Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Romaszewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Romaszewska. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 stycznia 2017

Czy praca dla Agnieszki Romaszewskiej to sprawa państwowa?

            Możliwe, że to się części z nas nie spodoba, ale gdyby ktoś mnie spytał, za co nie lubię prezydenta Łukaszenki, to bym odpowiedział, że przede wszystkim ja o nim wiem zbyt mało, by wygłaszać na jego temat jakiekolwiek opinie, ale jeśli skłonny jestem faktycznie przyznać, że go bardziej nie lubię, niż lubię, to ze względu na dwie, i tylko dwie, rzeczy. Otóż kiedyś widziałem jego zdjęcie jako prezydenta, a więc w oficjalnym stroju, oraz w oficjalnych wnętrzach, tyle że on na nogach, zamiast butów, miał zwykłe papcie, no i ponieważ on w ten sposób przypomniał mi Lecha Wałęsę, to mnie do niego raczej zraziło. Miało to miejsce wiele już lat temu i przyznaję, że od tego czasu osoba Łukaszenki mnie w żaden sposób nie absorbowała, dopiero niedawno pomyślałem sobie, że to jest jednak bałwan, kiedy zrobił sobie serię zdjęć z aktorem Stevenem Seagalem. Ja wprawdzie wciąż chcę wierzyć, że dając Seagalowi do zjedzenia marchewkę, Łukaszenko chciał z niego zakpić, jednak wciąż uważam, że szanujący się polityk w tak podejrzanym towarzystwie pokazywać się nie powinien. Jednak poza tymi dwoma przypadkami, do Łukaszenki większych, w pełni uświadomionych i podpartych racjonalnymi argumentami, pretensji nie mam.
      Ktoś spyta, czemu, skoro Łukaszenko to nie jest mój problem, zdecydowałem się w ogóle na jego temat zabierać głos. Otóż powodem nie jest tak bardzo on, jak Białoruś, a więc kraj, w którym on pełni jak się zdaje władzę, którą my przyzwyczailiśmy się nazywać władzą dyktatorską, a z którym Polska sąsiaduje i z cała pewnością chciałaby dobrze żyć. Moją troską jest Białoruś, natomiast bez Łukaszenki się obejść nie jestem w stanie z tego prostego względu, że to on jest symbolem tego państwa i to symbolem jednoznacznie złym i podłym. A by zobaczyć, jak bardzo złym i podłym, wystarczy nam zauważyć, że ile razy tu w Polsce wysłuchujemy wyzwisk pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, nazwisko Łukaszenki niezmiennie pojawia się tuż obok ludzi tak złych i podłych, jak Hitler i przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un.
      No i dobrze, ktoś powie. Łukaszenko w pełni sobie zasłużył na to, by się znaleźć w tym towarzystwie i w dalszym ciągu nie ma powodu, by go traktować z takim pobłażaniem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że choć, jak mówię, na temat Białorusi i jego prezydenta mam wiedzę ograniczoną, to obejmuje ona akurat świadectwa paru moich znajomych, którzy na Białorusi byli i ani jednym słowem nie potwierdzają tej opinii, która jest nam dostarczana w popularnym przekazie. Daję słowo, że żaden z moich znajomych, którzy mieli okazję być na Białorusi nie zauważył, by ona tonęła w jakimś szczególnym nieszczęściu.
      No ale tu też od razu pewnie spotkam się z zarzutem, że ja jestem jak ci Francuzi, czy Amerykanie, którzy w czasie PRL-u przyjeżdżali do Polski i po powrocie do domu opowiadali, że nie widzieli ani terroru, ani głodu, ani jakiejś uderzającej nędzy. Wręcz przeciwnie, Polacy to szczęśliwy naród, cieszący się życiem, a w dodatku znaczna część robi wrażenie naprawdę dobrze odżywionych. W tej sytuacji, ja bym chciał przywołać świadectwo osoby, która, o czym jestem przekonany, jest wystarczająco nieuprzedzona, a jednocześnie kompetentna, by mi o Białorusi interesująco opowiedzieć, a mianowicie Izabeli Brodackiej – Falzmann, która w jednym zaledwie tekście przedstawiła wystarczająco, z mojego punktu widzenia, przekonujący obraz Białorusi, bym się przynajmniej miał prawo zastanowić. Nie będę tu dawał żadnych cytatów. Kto chce, niech się z owym świadectwem zapozna. Naprawdę warto. http://www.ekspedyt.org/izabela-brodacka-falzmann/2013/08/09/17166_bialorus-zmyslenie-i-prawda.html
      A zatem mamy tę Białoruś, a wraz z nią nasze głębokie przekonanie o naszej wobec niej zdecydowanej cywilizacyjnej, politycznej i moralnej przewadze, i na tym tle pojawia się nagle kwestia tak zwanej Telewizji Biełsat i niedawnej decyzji polskiego rządu, by ją przestać dofinansowywać. I tu znowu muszę się przyznać do dość dużej niekompetencji. Gdy chodzi o ów Biełsat, jedyne co wiem na temat tego projektu, to to, że za nim stoją Agnieszka Romaszewska z mężem i że jej celem jest do tego stopnia wzbudzić u Białorusinów poczucie obywatelskości, by oni wreszcie zrozumieli, że Łukaszenko to stary satrapa, którego należy obalić i w ten sposób doprowadzić do tego, że Białoruś stanie się częścią wielkiej europejskiej rodziny. Z tego co zdążyłem też zaobserwować, zaangażowanie Romaszewskiej w ów projekt jest tak wielkie, że ja je mogę porównać już tylko do zaangażowania Tomasza Terlikowskiego w walce z międzynarodowym pedalstwem, Jerzego Owsiaka na rzecz pomocy chorym dzieciom, Stefana Niesiołowskiego gdy chodzi o niszczenie pisowskiego faszyzmu, ewentualnie Jana Hartmana w jego walce z Panem Bogiem. Chodzi mi o to, że, mimo wszelkich różnic, ich wszystkich łączy jedno, a mianowicie to, że gdyby nie te ich obsesje, oni nie mieliby jednego powodu, by istnieć publicznie, ale też przede wszystkim owego istnienia fizycznej możliwości. A fakt ten jest dla mnie wystarczającym argumentem za tym, by na działalność każdego z nich patrzeć podejrzliwie.
       Dlatego też od niemal samego początku, jak przez obywatelską aktywność Agnieszki Romaszewskiej, w walkę o wolność i demokrację na Białorusi zaangażowało się również polskie państwo, niezmiennie głosiłem swój co najmniej w tej kwestii brak zainteresowania, a w porywach wręcz silną niechęć. Nie uważam bowiem, by z jednej strony za działalnością Agnieszki Romaszewskiej i jej znajomych stało coś więcej, jak prywatna obsesja – a i to w najlepszym wypadku – z drugiej natomiast, by sami Białorusini aż tak bardzo wyczekiwali naszego zaangażowania.
      Dlatego też, gdyby ktoś był w ogóle zainteresowany moim zdaniem na ten temat, chciałbym oświadczyć, że uważam za w pełni słuszny gest ministra Waszczykowskiego, by po tych wszystkich latach odciąć Telewizję Biełsat od budżetowych pieniędzy i w ten sposób pokazać Białorusinom nasz szacunek, a jednocześnie – choć to już jest naturalnie kwestia drugorzędna – zachęcić panią Romaszewską do tego, by zaangażowała się w coś, o czym będziemy mogli powiedzieć, że działa na rzecz naszego wspólnego dobra, a nie organizowała swoich znajomych w obronie swojego osobistego interesu.
      Na koniec, gdyby ktoś wciąż nie mógł się otrząsnąć z oburzenia, zachęcam jednak do skorzystania z podanego wyżej linku i zapoznania się z relacją pani Falzmann.


Przypominam, że moje książki dostępne są w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam serdecznie i szczerze.

czwartek, 19 grudnia 2013

Breaking news: Nasi już za progiem!

Kiedy mogłoby się wydawać się, że reżimowe dziennikarstwo nie jest w stanie już nas niczym zaskoczyć, i to zarówno na poziomie systemowym, jak i czysto ludzkim, mam wrażenie, że oto właśnie został tam postawiony kolejny krok. Co gorsza, tu już nie chodzi o problem, jaki mamy z tymi ludźmi w wymiarze wyznaczanym przez samą organizację mediów w Polsce, ale o coś tak zwyczajnie ludzkiego, że włos na głowie się jeży, a po plecach przechodzi autentyczny dreszcz. Wszystko wskazuje na to, że ludzie zatrudnieni w mediach do tego stopnia utożsamili się z Systemem, że jeśli powiemy, że dziś to jest już w istocie jedno, nie mamy powodu, by traktować to, jako retoryczną figurę, ale proste stwierdzenie faktu. Tam już nikt nikomu nie musi ani nic kazać, ani do niczego namawiać, ani napominać – oni działają jak szwajcarski zegarek.
Właśnie niektóre media doniosły, że dziennikarka „Gazety Wyborczej” Agnieszka Kublik siedząc którejś nocy na Twitterze i oddając się coraz bardziej powszechnemu nałogowi paplania, paplania i paplania bez umiaru, w pewnym momencie otrzymała od któregoś ze swoich kolegów – fałszywą, jak najbardziej – wiadomość, że właśnie umarł Jarosław Kaczyński, i nie czekając ani chwili dłużej, podskoczyła z radości i „zaćwierkała”: „Kaczor umarł”.
Po krótkim czasie jednak, kiedy się okazało, że z tą śmiercią, to wcale nie taka pewna rzecz, rzuciła: „Nie, poczekajcie, może mnie ktoś wpuścił”. A po kolejnych paru chwilach: „Sorry, usunęłam info, jeszcze sprawdzam, bo może mnie ktoś specjalnie wpuszcza”.
W tym momencie, jak się możemy domyślać, Kublikowa wpadła w ciężką panikę, i zaczęła autentycznie bełkotać:
No właśnie zbyt to się składa, usunęłam twitta. Dostałam na priva”.
Szybko jednak doprowadziła się do porządku, wygładziła grzywkę, poprawiła makijaż i spróbowała wydostać się z tej kupy, którą zrobiła, przy pomocy lekkiego żartu:
No i jak to się ludzie ożywili w środku nocy. No kolega mnie nabrał nieżle...”.
Wystarczy? Otóż nie. Niestety, to nie wszystko. Gdyby to było wszystko, można by było właściwie uznać, że to, z czym tu mamy do czynienia, to pojedynczy upadek pojedynczego pracownika czarnych mediów. Jednak tak nie jest. W odpowiedzi na to nieszczęście, zareagowali kumple Kublikowej, zebrani na portalu natemat.pl, i ogłosili, że, owszem, ich koleżanka się pomyliła, ale na szczęście przeprosiła za swoją pomyłkę, wiadomość o rzekomej śmierci Jarosława Kaczyńskiego sprostowała, ale, przede wszystkim może, też się całym incydentem „zbytnio nie przejęła”. I dobrze, bo (słuchajmy, słuchajmy): „mamy do czynienia z dziennikarką, która znana jest z troski o wiarygodność mediów, z wyczulenia na łamanie standardów moralnych i dziennikarskich”, a „jej głos, uparcie pilnujący przestrzegania zasad dziennikarskich, jest nam wszystkim bardzo potrzebny”.
A sama Kublik? Co ona na to mówi dziś? Niestety nic takiego, co by nas mogło zaskoczyć. Otóż ona nie widzi problemu. Bo choć bez żadnego sprawdzenia puściła w świat wiadomość, że „Kaczor nie żyje", to „nie ma sprawy, bo to był breaking news”. Właśnie tak: „breaking news”. To wszystko, to był zaledwie i aż „breaking news”. To, kłamstwo, ten żart, te emocje, no i ta radość z powodu czyjejś śmierci – to wszystko przez to ich wyczulenie na coś, co cywilizowane media nazywają wiadomością, która nie może czekać. A więc, właściwie o co pretensje?
Już miałem kończyć ten bardzo smutny tekst, kiedy się okazało, że się pomyliłem. Nie, poczekajcie, wygląda na to, że ktoś mnie wpuścił. Kublikowa jest czysta. To był tekst naszej Agnieszki Romaszewskiej, a jej obronę zamieścił też nasz portal wpolityce.pl. No a przede wszystkim nie chodziło o naszego Pana Prezesa, ale Jaruzela. A to, jak się domyślamy, stawia całe zdarzenie w kompletnie innym świetle.
A co ze mną? Jak to co? Nic. W końcu o co chodzi? Że chciałem podzielić się newsem. W dodatku breaking? To chyba dobrze, nie? Od czegoś tu w końcu jestem.

Idą Święta, a my, jak zwykle, z dnia na dzień i z dnia na dzień i z dnia na dzień. Bardzo proszę o nas pamiętać. Dziękuję.


poniedziałek, 25 maja 2009

Pani Agnieszko, po co Pani moje nazwisko?

Wujek mój, brat mojej Mamy, opowiadał mi kiedyś taką historię, jeszcze z lat 50-tych. On był wtedy studentem medycyny i mieszkał w Warszawie. Mama żyła wciąż na wsi i któregoś dnia napisała do wujka list. Wujek szedł sobie ulicą, czytał ten list od mamy i w pewnym momencie zobaczył tam jakiś dowcip o Bierucie, czy może już o Gomułce, który Mama postanowiła mu opowiedzieć. I oto mój wujek, czytając ten żart, tak się przestraszył, że ten list zjadł. Dlaczego on ten list zjadł? Dlaczego on się zachował tak niestandardowo? Otóż mój wujek się bał. Dlaczego się bał? Bo bać mu się kazało jego osobiste doświadczenie. Cóż to było za doświadczenie? Tego już nie wiem. Takie miał.
Opisana historia miała miejsce bardzo dawno temu. Tyle się zmieniło w naszej Polsce, że nie mielibyśmy się prawa szczególnie zdziwić, gdyby widok studenta zjadającego ze strachu prywatny list, budził już wyłącznie śmiech. A przecież, w gruncie rzeczy, to wcale nie było śmieszne. Podobnie zresztą jak same czasy. Też wcale nieśmieszne. Minęło już jednak co najmniej dwadzieścia lat, jak nie dość, że można bezkarnie opowiadać dowcipy, to wręcz wolno pyskować. Wolno pyskować w domu, wolno pyskować na ulicy, wolno nawet pyskować w gazecie i w telewizji. Jedyne ograniczenie w pyskowaniu jest takie, że ja mogę powiedzieć mojemu dziecku, żeby nie pyskowało i ewentualnie mój szef może mi powiedzieć, żebym nie pyskował. Poza tym istnieje już całkowita wolność, ograniczona tylko prawem. Jeśli pyskowanie wiąże się z łamaniem prawa, to pyskować nie wolno. I kropka.
Czy pyskujący obywatel ma jakieś obowiązki wobec społeczeństwa? Owszem, ma. Na przykład dobrze by było, żeby nie darł mordy po nocy, kiedy ludzie śpią. Powinien też uważać, żeby, skoro chce pyskować, robił to na swoim – że tak powiem – terenie. Czyli, na przykład, jeśli idzie o mnie i moje emocje, domyślam się, że jeśli ja mam ochotę powiedzieć, że uważam redaktora Cezarego Michalskiego, czy Andrzeja Czumę, czy mojego kolegę Wojtka Czerwińskiego za ruskiego buca, to mam to robić tak, żeby oni nie czuli, że muszą wysłuchiwać tych nieuprzejmości wbrew swojej woli. A zatem, jak się domyślam, nie wypada mi słać do nich listów zawierających kupę, albo choćby słowa, które mogą ich zranić. Nie powinienem też wpisywać obelżywych uwag na ich profilach w Naszej Klasie, na przykład.
Co się stanie, jeśli ja jednak postanowię działać wbrew obyczajom i prawnym standardom? Prawdopodobnie narażę się na to, że któryś z nich postanowi mnie ścigać za tak zwane zakłócanie ich prywatności. Czy będę mógł mieć do nich pretensje o to, że się na mnie obrazili? Nie sądzę. Nie będę mógł mieć do mojego kolegi Wojtka Czerwińskiego pretensji o to, że Wojtek stanął najpierw na głowie, żeby mnie wytropić, a następnie nasłał na mnie prokuratora. Podobnie zresztą, jak on nie mógłby się na mnie gniewać, gdyby sytuacja była odwrotna. Po prostu nie można przyjść do kogoś, dać mu po pysku i oczekiwać, że ten gest zostanie zakwalifikowany, jako niezbywalne każdemu człowiekowi prawo do swobodnej ekspresji.
Co zatem wolno? Uważam, że wolno wszystko poza tym. Ja mogę w przestrzeni, która należy wyłącznie do mnie, czyli u siebie w domu, w liście do mojego brata, w tym metrowym kole, które otacza mnie i mojego syna, kiedy idziemy sobie ulicą kupić papcie, a także – co bardzo ważne – nawet na moim blogu, który znajduje się wyłącznie pod internetowym adresem www.toyah.salon24.pl – powiedzieć i napisać wszystko, co mi przyjdzie do głowy. Nawet to, że – jeśli wolno się powtórzyć – Cezary Michalski to ruski buc. Podobnie jak Cezary Michalski na swoim blogu – jeśli tylko taki prowadzi – może przedstawić dowolną opinię, jaka mu przyjdzie do głowy na mój temat.
Czy istnieje w tej kwestii jakaś kontrowersja? Wydaje mi się że nie. Jeśli tak, to całe to moje pisanie nie ma sensu. Ale szczerze i uczciwie zakładam, że nikt – nawet pani Agnieszka Romaszewska – nie ma wątpliwości, co do tego, że o ile tylko pyskowanie nie przybiera formy oficjalnej i publicznej, znajduje się ono pod bezwzględną cywilizacyjną i prawną ochroną. Sytuacja ta – o czym jestem bezwzględnie przekonany – należy do najbardziej pięknych osiągnięć demokratycznego społeczeństwa. Wolno już pyskować. Jest jednak pewien problem. Otóż w dniu dzisiejszym, wspomniana już pani Romaszewska, a przed nią kilku innych komentatorów, wyraziło opinię, że wolność – owszem – jest, tyle że jeśli ktoś chce z tej wolności korzystać, powinien się najpierw przedstawić. I to jest dla mnie informacja bardzo niezrozumiała.
Ja już kilka dni temu, w tym samym miejscu, na moim osobistym blogu, który prowadzę dzięki uprzejmości Salonu24, wyraziłem zaniepokojenie tym, że pojawił się jakby plan, na którego końcu znalazło się doprowadzenie do sytuacji, gdzie korzystanie z wolności będzie niosło ze sobą pewne ryzyko. I to nie ryzyko wyznaczone przez wspomniane już wyżej cywilizacyjne i prawne obyczaje, ale przez to czy osoba chcąca korzystać z tej wolności, ma z jednej strony specjalną do tego autoryzację, a z drugiej, czy jest na tyle towarzysko, politycznie, zawodowo i finansowo umocowana, żeby się w tej konfrontacyjnej przestrzeni spokojnie poruszać.
Ja wiem. Pani Agnieszka Romaszewska całe swoje życie poświęciła walce o wolność i demokrację. Autentyczną wolność i autentyczną demokrację. Jej nawet do głowy nie przyjdzie, żeby komukolwiek ograniczać swobodę manifestacji, a tym bardziej swobodę zwykłej wypowiedzi. Jestem bezwzględnie przekonany, że kiedy naprzeciwko siebie z jednej strony stoją oddziały policji, a z drugiej protestujący stoczniowcy i kiedy stoczniowcy skandują w stronę policjantów jedno słowo – „Gestapo!”, to pani Romaszewska wie, że takie oto są reguły demokracji. Jednak nie rozumiem, co nią kieruje, kiedy nagle ona postuluje, żeby jednak ci wszyscy demonstranci się przedstawili.
Więc ja dziś właściwie mam do pani Romaszewskiej tylko jedno pytanie. Po co jej wiedzieć, jak kto ma na nazwisko? Dlaczego ona uważa, że Krasowski z Michalskim mają prawo wiedzieć, kim jest Kataryna? Po co jej wiedzieć, jak mam na nazwisko ja? Co ona chce z tą wiedzą zrobić? Bardzo mnie ta myśl prześladuje. Nie liczę, że mi odpowie. Ale musiałem to pytanie zadać, choćby z tego względu, że to nie tylko Romaszewska robi wrażenie, jak by ta sprawa dla niektórych zaczęła nagle stanowić jakiś bardzo poważny problem. Od czasu jak najpierw minister Czuma, a później część zawodowych dziennikarzy, postanowili się wziąć za blogerów, publiczną domenę opanował jeden problem – co zrobić, żeby Internet przestał być taki anonimowy? I nie chodzi broń Boże o to, żeby portale w rodzaju onet.pl, czy gazeta.pl oczyścić z najróżniejszego plugastwa. Nie chodzi o to, żeby wyplenić z Internetu najbardziej brutalną pornografię i przemoc. To może chodzi o to, żeby powstrzymać bandę gangsterów-amatorów przed bezprecedensową akcją niszczenia w Internecie pewnej kobiety tylko za to, że nieroztropnie wplątała się w wielką politykę, a jak by tego było mało, zdradziła święty projekt o nazwie Platforma Obywatelska? O nie! W końcu być może faktyczny inicjator tej akcji, marszałek Sejmu Stefan Niesiołowski, odważnie przedstawia się z imienia i nazwiska. Chodzi tylko o to, żeby najbardziej wpływowi, a zatem najbardziej zdolni blogerzy, albo zaczęli pisać tak samo bez sensu, jak zawodowi dziennikarze, albo się zamknęli.
Albo pisali swoje teksty wyłącznie na papierze. A po napisaniu tych swoich bezczelnych przemyśleń ten papier zjedli.

Czekając na ruską brzozę

  Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowc...