Możliwe, że to się części z nas nie
spodoba, ale gdyby ktoś mnie spytał, za co nie lubię prezydenta Łukaszenki, to
bym odpowiedział, że przede wszystkim ja o nim wiem zbyt mało, by wygłaszać na
jego temat jakiekolwiek opinie, ale jeśli skłonny jestem faktycznie przyznać,
że go bardziej nie lubię, niż lubię, to ze względu na dwie, i tylko dwie,
rzeczy. Otóż kiedyś widziałem jego zdjęcie jako prezydenta, a więc w oficjalnym
stroju, oraz w oficjalnych wnętrzach, tyle że on na nogach, zamiast butów, miał
zwykłe papcie, no i ponieważ on w ten sposób przypomniał mi Lecha Wałęsę, to
mnie do niego raczej zraziło. Miało to miejsce wiele już lat temu i przyznaję,
że od tego czasu osoba Łukaszenki mnie w żaden sposób nie absorbowała, dopiero
niedawno pomyślałem sobie, że to jest jednak bałwan, kiedy zrobił sobie serię
zdjęć z aktorem Stevenem Seagalem. Ja wprawdzie wciąż chcę wierzyć, że dając
Seagalowi do zjedzenia marchewkę, Łukaszenko chciał z niego zakpić, jednak
wciąż uważam, że szanujący się polityk w tak podejrzanym towarzystwie pokazywać
się nie powinien. Jednak poza tymi dwoma przypadkami, do Łukaszenki większych,
w pełni uświadomionych i podpartych racjonalnymi argumentami, pretensji nie
mam.
Ktoś spyta, czemu, skoro Łukaszenko to
nie jest mój problem, zdecydowałem się w ogóle na jego temat zabierać głos.
Otóż powodem nie jest tak bardzo on, jak Białoruś, a więc kraj, w którym on
pełni jak się zdaje władzę, którą my przyzwyczailiśmy się nazywać władzą
dyktatorską, a z którym Polska sąsiaduje i z cała pewnością chciałaby dobrze
żyć. Moją troską jest Białoruś, natomiast bez Łukaszenki się obejść nie jestem
w stanie z tego prostego względu, że to on jest symbolem tego państwa i to
symbolem jednoznacznie złym i podłym. A by zobaczyć, jak bardzo złym i podłym,
wystarczy nam zauważyć, że ile razy tu w Polsce wysłuchujemy wyzwisk pod
adresem Jarosława Kaczyńskiego, nazwisko Łukaszenki niezmiennie pojawia się tuż
obok ludzi tak złych i podłych, jak Hitler i przywódca Korei Północnej, Kim
Dzong Un.
No i dobrze, ktoś powie. Łukaszenko w
pełni sobie zasłużył na to, by się znaleźć w tym towarzystwie i w dalszym ciągu
nie ma powodu, by go traktować z takim pobłażaniem. Otóż proszę sobie
wyobrazić, że choć, jak mówię, na temat Białorusi i jego prezydenta mam wiedzę
ograniczoną, to obejmuje ona akurat świadectwa paru moich znajomych, którzy na
Białorusi byli i ani jednym słowem nie potwierdzają tej opinii, która jest nam
dostarczana w popularnym przekazie. Daję słowo, że żaden z moich znajomych,
którzy mieli okazję być na Białorusi nie zauważył, by ona tonęła w jakimś
szczególnym nieszczęściu.
No ale tu też od razu pewnie spotkam się
z zarzutem, że ja jestem jak ci Francuzi, czy Amerykanie, którzy w czasie PRL-u
przyjeżdżali do Polski i po powrocie do domu opowiadali, że nie widzieli ani
terroru, ani głodu, ani jakiejś uderzającej nędzy. Wręcz przeciwnie, Polacy to
szczęśliwy naród, cieszący się życiem, a w dodatku znaczna część robi wrażenie
naprawdę dobrze odżywionych. W tej sytuacji, ja bym chciał przywołać świadectwo
osoby, która, o czym jestem przekonany, jest wystarczająco nieuprzedzona, a
jednocześnie kompetentna, by mi o Białorusi interesująco opowiedzieć, a
mianowicie Izabeli Brodackiej – Falzmann, która w jednym zaledwie tekście
przedstawiła wystarczająco, z mojego punktu widzenia, przekonujący obraz
Białorusi, bym się przynajmniej miał prawo zastanowić. Nie będę tu dawał
żadnych cytatów. Kto chce, niech się z owym świadectwem zapozna. Naprawdę
warto. http://www.ekspedyt.org/izabela-brodacka-falzmann/2013/08/09/17166_bialorus-zmyslenie-i-prawda.html
A zatem mamy tę Białoruś, a wraz z nią
nasze głębokie przekonanie o naszej wobec niej zdecydowanej cywilizacyjnej,
politycznej i moralnej przewadze, i na tym tle pojawia się nagle kwestia tak
zwanej Telewizji Biełsat i niedawnej decyzji polskiego rządu, by ją przestać dofinansowywać.
I tu znowu muszę się przyznać do dość dużej niekompetencji. Gdy chodzi o ów
Biełsat, jedyne co wiem na temat tego projektu, to to, że za nim stoją
Agnieszka Romaszewska z mężem i że jej celem jest do tego stopnia wzbudzić u
Białorusinów poczucie obywatelskości, by oni wreszcie zrozumieli, że Łukaszenko
to stary satrapa, którego należy obalić i w ten sposób doprowadzić do tego, że
Białoruś stanie się częścią wielkiej europejskiej rodziny. Z tego co zdążyłem
też zaobserwować, zaangażowanie Romaszewskiej w ów projekt jest tak wielkie, że
ja je mogę porównać już tylko do zaangażowania Tomasza Terlikowskiego w walce z
międzynarodowym pedalstwem, Jerzego Owsiaka na rzecz pomocy chorym dzieciom,
Stefana Niesiołowskiego gdy chodzi o niszczenie pisowskiego faszyzmu,
ewentualnie Jana Hartmana w jego walce z Panem Bogiem. Chodzi mi o to, że, mimo
wszelkich różnic, ich wszystkich łączy jedno, a mianowicie to, że gdyby nie te
ich obsesje, oni nie mieliby jednego powodu, by istnieć publicznie, ale też
przede wszystkim owego istnienia fizycznej możliwości. A fakt ten jest dla mnie
wystarczającym argumentem za tym, by na działalność każdego z nich patrzeć
podejrzliwie.
Dlatego też od niemal samego początku,
jak przez obywatelską aktywność Agnieszki Romaszewskiej, w walkę o wolność i
demokrację na Białorusi zaangażowało się również polskie państwo, niezmiennie
głosiłem swój co najmniej w tej kwestii brak zainteresowania, a w porywach
wręcz silną niechęć. Nie uważam bowiem, by z jednej strony za działalnością
Agnieszki Romaszewskiej i jej znajomych stało coś więcej, jak prywatna obsesja
– a i to w najlepszym wypadku – z drugiej natomiast, by sami Białorusini aż tak
bardzo wyczekiwali naszego zaangażowania.
Dlatego też, gdyby ktoś był w ogóle
zainteresowany moim zdaniem na ten temat, chciałbym oświadczyć, że uważam za w
pełni słuszny gest ministra Waszczykowskiego, by po tych wszystkich latach
odciąć Telewizję Biełsat od budżetowych pieniędzy i w ten sposób pokazać
Białorusinom nasz szacunek, a jednocześnie – choć to już jest naturalnie
kwestia drugorzędna – zachęcić panią Romaszewską do tego, by zaangażowała się w
coś, o czym będziemy mogli powiedzieć, że działa na rzecz naszego wspólnego dobra, a nie organizowała swoich znajomych w obronie swojego osobistego interesu.
Na koniec, gdyby ktoś wciąż nie mógł się
otrząsnąć z oburzenia, zachęcam jednak do skorzystania z podanego wyżej linku i
zapoznania się z relacją pani Falzmann.
Przypominam, że moje książki
dostępne są w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam serdecznie i szczerze.