Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Biden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joe Biden. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lutego 2023

O lemingach i skutecznej ich hodowli

        Od wyjazdu prezydenta Bidena minęło już kilka dobrych dni, rozpoczął się kolejny tydzień, a wraz z nim już chyba ostatecznie zdechła ogólnopolska debata, której pierwszym celem było ustalenie, ile konkretnie czasu poświęcił Joe Biden na rozmowę z – w kolejności alfabetycznej – z Tomaszem Grodzkim, Rafałem Trzaskowskim oraz Donaldem Tuskiem, no i jakie konkretnie były wyniki wspomnianych rozmów. I jeśli ktoś jeszcze sądzi, że skuteczne rozwiązanie owej zagadki nie nastąpiło, jest w błędzie. Otóż nie dość że dziś już wszyscy wiemy, że kolejka chętnych do wspólnego zdjęcia z Prezydentem była długa, obejmowała nawet osoby spoza bezpośredniej polityki, a w związku z tym na każdego ze szczęśliwców siłą rzeczy przypadło około 40 sekund, wiemy też że skutkiem zawiązanego przez Rafała Trzaskowskiego spisku, Donald Tusk został bez pamiątkowego zdjęcia, a on sam złapał Bidena tak mocno za rękę, że ten – w końcu człowiek już starszy wiekiem – nie był mu się w stanie wyrwać i ostatecznie panowie, wbrew interwencjom prezydenckiej ochrony, pozostawali przyklejeni do siebie przez całą minutę, by w końcu Rafał Trzaskowski mógł z wysokości swojego słynnego już wzrostu rzucić pożegnalne „Hi guys” i oddać, niestety skrócony o owe skradzione 20 sekund, brzeg sceny swojemu serdecznemu kumplowi Donaldowi.

      Ale wiemy też coś jeszcze. Otóż tonąc w histerii spowodowanej tym, że nawet jego najwierniejsi słudzy zaczęli już pomrukiwać po kątach, że może on się z Bidenem tak naprawdę w ogóle nie spotkał, były król Europy uderzył do samego ambasadora Brzezińskiego, by ten sprawdził, czy gdzieś tam u nich nie zawieruszyło się jego zdjęcie z Bidenem, a jeśli tak, to żeby mu je przesłał przez kogoś umyślnego. Wreszcie więc Donald Tusk mógł zamieścić na swoim twitterowym profilu ów dowód na to, że on tam również wino pił i lulki palił, a by rangę owego sukcesu dodatkowo podkreślić, dodał jeszcze, że Jarosław Kaczyński to znany idiota, no a my wszyscy dziś, dzięki owym rozstrzygnięciom, jesteśmy gdzie jesteśmy.

      I można by było w ten żartobliwy sposób opis całej tej dziwnej sprawy zakończyć, gdyby nie dwie jeszcze rzeczy. Pierwsza z nich to ta, że Rafał Trzaskowski, najwyraźniej uznając, że zwycięstwo wymyka mu się z rąk, postanowił pokazać swoje przywództwo i opublikował – już nie na głupim Twitterze, ale na samym Facebooku – list otwarty do Jarosława Kaczyńskiego, w którym pokazuje Tuskowi, jak się rozmawia z wrogiem i w niemal 1200 słowach udowadnia Prezesowi i jego wyborcom, że Prawo i Sprawiedliwość to partia faszystowska, a on sam jest nowym, kaczym Fuhrerem. Druga jest już znacznie bardziej poważna od wszystkiego tego, o czym tu pisałem, a mam mianowicie na myśli reakcję najtwardszego elektoratu, reprezentującego tak zwany antypis. Gdy po tygodniu owej straszliwej wręcz autokompromitacji polskiej opozycji, po tym gdy z dania na dzień, z oczywistością jasną jak nigdy dotąd, ujawniło się, że ludzie którzy tworzą jej elity to banda ciężko zakompleksionych durniów, którym nie można powierzyć zadania przypilnowania psa pod sklepem, bo go albo zgubią, albo sprzedadzą, albo zjedzą, komentarze wspomnianego elektoratu pozostają entuzjastyczne jak chyba nigdy wcześniej. Zupełnie jakby oni wszyscy, widząc jak się zrobiło źle, uznali że nie pozostaje im nic innego jak zacząć dąć w trąby i walić w bębny, tak by zagłuszyć tę prawdę, która już nie przestanie krzyczeć. A to jest sytuacja bardzo poważna, bo pokazuje nam wszystkim, że wszelkie próby ucywilizowania tych ludzi, a przynajmniej wyprowadzenia ich z obłędu w jakim dali się pogrążyć nie mają najmniejszego sensu. I moim zdaniem już wkrótce wszyscy zobaczymy na czym tak naprawdę polega bycie lemingiem.   


 


sobota, 11 grudnia 2021

Joe Biden i Donald Tusk - w poszukiwaniu jednej różnicy

 

      To nie jest oczywiście tak, że każdą rozmowę, tak nawet inspirującą, jak ta poniższa, którą na swoim facebookowym profilu zamieściła „Gazeta Wyborcza”, śledzę choćby i jednym okiem. Powiem więcej. Nawet jeśli w przyszłości pojawi się gdzieś informacja, że siedziba redakcji spłonęła doszczętnie w pożarze spowodowanym przez porzucony przez pijanego Adama Michnika papieros, to ja najprawdopodobniej dowiem się o tym od kogoś, kto mi tę dobrą wieść sprzeda. Tak też zresztą się to zdarzyło i teraz, kiedy właśnie dobrzy ludzie poinformowali mnie, że wspomniana „Gazeta Wyborcza” przeprowadziła wywiad z Donaldem Tuskiem, a tam, wśród, jak rozumiem, wielu innych pasjonujących świat cały tematów, pojawiło się następujące pytanie: „Przy okazji jednego z wywiadów, powiedział pan, że skoro kompromisu aborcyjnego dziś nie ma, trzeba dać prawo kobietom do rozstrzygającego głosu; co to właściwie znaczy?

         I oto, proszę sobie wyobrazić, Donald Tusk, jak to tylko on potrafi, przedstawił precyzyjne wyjaśnienie, „co to właściwie znaczy”. Proszę się wpatrzeć w słowa naszego miszcza i zadać sobie mnie akurat od lat dręczące pytanie, co w nim widzą ci, którzy potrafią tam dostrzec coś więcej niż worek zgniłych ziemniaków. Do startu, gotowi, hop!

 

 

Znaczy, tak naprawdę, to co się stało dzisiaj, to co nam tak burzy krew, ja miałem ostatnio okazję rozmawiać z kapitalnymi dziewczynami, które mają różne poglądy, od tęczowych, po bardzo tradycjonalistyczne, ale które mówią, teraz to jest kwestia, rzeczywiście nie tylko już godności, ale właśnie życia i zdrowia kobiety brzemiennej i która stała się mniej ważna ewidentnie, ponieważ tak zbudowano prawo i presję polityczną, że dzisiaj życie kobiety stało się mniej istotne niż ten, niż ta ideologia, która każe wybrać jakby te negatywne dla kobiety decyzje i te panie, z którymi rozmawiałem, one mówiły nam nie chodzi o aborcję jako metodę regulacji, aborcję jako że to jest prawo, że każdy może sobie, że znaczy to, to jest, to znowu, by ustawiało tę granicę bardzo na korzyść tego pisowskiego betonu, chodzi o to żeby życie kobiety nie stało się kwestią drugorzędną, z punktu widzenia włądzy, prawników, a w konsekwencji lekarzy, i że istnieje, możemy użyć terminu aborcja, terminacja, przerwanie, ratowanie życia kobiety, ale żeby nigdzie w Polsce, ja o takiej Polsce też, ja chcę takiej Polski, żeby, żebym wiedział, ja mam też jakby rodzinny powód, żeby tego chcieć, że w każdym szpitalu, w każdym mieście, w każdej polskiej wsi, jeśli życie kobiety, zdrowie kobiety będzie w jakikolwiek sposób zagrożone, ona będzie w ciąży i lekarz będzie wiedział, że ewentualnie usunięcie tej ciąży uratuje, da gwarancję, pewność, że kobieta nie poniesie uszczerbku na zdrowiu, czy życiu, już nie mówię o płodach z wadami, które jakby nie dają żadnej szansy na przeżycie, czy jakiś cień szansy na normalne życie, to niech lekarz o tym decyduje wspólnie z kobietą, niech się nie boją, znaczy to że dzisiaj na oddziale ginekologicznym nie ma nadziei, znaczy, tam nie ma, znaczy, kiedy ja zostawałem ojcem, warunki były dużo gorsze, jakby te te, ale tam wszędzie był, znaczy oczywiście, niepokój, znaczy, czy się uda, ale jeśli był jakiś nastrój, który tam, to to była nadzieja i radość, a dzisiaj jest strach, kobieta się boi, lekarz się boi, przyszły ojciec się boi, że coś się jej stanie, tak, że że lekarze mają wykręcone ręce, a ciążę prowadzi prokurator, jak to już wiele razy nazwałem.

 

        Czytam już któryś raz z rzędu owo nadzwyczaj starannie spisane przez mojego informatora wystąpienie Tuska, porównuję je z dostępnym na Facebooku filmem, patrzę po raz któryś raz z rzędu na twarz i ręce – właśnie tak, twarz i ręce – tego człowieka i wspominam inny, całkiem niedawno obejrzany w sieci, króciutki filmik przedstawiający prezydenta Joe Bidena, jak stoi bezradny wśród jakichś ludzi, rozgląda się dookoła i pyta „Where am I?”. I myślę sobie, że w żaden sposób nie powinniśmy się już przejmować tym co on robi, co mówi i w jaki sposób prowadzi amerykańskie sprawy, bo każde jego słowo i każdy gest są kompletnie bez znaczenia. Jego jedynym zadaniem było wystąpić w wyborach przeciwko Trumpowi i stworzyć pozory zwycięstwa. Dziś tam natomiast ktoś zupełnie inny podejmuje decyzje. Jeśli więc Biden jutro coś wspomni o tym, by między Alaską a Rosją zbudować most przyjaźni i utworzyć wielkie wspólne państwo, które zrównoważy wpływy Chin na świecie, nie zmieni się nic, i być może tylko ten psychopata Putin się ucieszy, a Tomasz Sakiewicz z towarzyszami ogłoszą, że zbliża się wojna.

        Podobnie, tyle że chyba jeszcze gorzej, jest z Donaldem Tuskiem. Jedyna istotna różnica jest taka, że tu wszysycy się kręcą w kółko, pytając, gdzie ja jestem... i znikąd ratunku.

      Jest dobrze.

 

Post Scriptum:

Jeśli ktoś myśli, że ja to sobie wszystko wymyśliłem, mam dowód na stan rzeczy:



niedziela, 10 stycznia 2021

Uncle Joe napada

 

      To co się właśnie stało, dzieje, a prawdopodobnie jeszcze przez jakiś czas dziać się nie przestanie w Stanach Zjednoczonych, uważam za jedno z najbardziej wstrząsających doświadczeń, z jakimi przyszło nam się zmierzyć. Otóż, jak się właśnie dowiedzieliśmy, a wiadomość ta została nam przekazana przy pomocy jednego, szybkiego ciosu prosto między oczy, powszechne przekonanie o tym że prezydent wspomnianych Stanów Zjednoczonych jest napotężniejszym człowiekiem na świecie to żart, a skoro tak, to znaczy że wszyscy znaleźliśmy się w położeniu jak najbardziej dramatycznym. Szykuję się to przedstawienia swojej refleksji na ten temat od paru dni i myślę że jutro wreszcie powiem jak widzę sytuację w jakiej wszyscyśmy się właśnie znaleźli, jednak to dopiero jutro, a dziś w ramach moim zdaniem niezbędnego wprowadzenia chciałem przedstawić tu na blogu notkę jaką na Facebooku zamieścił cytowany już parokrotnie prof. Grzegorz Górski.

      Ktoś powie, że Górski to ktoś kto jeszcze niedawno nie dość że prognozował zwycięstwo w amerykańskich wyborach Donalda Trumpa, to jeszcze owe prognozy podpierał bardzo mądrymi analizami, a zatem mógłby się więcej nie odzywać, ja jednak pragnę zwrócić uwagę na fakt, że niemal wszystko o czym pisał Górski to najprawdziwsza prawda, do tego uzbrojona w jak najbardziej żelazną logikę i podparta argumentami ściśle konstytucyjnymi, tyle że , jak się okazuje, nawet on nie był w stanie przewidzieć tego co się dopiero wydarzy, a fakt ten tym bardziej świadczy o tym, że sytuacja w jakiej się znaleźliśmy jest naprawdę niewesoła.

      Ja o tym będę pisał jutro, dziś natomiast bardzo proszę zapoznać się z tym co nam mówi prof. Górski. Bez tego wprowadzenia nie zrobimy ani jednego kroku dalej.

 

Przez cztery minione lata, przywódcy Partii Demokratycznej łącząc siły z lewackimi mainstreamowymi mediami i wielkimi korporacjami w rodzaju Amazon, Google, Facebook, Apple czy Twitter, miały jeden cel - wszelkimi możliwymi metodami zniszczyć prezydenta Donalda Trumpa. Był on więc m.in.:

- ruskim agentem,

- organizatorem rosyjskiej sieci wpływów w USA,

- rozbijaczem NATO,

- niszczycielem klimatu,

- białym rasistą/nazistą,

- skorumpowanym biznesmenem,

- pospolitym przestępcą....

No może wystarczy.

Aby go obalić wprowadzono w USA cenzurę, wykonywaną przez FB i Twittera oraz główne stacje telewizyjne i portale internetowe.

Uruchomiono i wspierano lewackie bojówki, które na pół roku sterroryzowały pół kraju.

Cynicznie wykorzystywano pandemię, do ogrywania politycznych celów.

Kilka miesięcy temu, gdy lewackie bojówki okupowały budynki federalne i stanowe, atakowały policję i siły federalne, niszczono miasta, okradano sklepy etc., niejaki J. Biden siedział w swojej piwnicy i jednym słowem nie wypowiedział się o tych aktach terroru i niszczenia demokracji amerykańskiej.

Praktycznie ani jeden polityk Partii Demokratycznej słowem nie wypowiedział się o tym, jak niszczona jest demokracja amerykańska i wizerunek Ameryki w świecie. To wszystko służyło bowiem jednemu celowi - pozbyciu się Trumpa.

WCZORAJ ZEBRALI PIERWSZE OWOCE TEGO DZIAŁANIA.

Powtarzam - PIERWSZE, ale ile ich będzie, tego ich wyobraźnia jeszcze tego nie obejmuje.

Za dwa tygodnie przejmą pełnię władzy, którą firmować będą marionetki w postaci ocierającego się o Alzheimera prezydenta, mającą już demencję liderki Izby Reprezentantów, czy słynnej senatorki z Kalifornii, odpowiadającej za kontrolę amerykańskiego wywiadu, która nie tylko nie rozpoznaje już swoich współpracowników w biurze, ale do tego przez całe lata, funkcjonowała w oparciu powiązanych z chińskim wywiadem najbliższych współpracowników.

Opozycją zaś kierować będzie stetryczały, mający chińską żonę i zarabiający setki milionów dolarów rocznie na wwożeniu do USA chińskich produktów, senator Mc Connell.

Reasumując:

Jeśli ktoś chciał mieć lekcję poglądową, jak w historii rozpoczynał się upadek imperiów, to niech sobie odtwarza na You Tubie wczorajsze i dzisiejsze wydarzenia. Przeżywamy upadek pewnego porządku światowego już nie tylko wskutek pandemii, ale również wskutek upadku Stanów Zjednoczonych.

I jeśli ktoś sądzi, że „amerykańska demokracja z tym sobie poradzi”, to dobrze radzę: naprawdę zacznijcie myśleć co się może stać za chwilę, gdy okaże się, że wbrew zapewnieniom CNN i New York Times'a - nie poradzi sobie.

Bo raczej sobie nie poradzi.



 

czwartek, 19 listopada 2020

Czy Donald Trump, z troski o życie Amerykanów, powinien poddać partię?

      Jak donoszą media – tym razem już chyba wszystkie – we Floyd County w amerykańskim stanie Georgia nagle zostało odnalezionych ponad dwa tysiące głosów, w większości oddanych na Donalda Trumpa, które zostały w ogóle nie policzone. Zwieziono więc te paczki do punktu wyborczego i kazano je oczywiście przeliczyć. Ponieważ dziś tam jest już tak, że nad każdym tego typu wydarzeniem wszystkim wisi czujne oko opinii publicznej i niczego się nie da ukryć, to najpierw osoby lokalnie odpowiedzialne za liczenie głosów ogłosiły, że to jest zaledwie wypadek przy pracy i za ową wpadkę odpowiedzialny jest wyłącznie jeden głupi i gnuśny pracownik, a następnie media – w tym, co ciekawe, nawet nawet tak zwany „nasz” portal tvp.info – poinformowały, że to i tak jest bez znaczenia, bo przewaga Bidena zarówno w Georgii, jak i w innych kluczowych dla wyniku stanach jest tak duża, że te drobne błędy owej różnicy nie zniwelują. Czytam te opinie, dziwię się ich, tu aż za bardzo demonstrowanej, powierzchowności, z jaką one próbują opisać stan rzeczy, a jednocześnie też nie mogę nie zauważyć dramatycznego wręcz lekceważenia roli jaka w całej tej procedurze przypada Sądowi Najwyższemu Stanów Zjednoczonych, o którego obsadę z takim zaangażowaniem i z nadzwyczajną wręcz skutecznością niemal do samych wyborów dbał prezydent Trump. A zatem, przez to, że obie te kwestie, a więc kompletnie nieistotna dla sprawy wielkość wyborczego oszustwa, oraz decydujący głos Sądu Najwyższego, zostały tak zlekceważone, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną wypowiedź cytowanego tu już jakiś czas temu prof. Grzegorza Górskiego, którego, co swoją drogą warto zauważyć, dotychczasowe prognozy, włącznie z tą, że kolejne sądy stanowe będą protesty wyborcze Donalda Trumpa odrzucały, póki co realizują się co do joty:

 

 

 

Ponieważ wiele osób zadaje mi różne pytania i zachęca do kontynuowania spekulacji, to w ramach tego odniosę się do kwestii tego, skąd wiadomo co i jak orzeknie Sąd Najwyższy. Zwolennicy postrzegania sytuacja w USA wyłącznie w kontekście swoich polskich afiliacji politycznych, nie są w stanie zrozumieć jednej, podstawowej rzeczy. Jak orzekną sądy w Ameryce wiadomo nie dlatego, że ich skład (polityczny) coś determinuje, tylko dlatego, że jeśli coś już raz zostało rozstrzygnięte (precedens) to rzadko się zdarza aby nastąpiło overrule - czyli odrzucenie precedensu i stworzenie nowego.

Co z tego wynika dla naszej sytuacji dzisiejszej?

Prawnicy Trumpa będą powoływać się na orzeczenie w sprawie Bush v. Gore z 2000 roku (bardzo „świeży” precedens, dlatego bardzo silny). A tam Sąd uznał, iż warunki w jakich przeprowadzono wybory w trzech hrabstwach Florydy, nie spełniały warunku uczciwych wyborów. I dlatego trzeba było liczyć głosy od nowa. ale doprecyzowano jeszcze termin - safe harbor - do kiedy można liczyć. I okazało się, że po 36 dniach pełnienia urzędu prezydenta - elekta A. Gore mógł zacząć pisać książki o ociepleniu klimatu.

A więc:

1. Dzisiaj należy wykazać, że wybory nie były uczciwe i nie ma znaczenia, jaka była/jest/będzie przewaga jednego czy drugiego w tym czy innym stanie. Jeżeli były nieuczciwe, to jest to przesłanka do -

2. Stwierdzenia przez Mike'a Pence'a na posiedzeniu w dniu 6 stycznia, iż nieuczciwie wybranych elektorów nie można uwzględniać w procesie zatwierdzania certyfikatów z wyborów stanowych. Będą one bowiem sprzeczne z orzeczeniem Sądu Najwyższego, a tego się po prostu nie głosuje, no bo Kongres nie może przegłosować tego, czy wyrok Sądu Najwyższego obowiązuje czy nie.

Ergo:

3. Po zdyskwalifikowaniu głosów z wątpliwych stanów, żaden kandydat nie uzyska odpowiedniej większości i nie pozostanie nic innego jak tylko głosować w Izbie wedle reguły którą już opisałem.

To naprawdę jest wbrew pozorom bardzo proste i nie ma tu wielkiej filozofii dla każdego, kto choć trochę zna naturę prawa amerykańskiego.

 

      Na koniec chciałbym jeszcze już od siebie zwrócić uwagę na coś, co mnie autentycznie poraziło. Otóż dotychczas byłem przekonany, że o ile tu u nas w Polsce wszelkie możliwe granice wstydu zostały już dawno przekroczone, a polityczne napięcie sprawia, że z każdym dniem owo zidiocenie staje się coraz bardziej bezkarne, to choćby w takich Stanach, przynajmniej na poziomie rozrywki, jakiś standard jest zachowany. Owszem, wszyscy widzimy, że podczas ostatnich wyborów Joe Biden i jego elektorat potrafił zawstydzić nawet nasz PSL, ja jednak mam na myśli rozrywkę. Wygląda bowiem na to, że kiedy już następuje upadek, to dzieje się to po tak zwanej całości, i w efekcie dziś Ameryka wyprzedza już nie tylko Niemcy, nie tylko Wenezuelę, nie tylko Jana Burego, ale nawet coś tak szokującego jak kabaret Neo-Nówka. Oto Saturday Night Live. Proszę się trzymać foteli:

 


 

piątek, 13 listopada 2020

Czy Joe Biden bawi się laserem podczas Mszy Świętej

 

 Dziś, znów w pierwszym możliwym terminie, przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. O wyborach w Stanach i żółtym psie, no bo o czym innym?     

 

 

Jeszcze nie do końca opadł kurz jak Joe Biden i Kamala Harris na swoich twitterowych profilach zamieścili informację, że oboje już nie są zwykłymi politykami, ale odpowiednio prezydentem oraz wiceprezydentem elektem, część naszych mediów zaczęła powtarzać jeden po drugim, że Joe Biden to dopiero drugi w amerykańskiej historii prezydent katolik. Przyznam, że sam nie mam tu szczególnej wiedzy. Owszem, o ile dobrze pamiętam, katolikiem był prezydent Kennedy, zamordowany przez mafię dziwkarz, oraz jego żona, wariatka i  alkoholiczka. Czy ktoś jeszcze? Jak się okazuje, nikt, a ja już tylko powiem że mnie to nie dziwi.

        Dziwi mnie natomiast fakt, że nagle, gdy, jak się zdaje, prezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie stary, ledwo przytomny socjalista-pedofil, a po jego, niewykluczone, że nieodległej, śmierci, urząd przejmie szczera marksistka, wielu z nas dostaje niezrozumiałego, radosnego ożywienia na wieść, że amerykańskim prezydentem będzie katolik. I kiedy owo zachowanie mnie tak bardzo irytuję, to nawet nie przez to, że z Bidena katolik mniej więcej taki sam jak z Bronisława Komorowskiego, czy z Ewy Kopacz, z tą różnicą, że im jeszcze, zaprzyjaźnieni księża udzielali komunii, podczas gdy temu zboczeńcowi, nawet w obliczu jego urzędu, owego gestu regularnie odmawiano. Szczerze powiedziawszy, to co na temat katolicyzmu Joe Bidena myślą jedne czy drugie media, mnie kompletnie nie interesuje, natomiast, owszem, interesuje mnie ów katolicyzm, jednak z powodów zupełnie odmiennych od tego, czego by się można było spodziewać.

       Otóż nie wiem, czy czytelnikom „Warszawskiej Gazety” jest to wiadome, ale w amerykańskiej politycznej historii od co najmniej stu lat funkcjonuje pojęcie „żółtego psa”, a konkretnie „partii żółtego psa” i owo pojęcie jest nieodłącznie związane z Demokratami w tym sensie, że wedle owej teorii, wyborcy Partii Demokratycznej, jeśli im jako kandydata zaproponuje się żółtego psa, to oni go zaakceptują bez mrugnięcia okiem, o ile na przeciwko stanie jakikolwiek Republikanin. Skąd się wziął ów epitet, już tłumaczę.

      Oto podczas wyborów roku 1928, Demokraci z głębokiego Południa byli tak zaczadzeni nienawiścią do Republikanów, że zdecydowali się zagłosować na katolika Ala Smitha, byleby prezydentem nie został Republikanin Herbert Hoover. Natychmiast więc uznano, że skoro oni – często sympatycy Ku-Klux-Klanu, dla których nie istniało nic gorszego niż Czarni, Żydzi i oczywiście katolicy – zgodzili się na Smitha, to byliby też gotowi zaakceptować choćby i Żyda, czy Murzyna nawet. Murzyna? Czemu nie? Nawet żółtego psa, byleby tylko prezydentem nie został Republikanin. I stąd od tego czasu wedle popularnej opinii Partia Demokratyczna to Partia Żółtego Psa.

       Z tego co wiemy, wcale niemało głosów uzyskał na tradycyjnym Południu Joe Biden, przynajmniej formalnie, katolik. Czy zatem może być tak, że oni świetnie wiedzą, że Biden to jest porządny satanista? I stąd to wszystko? Nie zdziwiłbym się. Tylko czemu my z jednego i drugiego aż tak bardzo się cieszymy.




      

  

 

 

 

poniedziałek, 9 listopada 2020

Czy ktoś ma trochę starej odzieży dla magistra Żulczyka?

     Po tym jak kilka amerykańskich stacji telewizyjnych poinformowało, że nowym prezydentem został Joe Biden i w jednej chwili z gratulacjami ruszyła znaczna część politycznego świata, nie wyłączając z tego towarzystwa Borysa Budki i Szymona Hołowni, który posunął się wręcz do tego, że wystosował do Bidena oficjalne zaproszenie do wizyty w Polsce, znalazłszy się pod ścianą, idealnie wręcz zachował się prezydent Duda, który również skierował do Bidena tweeta z gratulacjami, tyle że nie powinszował mu zwycięstwa, ale udanej kampanii, a jednocześnie dał wyraz swojemu oczekiwaniu na oficjalną nominację przez Kolegium Elektorskie.  Nie trzeba było długo czekać, by na głowę Dudy wylały się pełne wiadra pomyj. O co pretensje? Chyba nie trzeba wyjaśniać: bluzgaczom nie spodobało się to, że nie dość, że Prezydent, zamiast wysłać oficjalną depeszę, zamieścił swoje gratulacje na Twitterze, to jeszcze wymigał się od oczywistego obowiązku jakimiś głupkowatymi uwagami na temat „udanej kampanii”.

     A ja, będąc świadkiem histerii jaka ogarnęła dziś światowe lewactwo, prawdopodobnie bym nie zawracał sobie głowy tym co oni maja nam do powiedzenia, gdyby nie człowiek nazwiskiem Żulczyk, jak się właśnie dowiedziałem – pisarz. Wydawało mi się, że całkiem dobrze znam wszystkich popularnych współczesnych polskich pisarzy i nigdy bym się nie spodziewał, że ich jest więcej niż pięciu, no może sześciu. A tu tymczasem pojawia się ten Żulczyk i ja nie mam wątpliwości, że choćby ze względu na samo nazwisko, gdyby on zajmował na tej nędznej scenie jakąkolwiek pozycję, to bym musiał o nim usłyszeć, no i oczywiście zapamiętać. Tymczasem zero, a z tego wnioskuję, że kariera jaką ów Żulczyk najwyraźniej zaczyna robić nie jest związana z osiągnięciami literackimi, lecz wyłącznie z jego osobistym zidioceniem. Otóż wczoraj z samego rana zajrzałem do Onetu i niemal na informacyjnej czołówce ujrzałem tytuł „Jakub Żulczyk wyszydza komentarz prezydenta po wygranej Joe Bidena”, a pod spodem informację o tym, że ów Żulczyk zamieścił na swoim facebookowym profilu następujący tekst:

Andrzej Duda, prezydent Polski, napisał na Twitterze, że czeka na nominację Joe Bidena, prezydenta-elekta USA, przez Kolegium Elektorskie. Jestem absolwentem American Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim w stopniu magistra. Co prawda polityka USA i sprawy tego kraju dzisiaj są jedynie moim hobby, ale nigdy nie słyszałem, aby w amerykańskim procesie wyborczym było coś takiego, jak ‘nominacja przez Kolegium Elektorskie’. Biden wygrał wybory. Zdobył 290 pewnych głosów elektorskich, ostatecznie, po ponownym przeliczeniu głosów w Georgii, zdobędzie ich zapewne 306, by wygrać, potrzebował 270. Prezydenta-elekta w USA ‘obwieszczają’ agencje prasowe, nie ma żadnego federalnego, centralnego ciała ani urzędu, w którego gestii leży owo obwieszczenie. Wszystko co następuje od dzisiaj – doliczenie reszty głosów, głosowania elektorskie – to czysta formalność. Joe Biden jest 46 prezydentem USA. Andrzej Duda jest debilem”.

      Wprawdzie w obronie Onetu, który w powyborczym szale zdecydował się zrobić Żulczykowi owo przedziwne wejście, muszę dodać, że już chwilę po opublikowaniu owej informacji ktoś wykazał resztki zdrowego rozsądku i nie dość że uznał za konieczne zmiękczenie nieco tytułu, no i ostatnie zdanie zastąpić odredakcyjnym komentarzem, że Żulczyk na koniec swojego wystąpienia „nie szczędził dosadnych słów pod adresem Andrzeja Dudy”, to jeszcze tuż obok Żulczyka zamieścił kolejny tekst, w którym wyjaśnia, jak naprawdę wygląda ów amerykański system wyborczy. Posłuchajmy:

Po zebraniu przez 50 stanów oraz Dystrykt Kolumbii osobistych, korespondencyjnych i warunkowych kart do głosowania, gubernator w każdym stanie sporządza listę elektorów. Ich kopie, tzw. certificates of ascertainment, są przekazywane szefowi archiwów krajowych. Elektorzy spotykają się następnie w stolicach swoich stanów oraz w Dystrykcie Kolumbii, by formalnie oddać swe głosy. Musi to nastąpić w pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia. W tym roku taka środa wypada 14 grudnia. 6 stycznia 2021 r. zbiorą się obie izby Kongresu, by policzyć głosy elektorów i oficjalnie zatwierdzić zwycięzcę wyborów. Proces ma zwykle charakter formalny, ale teoretycznie mogą pojawić się zastrzeżenia”.

         Jak mówię, fakt że Onet niemal rzutem na taśmę pokazał, że w tych łbach się wciąż coś jeszcze kotłuje, świadczy o nich nie najgorzej. Jak mi donoszą odpowiednie wtyki, gdy chodzi o taki TVN24, czy „Wyborczą”, to tam już wszelkie życie zamarło wszystko leci wyłącznie z automatu. Nie zmienia to jednak faktu, że ktoś taki jak Żulczyk realnie istnieje, a ja nagle odkryłem w sobie potrzebę sprawdzenia co to za jeden ów „magister- amerykanista”. Proszę rzucić okiem, co na jego temat podaje Wikipedia:

Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim . Współpracuje m.in. z ‘Lampą’ i ‘Machiną’. Był stałym felietonistą ‘Exklusiva’. Pisał stały felieton do ‘Dziennika’ pod tytułem 15 minut sławy. Jako publicysta współpracował również z ‘Tygodnikiem Powszechnym’, ‘Neo Plus’, ‘Metropolem’, ‘Playboyem’. Redagował autorską rubrykę Tydzień Kultury Polskiej na łamach „Wprost”.

W 2011 był współprowadzącym programu ‘Redakcja Kultury’ w TVP2. Do lipca 2012 był stałym felietonistą „Elle”. Od października 2012 współprowadził wraz z Sokołem autorską audycję Instytut Prosto w Radiu Roxy.

Wraz z Moniką Pawalisz scenarzysta serialu Belfer. W 2018 na podstawie jego książki ‘Ślepnąc od świateł’ powstał serial telewizyjny, do którego, wraz z Krzysztofem Skoniecznym, napisał scenariusz.

Laureat Nagrody Literackiej m.st. Warszawy 2018 w kategorii proza, oraz Literackiej Nagrody Warmii i Mazur 2017 za „Wzgórze psów”. Nominowany do Paszportu Polityki w 2014 roku.

      A więc wszystko jest już jasne: najpierw Lampa, Machina, Eksklusive, Neo Plus, Metropol, Playboy,  Sokół i Radio Roxy, następnie serial Belfer i Literacka Nagroda Warmii i Mazur, a dziś, obok Bartka Węglarczyka i prof. Simona, jeden z głównych politycznych ekspertów Onetu.  Kierunek zatem zostaje utrzymany.

     Już miałem kończyć ten kompletnie bezużyteczny w gruncie rzeczy tekst, gdy nagle trafiłem na prośbę, jaką Żulczyk opublikował już po tym gdy Onet zainteresował nas jego fachowymi uwagami na temat wyborczego systemu Stanów Zjednoczonych. Uwaga:

Drogi Onet i Pudelek, skoro już robicie newsy z każdego mojego postu, dodawajcie w nich proszę informację, że bardzo proszę wszystkich ludzi dobrej woli aby wpłacali kasę na Serce Miasta, Kampania Przeciw Homofobii i/lub Pracownia na rzecz Wszystkich Istot”.

      W tej sytuacji, ja bym do tego dodał jeszcze apel, by, jeśli ktoś ma gdzieś w domu jakąś starą, bezużyteczną już odzież, zechciał ją wysyłać na adres wspomnianej Pracowni na rzecz Wszystkich Istot z adnotacją, że ona jest z przeznaczeniem na odzianie tego nieszczęśnika Żulczyka.





     

 

 

niedziela, 8 listopada 2020

Idzie wojna, idzie wojna, idzie krwawa rzeź, czyli media przestały kłamać

 

        Główne amerykańskie stacje telewizyjne poinformowały, że ostatecznie policzyli głosy i z owych wyliczeń wyszło im, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Joe Biden. Muszę przyznać, że choć minione dni przyniosły nam wiele bardzo ciekawych informacji na temat stanu w jakim znalazła się ostatnio słynna amerykańska demokracja, to że wynik prezydenckich wyborów ogłaszają media, jest wydarzeniem nieznanym chyba nigdzie na świecie. Nawet u nas, takie tytuły jak „Gazeta Wyborcza” czy Onet ograniczały się regularnie i niezmiennie do informowania o komunikatach PKW, cytowania sondaży, lub ewentualnie publikowania wewnętrznych redakcyjnych opinii, ale żadne z nich nie pozwoliłoby sobie na to, by jako pierwsze podawać oficjalne komunikaty. Ale to nie wszystko, nawet gdyby powiedzmy taki Tomasz Lis, w swoim zwyczajowym amoku, w powyborczy poniedziałek wypuścił kolejny numer swojego tygodnika z kolorowym zdjęciem i wielkim tytułem na okładce, nikt – poza może jakimiś nawiedzonymi internautami –  nie potraktowałby go poważnie,  z całą pewnością światowi przywódcy nie słaliby do rzekomego zwycięzcy listów gratulacyjnych, a światowe media nie informowałyby o tym że oto w Polsce prezydentem został ten czy tamten. Wczoraj Ameryka pokazała swoją nową zupełnie twarz. Oto ktoś gdzieś tam ogłosił, że zakończono liczenie głosów w Pensylwanii i w Nevadzie, tym samym Joe Biden uzyskał wymagane 270 głosów elektorskich, a zatem to on właśnie został prezydentem, i wieść poszła w świat. Nieważne że przed oboma kandydatami jeszcze szereg zarówno standardowych jak i już zapowiadanych specjalnych procedur, nieważne że  wciąż nie wiadomo co z tymi wszystkim głosami z Pensylwanii, które wpłynęły po 3 listopada i które Sąd Najwyższy nakazał oddzielić od reszty, nieważne że wreszcie sam Donald Trump od minionej środy zapowiada szereg wyborczych protestów i to nie będą ot takie sobie protesty, jakie zawsze się przy tego typu okazjach pojawiają, Joe Biden jest już prezydentem, a Donald Trump może się już pakować i odchodzić w niesławie.

        Dotychczas stan obłędu, który doprowadził do tego, co się właśnie w Stanach wydarzyło miałem zwyczaj nazywać po prostu i zwyczajnie obłędem. Dziś wydaje mi się, że za tym wszystkim stoi coś znacznie, znacznie większego i poważniejszego. Oto proszę sobie wyobrazić, że Joe Biden, gdy tylko wczoraj otworzył telewizor i usłyszał, że owe głosy elektorskie ma już w kieszeni, pierwsze co zrobił, to wszedł na swojego Twittera i natychmiast zmienił sobie opis na „prezydent-elekt”. Mało tego. Również kobieta, którą on sobie wyznaczył na wiceprezydenta, uznała że i ona od tej chwili jest już wiceprezydentem-elektem i poinformowała o tym na swoim twitterowym profilu. A to jest już coś zupełnie niezwykłego. Bo oto jest tak, że nawet gdyby o tym że Biden wygrał te wybory poinformowały nie media, ale odpowiednie instytucje, to i tak jeszcze przez pewien czas oni nie byliby żadnymi elektami, tylko zaledwie... ja wiem? Ludźmi w poczekalni? I znów, wie to każdy polityk na świecie. Myślę że nawet Rafał Trzaskowski, gdyby w niedzielny wieczór sondaże pokazały jego zwycięstwo, nie zacząłby o sobie mówić, że jest prezydentem-elektem. Joe Biden i ta cała jego wice, owszem, weszli w to jak w masło.

       I teraz pojawia sie pytanie, dlaczego. Najprościej byłoby powiedzieć, że oni cierpią na tę samą przypadłość jak co fani na całym świecie, a więc żaden obłęd, ale prawdziwe czyste opętanie. Podobnie jak cała reszta, zarówno Biden jak i Harris, zwyczajnie nie wytrzymali i wpadli w ową nigdy nie kończącą się otchłań. Ja jednak myślę, że w tym szaleństwie, jak mawiał stary Will, jest metoda. Moim zdaniem rację tu ma Donald Trump, który powiedział, że ponieważ oni czują, że tak naprawdę już przegrali, bardzo chcą wyprzedzić czas i udawać, że oni tam gdzie są już byli od dawna; że za tym ich zachowaniem stoi tylko jedna myśl, żeby zakrzyczeć prawdę i ewentualnie odpowiednio przygotować ów kłębiący się tłum na nieuchronną wojnę.

       I jeśli koś myśli, że ja się tu zaledwie bawię z własnymi myślami i na podparcie swoich tez nie mam nic konkretnego, to już służę. Oto jest tak, że od dłuższego czasu, śledzę na Faccebooku kongresmena Petera Kinga, no i tak się złożyło, że wpadłem wczoraj na komentarz, który on zamieścił w reakcji na relacjonowane przeze mnie nowe otwarcie. Mówiąc w skrócie, pisze King że wynik wyborów nie jest jeszcze oficjalnie ogłoszony i wszystko się może zmienić, zwłaszcza że kampania Trumpa kwestionuje sposób liczenia głosów w kilku stanach, jeśli jednak sądy uznają, że wszystko odbyło się lege artis i Joe Biden zostanie ogłoszony prezydentem, on zachęca wszystkich, by ów werdykt przyjęli ze spokojem i od tego momentu traktowali Bidena jako Prezydenta Stanów Zjednoczonych, bo jest demokracja i takie tam. I proszę sobie wyobrazić, że w momencie gdy chciałem ten wpis podać dalej, stało się coś, czego w całej swojej internetowej karierze nie doświadczyłem, a mianowicie otrzymałem informację, że zanim to zrobię, powinienem zapoznać się z odpowiednim objaśnieniem, jak na to wszystko patrzy Facebook. Szczęśliwie udało mi się ten krok pominąć i wszystko zakończyło się pomyślnie.

      Ponieważ jednak nadal chciałem wiedzieć co w trawie piszczy, udałem się na twitterowy profil prezydenta Donalda Trumpa, licząc na to, że przynajmniej stamtąd dowiem się, w jakim on jest nastroju. I tam z kolei spotkały mnie dwie rzeczy, obie nadzwyczaj pozytywne. Przede wszystkim, każdy kolejny  tweet Prezydenta był ukryty za ostrzeżeniem, że w trosce o moją intelektualną kondycję, Twitter ostrzega mnie, że to co za chwilę przeczytam może mnie wprowadzić w błąd, a więc lepiej będzie jeśli sobie pójdę gdzie indziej. Oczywiście zlekceważyłem owo ostrzeżenie i co się okazało? Tam bieżących komentarzy raczej nie ma, zaledwie kilka ostatnich zapowiadających składanie protestów, i to wszystko. Czemu napisałem, że obie informacje uznałem za pozytywne? Przede wszystkim to że Donald Trump najwyraźniej nie popadł w jakąś niebezpieczna histerię, świadczy moim zdaniem o tym, że on jest przede wszystkim zajęty, a skoro zajęty, to zapewne zajęty w bardzo konkretnym celu. Jednak to co naprawdę mnie ucieszyło to to, że oni, nawet kiedy już ich zdaniem jest po wyborach i Joe Biden został ich prezydentem, stają na głowie, by żaden obcy akcent nie został bezkarnie przemycony do bieżącej dyskusji. I myślę sobie, że jeśli oni tak bardzo dbają o to, by nikt sobie nie pomyślał, że podawany przez nich wynik wyborów jest wciąż niepewny, to znaczy, że on faktycznie jest niepewny, a jeśli Donald Trump nie histeryzuje, a już z pewnością nie histeryzuje w takim stopniu jak towarzystwo prowadzącego Joe Bidena do Białego Domu, to znaczy że on jest wciąż znacznie mocniejszy niż różni tacy próbują nam wmawiać.

       Parę dni temu, kiedy prezydent Trump wygłosił telewizyjne wystąpienie do narodu w sprawie wyborów, telewizja CNBC je przerwała, a prowadzący dziennikarz oświadczył, że stacja nie może pozwolić na to, by Bogu ducha winni ludzie byli wystawiani na manipulacje. A ja sobie myślę, że sytuacja jest taka: CNBC przerywa wystąpienie walczącego o kolejną kadencję prezydenta Trumpa, by on nam nie mieszał w głowach; Twitter zasłania jego tweety, by nas ochronić przed groźną nieprawdą; wreszcie Facebook uprzedza mnie, że jeśli poślę dalej wypowiedź kongresmena Kinga, mogę nie wiedzieć co czynię. I o tym wszystkim informują mnie media, które od czasu jak sięgam pamięcią nie dbają o nic innego, jak o to bym cokolwiek czynił, czynił to, nie wiedząc co czynię. Po tych wszystkich latach sączenia w umysły wspomnianych Bogu winnych ludzi najbardziej perfidnych kłamstw, po tych wszystkich latach gdy z każdym dniem coraz głośniej krzyczy owa prawda, że media żywią się kłamstwem i dzięki kłamstwu jeszcze istnieją, po tych wszystkich wreszcie latach gdy stopniowo wszyscy byliśmy przyzwyczajani do tego, że prawda tak naprawdę nie istnieje, ci kłamcy przychodzą do mnie i zatroskanym głosem ostrzegają mnie bym nie ulegał manipulacjom, bo manipulacje to zło.

           W tej sytuacji ja mam do powiedzenia już tylko jedno: coś czuję że zbliża się wojna i czuję też, że owej wojny najbardziej boją się ci, którzy ją wywołają.




 

     

      

czwartek, 10 września 2020

Lech Wałęsa vs. Joe Biden - remis ze wskazaniem

      Jak słyszę, Lech Wałęsa zdecydował się wrócić do kwestii obcych cywilizacji, która go w pewnym momencie mocno zainteresowała i na swoim facebookowym profilu zalinkował, jednocześnie zachęcając nas do jego obejrzenia, film zatytułowany: „Przesłanie Ummitów”. Oczywiście, ponieważ horrorów w sposób naturalny się boję, samego filmu nie obejrzałem, ale trafiłem na dość solidny opis jego treści a było tak:
– W dzisiejszym, ostatnim już odcinku o rasach kosmicznych przedstawimy wam, drodzy widzowie, działalność Ummitów oraz rasy z Alfa Centauri. Postaramy się też ująć wszystkie rasy w skrócie, ale to pod koniec filmu – rozpoczyna film narrator.
– Ummici są opisywani jako istoty pozaziemskie z planety Ummo, o której twierdzi się, że znajduje się w odległości 14,5 lat świetlnych i prawdopodobnie znajduje się w układzie świetlnym Wolf 424. Ummici odegrali ważną rolę w historii Ziemi. Pewne wskazówki oraz fakty przemawiają za tym, że rozpowszechniali naukowo-techniczną literaturę w Hiszpanii. Prawdopodobnie przekazali też w latach 60. i 70. sporą ilość technicznych artefaktów w Europie. Ich baza znajduje się prawdopodobnie w pobliżu małego miasteczka we francuskiej prowincji Dolne Alpy – mówi dalej.
Później słyszymy m.in. o odwiedzinach, jakie mieli składać ludziom Ummici, przebrani za duńskich lekarzy, i promach, które kursują na Alfa Centauri. W materiale zamieszczono również tabelę „kosmicznych ras”, z opisami ich działań.
       Oczywiście byłoby nadzwyczaj korzystne gdyby pan prezydent zechciał dodać do tego wszystkiego swój komentarz, niestety nic z tego. Jest tylko link oraz skromna uwaga, że „warto obejrzeć”. W tej zatem sytuacji pozwolę sobie na uzupełnienie owej informacji swoją własną refleksją, tak byśmy wszyscy poczuli, że nic nie pozostało niedopowiedziane. Otóż, jak wszyscy wiemy, liberalna Ameryka po czterech latach cierpień spowodowanych prezydenturą Donalda Trumpa nie była w stanie wykreować jednego kandydata, który byłby w stanie dać jej szansę na odzyskanie władzy, a który jednocześnie nie byłby półprzytomnym staruszkiem o pedofilskich skłonnościach. Amerykanie mają najbardziej rozwiniętą gospodarkę świata, najbardziej nowoczesny przemysł, najlepsze na świecie uniwersytety, sztukę która zdobyła cały świat, słynną na cały świat literaturę, a nie byli w stanie przez cztery lata rządów człowieka, który rzekomo zamierza to wszystko zniszczyć, znaleźć kogoś, kto ich skutecznie przed tym atakiem obroni. Za dwa miesiące wybory, a przeciwko Donaldowi Trumpowi staje człowiek, który co bardzo prawdopodobne do czasu owego rozstrzygnięcia albo umrze, albo zrobi coś co mu owo kandydowanie zwyczajnie uniemożliwi. I niech się na nie wydaje, że to może być tylko wpis na Facebooku, w którym on zachęci swoich zwolenników by obejrzeli na youtubie film zatytułowany „Przesłanie Ummitów”.
       Oni zatem mają swojego Bidena, a my naszego Lecha Wałęsę. Mało tego. Uważam bowiem, że jeśli taka Ameryka nie miała innego wyjścia jak zgotować sobie ten los, to musimy uznać, że ona z całą pewnością nie jest wyjątkiem. Nie jest wyjątkiem Ameryka z Bidenem, nie jest wyjątkiem Polska z Lechem Wałęsą, a co gorsza takich jak oni musi być znacznie więcej niż jedna sztuka na jedno społeczeństwo. Różnica jest tylko taka, że ci dwaj albo zostali pozbawieni tak zwanej „osłony intelektualnej”, albo zerwali się ze smyczy i nie ma ludzkiego sposobu by ich w tej chwili opanować. Obserwujemy więc bacznie ludzi, którzy to tu to tam, pojawiają się na ekranach naszych telewizorów czy komputerów bo jeszcze się może okazać, że taki Lechu to zwykła poczciwina, którego i tak powinniśmy szanować za to, że ze zwykłego prowincjonalnego żulika awansował tak wysoko, że nie dość że został w pewnym momencie prezydentem dużego europejskiego kraju, to jeszcze, gdy wychodzi na miasto, nie maca małych dzieci.





sobota, 6 czerwca 2020

Gdy wstyd zszedł na koronawirusa


       Po opublikowaniu mojego wczorajszego tekstu na Facebooku zgłosił się do mnie pewien Piotrek, mój dawny uczeń. Zanim przejdę do rzeczy, muszę poinformować, że wśród grubych setek osób którym miałem okazję w życiu pomagać językowo, ten akurat należał do najwybitniejszych pod każdym względem. Mam z nim zresztą taki sobie kontakt do dziś. On już ma swoje lata, a z owymi latami wspaniałą i szczęśliwą rodzinę, jednak wciąż, kiedy się od czasu do czasu spotykamy, rozmawiamy sobie bardzo uprzejmie i, jak sądzę, rozstajemy się pełni ciepłych myśli. Problem w tym, że mój były uczeń uważa, że rządy Prawa i Sprawiedliwości to dla Polski totalne nieszczęście. Oczywiście, mogę się tu mylić, bo przez to, że mój były uczeń jest człowiekiem nadzwyczaj uprzejmym, jeśli wspomina coś na temat polityki, robi to z odpowiednią dyskrecją i tak, by nie prowokować choćby najmniejszych awantur, ale to, że on należy do twardego antypisu, mam mocne podejrzenia.
      A zatem w jednym z komentarzy pod informacją na temat mojej nowej notki odezwał się ów Piotr i krótko mówiąc, obok innych interesujących spostrzeżeń umieścił to, które mnie zainteresowało szczególnie, a to mianowicie, że Donald Trump to „idiota”. Odpisałem mu zatem, że moje wieloletnie doświadczenie informuje mnie o tym, że wśród tak zwanych elit, szczególnie elit europejskich, każdy amerykański prezydent od zawsze był uważany za idiotę i to niezależnie od tego, czy był Republikaninem, czy Demokratą. Dopiero lata 90, wraz ze ideologiczną agresją, która opanowała serca i dusze wszystkich, sprawiły, że idiotami byli już tylko Republikanie. Tacy prezydenci jak Clinton, czy Obama, idiotami nie byli w żadnym wypadku, co zresztą sam Piotr potwierdził. Przekazałem zatem mojemu byłemu uczniowi ową naukę, zachęciłem go do refleksji i uznałem, że to tyle. Niestety na to odezwał Piotr ponownie i poinformował mnie – jakbym tego nie wiedział – że taki ani Clinton, ani Obama, ani oczywiście Joe Biden idiotami w żaden sposób nie są. W tym momencie, skoro pojawił się Biden, znów się odezwałem i zauważyłem, że gdy chodzi o tego półprzytomnego pedofila, naprawdę nie wypada dawać go jako przykładu, no i w tym momencie Piotr oświadczył, że o tym by Biden był pedofilem, on w życiu nie słyszał, a nawet jeśli słyszał, to te wszystkie sugestie, to plotki i manipulacja.
        I w tym momencie pozwolę sobie przejść do spraw międzynarodowych. Otóż, jak wiemy, w Stanach Zjednoczonych – niemal tak samo jak u nas – zbliżają się wybory prezydenckie  i wiadomo już, że na przeciwko siebie staną Donald Trump i wspomniany Joe Biden. Pisałem już tu na tym blogu, że nie jestem w stanie uwierzyć, jak mogło dojść do tego, że taki kraj jak Stany Zjednoczone, a przynajmniej jego Stanów Zjednoczonych elita, przez cztery lata nie były w stanie znaleźć poważnego przeciwnika dla uważanego powszechnie za wroga publicznego numer 1 Donalda Trumpa. Dziś patrzę na to rozlewające się już na cały świat czarno-białe zdziczenie, którego jedynym celem jest uniemożliwienie zwycięstwa Donaldowi Trumpowi, a jednocześnie słucham owego Piotra – przypominam, że osoby naprawdę najwyższej klasy – który mówi, że to co się mówi o Bidenie, to przede wszystkim nieprawda, a poza tym nawet jeśli prawda, to z tą krytyką nie przesadzajmy i myślę sobie, że przekroczyliśmy pewną granicę, gdzie nic już nie jest takie jak było kiedyś. Dzięki polityce, która w pewnym momencie stała się źródłem konfliktów wręcz cywilizacyjnych, doszło i do tego, że kandydatem na prezydenta Stanów Zjednoczonych jest w sposób ewidentny zboczony staruszek, człowiek który w normalnej sytuacji zostałby z polityki dożywotnio wyeliminowany, a kto wie, czy jeszcze odpowiednie służby nie zajrzałyby do jego domu, by zobaczyć, co on tam ukrywa, i nie ma ludzkiej siły by ten wstyd powstrzymać. Co ja mówię „powstrzymać”? Choćby ów wstyd wstydem nazwać. Gdy liczy się tylko to, by powstrzymać Donalda Trumpa przed triumfalnym marszem ku kolejnej kadencji, w sytuacji gdy nawet pandemia nie była w stanie tego zrobić, niech już będzie Biden. Byle tylko nie poruszać niewygodnych tematów.
        W czym rzecz? Otóż kiedy żyliśmy troszkę sprawą cygar Billa Clintona, znany amerykański dziennikarz William J. Bennett wydał książkę pod tytułem „The Death of Outrage”, w której wyraził pogląd, że wspomniany wstyd zdechł ostatecznie, a wraz z nim tak zwane moralne oburzenie. Dziś tę prawdę możemy zaobserwować na przykładzie Bidena. Media głównego nurtu oczywiście o tym solidarnie milczą, i już tylkot Internet kipi od oskarżeń, ale też prostych dowodów, które są oczywiście natychmiast odrzucane, jako manipulacja,  że Joe Biden do tego stopnia jest uzależniony od uporczywego dotykania młodych dziewcząt, że kiedy tylko znajdzie się w ich towarzystwie, nie jest go w stanie od tego powstrzymać nawet obecność kamer. To co on bez śladu wstydu, a jednocześnie, jak sądzę, bez szczególnej świadomości, wyprawia, zostało wielokrotnie zarejestrowane i opublikowane w mediach, nie zmienia nic w kwestii podstawowej: Donald Trump musi odejść. Mało tego. Jak się okazuje, w momencie gdy uznamy, że Trump, w odróżnieniu od Obamy i Clintona, jest idiotą, nawet osoby tak inteligentne i niewątpliwie uczciwe jak mój były uczeń, taki Biden – czy ktokolwiek inny – musiałby być broniony nawet gdyby on nie tylko te dzieci macał, ale je gwałcił, czy zwyczajnie zabijał.
       U nas w Polsce, ci którzy go szczerze nienawidzą i żyją w przekonaniu, że przyniesie on dla nas wszystkich ostateczną katastrofę, przeciwko Andrzejowi Dudzie wystawili... sami widzimy kogo. My oczywiście mamy uszy, oczy, no i wreszcie serca otwarte, i wiemy z kim i z czym mamy do czynienia. Słuchamy więc, patrzymy i nagle z tego wszystkiego zaczynamy się zastanawiać, co powiemy, jeśli ostatecznie, najpierw tu, a potem w Stanach Zjednoczonych, zwycięstwo odniesie bezczelne kłamstwo, a oni powiedzą, że owszem, było jak było, ale nic nie szkodzi, bo teraz jest wprawdzie brzydko i i to co nas oblepia jakoś nie chce się zmyć, no ale przynajmniej nikt nas już do niczego nie zmusza.


     
     

piątek, 6 marca 2020

Czy w roku 2025 kandydatem Zjednoczonej Opozycji na stanowisko Prezydenta RP zostanie Bernie Sanders?

        W swojej wspominanej tu już niedawno książce pod tytułem „The Way Things Ought To Be”, Rush Limbaugh w pewnym momencie pisze tak:
Świat nigdy nie widział czegoś takiego jak Stany Zjednoczone Ameryki. Gdy chodzi o wyższą edukację, gospodarkę, styl życia, zamożność, formy rządów, oraz osobistą wolność, zostaliśmy obdarowani przez Boga bardziej, niż jakikolwiek inny kraj”.
      A ja sobie myślę, że przede wszystkim Rush Limbaugh, jako amerykański patriota, ma prawo w to wierzyć, a co więcej nie ma najmniejszego powodu, by się swojej opinii – nawet jeśli nieco ryzykownej – wstydzić. Nawet ja, będąc szczerze przekonanym, że świat w całej swojej historii nie widział czegoś tak pięknego jak Polska, do owej listy przedstawionej przez Limbaugh z czystym sumieniem mogę dodać jeszcze muzykę, literaturę, film, sztuki plastyczne, a kto wie, czy nie jeszcze bardziej, kanapkę Chick-Fil-A, której wprawdzie nigdy nie jadłem, ale jestem pewien, że jest równie dobra jak Johnny Cash z Dylanem.
       Zacząłem się jednak nad ową opinią Rusha zastanawiać całkiem niedawno, gdy pojawiła się po raz kolejny kwestia demokratycznej nominacji w walce o to kto spróbuje wyrzucić z Białego Domu Donalda Trumpa i okazało się, że na placu boju pozostali już tylko Joe Biden i Bernie Sanders.
      W czym rzecz? Otóż, kiedy, jak wiemy, w roku 2016 Amerykanie ni stąd ni zowąd wybrali prezydentem Donalda Trumpa, cała tak zwana cywilizowana Ameryka, a wraz z nią może jeszcze bardziej cywilizowany świat, najpierw pogrążyły się w szoku, a kiedy doszły do siebie, zapłonęły świętym oburzeniem, że skoro ludzie są w stanie wybrać kogoś takiego jak Trump, niechybnie nastąpił ostateczny krach demokracji i jeśli natychmiast nie uda się czegoś wymyślić, nie tylko umrze demokracja, ale w ogóle na Ziemię spadnie deszcz meteorytów i nastąpi jej koniec. Przyszły kolejne lata, kiedy to z jednej strony trwało globalne niszczenie wizerunku prezydenta Trumpa, a z drugiej gwałtowne poszukiwanie sposobu na jego usunięcie z urzędu, czy to drogą impeachmentu, czy przez znalezienie kogoś, kto go pokona w kolejnych wyborach. I oto wybory zbliżają się wielkimi krokami, a tu się okazuje, że jedyne co tak wysławiana przez Rusha Limbaugh Ameryka potrafiła przez te cztery lata z siebie wyprodukować, to dwóch półprzytomnych niemal 80-letnich starców, w tym jednego ciężkiego pedofila, oraz jednego komunistę. Efekt jest taki, że Trump zupełnie spokojnie realizuje swój plan na drugą kadencję, podczas gdy jego służby propagandowe publikują kolejne zdjęcia, na których Biden małym dziewczynkom albo wkłada język do ucha, albo łapie je za ledwie co wyrośnięty biust, albo cytują kolejne marksistowskie mądrości Berniego Sandersa, ewentualnie publikują wypowiedzi obu staruszków, w których oni już tylko demonstrują mocno zaawansowaną demencję. A zatem, czy my tu naprawdę musimy uznać, że – było nie było w sytuacji ciężkiego zagrożenia – Ameryki, a zwłaszcza tej jej części, która trzyma w garści nie tylko kulturę popularną oraz media, ale również całą elitę intelektualną, nie było stać na to by znaleźć kogoś lepszego?
      Otóż wygląda na to, że tak jest w istocie rzeczy. Wszystko wskazuje na to, że oni są na dziś pogrążeni w tak strasznym zidioceniu, że nie stać ich nawet na zmobilizowanie prostych odruchów w ramach prostej samoobrony. I to nie tylko oni. Popatrzmy bowiem, co się dzieje u nas w Polsce. Wiosną roku 2015 najpierw Andrzej Duda wysadził z urzędu Bronisława Komorowskiego, potem jesienią Prawo i Sprawiedliwość zdobyło bezwzględną większość w obu izbach parlamentu i od pięciu już lat jedynym sukcesem opozycji okazuje się być wyłącznie skuteczne zjednoczenie się ponad wszelkimi podziałami we wspólnej nienawiści do Dudy oraz PiS-u, natomiast gdy chodzi o stworzenie konkretnej oferty, czy to programowej, czy personalnej, oni nie mają nic ponad ów antypis plus Budkę, Szczerbę, Biedronia, Neumanna, Kosiniaka-Kamysza, Kierwińskiego, Nitrasa, Bosaka, no i oczywiście Kidawę-Błońską. No i jeszcze ostatnio koronawirus. Oto wynik jaki oni – ale przecież nie tylko oni, ale cały ów obóz tak zwanej Polski Mądrej i Nowoczesnej – byli w stanie na koniec uzyskać.
      W tym momencie jednak chciałbym zwrócić uwagę na to, co jest niewątpliwym sukcesem owych sił reakcji zarówno tam jak i u nas, a mam na myśli sądy. Nie wiem dokładnie, jak się sprawy mają w Stanach Zjednoczonych, jednak z pojedynczych informacji jakie do mnie dochodzą mogę podejrzewać, że gdyby prezydenta wybierali tam wyłącznie sędziowie, zarówno Bernie jak i Biden pokonaliby Trumpa z opuszczonymi rękami. Kiedy natomiast obserwuję kolejne wypadki u nas w kraju, myślę sobie, że dziś praktycznie całą robotę za opozycję wykonują sędziowie właśnie. Ale też oni akurat się w najmniejszym stopniu nie oszczędzają.  Tam się jeńców nie bierze i wygląda na to, że oni prędzej się dadzą wyprowadzić zza tych swoich stołów na butach, niż zmienią swoje podłe zachowanie. A pomyślałem sobie o tym teraz niedawno, kiedy to na mocy wyroku gdańskiego sądu pani Natalia Nitek-Płażyńska będzie zmuszona przeprosić pewnego Niemca za to, że ten ją nazwał „idiotką, którą on powinien postawić pod ścianą i rozstrzelać”.
       Politycy opozycji powinni się uczyć od sędzi Małgorzaty Zwierzyńskiej. To się nazywa determinacja w obronie ideałów, które przecież im wszystkim są bliskie.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...