Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patrioci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patrioci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 marca 2021

O żyrowaniu obłędu

 

     Jak pewnie część z nas zauważyła, niedawno Watykan opublikował oficjalny komunikat, w którym ostatecznie potwierdził fakt, że Kościół, nie to nawet że nie chce, ale wręcz nie jest w mocy błogosławić tak zwanym „związkom homoseksualnym”, w odpowiedzi na co, jak poinformowały media ze wszystkich stron każdej możliwej sceny, część niemieckich hierarchów, nie wspominając już o różnego rodzaju organizacjach świeckich, postawiła się okoniem i oświadczyła, że niech sobie Watykan nie myśli, że jest ważniejszy od Ludu Bożego. O owej kontrowersji, stając oczywiście w obronie autorytetu Stolicy Apostolskiej, poinformował szereg zarówno katolickich jak i patriotycznych mediów, jako naczelnego argumentu używając odwiecznej zasady „Roma locuta, causa finita”, a jeden z czołowych katolickich portali wręcz wyraził szczery żal, że oto jak widzimy nadeszły czasy, gdy słowa papieża dla wielu z nas nie mają znaczenia.

       Gdy chodzi o mnie, to ja oczywiście podzielam ten smutek, i to już od bardzo długiego czasu. Dawałem temu zresztą wyraz niejednokrotnie na tym blogu, niestety bez skutku. Pamiętam bardzo dobrze na przykład jak kilka miesięcy temu grupa nadzwyczaj pobożnych ludzi związanych ze środowiskiem Polonii Christiana czy to bezpośrednio, czy przez swoje wyraźnie demonstrowane sympatie, wzywała publicznie papieża Franciszka do opamiętania, zapewniając ze swojej strony o stałej „modlitwie, różańcu, pokucie, oraz jałmużnie” za to, by stał się cud i Papież zszedł z drogi prowadzącej prosto do schizmy. I tu akurat nie pamiętam, by przy tej okazji którykolwiek z nich przypomniał ową zasadę, że słowo Rzymu kończy dyskusję. Czemu? Jak rozumiem, wtedy nie kończyło, bo swoje do powiedzenia miał jeszcze pobożny lud.

       Dziś oczywiście sytuacja jest inna, bo przede wszystkim Papież ma rację, no a po drugie przeciwko niemu występują zepsuci Niemcy, a nie rozmodleni polscy patrioci. No ale niech przy tej okazji nikomu nie przyjdzie do głowy myśleć, że oto nastał czas beztroski, zwłaszcza gdy, jak się nagle okazuje, owych zatroskanych jest znacznie więcej niż mogło się nam wydawać. Oto portal wpolityce.pl jako wiadomość dnia zdecydował się podać informację, że „grupa narodowych i konserwatywnych organizacji wystosowała list do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, abpa Stanisława Gądeckiego”, a w liście tym wezwała polskich biskupów, by „stali się wiernymi spadkobiercami przywódców duchowych naszego narodu, stróżami swobód objawionej przez Pana Boga religii,  dumnymi krzewicielami chrześcijańskiej cywilizacji obrońcami krzywdzonych” i na dobry początek przestali jako Kościół „żyrować” antypandemiczne działanie polskiej władzy.

       Kiedy obserwuję zachowanie wielu z nas wobec zarówno samej pandemii, jak i tego wszystkiego co w obecnej sytuacji robi władza, powiem szczerze że nie dziwi mnie już nic. Biorę też więc pod uwagę, że przy obecnym poziomie napięcia niekiedy jest bardzo trudno zapanować nad emocjami, co niektórych prowadzi do autentycznego pomieszania zmysłów. Stąd też zapewne powstają inicjatywy polegające na pisaniu odezw takich jak powyższa, i to w tak rażąco szokującej formie. Nie zdziwi mnie też szczególnie sytuacja, gdy ktoś tam się odpowiednio zorganizuje i podobny apel skieruje do Rzymu. To natomiast, co w tym wypadku zrobiło na mnie wrażenie, to lista owych „narodowych i konserwatywnych organizacji”, których środowiskowa pozycja, jak rozumiem, jest na tyle znacząca, że – skoro już o „żyrowaniu” mowa – na żyrowanie ich obłędu zdecydował się portal, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jego działalność nie jest żyrowana przez polskie państwo i jego czołowych przedstawicieli. Ja wiem, że w to ciężko uwierzyć, ale bardzo proszę, po kolei:

Straż Narodowa, Rota Marszu Niepodległości, Męski Różaniec Warszawa, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, Bractwo Przedmurza, Różańcowy Marsz Życia, Fundacja Życia i Rodziny, TG Sokół-Radość, Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych Warszawy i Mazowsza, Fundacja Nowy Nazaret.

       Przepraszam bardzo, ale skoro już ustaliliśmy, że trzeba ratować Kościół w Polsce przed bezbożną władzą, to ja już mam do nich wszystkich tylko dwie uwagi. Pierwsza to ta, że moim zdaniem, jeśli Kościół najwyraźniej świetnie sobie radzi z biskupem Georgiem Bätzingiem, to, przy całym szacunku, na Towarzystwo Gimnastyczne Sokół-Radość nawet nie zwróci uwagi. Druga natomiast będzie w formie pytania:  Co Państwo osobiście sądzą na temat sensu noszenia maseczek?



 

poniedziałek, 10 września 2018

Narodowy konkurs na przegryzienie Polsce gardła


      Dziś będzie bardzo krótko i w sprawie choć doraźnej, to takiej, która mnie dręczy od lat. Oto wczoraj wrzuciłem tu tekst, w którym po raz  kolejny przedstawiłem swoje przywiązanie do rządów Prawa i Sprawiedliwości, pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, i w jednej niemal chwili pojawił się komentarz, w którym zostało mi przekazane, że moje wzruszenie na widok polskiego samolotu udekorowanego w narodowe barwy, to typ emocji poniżej inteligencji poważnego polskiego patrioty.
      I ja oczywiście byłbym skłonny do tego, by ów komentarz wrzucić do specjalnej zakładki i zabrać się za pisanie tekstu o Serenie Williams i jej szaleństwie, gdyby nie to, że mnie owa uwaga nie zaskoczyła w najmniejszym stopniu, a to z tego względu, że ja tu od lat muszę się zmierzać z polskimi patriotami, dla których Polska jest wręcz idealnym celem do ataku.
Jakby tego było mało, otrzymałem parę komentarzy a toyah.pl, w których moje wierne trolle zwróciły mi uwagę na moje zapatrzenie w Prawo i Sprawiedliwość, które odbiera mi przytomność umysłu i poprosili mnie, bym się jednak zechciał opanować.
      W tej sytuacji chciałbym przedstawić w formie przypowieści swoje tu stanowisko z nadzieją, że być może w ten sposób uda mi się ugłaskać tych wszystkich z nas, którzy tak strasznie przeżywają moje zaangażowanie na rzecz projektu wciąż jeszcze szczęśliwie reprezentowanego przez Jarosława Kaczyńskiego.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że mam rodzinę, gdzie mój brat jest byłym ubekiem oraz aktywnym działaczem Obywateli RP, moja żona chleje bez opamiętania, syn kradnie po sklepach, córka szlaja  się po okolicy, pojawiając się w domu tylko wtedy gdy potrzebuje pieniędzy, a ja sam się snuję po obcych blogach ze swoimi komentarzami, licząc na to, że ktoś zwróci uwagę na moją inteligencję i da mi jakąś robotę. Otóż w tej sytaucji mam trzy możliwości. Przede wszystkim mogę ogłosić, że to wszystko jest nieprawda i my sobie świetnie radzimy. Druga opcja jest taka, że ja zacznę publicznie głosić, że z tej bandy idiotów nigdy nic nie będzie i żeby mnie z nimi nie łączyć. Ale jest też trzecia możliwość. Otóż ja, przyznając że nie jest lekko, deklaruję nadzieję – NADZIEJĘ – że jakimś cudem wszystko się poukłada i będzie dobrze. Proszę zwrócić uwagę, ja nie twierdzę, że nic się nie dzieje, ponieważ jednak mam do czynienia z ludźmi których kocham, pozostaje w nadziei, że oni się jakoś pozbierają.
      Otóż chciałbym tu oświadczyć, że ja Polskę kocham i choć ona mnie dzień za dniem zawodzi, ja ją wciąż kocham i mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy wszystko się jakoś ułoży. Nie milczę. Nie kłamię. Nie oszukuję siebie i innych. Żyję jednak nadzieją, że będzie dobrze. I tak też widzę swój patriotyzm.
      Jeśli ktoś ma tu do zaproponowania inne rozwiązania, zachęcam do rozmowy. Proszę mnie uświadomić, jak powinien wyglądać prawdziwy polski patriotyzm.
      A może ten cały patriotyzm to nic ponad jakieś pierdy zza oceanu, a nasze obowiązki wobec Polski zaczynają się tam, gdzie innych się kończą?



Tymczasem, w ramach narodowego czytania, zapraszam do czytania moich książek. Są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.
       

poniedziałek, 11 września 2017

Przypowieść o tym, co się dzieje, gdy polskiemu patriocie zabrać zabawkę

      Wczoraj na moim blogu pojawił się kolejny z całej ostatnio serii nieznanych mi komentatorów, podpisany, jak najbardziej, „prawy”, jak rozumiem, po to, by mi wyjaśnić powody owej zastanawiającej nienawiści, z którą niemal od samego początku mamy tu do czynienia i zamieścił serię linków prowadzących do umieszczonych osiem, czy dziewięc lat temu na licznych prawicowych portalach tekstów dotyczących blogera Toyaha, czyli mnie. Nie mam pojęcia, kim są autorzy owych tekstów, nie umiem sobie kompletnie przypomnieć kontekstu tamtych emocji, powiem szczerze, że nawet nie chciało mi się ich czytać, natomiast, owszem, mam wrażenie, że chyba wreszcie zrozumiałem, skąd się bierze ten nieprzytomny wręcz atak, z jakim mamy tu ostatnio do czynienia. Chodzi o coś, co psychiatrzy nazywają zaleganiem afektu, a co sprowadza się do tego, że, mimo upływu lat, człowiek do tego stopnia przeżywa dawne emocje, że w efekcie nie pozostaje mu nic innego, jak albo samobójstwo, albo morderstwo.
     Jak mówię, nie pamiętam ani atmosfery tamtych czasów, ani tym bardziej konkretnych szczegółów, ale, jak sądzę, generalnie rzecz musi dotyczyć tego, że kiedy zacząłem publikować, już w pierwszej chwili, wielu tak zwanych „polskich patriotów” uznało mnie za swoją wielką nadzieję i szansę, no a kiedy okazało się, że ja się nie nadaję do tego, by kogokolwiek poza samym sobą reprezentować, pozostała tylko owo tak bardzo bolesne rozczarowanie. I nie wierzę, by problemem było to, że w 2009 roku przyjąłem od Onetu nagrodę za blog roku, co niektórzy mi do dziś wypominają, ani tym bardziej o awanturę pod tytułem „Afera Toyaha”, która była od początku do samego końca wynikiem wyjątko perfidnej manipulacji przeprowadzonej przez postsolidarnościową emigrację. I jedno i drugie, to zaledwie pretekst. Rzecz wyłącznie w owych zalegających w duszach tych ludzi żali.
      Korzystając więc z okazji, chciałbym przedstawić jeden z rozdziałów mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” zachęcając oczywiście do czytania reszty. Bez fałszywej skromności, pragnę zapewnić, że nie jest łatwo znaleźć coś równie dobrego.

     Mój bliski przyjaciel jeszcze z dzieciństwa, Andrzej Trojnar, opowiadał mi kiedyś pewną historię związaną z niejakimi braćmi Stokłosami. Zanim jednak powtórzę samą historię, najpierw może opowiem o samych Stokłosach.  Otóż oni mieszkali mniej więcej tam gdzie mieszkaliśmy my, a więc Andrzej i ja. Myśmy ze Stokłosami się nie zadawali z kilku powodów. Przede wszystkim oni bawili się na sąsiednim podwórku, a więc byli obcy, po drugie byli powszechnie traktowani jak ulicznicy, więc rodzice by się nam z nimi bawić i tak nie pozwolili, po trzecie oni nawet na tle innych obcych uliczników robili wrażenie podłe. Oczywiście, każdy z nas ich od czasu do czasu widział, jak się gdzieś tam snują, ale na tym nasze relacje się kończyły. A zatem, jeśli chodzi o Stokłosów, nie było dyskusji.
      Andrzej był moim kolegą w sposób dość szczególny. Z jednej strony chodziło o to, że on był aż 4 lata od nas młodszy, co go z automatu niejako ustawiało na pozycji gorszej, drugiej jednak strony, on był jednym z sześciorga dzieci, które mieszkały w naszej klatce, a więc siłą rzeczy nie można go było tak zupełnie lekceważyć. Znaczenie też miało to, że on miał największe z nas wszystkich mieszkanie, i nigdzie jak u niego nie było tyle przestrzeni, gdzie można się było bawić. Poza tym, ponieważ rodzice Andrzeja byli ludźmi bardzo zamożnymi i mieli nawet prawdziwą gosposię, bywanie u Andrzeja w domu nosiło w sobie zawsze pewną aurę wyjątkowości.
      Otóż niedawno rozmawiałem sobie z moim kumplem Andrzejem Trojnarem o psychologach i o tym, do czego psychologowie mogą być ewentualnie potrzebni, i on mi powiedział, że jego zdaniem psychologowie są potrzebni do tego, by jak ktoś kogoś zamorduje i nikt nie ma pojęcia, co było przyczyną owego szaleńczego kroku, psycholog przyjdzie, człowieka przesłucha i wszystko stanie się oczywiste. Gdy idzie o niego akurat, on zawsze sobie myślał, że gdyby on – człowiek poważny, z piękną żoną, wykształconymi dziećmi i o odpowiedniej pozycji – dziś, a więc mając te swoje ponad już 50 lat,  zamordował braci Stokłosów, tylko psycholog byłby w stanie odgadnąć o co poszło. A pójść mogło wyłącznie o jedno. Któregoś bowiem dnia, on poprosił swoich rodziców, by mu kupili jakąś zabawkę. Kiedy oni odmówili, Andrzej zaczął się awanturować, na co pani Trojnarowa powiedziała mu, żeby tak się nie zachowywał i lepiej pomyślał o braciach Stokłosach, którzy nie mają nawet skromnego ułamka tego co ma on. W tym momencie Andrzeja ogarnęła w stosunku do Stokłosów nienawiść, z którą on nie potrafi sobie poradzić do dziś. Nienawiść w stosunku do ludzi, którzy w sposób jak najbardziej oczywisty pozbawili go ukochanej zabawki. A zatem, gdyby on dziś Stokłosów zabił – to z całą pewnością przez tamten incydent. A to mógłby stwierdzić tylko psycholog.
      A więc zabawki. Zabawki były dla nas w tamtych latach kwestią podstawową i marzenie o tym, by mieć je wszystkie stanowiło treść naszego szczenięcego życia. Nie mam do końca pewności, ale wydaje mi się, że ja miałem zabawek zdecydowanie mało. I to nie dlatego, że wszystko co bym miał, musiałoby się okazać wciąż za mało, ale dlatego że ja ich faktycznie prawie nie miałem. Bardzo dużo fantastycznych zabawek, pewnie jeszcze więcej niż Andrzej Trojnar, miał mój, dziś już nieżyjący, kolega z szóstego piętra, Janusz Skowron. On miał chyba wszystko. Kolejki, plastikowe klocki, samochodziki… no dosłownie wszystko.  Jak idzie o Czesia – dziś również na tamtym świecie – i Piotrka Ładonia, oni mieli niewiele, natomiast co miał Józik Dębski, tego nie wiem, bo on był synem dozorcy i chuliganem, więc u niego raczej nie bywałem. Ale pewnie też niewiele. W końcu, pomijając Andrzeja i Janusza, cała nasza reszta raczej się szczególnie nie wybijała.
      Pamiętam że przez całe dzieciństwo moim pierwszym marzeniem było mieć enerdowską kolejkę typu TT, albo PIK, i globus. Oczywiście, zdalnie kierowany samochód, czy wóz strażacki, albo samolot z migającymi czerwonymi lampkami też były nie do pogardzenia – no bo trudno, żeby było inaczej – ale ta kolejka i globus prześladowały mnie cale moje życie. No i nie muszę wspominać, że tak mi jakoś to życie zeszło, że nigdy ani jednego ani drugiego nie dostałem. Widocznie rodzice uznali, że coś takiego to zwykła fanaberia.
     W sytuacjach więc, kiedy było naprawdę źle i smutno, można było liczyć na to, ze się pójdzie do człowieka, który mieszkał niedaleko, parę metrów dalej, pewnego Zbyszka, który miał wszystko. Ten to miał autentycznie wszystko!  Ja u niego byłem ledwie może dwa czy trzy razy, ale powiem szczerze, że czegoś takiego nie widziałem w całym moim zyciu. Ani u Andrzeja Trojnara, ani nawet u Janusza Skowrona, ani nigdzie na świecie. To co on miał w swoim pokoju przechodziło ludzkie wyobrażenie. Tam się zwyczajnie wszystko świeciło, samo jeździło, wyły syreny, dzwoniły dzwonki, po krzyżujących się torach jeździły pociągi, a światła parowozu się świeciły i dymił się dym. Gdybym dziś miał to z czymkolwiek porównać, to do głowy przychodzi mi tylko pokój zabaw Michaela Jacksona.
     Ciekawa sprawa z tym Zbyszkiem. To była zaledwie połowa lat 60-tych, i ja oczywiście wiedziałem wtedy, i tym bardziej wiem dziś, skąd to co mieli, mieli Janusz Skowron i Andrzej Trojnar. Oni byli moimi kumplami, nasi rodzice świetnie się znali, więc tu tajemnic nie było. Co do tego Zbyszka – to pytanie będzie musiało zostać w zawieszeniu. Szkoda że nie pamiętam, jak on miał na nazwisko. Dziwne w tym wszystkim jest to, że ja do dziś spotykam jego rodziców. Regularnie co tydzień. To są tacy bardzo już starsi państwo, którzy z dwójką bardzo małych dzieci siadają niedaleko nas w naszym kościele. Wyglądają zupełnie zwyczajnie. Ciekawe byłoby wiedzieć, kim jest teraz on, po tych wszystkich latach. No i jak wygląda. Mój znajomy z podwórka Zbyszek. Z podwórka nad milicyjnymi garażami.

To jest zaledwie jeden rozdział. Po resztę proszę się zwrócić do księgarni Coryllusa pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/. Już brak mi sił na powtarzanie, jak bardzo warto.


czwartek, 27 marca 2014

Dla Ginewry - with love and squalor

Jest w blogowaniu coś, o czym chyba wcześniej nie wspominałem, a co uważam za zjawisko niezwykle ciekawe. Otóż przez to, że teksty te – jeśli tylko to zajęcie traktujemy poważnie – pojawiają się z pewną, niekiedy dość intensywną, regularnością, przychodzi taki moment, kiedy człowiek myśli sobie, że to już chyba będzie owego pisania koniec. Przy tej ilości tekstów i tak przecież ograniczonej liczbie tematów, musi się w pewnym momencie dojść do przekonania, że nie ma takiej możliwości, by nie chcąc się powtarzać, znane nam źródła inspiracji dało się wciąż traktować jako niewyczerpalne. A mimo to lata mijają, a każdy dzień przynosi kolejną refleksję – refleksję naprawdę świeżą i niekiedy nawet całkiem głęboką.
Jak to się dzieje? Otóż, pomijając źródła oczywiste, a więc życie i wszystko to co je otacza, bywa tak, że zainspirować potrafi nawet kolejna notka, czy kolejny stanowiący na nią reakcję komentarz. Dokładnie to przydarzyło mi się wczoraj i dziś. Napisałem tekst o tym, jak to moim zdaniem Michał Kamiński nie był nigdy, a tym bardziej nie jest dziś, jakimkolwiek zdrajcą, ale, wręcz odwrotnie, człowiekiem od początku do końca wiernym swoim przekonaniom i tym, którym owe przekonania mają służyć. Ciekawe w tym było dla mnie to, że mnie by jeszcze dzień wcześniej nawet nie przyszło do głowy, że będę miał ochotę na komentowanie tak zwanego „przypadku Kamińskiego”, a tu nagle wziąłem do ręki najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, przeczytałem zamieszczony w nim tekst Stanisława Janeckiego… i hop! Wszystko nagle nabrało nowych barw.
Mało tego. Napisałem tamten tekst, i kiedy wydawało mi się, że sprawa jest ostatecznie zamknięta, moja koleżanka Ginewra napisała komentarz, w którym zwróciła uwagę, że z tymi narodowymi katolikami musi być coś nie tak, skoro praktycznie każdy z nich, wcześniej czy później okazał się albo agentem, albo idiotą. Powtarzam – każdy. No i w ten oto sposób wiedziałem już, co zresztą natychmiast Ginewrze zapowiedziałem, że zaczynam pisać tekst kolejny. Ten oto, który w tej chwili jest przed nami.
Otóż nie wiem, ilu z nas wie, kim jest Jan Bodakowski, ale ponieważ domyślam się, że takich jest bardzo niewielu, powiem może, że Bodakowski to niezależny publicysta narodowo-katolicki, który sam o sobie na swoim blogu pisze w następujący sposób: „Katolik. Polak. Publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym. Brzydki. Biedny. Niedoceniony. Nielubiany”. I powiem uczciwie, że ja się tu zgadzam niemal z całością tego wyznania, z wyjątkiem może dwóch punktów: otóż ja miałem okazję z Bodakowskim zamienić dwa słowa i uważam, że po pierwsze on wcale nie jest brzydki, ale wręcz przeciwnie, no i nie wyobrażam sobie, by go ktokolwiek nie lubił, bo z tego co zdążyłem zauważyć, to jest bardzo miły człowiek, a miłych ludzi wszyscy z reguły – no może z wyjątkiem ludzi niemiłych, ale my tu takimi gardzimy – lubią.
Natomiast jest coś, co z całą pewnością Bodakowskiemu podczas tej prezentacji umknęło. On zdecydowanie powinien był do tej listy dodać przymiotnik „głupi”. Normalnie, powinien był choćby zastąpić owo w oczywisty sposób kokieteryjnie nieprawdziwe „brzydki” słowem „głupi”.
Czemu uważam, że Bodakowski to dureń? Otóż dziś właśnie przeczytałem w Salonie24 rozmowę, jaką przeprowadził on z kobietą nazwiskiem Anna Raźny, profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, kierownikiem Katedry Rosyjskiej Kultury Nowożytnej w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych tamże, kiedyś związaną z Radiem Maryja, Ligą Polskich Rodzin i Marszem Niepodległości, a dziś chyba już tylko z ambasadą Federacji Rosyjskiej w Warszawie. Przeprowadził Bodakowski ową rozmowę, fragmenty jej najpierw opublikował – jak najbardziej! – w „Najwyższym Czasie”, a całość już na blogu w Salonie24, a my z niej dowiadujemy się, że pozwolę sobie dokonać odpowiedniego skrótu, że Prawo i Sprawiedliwość to partia zdrady, z Jarosława Kaczyńskiego i jego kumpli katolicy, jak z koziej dupy trąba, na to że w Smoleńsku był zamach nie ma żadnych dowodów, a PiS (niemal cały wywiad jest poświęcony PiS-owi) zamiast poświęcić się krzewieniu przyjaźni między Polską a Rosja, tylko judzi i dzieli oba oddane Bogu i swoim przywódcom społeczeństwa.
Ktoś powie, że ta Raźny to może faktycznie jest jakimś ruskim szpiegiem, a może i nawet osobą psychicznie niezrównoważoną, tyle że co ma do tego biedny Bodakowski, który, jak sam zresztą o sobie napisał, zaledwie „publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym”? Spotkał Bodakowski na swej publicystycznej drodze kogoś, kto mu się wydał ruskim agentem, a że jest autorem świadomym swoich obowiązków, skorzystał z okazji i dokonał wspomnianej popularyzacji wiedzy o świecie współczesnym. Otóż nic z tego. Z rozmowy, jaka została przez Bodakowskiego opublikowana w Salonie24 wynika, że między nim a Raźny panuje pełna zgodność poglądów. Powiem nawet, że gdyby Bodakowski zapomniał swoją kwestię wytłuścić, można by było sądzić, że to nie jest żaden wywiad, tylko zwykły artykuł na temat odwiecznego braterstwa kościołów rzymskiego i wschodniego, które jest brutalnie niszczone przez cynicznych szatanów z Prawa i Sprawiedliwości.
Pyta Bodakowski: „Czy PiS jest partią reprezentującą elektorat katolicki, czy jest partią cynicznie pasożytującą na elektoracie katolickim?” Pasożytującą, odpowiada Raźny.
Bodakowski: „Na ile zaślepienie wyborców PIS jest to wynik technik manipulacyjnych PiS, a na ile przejaw demoralizacji katolików którzy zadowalają się tylko frazesami?” Problemem jest tak zwana szara manipulacja, w której stosowaniu PiS jest mistrzem, wyjaśnia Raźny.
Czy działania PiS są nie tylko formą manipulowania wyborcami w celu osiągnięcia sukcesu politycznego, ale co gorsze, są kreacją fałszywej świadomości katolików, wyuczaniem katolików do akceptowania stanu w którym deklaracje maja się nijak do realnych działań?”, chce wiedzieć Bodakowski. „To partia, która manipuluje nie tylko wartościami chrześcijańskimi, ale również narodowymi, patriotycznymi”, kontynuuje rozpoczętą przez Bodakowskiego myśl Raźny.
Czy dokonywana przez PiS demoralizacja katolików, sprawia, że dla katolików normalnym staje się stan gdy katolik postępuje niezgodnie z nauczaniem kościoła”, podpowiada temat Bodakowski. „Każda demoralizacja jest naganna, nade wszystko ta, która ma szeroki zasięg – w tym wypadku społeczny i polityczny”, ciągnie przy pomocy swego profesorskiego autorytetu Raźny.
Czy demoralizowani przez PIS katolicy, ze złamanymi przez PiS kręgosłupami moralnymi, są pootwierani na przyjęcie nowych destruktywnych ideologii takich jak gender? […] Czy Kaczyńskiemu udało się to co nie udało się ani PZPR ani Gazecie Wyborczej?” chce wiedzieć Bodakowski. Ależ oczywiście. „Od kiedy istnieje ludzkość, przykład idzie z góry”.
Czy rząd PiS od początku popierał Traktat Lizboński, który zakładał budowę Unii na fundamencie odrzucenia chrześcijańskiego dziedzictwa i uprzywilejowaniu mniejszości kosztem chrześcijan?” Od samego początku! Mało tego. To tak naprawdę PiS stoi za promocją tego całego dżender i innego pedalstwa i eutanazji.
Mam nadzieję, że wszyscy mniej więcej wiemy, do czego zmierzam. Mamy tu mianowicie tę całą Raźny z Uniwersytetu Jagielońskiego oraz biednego Janka Bodakowskiego i cóż oni nam takiego przynoszą, czego dotychczas nie przyniósł ani Michnik, ani Tusk, ani Leszek Miller, ani nawet Palikot? Otóż każde jedno słowo, każda jedna myśl wypowiedziana przez Bodakowskiego i odpowiednio rozwinięta przez Raźny stanowi w stosunku do wszelkich znanych nam wcześniej ekscesów jakość zupełnie unikalną. Ani Palikot, ani Miller, ani nawet, podejrzewam, Anna Grodzka, nie byliby w stanie osiągnąć tego poziomu upodlenia. Nawet przy całkowitej utracie zmysłów. A pamiętajmy, że tamci nie dość, że nie są nawet w jednym procencie tak pobożni jak Bodakowski i Raźny, to w ogóle nawet nie wierzą w Pana Boga. Żeby zobaczyć ten rodzaj upadku – wszystko mi na to wskazuje – trzeba było nam dopiero sprowadzić prawdziwych Polaków i katolików. I to jest coś, co mnie wręcz przyprawia o dreszcze.
I nie oszukujmy się. Tu przecież tak naprawdę nawet nie chodzi o tę Raźny, która, jak już wspomniałem, najpewniej jest ruskim agentem, ani o Bodakowskiego, który – bardzo na to liczę – uwzględni i doceni fakt, że jego akurat za agenta nie uważam, ale zaledwie za durnia, ale mam tu na uwadze całą tę formację byłych czy obecnych narodowych katolików, których polityczną reprezentację określają takie postacie, jak Niesiołowski, Goryszewski, Giertych, Zawisza, Piłka, Jurek, obaj Libiccy, Łopuszański, czy dziś też Kamiński… i pewnie mógłbym wymieniać kolejnych, gdyby tylko mi się chciało grzebać w pamięci. Otóż wiele wskazuje na to, że Ginewra, zwracając uwagę na tę czarną prawidłowość, ma jak najbardziej rację. To jest wszystko albo od początku do końca agenturą, albo dowodem na to, że diabłu najwygodniej jest działać w okolicach ołtarza. Albo i jedno i drugie.
Szalenie to wszystko jest moim zdaniem ciekawe, i odpowiednio inspirujące, by zacząć na ten temat poważniejsze rozmowy, a ja już chyba te refleksje zakończę taką w sumie pozytywną refleksją. Bardzo mianowicie dobrze, że my Polacy, choć oczywiście pobożni i jak należy przywiązani do Kościoła, tak bardzo się znowu tym wszystkim nie przejmujemy. Tyle tylko żeby za dużo nie nagrzeszyć i od czasu do czasu się z tego cośmy nabroili wyspowiadać. W przeciwnym wypadku mogłoby się to wszystko skończyć tak, że przy tej pieprzonej demokracji Raźny by została prezydentem, a Bodakowski premierem i wtedy dopiero byśmy dostali do wiwatu.

Proszę bardzo o wsparcie dla tego bloga. Jest wyjątkowo źle i bez Waszej pomocy nie damy rady. Dziękuję.

środa, 3 marca 2010

O strachu, nienawiści i zwykłej kolaboracji



Kiedy usuwałem Sowińca ze swojego blogu, z jednej strony czułem miłe łaskotanie, a z drugiej strony wiedziałem, ze ta przygoda się tak lekko nie skończy. Kwestia owej ulgi powinna być oczywista dla każdego, kto choćby tylko w ostatnich dniach miał okazję obserwować aktywność pana Jerzego na tym – choć nie tylko na tym – blogu, a ma w sobie trochę więcej otwartości, niż pozwala na to przekonanie, że autorytetem się jest, a nie tylko bywa. Co do niepokoju, on już nie był tak bardzo oczywisty, ale wynikał bardziej z mojego doświadczenia, niż instynktu. Ja po prostu jestem już wystarczająco duży, żeby wiedzieć, jak działa urażona miłość. I to bez względu na to, czy na poziomie kogoś takiego jak Władysław Bartoszewski, który jest dmuchany w środowiskach reżimowych w Warszawie, czy w przypadku zaledwie skromnego Polaka-patrioty w Krakowie, z odnogą w Salonie24. Wiedziałem więc – a przyznaję, że myśl o tym, żeby Sowińca z tego blogu po prostu wyrzucić chodziła mi po głowie już dość dawno – że łatwo nie pójdzie, bo ten gest, choćbym zorganizował na swoją obronę multimedialną telekonferencję i prowadził ją na kolanach, i tak spowoduje odpowiednią histerię, i ten sabat i tak się odbędzie. Tak to już po prostu jest, że ludzie najpierw wiedzą, a potem – i to też tylko ewentualnie – myślą.
Wczoraj, przez pewien czas śledziłem to co się działo na blogu Sowińca, a to z tej prostej przyczyny, że głównym bohaterem ruchu myśli, który tam się toczył, byłem ja i moje ego. Spędziłem tam dość dużo czasu, uznając że choć oczywiście mogę unieść się dumą i zwyczajnie zlekceważyć ten zgiełk, to jakoś nie wypada. No, po prostu, nie wypada. A zatem i przeczytałem skargę samego Sowińca na moją nikczemność, i także znaczną część komentarzy, w ogromnej większości niosących panu Jerzemu pocieszenie i wyrazy solidarności, z prawdziwą satysfakcją obserwowałem, jak się zawiązują nowe przyjaźnie, i jak kruszeją polityczne i moralne bariery, ale szczególną moją uwagę zwrócił komentarz na zupełnie innym blogu. Otóż, jak wszyscy wiemy, po prawej stronie każdej notki jest miejsce na tak zwane ‘moje ostatnie komentarze’. Tam właśnie, na blogu Sowińca, zauważyłem informację o komentarzu, który on zamieścił u swojego kumpla starego. A brzmiał ów komentarz tak: „Może być i tak. Żałosna postać.” Ponieważ coś mnie tknęło i pomyślałem,, ze to może być o mnie, wszedłem na blog starego i sprawdziłem, co się dzieje. Sama notka nie była w żadnej mierze o mnie, natomiast Sowiniec, owszem, pojawił się tam, żeby się pożalić. Przyszedł więc i, w swoim stylu, napisał, że on nie ma nic do powiedzenia, ale przesyła pozdrowienia. Na co stary, też pozostając w standardzie, odpisał mu, że Sowińcu, też pozdrawiam pięknie. Tym razem jednak – wbrew swoim najszczerszym zapewnieniom – Sowiniec miał w głowie coś jeszcze i to coś z siebie wyrzucił, informując starego, że został właśnie zbanowany przez toyaha i że on, biedny, nie wie dlaczego. I wtedy stary przekazał mu co następuje: „Zbanowałem kiedyś Toyaha za to, że mnie zwyzywał, kiedy mu wytknąłem donosy składane przez niego na Ciebie. Teraz się pewnie odgrywa.” Wtedy to właśnie Sowiniec wyskoczył z tą moją “żałosnością” i uspokojony poszedł spać.
Nie bardzo mam ochotę to robić, ale też – zakładając, że ktoś jednak blog starego czyta – nie mam za bardzo wyjścia. Nawet jeśli właśnie przez to, że go czyta, dokładnie też wie, kto to jest ów stary. Przeprowadziłem wczoraj odpowiednią kwerendę i odnalazłem wspomniany wpis http://stary.salon24.pl/124281,schumann. Jeszcze w zeszłym roku, pod koniec lata, dość chętnie czytałem to co pisze stary. Trochę dlatego, że te jego teksty jakoś tam utrzymywały mnie w stanie odpowiedniego podenerwowania, a więc też inspirowały do pisania, a po drugie – co należy przyznać – stary pisze krótko, ciekawie i dość dobrze. A więc, czemu nie? Prawda? Po pewnym czasie zaobserwowałem jednak dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że – pomijając wszystko inne – stary to człowiek, który na przykład najpierw pisze, że według badań, Polacy w czasie wojny stanowili naród najchętniej kolaborujący z okupantem, a poproszony przez któregoś z czytelników o wskazanie źródła, informuje go, że niech sobie sam poszuka, bo jego czas jest zbyt cenny, żeby świadczyć dodatkowe usługi. A więc jest kimś, kogo raczej czytać nie wypada. Więcej – kimś, kogo nawet nie wypada zauważać.
Druga obserwacja polegała na tym, że bardzo aktywnym czytelnikiem bloga starego, i jego aktywnym komentatorem jest właśnie Sowiniec – bohater, kombatant i patriota. Co więcej, zauważyłem też, że komentarze, jakie Sowiniec umieszcza na blogu starego, są w gruncie rzeczy takie same, jak te, które pisze do mnie. A więc, są to najczęściej jedno- czy dwuwyrazowe uwagi typu: „celne”, słuszne”, czy „bardzo ciekawe”. Ponieważ parę dni wcześniej Sowiniec po raz kolejny zostawił u mnie komentarz tego rodzaju, zaczęły mi po głowie chodzić pewne niedobre myśli, zajrzałem do starego, no i proszę, jest: „Dobra analiza”. Postanowiłem więc, po raz pierwszy w życiu, delikatnie zwrócić uwagę Sowińcowi, a więc komuś kogo niezwykle szanuję i poważam, że to co on robi jest bardzo podejrzane. I napisałem mu tak: „A komentarz jeszcze lepszy. Pouczający”, a do gospodarza blogu, który, jak zauważyłem, bardzo się cieszył z każdego dobrego słowa, jakie usłyszy od Sowińca: „A Tobie tyko powiem, że nie jest aż tak fajnie. Sowiniec to jest taki pan, który uważa, że dobre jest wszystko. I Ty i ja i Mireks, a nawet Maryla. A więc jego opinie kierowane pod Twoim - podobnie zresztą jak i moim - adresem mają wartość bardzo specyficzną.
Wtedy to właśnie stary się na mnie zdenerwował i mi powiedział, że to co ja robię to „intrygowanie i donosicielstwo”, i że jeszcze raz z czymś podobnym wyskoczę, to on mnie ze swojego blogu wyrzuci. I wtedy padły kluczowe słowa: „Wyrzuć mnie, proszę. Przynajmniej - wiedząc że i tak nie mam jak Ci dokuczyć - nie będę się tu więcej kompromitował. Jeśli nie umiesz się zdecydować, to mogę Ci pomóc. W mojej opinii, nawet jak na standardy środowiska, które reprezentujesz, jesteś absolutnie wyjątkowo śliski.
I wtedy wyleciałem. Ciekawe tylko, że nie za donosicielstwo, ani nawet „wymyślanie”, lecz za – jak to w swoim stylu ujął stary – prostactwo.
Po co to piszę? Wbrew pozorom, nie po to żeby się tłumaczyć, że ja wcale starego nie zwymyślałem i że nie jestem wcale tak żałosną postacią, jak o mnie mówi Sowiniec. Bo zgadzam się, ja miałem szczery zamiar starego obrazić i jestem pewien, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Sowiniec jestem typem jak najbardziej żałosnym. Ja chcę tylko opowiedzieć, jak to się wszystko zaczęło i jak to się wszystko odbyło. Na wszelki wypadek. Gdyby ktoś sobie tworzył jakieś niepotrzebne obrazy. Ale piszę to też po to, żeby przejść do najważniejszej części tego tekstu, a mianowicie do bardzo jednoznacznego i bezpośredniego wyjaśnienia, dlaczego Sowiniec został wywalony z tego blogu.
Jest więc tak, że na samym początku mojego tu pisania, Sowiniec należał do bardzo cennych komentatorów. Nie dlatego, że mnie chwalił i głaskał mnie po moim rozdętym ego, ale dlatego, że miał w tej walce swój bardzo mocny i merytoryczny udział. Po pewnym czasie, jak już wspomniałem o tym wyżej, nie mogłem jednak nie zauważyć, że komentarze Sowińca zaczęły się ograniczać wyłącznie do tych jednozdaniowych uwag, typu: „celne”, „ładny tytuł”, „bardzo dobre”, „interesująca analiza”. Czasem też otrzymywałem od niego słowa krytyki, choć też niezbyt długie. Głównie w postaci jednego zdania: „dobre, ale strasznie długie”, lub jednego słowa: „długie:)”. Próbowałem z Sowińcem na ten temat rozmawiać, ale niestety bez efektu. On na wszystkie moje uwagi reagował w identyczny sposób, albo zapewniając mnie o tym, że on jest na ogół życzliwy, albo że życzy mi wszystkiego dobrego. Jedyne przypadki, kiedy pisał jakiś dłuższy i bardziej merytoryczny komentarz, to wtedy, gdy informował mnie – i przy okazji wszystkich innych swoich znajomych, zawsze w identyczny zresztą sposób – że mamy oglądać wieczorem telewizję, bo tam będzie z nim rozmowa.
Co gorsze, w pewnym momencie nie mogłem też przegapić faktu, że te króciutkie, jednowyrazowe komentarze, Sowiniec pisze jednocześnie na wielu innych blogach, i to już absolutnie niezależnie od tzw. opcji. Mireks nie Mireks, Rudecka nie Rudecka, stary nie stary. Obojętne. Wszędzie go pełno i wszędzie w ten sam sposób: „celne”, „świetne”, „ciekawa analiza”, albo „a w Krakowie zaczęło sypać”. Wtedy to właśnie, z jednej strony widząc, że Sowiniec jest jako komentator całkowicie bezużyteczny, a jednocześnie nie chcąc go traktować niżej jego ambicji, zaproponowałem mu, że niech on sobie u mnie pisze co chce, a ja mu nie będę odpisywał, bo po prostu nie mam jak. Na co mi – oczywiście – odpowiedział, że to świetny pomysł.
No i przyszła ubiegła sobota, a z nią Jerzy Skoczylas i jego groźba pod moim adresem, że mnie zaciągnie przed sąd. A z tą groźbą, realne już żądanie, żebym podał mu swoje dane. W życiu nie zdarzyło mi się, by ktoś mi groził sądem. W ogóle, muszę przyznać, że tak mi się świat układa, że żyję sobie w miarę spokojnie, bez agresji urzędniczej, agresji ludzkiej na kształt ulicznych bandytów, i agresji naturalnej, w postaci, na przykład, jakichś niedobrych chorób. Sytuacja w której spotykają mnie tego typu groźby, i to ze strony osoby – co już wyraźnie zostało powiedziane w poprzednim wpisie – publicznie określonej w tak specyficzny sposób jak Jerzy Skoczylas, jest, przyznaję, niełatwa. Dla kogoś, kto patrzy na życie publiczne w Polsce pod kątem bardzo brutalnej i bezwzględnej walki między tradycyjną cywilizacją, a siłami post-komunistycznej reakcji, sytuacja, w której ktoś taki jak Jerzy Skoczylas grozi – nawet niekoniecznie sądem, ale po prostu grozi – jest, jak mówię, bardzo trudna. Ja wiem, że niektórzy się ze mnie śmieją i wiem, że może i mają rację, ale przyznaję – ja się Skoczylasa wystraszyłem. Wystraszyłem się go dokładnie tak samo, jakby do mnie odezwał się, powiedzmy – przy zachowaniu wszelkich proporcji – generał Czesław Kiszczak.
Proszę mnie dobrze rozumieć. Ja oczywiście nie mam żadnych problemów z tym, żeby o Kiszczaku pisać, że jest komunistycznym mordercą i bolszewicką szują. Ale właśnie dlatego, właśnie z dokładnie tego samego powodu, dla którego tak o nim sobie myślę, jeśli on do mnie dziś zadzwoni, albo przyśle do mnie list, albo – nie daj Boże – zapuka do moich drzwi, to ja się cholernie przestraszę. Właśnie dlatego, że tak bardzo nie mam do niego szacunku, że aż muszę o tym w koło rozpowiadać. Tak to już jest i nawet jeśli ktoś mi powie, że w ten sposób dowodzę swojego zakłamania i tchórzostwa, tak to już jest. Ja Kiszczaka jednocześnie nienawidzę i się go boję.
I właśnie wtedy, kiedy Skoczylas poprosił mnie o moje dane, a ja się go jednocześnie bałem i nienawidziłem, pojawili się na moim blogu trzej wybitni polscy patrioci i pod kierunkiem Sowińca – jak się okazało dobrego kolegi Skoczylasa, i człowieka, który przy tym świetnie wie, kim Skoczylas jest i jakie ma zasługi dla nowej Polski – ucięli sobie we własnym, czteroosobowym już gronie, miłą pogawędkę nad moim, możliwe że trupem. Proszę zwrócić uwagę. Sowiniec, człowiek dzielny, polski kombatant i patriota, bojownik o wolne słowo w wolnym kraju, zamiast zwrócić się do swojego kolegi Skoczylasa, upomnieć go i poprosić, żeby nie terroryzował zwykłych ludzi, i zaczął się zachowywać jak wolny człowiek w wolnym kraju, cały swój wysiłek skupił z jednej strony na pokazywaniu całemu światu, jacy to z niego i Skoczylasa kumple, a z drugiej, informowaniu mnie, że jestem chamem i zarozumiałym idiotą. A więc, naglę, po tych wszystkich miesiącach karykaturalnie oszczędnego, całkowicie pustego i nicnieznaczącego komentowania spraw ważnych i wielkich, miesiącach dawania świadectwa wyłącznie o kompletnym braku potrzeby dawania tego świadectwa, postanowił to świadectwo jednak dać. Świadectwo jednocześnie niezłomnej przyjaźni i obojętności na najzwyklejsze bezprawie.
I właśnie za to, on i jego trzej koledzy, zostali stąd wyrzuceni. Na zbity pysk. Nie za to, że mają inne poglądy od moich. Nie dlatego, że ten blog zdobył tytuł bloga roku i ja przez to straciłem poczucie rzeczywistości. W końcu też nie dlatego, że ja jestem urodzonym cenzorem i śliskim tchórzem. Ale wyłącznie z tego względu, że ja nie znoszę kolaborantów. Nawet bardzo zasłużonych.

sobota, 12 lipca 2008

Prawdziwi patrioci mają nowy plan

Wczoraj w Rzeczpospolitej ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski oświadczył, że nie zagłosuje więcej na Lecha Kaczyńskiego, ponieważ obraził pamięć ofiar Wołynia. Śladem księdza, poszło wielu, między innymi - co mnie już bardzo zmartwiło - moja koleżanka z Salonu, Katarzyna.
Wielu dotychczasowych zwolenników prezydentury Lecha Kaczyńskiego już nie będzie na niego głosowało i albo zagłosują na kogoś lepszego, o większej świadomości historycznej, albo nie zagłosują w ogóle.
Rodzaj emocji, z którym mamy tu do czynienia ma charakter postępujący. Z początku, pretensje do prezydenta związane były z faktem, że wycofał swój patronat. Kiedy się okazało, że patronatu nie wycofał, poszło o to, że nie wystąpił z okolicznościowym słowem. Kiedy zapoznaliśmy się z jego listem, nie możemy mu darować, że, jak przystało na porządnego Polaka-patriotę, nie zwrócił się w pewnym momencie do ukraińskiego ambasadora i mu nie wygarnął: "To wy!"
I proszę mi nie mówić, że chodzi o osobistą obecność Prezydenta na uroczystościach. Niechby tam nawet przyszedł piechotą w worku pokutnym, z głową posypaną popiołem, to i tak za to, że nie napluł Ukraińcom w ich czarne podniebienia, zostałby przez najbardziej serdeczną część narodu wdeptany w ziemię.
Chciałbym Ci teraz opowiedzieć dwie historie sprzed wielu lat. Historie, które pokażą, jak to kiedyś działo się, szybko, ostro i jak to było, kiedy człowiek wąpliwości nie miał żadnych.
Był rok 1981. Poszedłem sobie z kolegą do restauracji na obiad. Nagle do sali weszła grupa działaczy Solidarności na czele z Andrzejem Czumą, dzisiejszym politykiem od Tuska. Było ich dużo, siedli przy połączonych stolikach, zachowywali się głośno, mówili odważnie, co chcieli i całym swoim zachowaniem pokazywali, że są zwyciężcami. Kiedy kelner przynióśł jedzenie, Andrzej Czuma - pamiętam to do dziś - przeżegnał się nad stołem gestem tak zamaszystym, że bałem się, że zahaczy o stolik obok.
Ja wiedziałem, czemu tak zrobił. Kraj był wyzwolony spod komunistycznej zarazy, w kościołach wolno było bezpiecznie pokazywać znak zwycięstwa, śpiewać "Boże coś Polskę" z oryginalnym zakończeniem, no i oczywiście żegnać się demonstracyjnie w miejscach takich, jak komunistyczna (przepraszam post-komunistyczna) knajpa.
I teraz pamiętam inną scenę, też jeszcze z roku 1981. Andrzej Czuma wciąż tryumfował, komuniści trwali przyczajeni, a wolność walała się po ulicach naszych miast w postaci ulotek, biuletynów i najróżniejszego rodzaju gazetek, w których każdy mógł przeczytać o tym, że komunizm zdycha.
W moim mieście zorganizowano otwarte spotkanie z Leszkiem Moczulskim. Ponieważ jednak niespodziewanie - a może i spodziewanie - przewodniczący poszedł po raz kolejny siedzieć, spotkanie poprowadziła pani Moczulska. Sala została wypełniona przez cały miejscowy zarząd Solidarności, przez wszystkich miejscowych członków związku, no i przez całe tłumy antykomunistyczne nastawionych mieszkańców. Przyszliśmy, bo to był taki czas, gdy wolność przenikała do naszych serc przez wszystkie otwarte miejsca naszego ciała. Przyszliśmy, bo chcieliśmy z jednej strony zamanifestować naszą siłę, a z drugiej strony przyjąć słowa prawdy.
Podczas tak zwanej dyskusji (piszę "tak zwanej", bo wiemy przecież, że tego typu spotkania, nie są przeznaczone na jakąkolwiek dyskusję), zadałem pani Moczulskiej pytanie. Dziś nie pamiętam już, o co chodziło. Myślę, że mogłem chcieć wyrazić obawę, że komunizm jednak nie zdycha, tylko się właśnie czai.
To, co nastąpiło, pamiętam do dziś. Sala zareagowała z taką wrogością, że w pewnym momencie marzyłem tylko o tym, żeby może zaczęli buczeć. Okrzyki: "Ubek", "Kapuś", "Won do Moskwy" zostały wreszcie uprzejmie przerwane przez panią Moczulską, która wytłumaczyła zebranym, że w nowych, demokratycznych czasach, musimy się nauczyć szanować nawet ludzi z przeciwnego obozu.
Na drugi dzień poszedłem, jak zwykle do Zarządu Regionu po swój codzienny biuletyn i chłopak, który tam codziennie siedział, powiedział mi, że to było bardzo śmieszne, jak zostałem potraktowany, ale przecież takie mamy czasy, więc powinienem się nie przejmować.
Później przyszedł stan wojenny, Moczulskiemu do towarzystwa dano jeszcze parę innych osób i wszystkie spory, na długie lata, trafił szlag.
Wiele lat później, już w nowej Polsce, kiedy zbliżała się do końca niesławna kadencja Lecha Wałęsy, a komuniści już pudrowali nosek Kwaśniewskiemu, przymierzali mu błękitne koszule i wędzili jego złotą skórę w najlepszych saunach, cała patriotyczna Polska szukała kandydata, który mógłby nie dopuścić do władzy komucha.
Pojawiła się na szczęście kandydatura Adama Strzembosza, według wszelkich obiektywnych standardów, osoby wybitnej, a co najważniejsze z wybitnymi szansami na zwycięstwo. W momencie, gdy Strzembosz zgodził się kandydować, jego poparci sięgało 20%. Był szanowany, uważany za osobę poważną, zdolną, no a przede wszystkim za patriotę i Polaka o wspaniałym życiorysie.
Dziś może niektórzy nie chcą o tym pamiętać, ale w tym samym czasie, Lech Wałęsa, jeśli był przez kogoś traktowany z szacunkiem, to tylko przez grupę snujących się wokół Belwederu komunistycznych generałów i drobnych ubeków. Bo już nawet Wachowski miał na oku inne towarzystwo. Według sondaży, jego poparcie nie przekraczało 10% i wiadomo było, że na szczęście ani on, ani komunista - jeśli będziemy mieli Strzembosza - władzy nie weźmie.
I w tym oto momencie, do akcji przystąpili już nie polscy patrioci, ale prawdziwi polscy patrioci. Patrioci o nieskażonych sumieniach, niewzruszonych sylwetkach i o nieustraszonych sercach. Okazało się, że Strzembosz nie może być prezydentem, bo przede wszystkim chodzi na pasku Kaczyńskiego, a poza tym jest za mało pobożny, za mało skupiony na walce o życie nienarodzonych, a poza tym chyba jest żydem.
Za tymi informacjami przyszła kandydatura Hanny Gronkiewicz Walc, wówczas jeszcze uchodzącej za osobę głównie religijną, różnych drobnych przedstawicieli ultra-prawicowego planktonu, no i - last but not least - generała Wileckiego, którego zdaje się - nie mam pewności - promował, wschodzący jeszcze wówczas, Roman Giertych.
Oczywiście pierwsze, co się stało, to notowania Strzembosza leciutko spadły, Strzembosz się natychmiast obraził i zaczął demonstrować swoją niezależność od PC, a następnie, już zupełnie obrażony się wycofał. Po nim, inteligentnie, Gronkiewicz z Wileckim ustąpili miejsca Wałęsie, który następnie podał Kwaśniewskiemu nogę i wrócił do żony.
Ciekawa sprawa, że nawet on, człowiek tak okropnie nielubiany i nieszanowany, stracił w ostatecznym rozrachunku do Kwasniewskiego zaledwie parę procent. Nie ulega wątpliwości, że ktokolwiek inny, kto by zdobył poparcie patriotycznej części społeczeństwa, z Kwaśniewskim by wygrał.
Lata mijają. Roman Giertych jest adwokatem, Lech Wałęsa bohaterem Adama Michnika, Aleksander Kwaśniewski, znanym pijakiem, a generał Wilecki nie wiadomo kim, bo Macierewicz nie chce wszystkiego mówić. Leszek Moczulski, jako były kapuś, dożywa swoich lat w niesławie, a cała reszta bohaterów jednej nocy - jeśli jeszcze nie została w Ameryce -kręci się po różnych zakamarkach ojczyzny, w której tymczasem Donald Tusk z kolegami zaprowadzają miłosny ład.
Ostatnio jednak część z nich się ożywiła. Przebiegli wczoraj przez mój blog.
Chyba szykują jakiś kapitalny plan.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...