofa Mieszkowskiego.

Przypominam, że książki są stale do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 14 listopada 2013

Wrocław - Pietuszki, czyli powrót do PRL-u

Michael Palin, o którym tu już w tym kontekście wspominałem, w swojej wędrówce dookoła świata zajechał aż do Chile, no i, siłą rzeczy, też do Santiago. I tam, w Santiago właśnie, zaszedł do jakiegoś parku, gdzie natrafił na człowieka, który stał tam sobie z Pismem Świętym w ręku i głosił swoje, jakoś tam, mniej lub bardziej związane z wiarą chrześcijańską, nauki. Możemy tę scenę oglądać na filmie telewizji BBC, a widok ów jest wręcz porażający. Otóż stoi ten człowiek na środku jakiejś alejki, z tym Pismem Świętym w dłoniach, i naucza. Co on dokładnie mówi, nie wiem, bo nie znam języka, a sam Palin – uznając widocznie, że to akurat nie jest istotne – nam jego słów nie tłumaczy. Z tego jednak, co udało mi się wychwycić, domyślam się, że treścią jego wystąpienia jest zło opanowujące świat, zło, z którym my powinniśmy w Imię Jezusa Zmartwychwstałego walczyć.
Człowiek ów więc naucza, tymczasem wokół niego – jako że to jest miejski park – widzimy ławki, a na tych ławkach zakochane pary, które, nie zwracając na owego kaznodzieję najmniejszej uwagi, z prawdziwym oddaniem - jak to zakochane pary - się obściskują. No a na jednej z tych ławeczek siedzi też sam Palin, jednym okiem patrzy na tych zakochanych, drugim na kaznodzieję, no a świat się kręci wedle swojego wewnętrznie ustalonego porządku.
Jak już wspomniałem, kaznodzieja jest jeden, a ja się zastanawiam, czy gdyby tam z nim był jeszcze ktoś, powiedzmy rozdający jakieś ulotki, czy atmosfera byłaby tak samo zgodna? No a gdyby tam były nie dwie, ale cztery osoby: on, głoszący Słowo Boże, jego rozdający ulotki kolega, no i na przykład dwie pobożnie klęczące i odmawiające Różaniec dziewczyny? Czy ktoś by zainterweniował? Czy może przyjechałaby policja i ich wylegitymowała? A może ci zakochani dostaliby na nich cholery i ich stamtąd przepędzili? A może któryś z nich by wstał i demonstracyjnie oddał mocz na te klęczące i modlące się dziewczyny? Tego oczywiście nie wiemy, ale mam bardzo mocne wrażenie, że nawet gdyby ich tam było sześcioro, o ile tylko wciąż jedyne, co by było widać i słychać, to ta modlitwa i ta Ewangelia, wszystko pozostałoby dokładnie na tym poziomie, jaki mieliśmy okazję oglądać na tym filmie. A więc Palin by siedział i kontemplował ów widok, a młodzi na to, co się wokół niech dzieje, nie zwracaliby nawet uwagi, bo są zakochani i ich nic poza tą ich miłością nie interesuje.
Chyba kilka dni temu na którejś z wrocławskich ulic pojawiła się paroosobowa grupa młodych ludzi, reprezentujących coś, co, o ile dobrze zapamiętałem, nosi nazwę Krucjaty Modlitewnej i postanowili przeprowadzić akcję ewangelizacyjną na rzecz zachowania czystości w duchu chrześcijańskim. Nie mam do końca pewności, ilu ich tam dokładnie było, ale z tego co zauważyłem na umieszczonym w Sieci filmie, mieliśmy tego „kaznodzieję”, dwie osoby odmawiające Różaniec, oczywiście człowieka z kamerą, no i ludzi przechodzących tamtędy, w jedną czy drugą stronę. A zatem, sytuacja była dość podobna do tego, cośmy oglądali w pokazanym przez Michaela Palina parku w Santiago. Z jedną bardzo istotną różnicą. Otóż w pewnym momencie, w oknie sąsiadującego z placem bloku pojawiła się jakaś kobieta, skutecznie obrzuciła modlących się jajkami, po czym pokazała im środkowy palec i zamknęła się w mieszkaniu. W pewnym też momencie podszedł do nich jakiś w najmniejszym stopniu nie wyglądający ekscentrycznie człowiek, zwymyślał ich powszechnie uważanymi za obelżywe słowami, by na nich w końcu dosłownie nasikać.
Wreszcie pojawił się radiowóz policyjny, wyszło kilku policjantów – mam wrażenie, że było ich więcej, niż tych ludzi z Krucjaty – i rozgonili „nielegalne zbiegowisko”. Oczywiście nie przy pomocy armatek wodnych, pałek, czy gazów łzawiących – w końcu mamy upragnioną demokrację – ale w sposób jak najbardziej cywilizowany, a więc legitymując modlących się i tym samym skutecznie przerywając akcję.
Jak to się stało, że policja – która wcześniej akurat, kiedy Krucjata była obrzucana jajami, przeklinana i wreszcie oblewana moczem, szczególnego zainteresowania wydarzeniem nie wykazała – zjawiła się na miejscu? Jak sądzę, musiało dojść do interwencji. Jest prawdopodobne, że któryś z przechodniów, widząc, co się dzieje, zadzwonił po policję, no i oni przyjechali. Tyle że ja się zastanawiam, co ten ktoś powiedział? Jak owo zawiadomienie o przestępstwie mogło wyglądać? Jak ja bym coś takiego zgłaszał? „Dzień dobry. Informuję, że na Rynku stoją jacyś i się głośno modlą”? No a wtedy co? Dyspozytor mówi: „Dziękuję za zgłoszenie. Już jedziemy”? No, bądźmy poważni.
Otóż moim zdaniem tak to wyglądać nie mogło. Tu musiało dojść do interwencji na znacznie wyższym szczeblu. Na filmie krążącym w Sieci to wszystko świetnie widać. Ci biedni policjanci wyglądają, jakby jedyne co im przychodziło do głowy, by powiedzieć, to: „Zrozumcie nas. My tu tylko sprzątamy”. Tyle że tego nie powiedzieli, no bo jak? To wszystko musiało się odbyć w zupełnie inny sposób. Telefon na policję musiał przyjść z zupełnie innej strony, i to nie dyspozytor odbierał to doniesienie. Przynajmniej nie w pierwszej kolejności. I forma owego doniesienie też była kompletnie inna. To nawet nie było doniesienie. To musiało być proste, czyste polecenie: „Wyślijcie mi tam ludzi i zróbcie porządek z tą bandą faszystów. I to raz dwa”.
Kto więc tam był przede wszystkim zaangażowany, tego nie wiem. W końcu nie jestem z Wrocławia i nie znam tam obowiązujących zależności. Natomiast wiem jedno z całą pewnością. Polska jest krajem zdecydowanie bliższym, nie tylko geograficznie, ale przede wszystkim, cywilizacyjnie, Rosji, niż Chile. I wcale nie uważam, że to dlatego, że Pinochet już nie żyje, a Jaruzelski – owszem.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – i u mnie osobiście. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał. Oczywiście, jak zawsze, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Kryjmy się! Idą nasi z kropidłem.

Ponieważ w ostatnich dniach znów tu i ówdzie po naszej, prawicowej, części sceny politycznej pojawiają się pojedyncze demonstracje utraty wiary, pragnę ogłosić dobrą nowinę: walka trwa, a co więcej, wszystko wskazuje na to, że pomału zdobywamy kolejne przyczółki. Oto jeszcze nie umilkły echa spektakularnego poszerzenia prawicowej oferty na rynku mediów papierowych aż o dwa nowe tytuły w postaci tygodników „W Sieci” i „Do Rzeczy”, jeszcze nie przestaliśmy się radować z faktu, że telewizja „Republika” otrzymała od prezesa Dworaka upragnioną koncesję, jeszcze nie zdążyliśmy otrzeć z naszych twarzy łez wzruszenia, jakie wywołała błyskawiczna akcja państwa Terlikowskich, rozbijająca od wewnątrz „Gazetę Wyborczą”, a oto, jak się dowiadujemy z prawicowego portalu wpolityce.pl, wrocławskie środowiska katolicko-patriotyczno-prawicowe powołały do życia ruch mający na celu niedopuszczenie do zapowiadanego na czerwiec koncertu irlandzkiej piosenkarki Sinead O’Connor.
Portal wpolityce.pl na szczycie swojej strony informuje o wydarzeniu wielkim tytułem „Najpierw podarła zdjęcie papieża, teraz chce koncertować we Wrocławiu. Katolicy mówią ‘NIE’!”, a niżej przytacza wypowiedź wrocławskiej radnej, niejakiej Zawartko z Klubu Radnych Rafała Dutkiewicza, o następującej treści:
Jest to artystka, która opluwa Ojca Świętego na scenie. Nie mogę się z tym pogodzić, żeby osoba, która w 1997 r. otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Wrocławia, czyli Ojciec Święty Jan Paweł II, była szkalowana. To jest ktoś dla nas bardzo ważny i bliski. Chciałabym, aby kultura we Wrocławiu, która jest na dobrym poziomie, tego poziomu nie straciła i chciałabym, aby ten poziom był zawsze bardzo wysoki, żebyśmy byli dumni z tego. Tym bardziej, że przed nami Europejska Stolica Kultury 2016”.
Felieton niniejszy, jak zdążyliśmy się już pewnie zorientować, ma charakter mocno ironiczny, i powiem szczerze, że mój oryginalny plan był taki, by go w tym nastroju pozostawić do samego końca. Niestety, wygląda na to, że nie dam rady. Czytam bowiem po raz już kolejny opinię owej Zawartko na temat Sinead O’Connor i Jana Pawła II i jedyne co mi przychodzi do głowy, to myśl, że żartów nie ma. Jest tylko jak najbardziej poważne zidiocenie, w dodatku zidiocenie na oczywistych usługach Systemu. A więc nie żartujmy już.
Otóż ja świetnie pamiętam dzień, w którym Sinead O’Connor podarła to zdjęcie. Pamiętam też błyskawiczną reakcję aktora Joe Pesci, który chyba już tydzień później w tym samym programie, w którym O’Connor – nie po raz pierwszy zresztą i nie ostatni – zrobiła z siebie durnia, osobiście skleił podarte przez O’Connor zdjęcie i ogłosił, że gdyby w kluczowym momencie był na miejscu, „dałby jej zwyczajnie w pysk”. Pamiętam też Madison Square Garden i ową wielotysięczna publiczność, która całkowicie spontanicznie i bezlitośnie wybuczała tę kretynkę, doprowadzając ją do tego, że ona nie miała innego wyjścia jak się ze zdenerwowania wyrzygać. I pamiętam też wiele różnych innych sytuacji, kiedy to, co ona zrobiła dziś już ponad 20 lat temu, ją ostatecznie i na zawsze zdeterminowało.
Pamiętam to wszystko, ale też wiem – i powiem szczerze, że się nie potrafię nadziwić, jak takie rzeczy się mogą dziać – że jako kompozytorka, piosenkarka i artystka, Sinead O’Connor od tego czasu jest już tylko lepsza. Dziś ona jest już i stara i brzydka i prawdopodobnie jeszcze bardziej słabo przytomna, niż przed laty, natomiast, jak mówię, artystycznie ona nigdy nie była tak wybitna. A trzeba nam wiedzieć, że O’Connor nigdy nie była byle kim, i że na tę opinię zasługiwałaby nawet wtedy, gdyby na jej poparcie miała tylko tę jedną piosenkę, cover „Nothing Compares 2 U”Prince’a, którego wykonaniem – tak jak wcześniej przed nią Joe Cocker, czy Jimi Hendrix – przebiła mistrza. I oto kiedy nagle Sinead O’Connor przyjeżdża do Polski, na wieść o tym zdarzeniu, nagle aktywizuje się jakaś banda rzekomo ultra-pobożnych pajaców, którzy ogłaszają, że nie dopuszczą do profanacji, bo oni kochają Naszego Ojca Świętego, a ową deklarację nagłaśnia jeden z głównych prawicowych portali, czyniąc to w dodatku w imieniu podobno szalenie oburzonych polskich „katolików”. Przepraszam bardzo, ale ja sobie nie życzę, żeby za ochronę mojego katolicyzmu brali się redaktor Pyza z radną Zawartko. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja sobie bardzo dobrze radzę bez ich usług, a poza tym, mam bardzo poważne podejrzenia, że ich walka z Sinead O’Connor jest mniej więcej tak samo brudna jak intencje, jakie za tym stoją.
O co chodzi? Otóż, wbrew pozorom, wcale nie najbardziej o to, że ja uważam, że fakt iż O’Connor to wybitna artystka, a wybitni artyści podlegają szczególnej ochronie, choć z drugiej strony – czemu nie? To co mnie w tym wszystkim rusza, to jedno jedyne zdanie z wystąpienia Zawartko, mianowicie to: „Chciałabym, aby kultura we Wrocławiu, która jest na dobrym poziomie, tego poziomu nie straciła i chciałabym, aby ten poziom był zawsze bardzo wysoki, żebyśmy byli dumni z tego”.
Otóż ja nie jestem aż tak bardzo dobrze zorientowany odnośnie tego, jaki konkretnie poziom reprezentuje kultura we Wrocławiu, i jaki stosunek jej wybitni przedstawiciele mają do Ojca Świętego, podobnie jak nie wiem, jaki poziom reprezentuje kulturalna oferta Poznania, Warszawy, Gdańska i Krakowa, by wymienić zaledwie symbole tego co w Polsce najlepsze i najbardziej wystawne, ale mam poważne przekonanie, że jak idzie o poziom artystyczny, żadna z tych propozycji nawet się nie umywa do tego, co ma do pokazania Sinead O’Connor. To jeśli idzie o poziom artystyczny. Jak idzie natomiast o wymiar moralny, to jestem nawet jeszcze bardziej przekonany, że tu musi być znacznie, znacznie gorzej.
I nikt niech w tej chwili nie liczy, że padną jakieś nazwiska. Bo to nie jest tekst o satanizmie, ale zaledwie o paru zakłamanych durniach i jednej biednej wariatce, która niewykluczone, ze któregoś dnia poszła na ów deal z Diabłem, dzięki któremu otrzymała niezwykły talent i poharataną duszę do kompletu. To jest tekst o niej i o tym, że ona przyjeżdża do Polski, by nam pośpiewać, natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by przy tej okazji brać udział w autoryzowaniu czegoś, co Zawartko nazywa kulturą na poziomie, a co się sprowadza do lokalnych odpowiedników czystego płuca Daniela Olbrychskiego, czarnego języka jakiejś Wójciak, zięciny Agnieszki Holland, a już, pewnie przede wszystkim – skoro już jesteśmy przy polityce – tego całego gówna, które się tak fatalnie rozlało, że normalny człowiek boi się już zrobić choćby krok w obawie, że się poślizgnie i wywali na pysk.

Coś mnie ostatnio nosi, ale to pewnie przez tę nędzę, która mnie znów zaczęła straszyć. Słuchajcie! Jest tak, że ja mam jutro trzy bardzo ważne terminy i niemal grosza przy duszy. Gdybym mógł prosić o jednorazowy wysiłek, będę bardzo zobowiązany. Jak zawsze zresztą. Gdyby ktoś nie wiedział, numer konta jest tuż obok. Przepraszam i dziękuję.

środa, 22 czerwca 2011

O kulturze w czarnych okularach

Miało już nić nie być, ale tak się złożyło że nagle część rodziny poszła do szkoły w sprawie świadectw, część niańczyć pewne trojaczki, część zdawać – lub oblewać – kolejny egzamin, a ja zostałem sam z psem i z myślami jak zwykle okropnie patriotycznymi, tyle że dziś akurat patriotycznymi lokalnie. Wspomniałem o tym wczoraj, jednak bez wchodzenia szczegóły, z tej prostej przyczyny, że nie chciałem by ten temat w jakikolwiek sposób zdominował treść wczorajszego, w końcu dość ogólnego przecież, wpisu. Miałem nadzieję, że może w komentarzach ktoś coś na ten temat powie i w ten sposób sprawa stanie się bardziej publiczna, ale – co mnie zresztą wcale nie dziwi – wygląda na to, że temat jest faktycznie jak najbardziej lokalny. A zatem, ponieważ, jak mówię, jestem tylko z psem, który mnie od komputera odganiać nie planuje, a wyjeżdżamy dopiero po południu, chcę coś opowiedzieć.
Zacznę jednak od początku. Otóż w Katowicach mieszkam od zawsze. Jest to moje miasto pod każdym względem, co więcej, jest nim coraz bardziej i z coraz większą dla mnie satysfakcją, i wszystko wskazuje na to, że moim miastem już pozostanie. Czy to znaczy, że do Katowic nie mam uwag? Ależ w żadnym wypadku. Akurat jak o to chodzi, tych uwag mam prawdopodobnie jeszcze więcej niż do Polski, tyle że nie uważam tego faktu za wystarczający powód, bym zaczął swój lokalny status określać na przykład ‘katowictwem’.
Katowice miało w swojej i mojej historii różne okresy, najczęściej dość podłe. Zacznijmy od tego, że przez wiele wiele lat, i kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a i potem w wieku już bardziej dojrzałym, katowickie nocne niebo było pokryte taką szczególną czerwono-żółto- brązową łuną. I to wcale nie przez nadmiar świateł i neonów, bo tych świateł i neonów tu akurat przez większość czasu za dużo nie było, ale z powodu niebywałego stężenia różnych smrodów emitowanych przez te hurty, fabryki, kopalnie i Bóg jeden wie, cośmy tu jeszcze mieli zaszczyt mieć. I było coś jeszcze, co wciąż dobrze pamiętam. Był mianowicie czas, kiedy trzeba było się nieustannie myć. Wystarczyło połazić trochę po ulicach, żeby szyja, ręce, nogi, uszy, nos – wszystko było czarne od brudu. To akurat pamiętam bardzo dobrze. Człowiek szykował się wieczorem do mycia, zdejmował skarpetki, a nogi były czarne. Dmuchał w chusteczkę do nosa, a chusteczka robiła się czarna.
A więc to był ów fizyczny, wszechobecny bród. Ale było coś jeszcze. Wystarczyło wyjechać z Katowic do Poznania, Gdańska, Warszawy, Krakowa, Wrocławia, żeby poczuć wielki świat. Żeby zobaczyć i prawdziwe światła – oczywiście, prawdziwe, jak na skalę naszą, Polską – i prawdziwe sklepy, i ludzi ubranych ładnie i kolorowo, i żeby nagle zobaczyć, że miasto może być czynne również nocą. A to robiło naprawdę duże wrażenie. Pamiętam jak kiedyś pojechałem do Krakowa i bardzo mnie zdziwiło, kiedy zobaczyłem wystawę sklepu mięsnego, który nie dość że miał zrobioną wystawę, to jeszcze na tej wystawie te nieszczęsne, smutne kawałki kiełbasy, były ułożone na liściach zielonej sałaty. Żeby było ładnie.
Jeśli idzie o tak zwana kulturę, to mieliśmy oczywiście parę kawiarni, dwa czy trzy kluby studenckie, gdzie występowały czasem polskie zespoły jazzowe, Jerzy Dudek od pewnego czasu kręcił ten swój festiwal, a w pobliskim parku był jeszcze mały amfiteatr, tak zwane Zielone Oczko, gdzie czasem ktoś tańczył i śpiewał, a które to Zielone Oczko zostało już za nowej Polski przejęte przez mafię i ostatecznie, po pewnej słynnej strzelaninie, tej mafii odebrane. No i też zawsze było coś, co się nazywało Hala Parkowa, gdzie były organizowane czasem koncerty, a czasem nawet jakiś ruski cyrk. I nie mam tu zamiaru sobie żartować. Hala Parkowa to było coś. Zanim została przerobiona na mini-market, któregoś dnia występowali tam sami Animalsi, a jak nie było Animalsów, to Niebiesko Czarni i Czerwone Gitary.
No i rzecz najważniejsza. Gierek wybudował nam Spodek. A skoro był już ten Spodek, to od czasu do czasu, pod tym rudo-żółtym niebem, w tym brudzie i syfie, występował nie kto inny jak sam Eric Clapton, czy Suzie Quarto. O tak! Spodek to było coś. Nawet Warszawa czegoś podobnego nie miała.
I nagle, już w latach 90-tych, wszystko, cały ten niezwykły, tak wręcz kosmiczny krajobraz, zaczął się powoli – bardzo powoli – zmieniać. Budynki Komitetu Wojewódzkiego PZPR zostały przerobione na Uniwersytet i skromną salę koncertową dla WOSPRiT-u, Hala Parkowa, jak już wspomnieliśmy, została przerobiona na sklep, Zielone Oczko popadło w wieloletnią ruinę, tylko Spodek trwał i dzielnie podtrzymywał opinię Katowic jako miejsca europejskiej kultury. No i nagle też okazało się, że zniknął ten wszechobecny brud. No i nagle też okazało się, że znad miasta zniknęła ta wieczna łuna. Katowice stały się zwykłym, smutnym, szarym miastem, jakich wiele w całej Polsce, tyle że już ze sklepami, światłami i wypasionymi samochodami. Nawet było tak, że po Katowicach, swoją czarną Testarosą, jeszcze zanim został zawodowym zabójcą, jeździł sam Ryszard Bogucki. Jedno pozostało takie jak było zawsze. Kiedy robiło się ciemno, Katowice zasypiały, a jedyne ślady życia, stanowiły już tylko te kolorowe przewoźne billboardy reklamujące burdele.
Nie wiem, kiedy to się stało, bo nastąpiło to jakoś tak niezauważalnie i nagle, ale kiedy dziś idę przez Katowice, to czuję się trochę tak, jak w Gdańsku w latach 80-tych, tylko trochę bardziej. Wprawdzie w Hali Parkowej nadal jest sklep – inna sprawa, że już nie jakaś Billa, lecz Alma – ale poza tym wszystko wygląda inaczej. Zielone Oczko zostało zastąpione przez bardzo elegancką – i dobrą! – restaurację. Spodek jest w remoncie, a ja już wiem, że wewnątrz ma najlepszy system nagłośnieniowy w Europie, na katowickim lotnisku już po raz drugi Rojek będzie organizował swój Off Festiwal, o którym moje dzieci – a one wiedzą – mówią, że robi znacznie lepsze wrażenie, niż Open’er w Gdyni, niedaleko, na terenie starej kopalni jest organizowany tzw. Tauron Festival, który dla miłośników nowej muzyki jest czymś równie ważnym jak dla całej reszty Open’er, każdego roku jesienią do Katowic zjeżdżają naprawdę gwiazdy, by występować na trwającym całe tygodnie festiwalu Ars Cameralis, stare kopalnie zostały przerobione na galerie sztuki, a na katowickim Rondzie postawiono tę znaną trochę z telewizora, szklaną kopułę, gdzie również próbuje się robić jakąś lepszą czy gorszą sztukę.
I nagle też, nie wiem kompletnie kiedy, Katowice zaczęły żyć nocą. Nie wiem kiedy, ale wiem, że tak się stało, bo widzę to codziennie. Choćby na przykładzie ulicy Mariackiej. Mariacka to miejsce w Katowicach niemal tak samo kultowe jak Zielone Oczko. Wprawdzie mafia tam raczej nie zaglądała, podobnie zresztą jak nie zaglądał tam nikt, natomiast wszyscy wiedzieli, że ulica Mariacka istnieje, a istnieje wyłącznie po to, żeby okoliczni pijacy, menele i hołota mieli gdzie sobie za flaszkę podupczyć. Taka właśnie przez całą historię mojego miasta była ulica Mariacka. Ulica symbol, ulica wyrzut sumienia.
I właśnie wczoraj ulica Mariacka – i nowa główna ulica Mariacka, ale też nowa, tak zwana tylna ulica Mariacka – stała się też symbolem tego, czym się stały Katowice w ostatnich latach, ale też symbolem tego, czym w ostatnich latach stała się Polska. Otóż przede wszystkim, kiedy mieszka się w mieście, które ma taką ulicę, nie trzeba już jechać ani do Gdańska, ani do Warszawy, ani do Poznania, ani do Wrocławia. Myślę, że można już nawet nie jechać do Krakowa. Ale jeśli ktoś z Katowic dziś zajedzie do któregoś z tych miast, to wyłącznie może wzruszyć ramionami. Trochę dlatego, że – pomijając to wszystko, o czym pisałem wyżej – Katowice mają swoją ulicę Mariacką. I wcale nie chodzi o to, że ona stała się tak nagle tak wyjątkowo piękna i bogata, choć to oczywiście też, ale o to, że jest tak trudno uwierzyć, by można było tak skutecznie i radykalnie zmienić coś co jest symbolem upadku na symbol autentycznego sukcesu. Kto widział, wie o czym mówię.
Ale chodzi też o to, że i Gdańsk i Wrocław i Warszawa przez te wszystkie lata, prawdopodobnie uznawszy, że i tak wszystko należy do nich, zwyczajnie zdechły. Dziś, jeśli ktoś z Katowic, czy choćby z Żor czy Mikołowa pojedzie do Wrocławia, czy Poznania, najwyżej się wkurzy, że to tu to tam spotkało go coś, czego w Mikołowie czy Żorach nie mogłoby się pojawić nawet w najgorszych koszmarach. One wszystkie stały się zwykłymi polskimi miastami, bez szczególnych fajerwerków, ale też bez szczególnych porażek. Ot, takie Katowice z końca lat 90-tych. Tyle że wciąż z tą dziwaczna, uzyskaną jeszcze za PRL-u, reputacją.
Ulica Mariacka była wczoraj wypełniona miastem. Miastem radosnym, kolorowym, pełnym nadziei na to, że to co się udało zrobić, otworzy drogę do czegoś co się w dzisiejszej Europie określa jako rozwój, ale co też być może sprawi, że i Polska stanie się miejscem bardziej demokratycznym w tym sensie, że nie opartym na dominacji paru ośrodków, jak na przykład Rosja, ze swoją Moskwą i jakimś, cholera, Leningradem, lecz czymś bardziej przypominającym Anglię, czy Francję, gdzie naprawdę warto być wszędzie. I oto ci wszyscy ludzie, którzy czekali tam na tej ulicy Mariackiej – jak to przedziwnie dziś brzmi! – w tych koszulkach, z tymi słonecznikami, nagle się dowiedzieli, że nie można liczyć absolutnie na nic. Że ten plan, który polegał na tym, by Polska została zredukowana do tych pięciu miast: Poznania, Gdańska, Krakowa, Warszawy i Wrocławia, to nie był wypadek, lecz poważny i przemyślany plan, za którym stoją poważni państwo i ich bardzo poważne interesy.
Paradoksalne było to – o czym mogliśmy się choćby przekonać, oglądając telewizję – że w tym samym czasie, kiedy Katowice traciły swoją szansę, a ten kolorowy tłum mógł już tylko wlepiać rozdziawione oczy w ten ekran, we Wrocławiu w ogóle mało kto wiedział, że się cokolwiek dzieje. W czasie ogłoszenia wyników tego konkursu, na rynku we Wrocławiu nie było nawet jakiegokolwiek wydarzenia. Przepraszam, coś było. Jakiś festiwal kultur, czy coś w tym stylu. Dopiero na wiadomość, że to Wrocław otrzymał europejską nagrodę Stolicy Kultury, władze miasta zaprosiły ludzi na 9 wieczór, żeby przyszli na rynek, to im się coś zorganizuje. I oczywiście, pies z kulawą nogą się tam nie pokazał. Bo po co? Dla tych głupich 1,5 mln euro? A komu one potrzebne, skoro pan minister niedawno im rzucił 100 mln zł.?
I myślę, że jeśli próbować wyjaśnić sobie, jak to się stało, ze ani Katowice, ani Lublin – całkowicie naturalni kandydaci do tego, by otrzymać ten tytuł i naprawdę zdemokratyzować Polskę na najbliższe dziesięciolecia – nie otrzymały tu nagle nic, przychodzą do głowy dwie odpowiedzi. Pierwsza to ta, o której już wcześniej pisałem. Aktualna polityka naszego rządu jest taka – socjologowie zresztą mają na to specjalną nazwę – by wszystko pakować tam, gdzie już i tak wszystko jest, lub choćby kiedyś było. Myśl jest taka, ze jeśli bogaci dostaną jeszcze więcej, to dla biednych zawsze coś tam spadnie i będzie git. A zatem nie ma interesu, by pakować jakiekolwiek pieniądze, czy choćby tylko promować takie ośrodki, jak Katowice, Lublin, Przemyśl, czy Koszalin. Wszystko już dawno zostało rozprowadzone jak w dawnym NRD, gdzie wiadomo było, że jest Berlin, Lipsk, Drezno i wystarczy. A jak ktoś będzie ambitny, to niech się stara.
Ale jest jeszcze jednen powód, który, jak sądzę stoi za tą wczorajszą, wręcz niebywałą decyzją. Otóż chodzi o te 1,5 ml euro. Z punktu widzenia miasta, i to niekoniecznie Wrocławia, ale nawet wspomnianych Żor, to są bowiem żadne pieniądze. Natomiast są to już jakieś pieniądze jeśli idzie o interes jednego urzędnika i jego rodziny. Wrocław w ogóle nie potrzebował tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Wrocław nie potrzebował też tych pieniędzy. Wrocław ten cały konkurs miał głęboko w nosie. Natomiast te 1,5 mln. to już było coś. Nawet jeśli nie dla ministra Zdrojewskiego, czy dla jakiegoś urzędnika wrocławskiego ratusza, ale choćby dla tego dziwnego człowieka o wyglądzie gangstera, który w pewnym momencie na chwilę się pokazał w telewizji jako przewodniczący tej europejskiej komisji do spraw europejskiej kultury, to wszystko staje się jasne. I pomyśleć, że mamy dziś taki rząd, który nie jest w stanie dostrzec choćby tak oczywistej oczywistości. Ale niech nie widzi. I tu już nawiązuję do tematu wpisu wczorajszego. Niech nie widzi. Niech dalej działa jak działa. Własnie wczoraj stracił znaczną część poparcia na Śląsku. I tak jest dobrze.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...