Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory prezydenckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory prezydenckie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2019

Czy Tomasz Grodzki przeprowadzi sekcję zwłok Platformy Obywatelskiej?


       Jeśli założyć, że psy wstydzą się jeży, to ja do dzisiejszego tekstu podchodzę jak popularny pies do jeża i to aż z kilku powodów. Przede wszystkim temat, który mi spadł na głowę, to jest coś, z czym może bym sobie dał jakoś radę kiedy jeszcze zaczynałem swoją przygodę z blogowaniem, i jedynym dostępnym tematem był Donald Tusk, lub w najgorszym przypadku Rafał Ziemkiewicz. Dziś, nawet w najgorszych snach nie spodziewałbym się, że będę się chciał zajmować walką o przywództwo w Platformie Obywatelskiej, a to jest to, co mam na myśli wspominając o owej konfrontacji z jeżem. Z drugiej jednak strony, mam wrażenie, że mniej więcej od ogłoszenia wyników ostatnich wyborów poziom politycznych zachowań uległ tak strasznej degradacji, że już za chwilę może się okazać, że przede mną już tylko albo dostosowanie się, albo rzucenie tego pisania w cholerę.
      Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego pisząc ten tekst się rumienię. Otóż jego pierwszym inspiratorem jest nie kto inny jak człowiek, o którego istnieniu jeszcze kilka dni temu nie miałem bladego pojęcia, a mianowicie pewien skompromitowany szczeciński lekarz nazwiskiem Grodzki. Kiedy najpierw dowiedziałem się, że Platforma Obywatelska postanowiła go wystawić jako swojego kandydata na stanowisko Marszałka Senatu, owszem, byłem zaskoczony, jednak pomyślałem sobie, że doszło do bardzo klasycznego zagrania, kiedy to wszyscy ze wszystkimi się żrą i aby jakoś ten trudny czas przeczekać, wyciąga się za uszy jakieś nieszczęście, no i czeka na odpowiedni moment aż będzie można po nim posprzątać. Tak było już nie raz, a najlepszym przykładem było być może uczynienie przed laty premierem Kazimierza Marcinkiewicza, jakiś czas później prezydentem Bronisława Komorowskiego, a całkiem niedawno postawienie na czele rządu Ewy Kopacz. I oto, jak wszyscy mieliśmy okazję zobaczyć, ów Grodzki, nie dość że potrafił sprokurować w swoim środowisku odpowiednią dyscyplinę i owym Marszałkiem został, to niemal natychmiast zaczął się szykować do uzyskania w swojej partii statusu przywódcy. Co ja mówię, w swojej partii? On się najwyraźniej szykuje, by zostać prezydentem państwa.
      I tu pojawia się trzeci powód, dla którego nie czuję się najlepiej, biorąc się za ten temat. Otóż niemal w tej samej chwili, jak Grodzki zażyczył sobie od TVP czasu na wygłoszenie orędzia do narodu, szyderstwo jakie na niego spadło, było tak potężne i powszechne, że naprawdę trudno jest znaleźć dobry powód, by się do tego podłączać, a skoro już, to i sposób, by to w ogóle miało jakiś dodatkowy sens. No ale, jak widzimy, decyzja została podjęta i dobrze by było wyciągnąć z tego głupiego tematu jakąś w miarę interesującą refleksję. Do tego jednak będzie mi potrzebne zejście jeszcze piętro niżej, a mianowicie do rejonów zamieszkiwanych przez samego Włodzimierza Cimoszewicza. Otóż wystąpił ów Władmir w swojej stacji i powiedział, że skoro Donald Tusk jednak zdecydował się na robienie kariery w europejskich biznesach, jedynym kandydatem na prezydenta pozostaje człowiek nazwiskiem Matczak. Trochę mi głupio, ale ja wiem, kim jest ów Matczak. Ja go znam niemal wyłącznie z Twittera, gdzie on się dość często produkuje przy pomocy tekstów takich jak ten:
„Jak zdobyć rząd dusz? To pytanie zawsze ważne, ale szczególnie istotne przed kampanią polityczną. Zainspirowany przez Zbigniewa Hołdysa, piszę że można się tego nauczyć od polskich raperów. Głoszone przez nich wartości pozwoliły im zyskać wiele serc i głów”,
ten:
„Prof. Marcin Matczak kommentiert Pawłowicz-Kandidatur: Das Interesse der Partei werde über die Staatsraison gestellt. Eine Person mit solchen Ansichten fürs höchste Richteramt vorzusehen, sei ein deutliches Signal der Verachtung in Richtung EU”,
czy ten:
„Edukacja jest najważniejsza. Z tego powodu założyłem na YT kanał edukacyjny. Będę umieszczał na nim miniwykłady, poświęcone prawu i filozofii a zobrazowane odniesieniami do kultury popularnej (np. filmów o Batmanie czy ‘Bękartów wojny’). Zapraszam!”.
      Co tu się do ciężkiej cholery dzieje? Grodzki zaczyna w telewizji wygłaszać orędzia do narodu, Cimoszewicz zgłasza kandydaturę Marcina Matczaka na Prezydenta RP, a przecież to nie wszystko. Radosław Sikorski ogłasza, że ponieważ w roku 2010 on nie został prezydentem wyłącznie przez polityczne oszustwo, a więc tym razem on już nie odpuści; Kidawa-Błońska rzuca sobie na twarz coraz większy makijaż, licząc na to, że może w ten sposób zdobędzie serca swoich partyjnych kolegów i to jednak ona zostanie tym prezydentem; kandydowanie zapowiada Szymon Hołownia... A przecież w kolejce jeszcze czekają Borys Budka, Rafał Trzaskowski i cała kupa lokalnych działaczy. Czy to możliwe, że już za chwilę za łby się wezmą ksiądz Lemański z księdzem Sową? Czy to możliwe, że na Ziemię zejdzie UFO i zgłosi kandydaturę Lecha Wałęsy, który nie będzie chciał, ale będzie musiał?
       Zapytam jeszcze raz: co się w tych durnych łbach kotłuje? Czy to możliwe, że oni już faktycznie ostatecznie oszaleli?
       Na koniec wrócę do wczorajszego orędzia marszałka Grodzkiego. Kto je oglądał, musiał być pod wrażeniem, może nie ze względu na to co Grodzki mówił, ale przez owego wystąpienia oprawę, której przecież ona sam sobie nie zorganizował. Jeśli bowiem dochodzi do sytuacji gdzie ktoś taki jak ów Grodzki zostaje w ten sposób udekorowany, to znaczy, że za nim stoją nie byle jacy szatani. To jego orędzie, wraz z zapowiedzią, że ich będzie w najbliższym czasie więcej, musiało zostać przygotowane na bardzo wysokiej scenie. A skoro tak, to ja mam dla nas dwie wiadomości. Pierwsza to taka, że tam już musi iść na noże. To już nie jest taka sobie przepychanka aspirujących polityków. A skoro ktoś zdecydował, by jako główną broń wyciągnąć kogoś takiego jak Grodzki, to ja już się nie mogę doczekać, jak tam się podniesie taka wrzawa, że oni w wyścigu i do wyborów, ale też do zwykłej władzy w partii, zwyczajnie się zadepczą i to wszystko się skończy tak, że oni będą do końca świata przeklinać dzień, w którym ktoś wymyślił, że najlepszym z nich wszystkich jest jakiś plastuś ze Szczecina.





niedziela, 25 stycznia 2015

Czy Szwajcarzy wybiorą nam prezydenta?

Z prawdziwą satysfakcją, na ten piękny niedzielny dzień, chciałem przedstawić dziś kolejny swój felieton z „Warszawskiej Gazety”. Dziś o frankach, frankowczach i o tym, jak to nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre.

Mam znajomego, można wręcz powiedzieć, że kolegę i przyjaciela, który przez wiele lat, jeszcze zanim się poznaliśmy, był bardzo gorliwym członkiem grupy zwanej tu pogardliwie lemingami. Kolega jest człowiekiem zamożnym, pod względem zawodowym bardzo dobrze sytuowanym, a gdy chodzi o sytuację towarzyską, to od swoich znajomych – obok oczywiście podejścia do życia – różni go również i to, że dom ma już od dawna spłacony, i jedyne interesy, jakie dziś prowadzi z bankami, to te, które wynikają z systemu obowiązującego każdego z nas.
I oto jeszcze kilka lat temu, kolega mój poinformował mnie o tym, co dziś nagle stało się wiedza publiczną, że w Polsce jest jakieś 800 tysięcy osób, które zaciągnęły w bankach kredyty indeksowane w stosunku do franka szwajcarskiego, co sprawia, że właściwie już teraz większość z nich, wraz ze swoimi domami i z rodzinami, stanowi własność banków. Jak mówię, rozmowę tę prowadziliśmy kilka lat temu, gdy, owszem, było coraz gorzej, ale na to, co się dzieje dziś niemal na naszych oczach, musieliśmy jeszcze poczekać. Jednak już wtedy mój kolega – powtórzę to jeszcze raz z prawdziwą satysfakcją – swego czasu gorliwy leming, a dziś człowiek, który szczęśliwie się z tej matni wyrwał, mówił mi, że wszyscy ci ludzie, wśród których są jego dobrzy znajomi, w wielu wypadkach już zaczynają ze strachu popadać w alkoholizm i wszelkie inne -holizmy, a mimo to wciąż bardzo mocno popierają Platformę Obywatelską i równie mocno wierzą, że w momencie gdy PiS wróci do władzy, nastąpi katastrofa, w wyniku której oni będą musieli spłacać swoje kredyty jeszcze dłużej, niż grać będzie wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
No i powiedział mi mój kolega coś jeszcze. Moment, kiedy oni się przebudzą, nadejdzie, tyle że może jeszcze nie teraz. A kiedy się obudzą, to z krzykiem.
Jak już pewnie większość z nas wie, Szwajcaria uwolniła dotychczas bardzo twardo stojący kurs franka, co spowodowało, że znajomi mojego kolegi, jeśli w czasie gdyśmy sobie tak wesoło rozmawiali, mieli do spłacania powiedzmy 3 tysiące złotych miesięcznie, dziś już tych złotych mają dwa razy więcej, a domy, które sobie pobudowali, straciły na wartości znacznie bardziej niż o tę głupią połowę, co oczywiście doprowadziło do tego, że oni nie dość, że już nie mają nic, to jeszcze to co mieli, bank im doliczył do dotychczasowego długu.
Weszliśmy w rok wyborczy. Najpierw będziemy wybierać prezydenta, po paru miesiącach parlament, a ja wiem, że oni już wiedzą. Wiedzą, jak było, kto mówił prawdę, kto kłamał, komu oni uwierzyli, kogo nienawidzili, a kto ich najzwyczajniej w świecie wystawił do wiatru. Ale wiedzą też coś jeszcze, i wiedzą to na pewno. To mianowicie, gdzie mogą szukać ratunku. Wcale nie pewnego, wcale nawet nie obiecywanego, ale jedynego wyobrażalnego. I to akurat jest wiadomość bardzo dobra.

Przypominam tym, którzy nie wiedzą, albo akurat mają co innego na głowie, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki, w tym w bardzo promocyjnej ofercie dwie pierwsze, podpisane jeszcze imieniem Toyah.

czwartek, 22 stycznia 2015

Ogórek jak Tymiński, czyli o Marksie, który się pomylił

Nie bardzo już pamiętam, jaka była dokładnie frekwencja w prezydenckich wyborach w roku 1990, kiedy to Lech Wałęsa wystartował przeciwko Tadeuszowi Mazowieckiemu, ale o ile sobie przypominam lekko powyżej 60 procent. O ile nie zawodzi mnie pamięć, w tamtych wyborach, kiedy to napięcie polityczne było tak wielkie, że wydawało się, że cały naród ruszy do urn, by albo poprzeć ową ledwo co rozpoczętą niby-rewolucję, albo ją w proponowanym kształcie bezwzględnie odrzucić i wybrać nam na prezydenta Lecha Wałęsę, człowieka-symbol, człowieka-znak, człowieka-nadzieję, niemal 40 procent wyborców na tę całą cholerną politykę się wypięło i poszło oglądać telewizję – galerii handlowych jeszcześmy nie mieli. I ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że byli wśród nas i tacy, co już wtedy doskonale wiedzieli, że tu jeden jest wart drugiego i nie ma się czym emocjonować, jednak daję słowo, że owa atmosfera walki była znacznie, znacznie silniejsza, niż to co mamy teraz, choćby i w najbardziej drastycznych momentach. To była prawdziwa wojna. I naprawdę nie trzeba było oglądać telewizji i czytać gazet, ani nawet stać w owym zgromadzonym w katowickim Spodku tłumie, który tam przyszedł, by słuchać Wałęsy, jak obiecuje nowe otwarcie, by to wiedzieć. To były miesiące o takim poziomie politycznego napięcia, jakiego nie widzieliśmy nigdy wcześniej i już nigdy później. No i kiedy ogłoszono wyniki pierwszej tury, okazało się, że frekwencja wyniosła 60 procent.
Jak mówię, nie pamiętam dokładnie liczb, natomiast pamiętam tę atmosferę. Przede wszystkim, gdyby kierować się oficjalną propagandą, a również tym, co mogliśmy usłyszeć z ust naszych znajomych i znajomych znajomych, można było mieć pewność, że Tadeusz Mazowiecki zostanie prezydentem już w pierwszym rozdaniu. Propagandowy atak na Lecha Wałęsę, gdzie pokazywano go niezmiennie, jako durnia i wariata z siekierą, który Polskę cofnie do czasów najgorszej komuny, był tak mocny, że nawet dzisiejsze zadręczanie Jarosława Kaczyńskiego przez media robi wrażenie zwykłej spokojnej manipulacji, która, owszem, może irytować, ale w sumie jest jak najbardziej do zniesienia.
No i był jeszcze Tymiński, czyli słynny Stan z żoną i czarną teczką – tajemniczy biznesmen przybyły z dalekiego Peru, który tym, co już nie wierzą nikomu, obiecał autentyczną zachodnią demokrację i dobrobyt. Wbrew temu, co się dziś sądzi, to nie Wałęsa najwięcej obiecywał, ale właśnie Tymiński. A ja, powiem uczciwie, byłem tak mocno przekonany, że z tym Tymińskim to jakiś przekomiczny żart, że autentycznie nie potrafiłem pojąć, dlaczego on jest tak bardzo atakowany przez System. Co bowiem komu przeszkadzało jakieś nie wiadomo co, które nawet nie jest w stanie mówić po polsku bez akcentu. Że on się zachowuje jak czarny jeździec na koniu, który przynosi wybawienie, że jest taki tajemniczy i w pewien szczególny sposób przystojny, że obok niego wciąż tkwi owa milcząca i jeszcze bardziej niż on tajemnicza Peruwianka, że na stole jest ta czarna teczka, której zawartość zostanie ostatecznie odsłonięta? No i co z tego? W końcu nikt nie jest tak głupi, by się na coś tak prymitywnego dać złapać. No a mimo to, w pewnym momencie, kiedy do wyborów zostało zaledwie parę dni, niemal cała oficjalna propaganda już się nawet przestała skupiać na Wałęsie i zwróciła się w stronę owego Tymińskiego. A ja się wciąż zastanawiałem, czego oni się boją? Kogo?
No i to akurat już chyba wszyscy pamiętamy. Nadszedł powyborczy poniedziałek i okazało się, że Wałęsa dostał zaledwie niecałe 40 procent głosów, Mazowiecki jakieś 17 czy 18, natomiast drugie miejsce zajął ów biznesmen z Peru z ponad 20 procentami poparcia. Po zaledwie roku od dnia, kiedy Tadeusz Mazowiecki został premierem i przez wiele miesięcy notował wynik na poziomie ponad 90 procent, okazało się, że w Polsce nie znalazło się nawet 3 miliony osób, dla których on stanowić by mógł jakąkolwiek wartość i jakikolwiek wybór.
Po dwóch tygodniach mieliśmy drugą turę, gdzie frekwencja była jeszcze niższa, bo ledwie 50 procentowa i Wałęsa Tymińskiemu wlał bez żadnej dyskusji.
Czemu dziś mnie akurat wzięło na wspominanie zdarzeń sprzed 25 lat? Otóż powód jest bardzo konkretny, a sprowadza się do tego, że moim zdaniem polityczna sytuacja wobec nadchodzących w maju wyborów prezydenckich jest bardzo podobna do tamtej. Z jednej strony mamy większość społeczeństwa polityką kompletnie niezainteresowaną, z drugiej jednoznacznego faworyta, Bronisława Komorowskiego, z trzeciej kandydata zjednoczonej patriotycznej opozycji, Andrzeja Dudę, wedle wszelkich oficjalnych spekulacji, skazanego na oczywistą i ciężką porażkę, a gdzieś z boku tę lalunię o nazwisku Ogórek, wprawdzie nie z Peru, natomiast od ówczesnego Tymińskiego znacznie bardziej atrakcyjną, wykształconą, elokwentną i zdeterminowaną, by może owych wyborów nie wygrać, ale wziąć, co się da. I co najważniejsze, jak wiele na to wskazuje, mamy do czynienia z kimś, kto w odróżnieniu od Tymińskiego, nie jest wymysłem służb, które wymyśliły sobie, że wystawiając ją, odbiorą trochę głosu Dudzie, a już za chwilę mogą się zacząć bać, że to nie Dudzie ona sprawi niespodziankę, ale komuś kompletnie innemu i niespodziewanemu.
Ale jest coś jeszcze, na co nie mogłem nie zwrócić uwagi, a co mi bardzo dramatycznie przypomina czasy sprzed ćwierć wieku. Otóż każdy kolejny dzień przynosi kolejne dowody na to, że System Magdy Ogórek się boi i to boi się, jak jasna cholera. Kiedy czytam komentarze głównych reżimowych komentatorów, niemal fizycznie po drugiej stronie tej agresji – bo to już jest autentyczną agresja – widzę tamtego dziwnego człowieka z teczką. I oczywiście słyszę ten śmiech, widzę te szyderczo wykrzywione usta, zauważam oczywiście ten pozorny spokój i pewność siebie, a jednocześnie nie mogę przestać patrzeć na tę tak starannie wyszykowaną kobietę i widzieć Stanisława Tymińskiego – owego tajemniczego biznesmena z Peru, powstającego spod tego bezwzględnego i tak bardzo brutalnego ataku. Ale nie tylko o nim. Bo również o tych wszystkich ludziach, którzy oddali na niego głos w tamtych wyborach. Nie zamiast na Wałęsę, ale zamiast na Wałęsę i Mazowieckiego.
W tamtych wyborach – w pierwszej turze oczywiście, a nie w drugiej, która była już obciążona owym kompletnie obłędnym wyborem – Wałęsa otrzymał poparcie niespełna 40 procent głosujących i postarajmy się ten wynik docenić, choćby uwzględniając fakt, że to był naprawdę dopiero początek i nadzieje były znacznie bardziej rozbuchane, niż dziś. On dostał więc te swoje 40 procent i razem z Tyminskim wszedł do drugiej tury, gdzie go naturalnie rozniósł. To było 40 procent, ale wiemy, że nawet gdyby na Wałęsę zagłosowało 30, czy 25 procent, on i tak by do tej drugiej tury wszedł i ją wygrał z palcem w swojej dziurawej skarpetce. 25 procent w pierwszej turze. To naprawdę niewiele, ale wiele wskazuje, że więcej nie trzeba. Naprawdę więcej nie trzeba. Zastanówmy się więc nad tym i naprawdę kibicujmy im, żeby jeszcze bardziej się skupiali nad tym, żeby Magdę Ogórek niszczyć. Myślę, że nie zaszkodzi nawet aresztować jej męża, że już nie wspomnę o tym, że ktoś z nich, kiedy te wybory będą tuż-tuż wpadnie może na pomysł, by się wziąć bezpośrednio za nią. W końcu od czegoś ta prokuratura jest, prawda? To może zrobić odpowiednie wrażenie. A my te nerwy obserwujmy ze spokojem. Może być naprawdę ciekawie.
Stary Marks wymyślił w swoim czasie, że historia wraca w formie swojej własnej parodii. Nasze ostatnie doświadczenia wskazują, że tu on akurat się nie mylił. Jest jednak pewna szansa, że ten jeden raz się okaże, że parodia już była, a historia potrafi się również powtórzyć bez śladu uśmiechu.

Wszystkim polecam korzystanie z księgarni Coryllusa, oczywiście pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż, w cenie zaledwie 15 zł plus przesyłka, jest do kupienia pierwszy wybór moich felietonów zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. Serdecznie zachęcam.

czwartek, 1 stycznia 2015

Marian na Prezydenta, Rafał na Szefa Kancelarii

Ponieważ z nowym rokiem, podobnie jak cała moja rodzina, popadłem w depresję, będącą wynikiem tego, że kiedy człowiek posuwa się o rok do przodu, nie bardzo daje to powody do świętowania, a ja sam przez to, że w tym roku wali mnie w łeb sześćdziesiątka, powodów tych mam szczególnie niewiele, nie mam nastroju, by pisać kolejny tekst. A zatem z lekkim wyprzedzeniem nawet w stosunku do oryginalnej publikacji, przedstawię może swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Może się nam wszystkim zrobi weselej.

Jak każdy z nas się orientuje, rok w który właśnie wkroczyliśmy, przynosi nam, ludziom, którzy jakimś niepojętym cudem wciąż interesują się polityką, dwa ważne wydarzenia – najpierw wybory prezydenckie, a krótko po nich wybory do Parlamentu. Z tego co wie każdy w miarę zorientowany obywatel, gdy chodzi o Parlament, będziemy mieli pojedynek Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, natomiast do walki o prezydenturę, z jednej strony przystąpi Bronisław Komorowski, a z drugiej Andrzej Duda. I to jest całość, gdy chodzi o tak zwaną konkurencję. Poza Dudą i Komorowskim, oraz poza PiS-em, a PO, nic więcej już się nie wydarzy.
I oto, proszę sobie wyobrazić, w sytuacji, która wygląda na aż nazbyt oczywistą, po prawdziwie prawej stronie sceny politycznej – do której, jak rozumiemy, PiS, nie należy – pojawiły się pewne ruchy, i jak uczy doświadczenie, odgłosy owych ruchów będą już tylko coraz głośniejsze. Chciałbym więc, zanim zrobi się naprawdę ciekawie, króciutko przedstawić sytuację, w taki sposób, by gdy nadejdzie odpowiedni już czas, nikt z nas nie poczuł się nadmiernie zdezorientowany. Otóż, jak się dowiaduję, jako pierwszą, polska prawica zgłosiła kandydaturę Janusza Korwina Mikkę, a ten wziął i odmówił. Czemu? Bo podobno nie szczególnie mu zależy, by mu grzebano w życiorysie, a, jak wiadomo, bycie Prezydentem RP na ogół wymaga choćby minimalnej przejrzystości. W tej sytuacji polska prawica wysunęła kandydaturę Rafała Ziemkiewicza, wybitnego prawicowego dziennikarza i publicysty… i tu również okazało się, że mamy tak zwane „pudło”, bo Ziemkiewicz też nie chce być prezydentem. Czemu on? Tym razem z życiorysem problemu nie ma, natomiast, jak to wyjaśnił sam zainteresowany, problem polega na tym, że jeśli nie daj Boże on przegra te wybory, będzie musiał kandydować do Parlamentu, a wtedy automatycznie zadeklaruje się jako polityk, a on politykiem być nie chce, bo Polska potrzebuje pisarzy, a nie polityków.
No i w tej sytuacji, proszę sobie wyobrazić, polska zjednoczona prawdziwa prawica wysunęła kandydaturę człowieka nazwiskiem Marian Kowalski. Któż to taki ów Marian Kowalski? Najlepiej byłoby oczywiście zamieścić tu jego zdjęcie, ale ponieważ jest to niemożliwe, spróbuję króciutko nakreślić ów profil. Otóż Marian Kowalski to rzecznik prasowy Obozu Narodowo-Radykalnego, oraz wiceprezes Ruchu Narodowego. Uprawia kulturystykę i trójbój siłowy. Ponadto pracował jako instruktor sportowy i przy ochronie imprez. Dwukrotnie kandydował w wyborach na prezydenta Lublina. No a teraz zjednoczona prawica wysuwa jego kandydaturę na prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
Ktoś powie, że ja sobie stroje żarty. Czasem tak, tym razem jednak jestem jak najbardziej poważny. Marian Kowalski jest oficjalnym kandydatem polskiej prawicy w przyszłorocznych wyborach prezydenckich, a powagę owej kandydatury poświadczył sam Rafał Ziemkiewicz, mówiąc: „Wydaje mi się, że ta kandydatura ma duże plusy i spory potencjał. Moim zdaniem Marian Kowalski może odegrać jakąś rolę w tych wyborach”.
Trzymajmy się krzeseł. Będzie się działo.

Moje książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Od zeszłego roku nic się nie zmieniło. To są wciąż książki najlepsze. I zaręczam, że mój ewentualny brak skromności nie ma tu nic do rzeczy.

piątek, 2 lipca 2010

Gierek? Państwo raczą żartować.



Atak jaki jest od 5 już lat prowadzony przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, opiera się na dwóch hasłach. Jedno to takie, że PiS reprezentuje najgorszy rodzaj ciemnej, niewykształconej, bezmyślnej prawicy, by nie powiedzieć faszyzmu. A hitlerowski wąsik dorysowywany z takim upodobaniem na wyborczych billboardach Jarosława Kaczyńskiego nie jest tego najbardziej wyraźnym gestem. Drugie natomiast z tych haseł określa tych ludzi i ten projekt jako najbardziej klasyczny socjalizm, by nie powiedzieć – komunizm. A nazwa ‘pisobolszewia’ zresztą też nie jest tu czymś najgorszym.
Metoda ta – jakkolwiek by nie wydawała się być pozbawiona sensu i logiki – robi wrażenie niezwykle skutecznej, choćby przez to, że przez swoją siłę symboliczną zdołała opanować podstawowy zestaw emocji, jaki w dzisiejszej Polsce można opanować. Jakie są dwa inne sposoby, by obrzydzić osobę, czy ideę, popularnej opinii, jak nie opisując je przy pomocy owych dwóch najbardziej mocno wartościujących znaków, jakimi jest Hitler i Stalin? Cóż może być skuteczniejszego ponad stworzenie takiego społecznego odruchu, kiedy to na widok człowieka, którego pragniemy wystawić na publiczne ośmieszenie, ludzie będą reagować albo okrzykiem „On jest dokładnie jak Gomułka!”, albo „A to mały Hitlerek!”
Metoda ta jest wyjątkowo skuteczna jeszcze przez swoją uniwersalność. Ona może być stosowana zarówno razem jak i osobno, a jeśli osobno, to i tak – i tak, zależnie od okoliczności. Jeśli Solidarność wychodzi na ulice, a Prawo i Sprawiedliwość apeluje o szacunek i zrozumienie bólu pracowników, natychmiast podnosi się krzyk, że to z czym mamy do czynienia, to najbardziej prostacki socjalizm i najbardziej prostacka jego obrona. Jeśli pojawia się spór o in vitro, czy aborcję, czy o zaostrzenie prawa wobec przestępców – w jednej chwili gotowy jest atak na wręcz faszystowski zamordyzm prezentowany przez ludzi, którzy ograniczają zwykłą ludzką wolność. Kiedy natomiast Prawo i Sprawiedliwość apeluje o wzrost narodowej świadomości i o godnościową politykę Polski w Unii Europejskiej, to można walić obustronnie – z jednej strony zarzucać tej polityce faszystowską mocarstwowość, a z drugiej antyeuropejskie, a zatem sowieckie – w końcu innych nie ma – sentymenty geopolityczne.
Kiedy dziś, pod koniec już swojej kampanii wyborczej, Jarosław Kaczyński wykonuje szereg gestów pod adresem ludzi, dla których współczesna Polska jest niemal wyłącznie zawodem, a których serca i emocje w znacznym stopniu tkwią w czasach ich młodości – młodości byle jakiej, ale przynajmniej pozbawionej tego strasznego dziś braku czasu, nieustannego braku pieniędzy, nieprzerwanej troski i to czy uda się tym razem uniknąć gróźb ze strony najróżniejszych biur windykacyjnych, młodości prostej i jasnej – wszyscy ci rycerze Nowego Świata otwierają zszokowane buzie i krzyczą: „No proszę! Oto nasz prawicowiec!” Kiedy dziś, w ostatnich dniach tej kampanii, niemal już trzy miesiące po smoleńskim nieszczęściu, Jarosław Kaczyński po raz kolejny deklaruje swój brak zainteresowania dla dalszego rozpamiętywania postaw ludzkich na poziomie post-komunizmu, komunizmu i zwykłej lewicowości, wokoło rozlegają się tryumfalne okrzyki: „No proszę! On dla władzy jest nawet gotów pokochać PRL! A niby był takim prawicowcem!”
Każdy kto czyta ten blog w miarę dokładnie, wie że z jednej strony wielokrotnie deklarowałem swój bardzo ścisły związek z projektem reprezentowanym przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich, a dziś już tylko przez Jarosława, a z drugiej – równie wielokrotnie – demonstrowałem swój bardzo ambiwalentny stosunek do wartości, jakie kiedyś oferował PRL, a dziś oferuje Nowa Europa. Każdy kto czyta ten blog wie też, że jeśli coś mnie różni od przeciętnego wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, to być może większa refleksyjność w chwilach bardziej spokojnych i większe emocje w chwilach walki. Generalnie jednak, nikt nie powinien mieć wątpliwości, że ten blog, to blog prowadzony przez klasycznego pisobolszewika’, lub ‘kaczystę’ – do wyboru. A zatem, jeśli ktoś umie myśleć choćby w stopniu podstawowym, powinien też wiedzieć, że wszystko to co dziś Jarosław Kaczyński robi i głosi na poziomie ideologiczno-historycznym jest dla mnie, jak i dla absolutnej większości jego wyborców, w pełni zrozumiałe i akceptowalne. A jest to zrozumiałe i akceptowalne – całkowicie paradoksalnie z dwóch względów. Pierwszy to taki, że nasza wrażliwość – jeśli tylko mamy odpowiedni nastrój – pozwala nam patrzeć na czasy PRL-u w sposób w najmniejszym stopniu nie determinowany poprzez losy Andrzeja Czumy, Stefana Niesiołowskiego i Jana Lityńskiego, ale przez losy nasze i naszych bliskich. Z drugiej strony, jesteśmy w stanie świetnie zrozumieć i zaakceptować słowa Jarosława Kaczyńskiego, bo w pełni przyjmujemy jego sytuację w jakiej się znalazł po – dla wielu z nas – morderstwie z 10 kwietnia. Bo czujemy to każdym swoim nerwem, każdym swoim odruchem serca, że jego ból to nasz ból, a ten kto mu wyrządził ten ból – to nasz wróg. I w tym momencie, jeśli ktoś nas nazwie prawicową, ciemnogrodzką, dziką masą – przyjmiemy to na pierś.
Kiedy pojawił się problem stosunku Jarosława do post-komunizmu i z nim pierwsze ataki na zdradę Kaczyńskiego – prowadzone zresztą również przez część jego obozu – napisałem tu w Salonie dwa teksty, oba próbujące wykazać absolutną racjonalność z jednej strony, a moralną słuszność z drugiej, tego co Jarosław Kaczyński ogłosił. Z powodów, o których nie chcę jeszcze dziś mówić, oba te teksty otrzymały bardzo małe wsparcie już na samym swoim starcie. A przez to, jestem o tym, przekonany dotarły do znacznie mniejszej grupy odbiorców, niż można było na to liczyć. Jak idzie o sam Salon, ten blog jest szczęśliwie wystarczająco popularny, żeby jakoś sobie radzić. Natomiast to, że publikacji któregokolwiek z tych tekstów odmówiła na przykład Gazeta Polska, zasługuje na osobną refleksję i się jej doczeka. Na razie jednak nie to jest istotne. To co jest ważne, to to, że moment w którym Jarosław Kaczyński oświadczył, że od 10 kwietnia post-komunizm go nie interesuje, jest momentem wręcz rewolucyjnym. A dlatego, że jest to moment rewolucyjny, chciałbym na zakończenie przypomnieć list – list fikcyjny, list przeze mnie tylko wyobrażony – który Jarosław Kaczyński mógłby skierować do wszystkich tych, którzy albo nie rozumieją, albo zrozumieć nie chcą. Mógłby, gdyby mu pozwolono. Ale którego, właśnie dlatego, że i sytuacja i nastroje i terror Systemu, wysłać mu nie pozwoliły. Proszę jeszcze raz posłuchać:
„Sobota 10 kwietnia zmieniła wszystko. Od 10 kwietnia nic nie jest już takie same. Skutkiem tego co się stało w tamten poranek, wszystko zostało przewrócone. Nie byłbym sobą i nie zasługiwałbym na jedno dobre słowo, gdybym po tym nieszczęściu i po tym, co nam to nieszczęście powiedziało, w dalszym ciągu trzymał się swych dawnych myśli, idei i przekonań. Oczywiście, historia jest historią, winy są winami, krzywdy pozostają krzywdami. Poroszę jednak mnie zrozumieć. Ja już żyję tylko w jednym celu. Żeby uzyskać sprawiedliwość. Sprawiedliwość dla mnie i dla mojego brata ukochanego brata. A do tej sprawiedliwości ja nie potrzebuję ani Czarzastego, ani Millera, ani Oleksego, ani Wałęsy, ani pani posłanki Senyszyn. I to wcale nie dlatego, że już od dawna nie widzę wielkiej różnicy między nimi a Palikotem, pani Muchą, panem Nowakiem, Stefanem Niesiołowskim, czy wreszcie moim szanownym konkurentem Bronisławem Komorowskim, ale wyłącznie dlatego, że nie oni akurat nie dadzą mi odpowiedzi na to jedno pytanie, które mnie nurtuje – kto to zrobił? Bo ja wiem, że to nie oni. To nie Leszek Miller strącił ten samolot. Ja wiem, że są tacy, którzy bardzo chcą, bym myślał dziś – tak jak dawniej – właśnie o nim. Ale nic z tego. To nie on. Ja wiem, że to akurat tym razem nie on. Więc on mnie dziś nie interesuje.”
Proszę o tym pomyśleć. Proszę uczciwie o tym pomyśleć. A tym, którzy uznali że pojawiła się szansa i bardzo liczą, że uda się ją wykorzystać, chciałbym przekazać wiadomość przykrą. Nawet nie próbujcie. To się na nic nie zda. Już przegraliście.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...