Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Boni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Boni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2009

Gulasz z serc. Jak codzień.

Wczoraj wracałem ze starszą Toyahówną z wizyty. Było już późno, miasto – ja to zwykle z moim miastem o tej porze – puste i uśpione, i kiedy przechodziliśmy obok Hotelu Monopol, zwróciliśmy uwagę na dwa wielkie billboardy reklamujące burdel. Ktoś tam wcześniej pod hotel te platformy na kółkach przyciągnął po to, jak się domyślam, by hotelowi goście obejrzeli sobie zdjęcie tej eleganckiej dziwki, pomyśleli, że właściwie czemu nie, zapisali numer telefonu umieszczony na billboardach, zadzwonili, a wtedy ktoś po nich przyjedzie i już. W końcu wszyscy wiemy, że kiedy się przyjeżdża do Polski w biznesie, to raczej nie po to, żeby w wolnym czasie pójść do teatru, albo na koncert, czy obejrzeć jakąś wystawę. Toyahówna zaczęła mi zadawać najróżniejsze pytania, wszystkie zaczynające się od słowa ‘dlaczego’, a ja na żadne z nich nie umiałem odpowiedzieć, bo z jednej strony chciałem uniknąć nudnego już ględzenia o mafii, gangach, szarych biznesmenach, skorumpowanych policjantach i upadłych politykach, a z drugiej autentycznie nie miałem i faktycznie nie mam pewności, czy ja rzeczywiście wszystko w tej kwestii wiem.
Faktem jest, że tekst na spotkanych przez nas billboardach nie informował w żaden sposób, że lokal o niewinnej nazwie Night Club, tak naprawdę nie jest żadnym klubem, który od innych różni się tylko tym, że otwarty jest nie w dzień, lecz w nocy. Też jest prawdą, że ani jednym słowem żaden z tych billboardów nie sugerował nawet, że z tą kobietą na zdjęciu, za odpowiednią opłatą, można zrobić dokładnie wszystko, co komu przyjdzie do głupiej pały. Jednak trzeba być kimś kompletnie naiwnym, żeby wierzyć, że pod podanym numerem telefonu nic niezwykłego się nie dzieje. I też nie trzeba od razu chodzić do kina na filmy typu 8 mm, żeby wiedzieć, że biznes, który w sposób całkowicie otwarty i oficjalny reklamowany jest w samym centrum miasta – nie gdzieś w Tajlandii, czy w najbardziej egzotycznych zakamarkach Rosji – jest tak skonstruowany i na tym zresztą polega jego praktyczny sens, że wszystko – dokładnie wszystko – jest kwestią ceny i potrzeb. I wystarczy mieć choćby odrobinę wrażliwości, żeby wiedzieć, że kobiety, które stanowią sens tego interesu, są autentycznymi niewolnikami. Może i nienajgorzej traktowanymi (w końcu nie żyjemy w czasach cesarza Kaliguli), ale wciąż tylko niewolnikami.
Szliśmy więc sobie przez nocne miasto, Toyahówna chciała wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego to jest legalne i dlaczego nikt z tym nic nie robi, ja wzruszałem ramionami i odpowiadałem jej, że nie wiem, aż doszliśmy do dworca kolejowego, a tam już nawet nie zwróciliśmy uwagi na te wszystkie budy, w których jednym z podstawowych towarów są pornograficzne czasopisma z filmami, oferowane w takiej ilości, że gdyby na tym dworcu pojawił się ktoś w rodzaju tego przybysza z planety K-Pax i zobaczył co się tam dzieje, uznałby, że my najzwyczajniej w świecie musimy być w najlepszym wypadku obłąkani. Ale, jak mówię, nie zwróciliśmy na te filmy nawet uwagi, bo chodzimy tamtędy niemal codziennie i ten krajobraz jak gdyby zlał się w całość z tym nieszczęsnym dworcem, z tymi smutnymi ludźmi i z tym dziwacznym miastem, w którym mieszkamy.
Rozmawiałem kiedyś z kolegą, który mieszka w Chicago. Powiedział mi, że, ile razy przyjeżdża do Warszawy i przechodzi przez Dworzec Centralny, nie może się nadziwić, że tam jest tak ogromna oferta najróżniejszego typu pornografii. Mówi mi, że z jego punktu widzenia, centrum miasta z taką wystawą, jest widokiem absolutnie egzotycznym. Że coś takiego może się spotyka gdzieś w dalekiej Azji, ale nie w centrum dużego europejskiego miasta. Rozmawiałem też z kolegą Brytyjczykiem. On z kolei, przy jakiejś okazji, powiedział mi, że w Londynie, jeśli się widzi kogoś kto kupuje w sklepie Playboya, można mieć dużą pewność, że ten ktoś to klasyczny wanker. Dokładnie tak się wyraził. A proszę zwrócić uwagę – myśmy rozmawiali wyłącznie o Playboyu.
Więc tu mamy kwestie cywilizacyjne. Mamy Polskę – kraj i społeczeństwo o nieokiełznanych ambicjach, o zupełnie histerycznym poczuciu własnej godności, o nieprawdopodobnym pędzie do doganianiu świata. Mamy ludzi, którzy przy pewnych określonych okazjach, za cenę znalezienia się w gronie najbardziej cywilizowanych i postępowych narodów tego świata, gotowi są zrezygnować nawet z bycia Polakiem. A jednocześnie okazujemy się być społeczeństwem, które jest tak otwarte na tego typu towar. Zachodzę do sklepu o nazwie Media Markt, czy Saturn, i w jednym i drugim trafiam na całą ścianę z towarem ściśle pornograficznym. I to nie jest buda na dworcu, czy stolik na jakimś podmiejskim targu. To poważny, europejski dom handlowy z dyskretnym oświetleniem, ściszoną muzyka i krzątającymi się elegancko sprzedawcami. Jesteśmy w Polsce. Kraju który, z nieznaną dotychczas zawziętością i ambicją walczy o jak najbardziej efektowne wejście w świat XXI wieku i nie wie, że w tym samym czasie, pod pewnym szczególnym względem, jest tej Europy pośmiewiskiem.
Ale mamy też aspekt prawny tego całego przedsięwzięcia. Idę z Toyahówną przez nocne miasto, a ona mnie pyta, czy to jest legalne. I ja jej odpowiadam, że nie – że to nie jest legalne. Że pornografia, sutenerstwo, czerpanie zysku z nierządu, handel ludźmi – to wszystko jest nielegalne i ścigane przez prawo. Więc dlaczego nikt z tym nic nie robi? Dlaczego nie przyjedzie policja i tego wszystkiego nie skasuje? I znów jej odpowiadam, że nie wiem. Odpowiadam jej, że ja nawet nie wiem, czy ten słynny magazyn, który kiedyś, w wolnej już i demokratycznej Polsce, ukazywał się w oficjalnej sprzedaży pod nazwą Zły, został ostatecznie zamknięty przez prawo, czy po prostu właściciele pisma uznali, że lepiej zainwestować w porządny ekskluzywny burdel dla bogatych biznesmenów, artystów i polityków, niż dla aspirujących Europejczyków drukować te zakrwawione ludzkie szczątki.
I tak sobie sterczymy tu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym byliśmy na początku tych naszych rozważań. Bez żadnej odpowiedzi na nasze wątpliwości, bez żadnej konkretnej perspektywy, otoczeni przez zjawiska, których nie rozumiemy i na które nie mamy najmniejszego wpływu. I wiemy, że nawet jeśli nie stanowimy wyraźnej mniejszości, to i tak grupa decydująca o kształcie tego państwa i jego, że tak powiem, zawartości, jest na tyle wpływowa i na tyle zdeterminowana, żebyśmy, dla zwykłego spokoju umysłu, przestali się głowić nad tym, co i tak nie leży w naszych kompetencjach. Bo co można zrobić, skoro tak naprawdę nawet nie wiadomo, kto jest na końcu tego całego łańcucha, który moglibyśmy nazwać grupą interesów, czy – jak mówią Amerykanie – agendą?
A jakaś agenda być musi. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Żyję na tym świecie wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli po stronie tzw. czynników decydujących – i to bez względu na polityczny kolor – widzę tak wielką determinację w sprawie pozornie pozbawionej jakiejkolwiek wartości na poziomie interesu publicznego, to znaczy, że tam musi chodzić albo o pieniądze, albo o nałóg. Albo o jedno i drugie. I tak – jestem pewien – dzieje się w tym wypadku. Jestem przekonany, że skoro przez te dwadzieścia lat, mimo wielu przecież prób, nie udało się wykonać jednego skromnego gestu na rzecz oczyszczenia Polski z tej zarazy – a wręcz przeciwnie – to znaczy, że za tym stoją pieniądze i niewątpliwe przyjemności wcale pokaźnego towarzystwa. A więc nie zdziwiłbym się, gdyby miało się okazać, że wśród osób żywotnie zainteresowanych utrzymaniem tych bud na katowickim dworcu – nie dla siebie, oczywiście (oni mają swoje własne miejsca), ale dla zachowania pewnego szczególnego porządku – byli ci, których znamy, a czasem nawet lubimy. Nawet tak wybitni przedstawiciele naszych elit, jak Michał Boni, człowiek na którego ostatnio mam bardzo wrażliwe oko. Czemu Boni? Z bardzo prostej przyczyny. Raz że on już parokrotnie pokazał, że jemu coś takiego jak zasady są pojęciem całkowicie obojętnym. A dwa, przez jego wczorajszy wywiad dla Rzeczpospolitej. Wywiad zupełnie porażający http://www.rp.pl/artykul/276267.html.Wypowiedź, w pewnym sensie nawet przebijająca rozmowę z Bonim, o której już tu pisałem w Salonie przed miesiącami, gdzie on gadał o Polsce swoich marzeń: Polsce ludzi z laptopami, porozumiewającymi się z innymi przy pomocy programu komputerowego o nazwie Skype.
Wczoraj, Michał Boni, zapytany przez dziennikarkę o to, po ciężkiego diabła trzeba przymusowo wysyłać małe dzieci do szkoły, odpowiada tak: „Sześciolatki mają [podkreślenie moje] iść do szkoły z prostego powodu, że wszędzie na świecie uważa się, iż z punktu widzenia efektywności nauczania, im wcześniej tym lepiej. Bo w ten sposób wyrównuje się szanse. Jak ktoś tego nie rozumie, niech poczyta prace laureatów Nagrody Nobla na ten temat. […] Badania nad mózgiem pokazują, że im szybciej dzieci zaczynają się uczyć, tym większa jest możliwość wyrównywania szans, zasypywania różnic w mentalności, w nawykach, w pojmowaniu świata.”
Ja oczywiście, nie rozmawiałem z Bonim nigdy o niczym i też, siłą rzeczy, nie znam jego opinii na temat społecznej przydatności burdeli, pornografii i handlu kobietami. Ale powiem zupełnie szczerze, że choćbym nie wiem, jak się starał, nie widzę najmniejszego powodu, żeby ten laptop, z tym Skypem i teraz z tymi badaniami nad mózgiem dzieci, prowadzonych w celu uzyskania tego jednego, modelowego egzemplarza, o ustalonej „mentalności, nawykach i pojmowaniu świata”, czuły się jakoś szczególnie niezręcznie w świetle czerwonych latarni, wśród czarnych akcentów.
Napisałem ostatnio trzy teksty w całości poświęcone sytuacji Kościoła w demokratycznym społeczeństwie. Teksty te spotkały się z bardzo szeroką reakcją, głównie dość nerwową. Oczywiście biorę pod uwagę, że mój obecny temat może nie zainteresować już tak wiele osób, jak to było w przypadku agentów w polskim Kościele. Niestety, tu jestem bezradny. Po prostu mi się nie chce. Mam przynajmniej nadzieję, że większość wie, dlaczego.

środa, 4 marca 2009

Twarze, czyli kto nam zwinął szminkę?

Jechałem dziś przedpołudniem tramwajem do pracy i w pewnym momencie z przeciwnej strony nadjechała kolumna prezydencka i szybko pojechała w kierunku uniwersytetu. Ponieważ jestem oddanym członkiem tak zwanych (w niektórych kieszeniach salonowej Polski) Czarnych Szwadronów Czwartej RP, wpadłem w bardzo dobry nastrój, który - przy pięknej pogodzie i zupełnie wbrew fatalnemu kryzysowi - trzyma mnie do teraz. Kiedy już ujrzałem śmigającego ulicami mojego miasta Prezydenta, popadłem w chorobliwą już w mojej sytuacji zadumę i w ramach tej zadumy zacząłem sobie myśleć o – właśnie nie za bardzo wiem, czy już ministrze, czy jeszcze tylko doradcy – Michale Bonim. A skoro już zaczął mi po głowie chodzić Boni, to za chwilę pojawiły się już i kolejne gwiazdy, a wśród nich Kazimierz Kutz.
Co ja chcę od Kutza i Boniego, skoro dzień jest – jak już wspomniałem – piękny, a na dodatek Pan Prezydent zadaje szyku w moim mieście? Nic szczególnego. Zwykłe maleńkie refleksje. Jak idzie o Boniego, przyszedł mi on do głowy z tej prostej przyczyny, że nagle sobie uświadomiłem, że w ostatnich dniach jakoś tak się dzieje, że ile razy Platforma Obywatelska chce się pokazać, jako grupa pracusiów, i to na dodatek pracusiów z pomysłami, wystawia przed kamery właśnie Boniego. Jest to sytuacja o tyle ciekawa, że jak wszyscy powinniśmy jeszcze pamiętać, debiut tego człowieka w rządzie premiera Tuska był wielce oryginalny. Kiedy Premier zorientował się, że jemu brakuje ludzi odpowiednio zawziętych i jednocześnie fachowych, wyciągnął skądś tego nieszczęsnego kapusia i dziwkarza i ogłosił, że Polska własnie trafiła w ręce prawdziwie zawodowe. Niestety, w tym samym momencie okazało się co się okazało, Boni się ze wstydu posmarkał i niemal natychmiast został gdzieś wepchnięty i przykryty jakąś szmatą, by nie straszyć tych nielicznych już zwolenników Platformy, dla których problem komunistycznej agentury wciąż wydawał się problemem realnym.
Takie to były początki. Wprawdzie wciąż jesteśmy bardziej na początku, niż u końca tej chorej przygody, ale intensywność i konsekwencja upadku Donalda Tuska, jego ministrów i sympatyków najwyraźniej sprawia, że wszystko na tyle przestaje mieć znaczenie, że i tę szmatę z Boniego też już można było bezpiecznie zdjąć. Po ciężką cholerę przejmować się jakimś drobnym donosicielem, kiedy i tak wszystko w rejonach przyrządowych działa bez jakiejkolwiek kontroli, każdy robi to co chce, a publiczność robi wrażenie coraz mniej zainteresowanej? W sytuacji kiedy minister Hall wymyśla, żeby do podstaw programowych współczesnej polskiej szkoły wprowadzić czary, wodne żyły i karty Tarota, i pies z kulawą nogą się tym nie przejmuje, co komu zaszkodzi jakiś Boni? Skoro już nawet nie można mieć stuprocentowej pewności, że to co nam publicznie pokazują media, to jeszcze prawdziwy Donald Tusk, a nie jakaś japońska zabawka najnowszej generacji, to jakie znaczenie dla kogokolwiek może mieć to, że nową twarzą naszego rządu stał się komunistyczny agent? Wszystko jedno.
Więc myślałem sobie o twarzach i przypomniała mi się twarz Kazimierza Kutza z wczorajszej audycji 24 Godziny. Jak może część z Was wie, w środowiskach związanych z najbardziej salonowym europejskim salonem, po raz kolejny już w ciągu ostatnich parunastu lat wykluła się myśl, żeby ludzi, którzy z naszego punktu widzenia na śmierć sobie zapracowali, zabijać nie tylko gdzieniegdzie, ale w ogóle gdzie popadnie. Więc sprowadzono do tefauenowskiego studia tego dziadunia i poproszono o opinie na ów ważki temat. Kutz gadał standardowo, więc nie ma nawet co się zatrzymywać, ale ja zwróciłem uwagę na jeden, dla mnie zupełnie fantastyczny, fragment. On w pewnym momencie powiedział coś takiego, że ostatnio ten problem ludzi, których należy zabić powraca i jeszcze niedawno mieliśmy tego Janusza Switaja, a teraz mamy tę matkę i jej czterdziestoletniego syna. I kiedy pomyślałem, że kompletnie nie rozumiem po kie licho wyciągnął on tego Świtaja, którego niemal cudem udało się wyrwać z rąk morderców, Kutz powiedział mniej więcej tak: „Wprawdzie ten Świtaj to tam ten…”. I tu urwał temat. I wtedy pomyślałem sobie, że oto mamy człowieka, któremu pomysł eliminacji ze świata ludzi chorych jest tak drogi, że nie jest on w stanie wyksztusić z siebie słowa ‘życie’, o ile to życie nie jest podparte przymiotnikiem ‘straszne’, ‘bolesne’, ‘nieludzkie’, czy po prostu ‘nieprawdziwe’. I pomyślałem sobie, że oto mamy przed sobą kolejną twarz Platformy Obywatelskiej. Człowieka, który jak ma powiedzieć „Świtaj żyje”, to się zaczyna krztusić i mu wychodzi coś podobnego do „tam ten”.
Tak to właśnie było. Jechałem sobie do pracy i myślałem o tych dwóch łbach Platformy Obywatelskiej. Wreszcie prawdziwych, niczym nie osłoniętych twarzach. Twarzach bez pudru i bez makijażu. I właśnie przed chwilą, zanim zacząłem pisać ten dzisiejszy tekst, otworzyłem telewizor, a tam, na maleńkiej scenie stał sam premier Tusk, ze wszystkich stron otoczony tłumem jakichś starszych pań. Stał więc sobie Premier, z mikrofonem w ręku i pląsał po tej scenie, jak artysta rozrywkowy, i ja pomyślałem, że może on właśnie został piosenkarzem i to już jest ten obiecany New Age, ale dałem głośniej i okazało się, że Donald Tusk nie śpiewa, tylko akurat spotyka się z paniami z tzw. Uniwersytetu Trzeciego Wieku i rozprawia o sprawach poważnych. I tu, podobnie jak w przypadku wcześniej Kutza, wszystko się odbywało na normalnym poziomie, tyle że może tym razem Pan Premier był jeszcze bardziej śliski i bardziej obły, niż zwykle. Ale i tu zwróciłem uwagę na coś co mnie troszkę bardziej poruszyło. Kiedy Tusk opowiadał, zebrane panie od czasu do czasu przerywały mu rzęsistymi brawami. Jednak tylko wtedy, gdy on mówił coś w stylu: „nie będziemy padać na kolana przed biskupami”, czy „Kościół będzie się zajmował swoimi sprawami, a my swoimi”. Ów antyklerykalny nastrój na sali był tak uderzający, że aż nawet ja – człowiek który niejedno widział i słyszał – poczułem się dziwnie.
I pomyślałem sobie, że oto mamy trzecią twarz tej nowej, a jakże już starej, władzy. Twarz dobrze jakby nam znaną. A jednak jakoś nową. I choć Premier wił się jak piskorz, żeby i zasłużyć sobie na entuzjazm zebranych kobiet i też za bardzo nie podskoczyć kardynałowi Dziwiszowi, widać było wyraźnie, o co i jednej i drugiej stronie chodzi. I w czym leży cały sens tego, co się tam wyprawiało. I tak właśnie nagle ujrzałem te trzy twarze całkowicie razem – jedną twarz starej bolszewii, jedną nowego faszyzmu i jeszcze jedną – zupełnie nowiuteńkiej Europy.
Smutno. Ale też i dobrze. Smutno – wiadomo dlaczego. A dobrze? Bo zawsze jest dobrze kiedy prawda zaczyna wychodzić na wierzch. I niech tak już pozostanie. Na samym wierzchu.

niedziela, 6 kwietnia 2008

Przyszli Ruskie

W ten weekend przede mną dwie codzienne gazety: Rzeczpospolita i Dziennik. Wyborczej brak, no ale trudno – nikt nie jest doskonały.
W Dzienniku przeczytałem wywiad Mazurka ze Sławomirem Sierakowskim i przez ułamek chwili przyszło mi do głowy, że oto dokonałem epokowego, jak na moje skromne życie, odkrycia: Azrael to Sławomir Sierakowski. Byłem tego tak pewien, że położyłem na szalę mój cały rodzinny autorytet. No a później sprawdziłem w googlu... i wyszło, że się pomyliłem.
Tyle przynajmniej z tego mam, iż wiem że Azrael nie jest nawet Sławkiem Sierakowskim – a to go przesuwa jeszcze bardziej w dół.
Zostawiłem więc i Sierakowskiego i Azraela i przeszedłem do Rzeczpospolitej. I tu jest zdecydowanie ciekawiej. Otóż Igor Janke rozmawia z Michałem Bonim. Jeśli ktoś nie pamięta, to taki dawny polityk wczesnej Solidarności i – jak się okazuje – kapuś. Obecnie – jakże inaczej – u Tuska, no i o Tusku i w ogóle o strachach i nadziejach mowa.
Rozmowa z ministrem Bonim jest tak niezwykła, że zabierając się do jej omówienia czuję autentyczny dreszcz emocji. W to co się dzieje w naszym Kraju jestem emocjonalnie bardzo zaangażowany od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć i czegoś tak nieprawdopodobnie wieśniackiego (osobiście wolę słowo “ruskiego”, ale ono z kolei nie funkcjonuje w powszechnym idiomie, a szkoda), jak to co mówi Boni, w życiu nie czytałem.
Zaczyna się od omówienia zdjęcia, które Boni kiedyś zobaczył i które nim wstrząsnęło. Otóż na zdjęciu był Jarosław Kaczyński, stojący na terenie Stoczni Gdańskiej “z górnikiem, hutnikiem i kobietą w stroju ludowym”. Ogólnie chodzi o to, że Boni uważa, że to zdjęcie to obciach, bo Kaczyński powinien stać z “dwoma młodymi chłopakami”, którzy w rękach trzymają laptopy. Daję słowo, że nie zmyślam. Boni tak właśnie mówi i mówi beż cienia ironii.
Jestem tym wyznaniem tak poruszony, bo, choć wiem, że po ludziach, którzy tworzą nowy rząd, mogę oczekiwac naprawdę wiele, nigdy bym nie przypuszczał, że na tym poziomie mogę spotkać się z tym typem mentalności.
To jednak niestety nie wszystko. Igor Janke, pod koniec rozmowy, wysłuchawszy futurystycznego bełkotu pana ministra o tym, jak to będzie, gdy wieczne już rządy Donalda Tuska sięgną roku 2020, wraca do fotograficznych kwestii i pyta Boniego (przypominam – ważnego ministra w obecnym rządzie), jakie zdjęcie powinien sobie zrobić premier Tusk właśnie w roku 2020. I tę odpowiedź przytaczam dokładnie. Proszę się trzymać foteli:
“Marzy mi się taki utopijny obrazek. Donald Tusk z ludźmi różnych pokoleń: starszymi od siebie seniorami, rówieśnikami jeszcze czynnymi zawodowo, czy na aktywnej życiowo emeryturze, ze startującymi w życie zawodowe i rodzinne chłopakami i dziewczynami, chętnymi do wychowywania dzieci, oraz dzieciakami w szkole. I nawet nie muszą stać fizycznie koło siebie, bo mogą się widzieć wzajemnie w komputerach w swoich domach i rozmawiać na Skypie”.
Teraz pozwolę sobie na krótką refleksję.
Oto intelektualny i cywilizacyjny wymiar tworu o nazwie Platforma Obywatelska i jej aspiracji przywódczych. Platforma Obywatelska zbrzydzona tymi górnikami, tymi babami w strojach ludowych, tymi koronkami, pisankami, tym całym cywilizacyjnym zadupiem, zgłasza świeżą, ściśle europejską ofertę: dwaj młodzi chłopcy z laptopami.
To jednak zaledwie nasz punkt startowy do wyścigu o wygodne miejsce w nowym wspaniałym świecie. Trzeba skończyć z tym, co nas blokuje. Laptopy w rękę i do przodu marsz! Zadowoleni klienci w pięknym, przestronnym supermarkecie o nazwie Państwo (to nie moje porównanie – to znów Boni – tak, tak - nie żartuję). A na końcu tej drogi czeka nas rok 2020 i wtedy to właśnie, kiedy już dokonamy tego, co jak to pijany proroczym szczęściem określa minister Boni, “skoku cywilizacyjnego” będziemy mogli sobie wszyscy pstryknąć wspólne zdjęcie, jak wszyscy siedzimy przy komputerach i rozmawiamy z Tuskiem na Skypie.
Kiedy powiedziałem o tym, co przeczytałem moim dzieciom, jedyny ślad zainteresowania, jaki odebrałem, to uwaga, że przecież już i teraz każdy ma Skypa. I pozostałem znów sam z moją samotną rozpaczą.
Przez dwa lata rządów PiSu powiedziano na temat Kaczyńskich, Gosiewskiego, Ziobry, kiedyś jeszcze Dorna i wielu, wielu innych PiS-owskich polityków, oficjalnie, półoficjalnie i zupełnie nieoficjalnie, właściwie wszystko, jeśli idzie o tak zwane obrażanie człowieka.
To ja w takim razie dziś, już na koniec, mam jedną małą uwagę.
Proszę Państwa, przecież ten facet to idiota.
I niech teraz Salon robi z tym, co chce.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...