Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Owsiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Owsiak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 stycznia 2025

O nienawiści z biało-czerwonym serduszkiem

 

      Zdarzyło się to już wiele lat temu, jeszcze zanim na murach Krakowa pojawiły się hasła „Zimny Lech” i „Krwawa Mary”, choć już po tym, jak „Gazeta Wyborcza” przypomniała niegdysiejszy wiersz Wisławy Szymborskiej zatytułowany „Nienawiść”, a nawet po tym, kiedy w roku 2007 Donald Tusk wygłosił swoje słynne trzygodzinne expose, w którym, według starannych wyliczeń, słowa „miłość” użył paręset razy. Gdzieś w tamtym oto właśnie czasie, podczas rozmowy ze znajomym, zapytałem go, kto mu się w polskiej polityce tak naprawdę podoba, a on mi odpowiedział, że jemu, od czasu gdy zeszli ze sceny Władek Frasyniuk, Jerzy Turowicz, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, jest doprawdy wszystko jedno, byle by mógł dożyć dnia, w którym zobaczy Jarosława Kaczyńskiego na taborecie ze sznurem na szyi i będzie mógł osobiście kopnąć w ten taboret.

     Od tamtego dnia przeminęło całe pokolenie, a z nim nie tylko pamięć o wyżej wymienionych politykach, ale nawet tamto słynne przemówienie Donalda Tuska o empatii, szacunku do drugiego człowieka i miłości, by nie mówić o ogromnym, postawionym przez Jana Kulczyka na przeciwko Wawelu i reklamującym zimnego Lecha, bilbordzie. Wiele innych rzeczy odeszło w przeszłość, natomiast z całą pewnością pozostała miłość i marzenie o wspomnianym taborecie. No i oczywiście Donald Tusk, który, gdyby nie wrócił do Polski z Brukseli, przepadłby kompletnie, podobnie jak cała reszta, w odmętach zapomnienia. 

      Jest więc zatem miłość, marzenie o taborecie i nad tym wszystkim Donald Tusk i owo niedawne zdjęcie, na którym jego ukochana wnuczka przylepia mu do piersi serduszko WOŚP-u, i odautorski komentarz: „Miłość zawsze będzie silniejsza od nienawiści. Prawda, kochani?”


 

 

       Gapię się w to zdjęcie i myślę sobie o tej miłości i nienawiści. I od razu przypomina mi się ów czas, tuż po smoleńskim zamachu, kiedy to nagle, jakby na rzucone przez kogoś hasło, publiczne media zostały zdominowane przez całą długą serię dotychczas głęboko ukrywanych zdjęć Lecha Kaczyńskiego z żoną, wnuczkami, jeszcze bardzo młodą córką, bratem, na które wielu z nas patrzyło z rozdzawioną twarzą i wołało: „No patrzcie tylko państwo, jaki to był miły człowiek, jacy mili ludzie!” Bardzo dobrze to wciąż pamiętam, jak to ten, dotychczas tak głupi, wiecznie pijany, z chroniczną sraczką, „mamlas” nagle stał się prawdziwie ludzki, wręcz dobroduszny i sympatyczny. Oczywiście, wystarczyło parę dni, kiedy to kard. Dziwisz ogłosił, że zmarły prezydent zostanie pochowany na Wawelu, by pełna dobroci i serdeczności twarz zmieniła się ponownie w obraz nienawiści, a słynna tuskowa empatia w skrzywione w szyderczym uśmiechu dziąsła.

      Kiedy, zakładając swój dobroczynnościowy biznes, Jerzy Owsiak wpadł na pomysł, by jego symbolem uczynić czerwone serce, mieliśmy do czynienia z zagraniem jak najbardziej perfidnym, niemniej nietrudnym do zaakceptowania. W końcu, czymże jest czysta filantropia jak nie odruchem serca? Kiedy po pewnym czasie zaczął Owsiak, przy okazji tych serc, coś bredzić o miłości i rock and rollu – nie w sensie publicznych kopulacji podczas rock’n’rollowych koncertów - całe to przedsięwzięcie zaczęło zwyczajnie cuchnąć, tak że dziś, tak jak oczywiste stało się całe to zepsucie, tak samo oczywistym stała się absurdalność owego obklejania świata czerwonymi sercami, by w ten sposób autoryzować czarną podłość i zło, jako czystą miłość. A dziś, gdy do tego dochodzą znane nam już aż za dobrze biało-czerwone serca Koalicji Obywatelskiej i nieznośna gadka Donalda Tuska, o miłości, która zwycięża nienawiść, to nie sposób dojść do wniosku, że to ich zagranie było najwyższej klasy, na które nie mamy sposobu by skutecznie zareagować, nawet jeśli prezes Kaczyński od dziś zacznie się zwracać do nas nie jak dotąd per „proszę państwa”, ale zwyczajnie, od serca, „kochani”. Choćby i przy tej okazji pokazał to swoje serce na palcach. Ów teren jest już odpowiednio zaznaczony.




sobota, 11 stycznia 2025

Jerzy Owsiak, czyli nasza bieda-odpowiedź na Jimmy'ego Saville

 

Na temat Jerrzego Owsiaka i jego biznesu starałem się nie wypowiadać od lat, dziś natomiast, w związku z ewidentną zmianą społecznych nastrojów, która w końcu, wydaje się, musiała nastąpić, chciałbym przypomnieć dwa fragmenty, z dwóch dawnych wpisów na tym blogu, z których pierwszy to rozmowa z nieznanym mi człowiekiem nazwiskiem  Łukasz Fołtyn, a drugi to też fragment jednego z najwcześniejszych moich komentarzy, jeszcze z roku 2008. Publikuję je tu dziś w przekonaniu, że przede wszystkim wypada reagować, a poza tym, jeszcze bardziej wypada powtarzać stare prawdy.

 

 

Pana wpisy sugerują, że daleko panu do WOŚP, bliżej do NFZ. Na kilka tygodni przed finałem WOŚP krytykuje pan tę inicjatywę i Jurka Owsiaka. Jest pan rzecznikiem NFZ, dostał pan posadę w rządzie?

Po pierwsze, to na temat WOŚP piszę od dawna, wręcz od wielu lat, i nie tylko w okolicach finału. Tym razem zrobiło się o tym głośno, bo tematem zainteresowali się dziennikarze.

Cieszę się, że ta sprawa zaistniała w mediach, dotychczas pisałem dla wąskiego grona. Mam też negatywne konsekwencje swoich publikacji, bo jednak atakują mnie hejterzy – a przecież "Prawdziwa cnota krytyki się nie boi". Poza tym, niech mnie przekonają, że nie mam racji.


Czyli to nie jest tak, że jest pan zamknięty na jakąkolwiek dyskusję?

Nie, dziś nawet napisałem, że zmienię o 180 stopni pogląd na WOŚP, jeśli pokażą mi jakiś szpital w Polsce, w którym faktycznie brakuje sprzętu.

Przejrzałam komentarze. Internauci już znaleźli szpital w Białymstoku. W 2012 roku miasto odmówiło zakupu rezonansu. Skontaktowałam się też z prezesem Polskiej Misji Medycznej, ordynatorem Oddziału Ratunkowego w Bochni, lekarzem Jarosławem Gucwą. Zapytałam, jak sprawa sprzętu od WOŚP wygląda z jego perspektywy. Odpowiedział: "Z mojej wiedzy w Polsce nie ma szpitala, który w dowolnym momencie byłby w pełni wyposażony i nie chciał przyjąć np. tomografu".


Taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca. Jeśli w szpitalu brakowałoby sprzętu ratującego życie, to stanowiłoby to zagrożenie życia. Taka placówka nie miałaby prawa wykonywać kontraktu z NFZ, to byłaby sprawa dla prokuratora. A podkreślam, że od WOŚP szpitale najczęściej otrzymują drobny sprzęt, tomografy to rzadkość.

Osiem tomografów WOŚP przekazało polskim szpitalom. Jeden z nich kosztuje około trzy mln zł.

To było osiem tomografów w całej historii WOŚP. Natomiast zwykle zakupują kilkaset sztuk kardiomonitorów, jeden kosztuje dwa tysiące złotych. I chce mi pani powiedzieć, że jak brakuje dwóch tysięcy, to mimo że życie pacjenta jest zagrożone, to szpital czeka na pomoc od WOŚP, a nie che mu pomóc np. samorząd czy Ministerstwo Zdrowia?

Szpitalny sprzęt najczęściej jest marnej jakości. Lekarz tłumaczył mi, że tomograf średnio zużywa się po dziesięciu latach, a firmy nawet nie produkują do tego sprzętu części zamiennych.

To możliwe, że tych osiem tomografów od WOŚP pewnie już w ogóle nie pracuje.

To oznacza, że nawet jeśli w szpitalach jest sprzęt, to kiepskiej jakości, uszkodzony. Tomografy są łatane gumą arabską, karetki mają przebieg po ponad 900 tys. km.

Nie neguję tego, że szpitale potrzebują więcej sprzętu, zwłaszcza lepszego. Neguję natomiast to, że brakuje sprzętu. To subtelna, ale zasadnicza różnica.
Chodzi mi o to, że nie ma takiej sytuacji, że szpital nie może zdobyć sprzętu, bo – wbrew pozorom – ma po pierwsze własne środki, wiele szpitali ma nadwyżki finansowe. Po drugie – dyrekcja ma możliwość zaciągnięcia kredytu, który i tak koniec końców spłaci państwo, a nie WOŚP.
Po trzecie, to same samorządy robią zakupy, przekazując dotacje, po czwarte – Ministerstwo Zdrowia udziela szpitalom wsparcia i po piąte – Unia Europejska – z tego co wiem – sfinansowała zakupy sprzętu wielokrotnie większe niż WOŚP, a niewspółmiernie mniej się o tym mówi...
Sam WOŚP nie działa tak, że szpital dzwoni i informuje, że na jutro potrzebuje sprzęt, tylko raz na pół roku robi przetargi i rozsyła te sprzęty. One są dodatkiem i nie ratują sytuacji szpitala. Może pozwolą trochę pieniędzy zaoszczędzić szpitalowi, ale może je przeznaczyć np. na premie dla dyrekcji.

Czyli pana boli to, że rodzice np. dzieci często powtarzają, że "sprzęt WOŚP uratował im życie"?

No właśnie, weźmy to zdanie "Sprzęt WOŚP uratował życie". To jest manipulacja. Po pierwsze to sam sprzęt nie leczy, więc jeżeli już, to trzeba powiedzieć: "Sprzęt WOŚP razem z lekarzami".
Ostatnio czytałem wywiad z dyrektorem szpitala i mówił, że koszty płac personelu to 80 proc. jego działalności. Czyli życie ratuje nie tylko sam sprzęt. Inna sprawa, zasadnicza – to trzeba by udowodnić, czy faktycznie szpital nie mógł tego sprzętu zakupić sam, ani nie chciały mu w tym pomóc organy do tego zobowiązane, samorządowe i Ministerstwo Zdrowia. Trudno sobie taką sytuację wyobrazić…

Wolałby pan, żeby środki, które zbiera Jurek Owsiak, były przeznaczane np. na płace dla pielęgniarek czy lekarzy?

Nie, to też byłby absurd. Uważam, że jeżeli ktoś chce pomagać, to niech pomaga tym, którzy wołają o pomoc. Przecież takich apeli ludzi w potrzebie jest wiele. Np. na leki, których NFZ faktycznie nie refunduje. A żadnych apeli szpitali o sprzęt nie widziałem.
To byłby wstyd dla samorządu i państwa, i afera na całą Polskę – że rząd nie chce zakupić sprzętu ratującego życie, dlatego do takich sytuacji nie dochodzi. A słyszała pani o sprzęcie wartym kilkadziesiąt milionów, który stoi nieużywany?

Czyli pana zdaniem WOŚP powinien wspierać ludzi, którzy na przykład apelują o pomoc na Pomagam.pl czy Zrzutka.pl?

Na przykład. Jest bardzo wielu pacjentów w Polsce, których się nie leczy, ale nie dlatego że brakuje sprzętu, ale nowoczesnych leków. I to rzeczywiście byłoby pomaganie komuś, kto potrzebuje pomocy, a nie ma zapewnionego leku.
W pewnym sensie WOŚP nie pomaga ludziom, tylko państwu. To, co robi Orkiestra nie podlega działalności charytatywnej, bo ta definiowana jest jako pomoc osobom w potrzebie.

Chciałby pan, żeby WOŚP nie wspierał NFZ-tu?

Tak. WOŚP dokładając swoją jedną tysięczną przejmuje wszystkie niemalże "zasługi" za to, co robi NFZ. I później powtarza się, że to WOŚP ratuje życie. Nikt nie mówi, że to NFZ uratował mu życie.

Dlaczego tak panu przeszkadza WOŚP?

Dlatego, że wokół WOŚP jest wielki i fałszywy rozgłos. Jest to przechwalanie tej organizacji, kosztem tego, co robi tutejszy system. Jest to wręcz ośmieszanie nas, płacących składki. A ja płacę składki i nie chcę, żeby ktoś mnie ośmieszał, że to nic nie daje. Głosi się, że dopiero WOŚP ratuje życie – chociażby z tego względu.

Brytyjski fundusz zdrowia reklamuje się np. podczas Igrzysk Olimpijskich. Oni z dumą pokazywali, że mają system publicznej ochrony zdrowia.
A u nas nie ma żadnej reklamy. A w pewnym sensie NFZ potrzebuje takiej kampanii PR-owej, żeby też pokazali, ile operacji robią, ile żyć ratuje np. pogotowie ratunkowe. To kosztuje olbrzymie pieniądze, setki razy większe niż zbiórki WOŚP, ale tego się nie widzi... Albo to też "zasługa WOŚP".

Upewnię się tylko raz jeszcze – na pewno nie pracuje pan dla NFZ? Bo robi pan czarny PR WOŚP a promuje NFZ.

Nie. Uważam, że interes publiczny wymaga tego, żeby przedstawić prawdę.

A nie uważa pan, że pisanie takich komunikatów o WOŚP szkodzi nam wszystkim?

Sformułowanie, że "WOŚP jest szkodnikiem służby zdrowia" – jest wyrwane z kontekstu. Napisałem, że ludziom miesza się w głowach, sądzą oni, że składki nic nie dają. Większość osób pisze, że "NFZ nic nie daje" i "moje dzieci uratował WOŚP". Jeśli tak dzieciom mówimy, to WOŚP przyczynił się do tego, że mamy jedne z najniższych nakładów na służbę zdrowia.

Niech pan rozwinie.

Politycy zamiast dbać o to, by zwiększyć budżet na służbę zdrowia, to wolą się pokazać na finale WOŚP-u.


No nie wszyscy politycy. Prawica krytykuje Owsiaka.


Nie, wszyscy politycy wspierają WOŚP. Prezydent Duda przekazuje rzeczy do licytacji. Premier Szydło także wsparła zbiórkę, minister Radziwiłł wystawił na aukcji spotkanie ze swoją osobą itp.
Żaden polityk w Polsce nie śmie krytykować WOŚP czy Owsiaka, a przecież on ich ośmiesza. Robi z nich… złodziei, skoro składki na NFZ nie dają nic, a WOŚP dokładając 1/1000 robi wszystko…

A pan dorzuca się do skarbonki WOŚP?

Daję, bo muszę. Nie da się w dniu finału przejść przez ulicę nie dając nic do puszki WOŚP.

Nie, przecież może pan powiedzieć wolontariuszom to, co napisał pan na Facebooku. Myślę, że nikt pana siłą do puszki nie zagoni.

Jest to szantaż moralny. Nie życzę sobie, żeby WOŚP dla mnie kupował sprzęt, wolę wymóc to na NFZ. Ale nie ma wyboru. To jest tak, jakby jakaś firma wysłała pani towar, a później kazała za niego zapłacić.
Owsiak wyświadcza nam usługę, dokłada swoją malutką cegiełkę i ja już nie mam wyboru. Skoro mogę kiedyś potrzebować sprzętu, to muszę dawać. I większość ludzi wychodzi z takiego założenia.

Pan się naprawdę czuje zaszantażowany przez Jurka Owsiaka? Przecież nie musi pan wrzucając na WOŚP dorzucać kartki: "Ja, niżej podpisany wsparłem WOŚPi w razie gdy znajdę się w szpitalu....".

Ale czuję się zobowiązany moralnie. I myślę, że tak samo czuje się większość osób. Skoro Owsiak dla nas robi zbiórkę i pomaga szpitalom, to my musimy się do tego dołożyć. Wyświadcza usługę – chcąc nie chcąc – my z tego korzystamy.

Czyli jest pan osobą honorową. Mógłby pan nie dać, a później w szpitalu korzystać ze sprzętu oznaczonego czerwonym serduszkiem.

Jestem honorowy jak większość. Poza tym najcześciej wolontariuszami są dzieci i trudno byłoby im tłumaczyć całą tę sytuację.

W sieci piszą o panu: "nie ma serca, dołączył do prawicy, która hejtuje Owsiaka i WOŚP, nie potrafi komunikować się z ludźmi".

Służba zdrowia to nie jest kwestia dobrego serca, tylko po prostu odpowiedniej organizacji i finansowania. Dobrym sercem nie uzdrowimy pacjentów. A wielu z nich potrzebuje, żeby służba zdrowia była lepiej opłacona, żeby było więcej etatów. I to ich uleczy. A nie nasze dobre chęci i organizowana raz do roku impreza, która jest głównie dla nas, nie dla chorych.

Chcący czy niechcący robi pan WOŚP i Owsiakowi czarny PR. Nawet jeśli uważa pan, że pieniądze, które zbiera WOŚP nie powinny być przeznaczane na sprzęt, bo pana zdaniem, tego jest w szpitalach w nadmiarze, ale bezpośrednio na osoby potrzebujące, to i tak szkodzi pan WOŚP i zniechęca pewnie jakąś część Polaków, żeby przekazywać pieniądze. Robi pan niedobrą robotę.

Jeszcze raz – sprzętu nie ma w nadmiarze, tylko go nie brakuje. I szpitalom nie zabraknie środków na ich zakup, jeśli naprawdę jest to sprzęt niezbędny do ratowania życia.
Co do mojej krytyki organizacji – to i tak wiele osób daje na WOŚP na przekór. Więc pewnie znowu będzie rekord, chyba że przeszkodzi w tym zakaz handlu w niedzielę i mniej ludzi będzie w centrach handlowych. Na szczęście dla WOŚP nigdy nie zawodzą osoby wychodzące z kościołów.
Po drugie uważam, że dobre będzie i dla służby zdrowia, i dla WOŚP, jeśli powiemy sobie prawdę. Żyjemy wierząc w bajki o tym, że zbiórka organizowana raz w roku uzdrawia służbę zdrowia... Korzyści z tego jednego promila, który dokłada WOŚP, są mniejsze niż straty wynikające z tego, że ludzie błędnie myślą o służbie zdrowia, jej finansowaniu, że uważają, że składki nic nie dają, a WOŚP dużo.

Myśli pan, że to przez WOŚP mamy niskie nakłady na służbę zdrowia, dobrze rozumiem?

Między innymi. Bo ludzie zamiast naciskać na polityków, by zwiększyli środki na służbę zdrowia, uważają, że Owsiak naprawia tę sytuację. I że to załatwia sprawę.
A sądzę, że to negatywne. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi. I jeżeli racje ma WOŚP, to sama się obroni. Do tej pory praktycznie żadnej krytyki WOŚP nie było, obowiązywał zbiorowy zachwyt. To niezdrowe z zasady, bo wszystko, co jest poza krytyką z czasem ulega zepsuciu.

 

 

Uczyłem kiedyś w publicznym gimnazjum, obok jednego z wielkich katowickich zespołów osiedli. Kiedy w poniedziałek dzień po owsiakowej akcji, zaczęły się poranne lekcje, zauważyłem, że cała klasa jest absolutnie zdekoncentrowana i zajęta czymś wyjątkowym. Po chwili usłyszałem, że dzieci dyskretnie przekazują sobie informacje o tym, ile udało im się wczoraj zarobić. Ktoś mówił, że ma 70 zł, kto inny, że 120, ktoś jeszcze inny, że tylko 35. Na ławkach pojawiły się banknoty, pomięte, wygniecione i tak już do końca lekcji. Na następnej lekcji - to samo. Podobnie na lekcji kolejnej. Większość moich uczniów, przez ten "poświąteczny" poniedziałek żyła tylko tą jedna rzeczą - pieniędzmi, które zdobyły przy okazji Orkiestry. Ponieważ miałem swoją ‘zaprzyjaźnioną' klasę i ‘zaprzyjaźnionych' uczniów, w końcu udało mi się przeprowadzić odpowiednie badania. Dowiedziałem się, że ta jedna styczniowa niedziela traktowana jest przez wszystkich wyłącznie, jako sposób na zdobycie gotówki. Nikt z moich rozmówców absolutnie nie brał pod uwagę, że to, co robią to jest coś złego. Dla wszystkich, wyciąganie pieniędzy z puszek było czymś tak oczywistym, że aż nie wartym omawiania. Jedyna kwestia godna wzmianki, to - ile? Pytałem, jak te, ich zdaniem, naturalne kradzieże, są możliwe z technicznego punktu widzenia. Wszyscy mi mówili, że to w ogóle nie jest problem. Przepływ pieniędzy nie jest absolutnie kontrolowany, puszki są kompletnie niezabezpieczone i nikt niczego ani nie sprawdza, ani nie liczy. Przynajmniej do czasu, jak dzieci są na miejscu. Chłopak, czy dziewczyna, przychodzą do odpowiedniego punktu, dostają puszkę, pod koniec dnia oddają pustą puszkę i nikt nawet nie ma czasu, żeby cokolwiek sprawdzać i o cokolwiek pytać. Nie trzeba się nigdzie podpisywać, niczego poświadczać. Jedyny kłopot, to taki, że trzeba całą niedzielę spędzić na łażeniu po mieście.

A muszę tu podkreślić, że szkoła, w której pracowałem, to nie była szkoła specjalnego typu, ze specjalnymi dziećmi, o specjalnym charakterze. Zwykła publiczna szkoła, jakich wiele. A, co ciekawe, uczniowie, z którymi rozmawiałem, mówili, że to, co się u nich dzieje, to absolutnie nic wyjątkowego. Że WOŚP to właśnie jest to. Coroczna okazja, żeby coś zarobić.

Więc mamy w Polsce osobę, o której media mówią "Jurek" . I mamy dwa razy do roku – sierpniowy festiwal – okazję obcowania z jego dziełem. Mamy również przykry obowiązek uczestniczenia w zbiorowej afirmacji tego, co ów Jurek stworzył. Każe nam się wierzyć, że w poświąteczną niedzielę i w ciągu trzech sierpniowych dni dochodzi do – jakkolwiek by na to patrzeć – manifestacji czystego dobra. A ja widzę i wiem, że to z czym mamy do czynienia, to nie dość, że nie jest jakimkolwiek dobrem, za to jest najzwyklejszym moralnym złudzeniem. Ta styczniowa niedziela nie przynosi żadnej pomocy; to co dostajemy to najbardziej pokręcone złudzenie pomocy, a jeśli idzie o konkrety, to jedynie parę godzin szaleństwa i niedzielnej przygody.

Te pierwsze dni sierpnia, z kalendarza Jerzego Owsiaka, nie dają nawet tego. Dziś, jutro i pojutrze będą jedynie okazją do pogrążenia się w pustce.



 

poniedziałek, 29 stycznia 2024

O dobra czynieniu

 

Jak tu już kiedyś słusznie zauważył nasz ksiądz Krakowiak, powodem dla którego tak fatalnie się tu ostatnio opuściłem, nie jest moja rozpacz z powodu porażki Prawa i Sprawiedliwości, ani tym bardziej postępki nowej władzy wobec Polski i Polaków, lecz fakt, że moja postępująca starość z każdym dniem wymaga ode mnie koncentrowania się na życiu , i trudno jest mi znaleźć dobry moment, by siąść i coś napisać. Drugim powodem owego zastoju – bpo wciąż wierzę, że jest to zaledwie zastój – jest dramatyczna wręcz ocywistość tego co dziś wszyscy przyżywamy, a ja nigdy nie miałem ambicji by odnosić się do kwesti oczywistych. Stało się jednak tak, że przy okazji kolejnego wydania tak zwanej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy trafiłem na coś, o czym, jak podejrzewam, wielu z czytelników tego bloga wie od dawna, a ja dla tych z nas, którzy, podobnie jak ja, o tym bladego pojęcia nie mieli, chciałbym podrzucić coś nadzwyczaj cennego.

I dalej już nie będzie ani jednego słowa ode mnie, ale dokładny zapis informacji przekazanej przez coś co nosi nazwę Instytutu Zachodniego. Proszę się skupić.

      

      Jednym z bardziej charakterystycznych elementów życia codziennego w III Rzeszy były kwesty uliczne na Dzieło Pomocy Zimowej (Winterhilfswerk, WHW). Była to ogólnokrajowa akcja charytatywna na rzecz potrzebujących zainicjowana w 1933 r. i nadzorowana przez Narodowosocjalistyczną Ludową Opiekę Społeczną (Nationalsozialistische Volkswohlfahrt).

      Zbiórki prowadzano każdego roku od października przez kolejne sześć miesięcy. W tym czasie na ulicach niemieckich miast i miasteczek pojawiali się członkowie partii i innych organizacji z charakterystycznymi puszkami. Prowadzenie zbiórek było obowiązkiem młodych ludzi z Hitlerjugend oraz Związku Niemieckich Dziewcząt. Pomocą służyli im wysocy funkcjonariusze partyjni oraz członkowie różnych nazistowskich formacji, w tym SS i Narodowosocjalistycznego Korpusu Motorowego (NSKK). Kulminacyjny punkt kampanii stanowił „Dzień Solidarności Narodowej”, przypadający w pierwszą niedzielę grudnia. Na ulicach Berlina datki zbierali wówczas czołowi naziści, jak również popularni aktorzy, muzycy czy też bohaterowie wojenni. Jak donosiła berlińska prasa, do Hermanna Göringa, który kwestował na Unter den Linden, ustawiały się kolejki, a „kobiety mdlały, usiłując dostać się do puszek”. Zaangażowanie znanych z życia politycznego osobistości sprawiało, że w 1938 r. tylko w samym Berlinie w ciągu dwóch i pół godziny zebrano ponad milion marek.

      Propaganda przedstawiała tę masową kampanię jako przykład istnienia narodowosocjalistycznej wspólnoty narodowej (Volksgemeinschaft). I rzeczywiście ów „socjalizm czynu” cieszył się niemałym poparciem wśród Niemców. W 1943 r. Pomoc Zimowa zgromadziła 1,6 mld marek. Środki te wykorzystywane były na pomoc socjalną, w ramach której kupowano potrzebującym np. węgiel. Z czasem jednak – zwłaszcza po 1939 r. – przeznaczano je na zbrojenia. To właśnie pod hasłem Pomocy Zimowej zbierano odzież dla żołnierzy na froncie wschodnim. Stąd też rozwijano niekiedy skrót WHW jako Waffenhilfswerk, czyli Dzieło Pomocy Zbrojnej.

      Każdy darczyńca w podzięce otrzymywał odznaki Pomocy Zimowej, które należało przypiąć w widocznym miejscu, co z kolei wymuszało masowe uczestnictwo w akcji. Na plastikowych odznakach, które były przez wielu kolekcjonowane, widniały przeróżne rysunki, jak np. wizerunki miast niemieckich, portrety filozofów, kompozytorów itp. Jak podaje Peter Fritzsche w książce „Życie i śmierć w Trzeciej Rzeszy”, podczas kampanii z lat 1938-1939 wyprodukowano aż 170 mln sztuk odznak Pomocy Zimowej. Zresztą wzrastający popyt na nie ożywił znacząco niemiecki przemysł zabawkarski.

      Bezpośrednio z Dziełem Pomocy Zimowej powiązana była comiesięczna akcja Eintopfsonntag, czyli „jednogarnkowa niedziela”. Idea tej inicjatywy polegała na tym, aby każdej pierwszej niedzieli miesiąca w okresie od października do marca przygotowywać prosty, jednogarnkowy posiłek, którego koszt nie powinien przekracza 0,5 marki na osobę w rodzinie. Tego dnia w mieszkaniach zjawiali się członkowie partii z puszkami Pomocy Zimowej i zbierali „zaoszczędzone” fenigi. Było to też okazją do inwigilacji.

      Obie akcje cieszyły się względnie dużą popularnością wśród Niemców, choć spotykało się też słowa krytyki. Dotyczyły one przede wszystkim ich pozornie dobrowolnego, a w rzeczywistości przymusowego charakteru. Na Pomoc Zimową, nazywaną niekiedy „zorganizowanym rozbojem w biały dzień”, musieli składać się pracownicy przedsiębiorstw państwowych oraz urzędnicy. Za odmównie wpłaty groziły poważane konsekwencje, a nawet sąd. W systemie powszechnej inwigilacji i donosów niespotykana była też odmowa wrzucenia pieniędzy do puszki.

      Zbiórki na Pomoc Zimową organizowano przede wszystkim podczas różnych niemieckich uroczystości. Przykładowo, w 1940 r. dobrą okazją stał się Dzień Policji Niemieckiej (Tag der Deutschen Polizei), obchodzony 18 lutego. W akcję zaangażowani zostali wówczas funkcjonariusze Narodowosocjalistycznego Korpusu Motorowego, kwestujący po ulicach miasta z puszkami.


I to tyle na dziś. Z mojej strony mogę tylko dodać, że gdyby ktoś tu chciał mi zarzucić, że ja sugeruję iż Jerzy Owsiak, w swojej akcji „światełka do nieba” kontynuuje tradycję nazistowskiej dobroczynności, to ja prostestuję. Projekt Jerzego Owsiaka, podobnie jak i jego finansowe efekty, nie mają nic wspólnego z działalnością polskiego państwa. Polskie Państwo z owej działalności nie ma nic. Cały dochód z owej dobroczynności wpada w ręce tego niezwykłego człowieka.




 

wtorek, 8 sierpnia 2023

Czy Golum bierze się za nasze dzieci?

 

       Muszę przyznać,  że kiedy i do mnie dotarła wiadomość o zaginięciu pewnej Wiktorii z Sosnowca, ogarnęły mnie myśli najczarniejsze. Przede wszystkim zaniepokoiło mnie to, że i ze zdjęć, jakie się pojawiły w mediach, ale też z szybkości z jaką służby, a za nimi media, podjęły temat, musiałem uznać, że owa Wiktoria to nie jest dziecko, które sprawia regularne kłopoty i od czasu do czasu idzie w tak zwaną długą, a zatem musiało dojść do autentycznej tragedii. Im większe zatem były moje obawy, tym większa też radość spowodowana wiadomością kolejną, że dziecko to zostało odnalezione żywe i zdrowe. Niegdysiejszy chłopczyk uprowadzony z placu zabaw w tym samym Sosnowcu, zgwałcony i zamordowany, to i tak zbyt dużo jak na moje sterane życiem serce.

      O tym co się stało po tym gdy mała Wiktoria wyszła z domu wyrzucić śmieci, co się z nią działo przez te dwa dni, gdy jej rodzice umierali z rozpaczy, i w jaki sposób została odnaleziona, służby nie informują i w rzeczy samej wiadomośc jest tylko jedna i podstawowa: dziewczynka żyje i jest bezpieczna. Media i informatorzy z wszystkich stron jednak działają i mamy jakieś tam szczegóły. Przede wszystkim, wiadomo już, że w związku ze zniknięciem dziewczynki została zatrzymana jedna osoba, no i – uwaga uwaga – dziecko to zostało odnalezione w województwie Zachodniopomorskim.

       Ja mam świadomość, że przypadki się zdarzają, jednak wydaje mi się, że to byłby przypadek nie z tej ziemi, gdyby się miało okazać, że w minioną sobotę wieczorem jednastoletnia dziewczynka z Sosnowca znika w niewyjaśnionych okolicznościach i na drugi dzień zostaje odnaleziona na drugim końcu Polski, gdzie akurat, zupełnie przypadkowo,  odbywa się organizowany pod hasłem miłości, wolności i walki z faszyzmem festiwal Pol’and’Rock.

      Powiedzmy tu może parę słów na temat tego festiwalu. Wydarzenie to, będące uzupełnieniem dorocznej akcji pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, w żaden sposób nie przypomina festiwali typu gdyńskiego Openera, czy Off Festiwalu w Katowicach. Oczywiście i jedno i drugie otacza aura pewnej pokoleniowej, czy czasem wręcz ideologicznej manifestacji, niemniej jednak i tu i tam chodzi przede wszystkim o muzykę. Pol’and’Rock, podobnie jak wcześniejszy Woodstock, to przede wszystkim właśnie – i to wynika z wciąż powtarzanych deklaracji Jerzego Owsiaka –  manifestacja wspomnianych wcześniej miłości, wolności i walki z faszyzmem, a zatem mamy do czynienia przede wszystkim z ideologią. Jeśli się jedzie do Gdyni, czy do Katowic, to przede wszystkim po to, by pobyć i posłuchać muzyki; na festiwalu Owsiaka przede wszystkim należy być, by zademonstrować swoje przywiązanie – oczywiście w sposób bardzo uwspółcześniony – do wszystkiego tego, co tak dobitnie wyraził w swoim „Imagine” John Lennon, a dziś – jak o tym pisałem w poprzednim tekście – do tego co nam sprzedaje pewien Koreańczyk z firmy Nuga Best, szczęścia, miłości i wolności. Młodzi oraz młodzi podobno z całej Polski przybyli do Czaplinka głównie po to, by poczuć ów „vibe”, a przy okazji wytaplać się w błocie, najlepiej nago i poczuć tę wolność, miłość i wszechobecne kolory, a jeśli przy okazji będzie coś grało, to tym lepiej. O tak zwanej Akademii Sztuk Przepięknych nie wspominam, bo to akurat nie interesuje nikogo poza kilkoma politykami i ich sympatykami.

       I oto wracamy do Wiktorii z Sosnowca, która, jak podejrzewam, bardzo marzyła, by pojechać do Czaplinka, ale rodzice jej nie pozwolili i w tym momencie przypomina mi się coś sprzed wielu już, bardzo wielu, lat. Ponieważ było to naprawdę dawno temu, nie pamiętam, czy to miało miejsce jeszcze w PRL-u, czy już w nowej Polsce, ale bardzo dobrze pamiętam, że był to czas jeszcze zanim Jerzy Owsiak wpadł na pomysł swojej Orkiestry i nadawany był radiowy program w którym ten sam Owsiak gadał dokładnie tak samo jak dziś, puszczał piosenki i odbierał telefony od młodych słuchaczy. Któregoś dnia zadzwoniła do niego jakaś dziewczynka i poskarżyła się, że chciałaby bardzo pojechać na festiwal w Jarocinie, ale rodzice jej nie pozwalają. I proszę sobie wyobrazić – a ja to pamiętam równie dobrze – Owsiak jej odpowiedział: „Twoi starzy są popierdoleni”...

        Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Jerzy Owsiak powszechnie kojarzy się dziś ze swoim hasłem „Róbta co chceta” i to z jego powodu jest przez jednych uwielbiony, a przez innych znienawidzony. Gdy chodzi jednak o mnie, to ja, ile razy go widzę, a już zwłaszcza słyszę, przypominam sobie tamte słowa sprzed lat: „Twoi starzy są popierdoleni”.

         Teraz jednak, kiedy Wiktoria z Sosnowca sprawiła, że wszystkim nam skamieniały serca, by już po chwili szczęśliwie powrócić do życia, myślę sobie, że między tamtym „Twoi starzy są pierdolnięci”, a nieco późniejszym „Róbta co chceta”, ale też i dzisiejszym, ledwie co upieczonym, „Kurwa, jesteście piękni” nie ma zbyt wielkiej różnicy.



sobota, 5 sierpnia 2023

O słonecznikach z turmalinu, czyli Jebać PiS

 

       Im bardziej się starzeję, tym bardziej, co jest zrozumiałe, odczuwam różnego rodzaju fizyczne dokuczliwości, a to z kolei powoduje, że coraz częściej myślę o tym, że nie zaszkodziłoby się sobą jakoś zająć. Wśród rozwiązań jakie mi przychodzą do głowy na pierwsze miejsce wysuwa się masaż, który wprawdzie życia mi nie przedłuży, ale, owszem, może sprawić, że stanę się trochę bardziej ruchliwy.

       Ponieważ jednak poza samą tą refleksją na wiele więcej nie było mnie stać, żyłem jak żyłem, gdy oto któregoś dnia szedłem sobie gdzieś tu w okolicy i zauważyłem bardzo wyraźnie oznaczony punkt pod nazwą Nuga Best i ofertę darmowego masażu pleców i nóg. Ponieważ uznałem, że jest to znana nam dobrze akcja typu "pierwsza godzina za darmo" i okazja wręcz się narzuca, zapisałem się na ów masaż i o oznaczonej porze stawiłem na miejscu. Nie minęło pięć minut jak zorientowałem się, że owo Nuga Best to jakiś koreański przekręt handlujący urządzeniami do masażu, a ja  jestem jedynie starszym panem, który okazł się kompletnym idiotą, a z punktu widzenia firmy Nuga Best posłużył im jako potencjalny klient. Zapytałem więc tej biednej Ukrainki, która tam była zatrudniona, czy będzie jakiś masaż, ona odpowiedziała mi że nie, więc wstałem i wyszedłem.

        Z prezentacji jakiej przez owe pięć minut zdołałem wysłuchać, pamiętam tylko strzępy, natomiast po powrocie do domu, jak najbardziej zajrzałem do Internetu i przede wszystkim dowiedziałem się, że owo Nuga Best operuje w całej Polsce, ma punkty w ponad 20 miastach, i od pewnego czasu bezlitośnie łupi z ostatnich oszczędności panie i panów w moim wieku, którzy byli na tyle samotni i bezradni, by zdać się na dobre serce jakiegoś cwanego Koreańczyka. Proszę spojrzeć, jak wygląda ich oferta, w kształcie praktycznie identycznym w stosunku do tej, jaką mi zaprezentowano w realu. Najpierw hasło przewodnie:

Nuga Medical promuje ludzkie zdrowie dzięki najlepszej technologii i miłości”.

A skoro jest już miłość, to dalej już wszystko leci z górki:

Założyciel firmy wykorzystał wiedzę medyczną Dalekiego Wschodu. Ceramiczny płaszcz, który stanowi podstawowe wyposażenie łóżek i innych akcesoriów bazuje na turmalinie – kamieniu półszlachetnym o znanych i wykorzystywanych na Dalekim Wschodzie od tysięcy lat właściwościach zdrowotnych. Stop, z którego wykonany jest turmalinowy płaszcz ceramiczny łóżka wzbogacony został germanem, elwanem i skałami wulkanicznymi. Powstała w ten sposób ceramika turmalinowa określana jako turmanium (Tourmanium Ceramics).

Turmalin jest głównym jej składnikiem. Ma zdolność emitowania ciepła w podczerwieni, przenoszenia stałego ładunku elektrycznego i tworzenia pola magnetycznego. Turmaliny zawierają: wapń, potas, magnez, mangan, żelazo, krzem, jod, fluor i inne pierwiastki. Ich stosowanie korzystnie wpływa na układ hormonalny, odpornościowy, krwionośny i limfatyczny, poprawia przemianę materii, równoważy układ nerwowy, rozrzedza gęstą krew i stymuluje jej krążenie. German przyspiesza eliminację toksyn i usprawnia metabolizm. Działa przeciwgrzybiczo, przeciwwirusowo, przeciwbakteryjnie i przeciwnowotworowo, stymuluje układ immunologiczny, wpływając korzystnie na naszą odporność na choroby. Elwan to minerał o korzystnym wpływie na skórę, pochłania szkodliwe substancje i metale ciężkie, oczyszcza wodę, zawiera wiele pierwiastków śladowych, jest źródłem promieniowania podczerwonego. Główną zaletą skał wulkanicznych jest zdolność długotrwałego zatrzymywania ciepła. Skały wulkaniczne pomagają też usuwać toksyny z organizmu.

       Siedząc tam na tym krześle przed ekranem monitora w katowickim oddziale firmy Nuga Best, zanim jeszcze wstałem i dałem nogę, pomyślałem sobie, że to jest absolutnie niemożliwe, by znalazła się gdzieś w miarę przytomna osoba, która byłaby w stanie nie dość, że wytrzymać czterdzieści minut tej chorej prezentacji na temat miłości i powszechnej eliminacji chorób na świecie, to jeszcze wydać pieniądze na diabli wiedzą jaki sprzęt do masażu, gdy oto, zaledwie kilka dni później ruszył kolejny, organizowany rok w rok przez Jerzego Owsiaka, festiwal Pol’and’Rock i w Internecie pojawiło się coś takiego:



a chwilę potem film z konkretną już ofertą, na którym przed sceną festiwalu stoją setki, czy tysiące ludzi ze słonecznikami w dłoniach, a ze sceny Jerzy Owsiak wykrzykuje do nich co następuje:

Polska może być krajem pełnym szacunku, gdzie szanujemy się nazwajem, gdzie możemy się przytulić, gdzie mamy dla siebie dobre słowo. Hej, Polsko, to jest właśnie Polska. Cudowna, kolorowa, tolerancyjna, zwariowana. Pełna małych dzieciaków z którymi tu jesteście. Kocham was za to, że wzięliście dzieciaki ze sobą. Niech się uczą jak można w życiu być z innymi. To jest niezwykle ważne, pamiętajcie kochani. Jesień niech będzie nasza, pamiętajcie kochani”.

      Owsiak w swoim znanym nam wszystkim stylu się wydziera, ci co go słuchają, biją brawo i  w pełnym uniesieniu machają tymi słonecznikami i ani im nie przyjdzie do głowy, że za udział  w tym ich ukochanym festiwalu, choć całkowicie darmowym, oni już zapłacili w styczniu tego roku, wykupując to jedno pełne autentycznej miłości serduszko.

       A ja z kolei sobie myślę, że moje refleksje jakie przeżywałem siedząc przez te pięć minut w punkcie firmy Nuga Best i wsłuchując się w słowa na temat turmalinu i jego zdolności do emitowania ciepła w podczerwieni, przenoszenia stałego ładunku elektrycznego i tworzenia pola magnetycznego, były jak kulą w płot. Moje przekonanie, że nie ma człowieka, który by te informacje przeżył tak, by za nie zapłacić realnymi złotówkami, były dowodem mojej fatalnej naiwności. Takich ludzi są jak najbardziej tysiące, a kto wie czy nie miliony. A przekonałem się o tym, oglądając na Twitterze ów krótki filmik, na którym Jerzy Owsiak opowiada tym ludziom ze słonecznikami – tyle że nieco innymi słowami – tak na prawdę o niczym innym jak o turmalinie emitującym ciepło w podczerwieni i przenoszącym stały ładunek elektryczny, a wszystko to w imię powszechnego szczęścia i miłości. A setki zaczadzonych do nieprzytomności ludzi ze słonecznikami w rękach słuchają tych słów z nabożeństwem, od którego kolejny krok prowadzi już tylko do przyjęcia propozycji, by zażyć specjalny eliksir , zasnąć i czekać cierpliwie aż nadleci specjalny pojazd kosmiczny i zabierze ich do krainy wiecznej miłości.

 

 

 

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Wygraliśmy z sepsą, czyli gdy każdy grzech znaczy więcej niż głupia stówa

 

      No i minęła owa kolejna niedziela, którą próbowałem odpowiednio scharakteryzować we wczorajszej notce, a ja, mimo że, jak tyle już razy wcześniej, byłem mocno pewien, że wszystko co miałem i mogę jeszcze mieć do powiedzenia, już powiedziałem, staję tu znowu i nie mogę się powstrzymać przed wypowiedzeniem jeszcze paru zdań.

      Otóż poszliśmy wczoraj, jak zawsze w niedzielne przedpołudnie do kościoła, jak zawsze od lat w styczniu przy samym wejściu natknęliśmy się na grupkę dzieci z puszkami WOŚP, a ja, jak zawsze przy tej okazji, wzruszyłem ramionami i pomyślałem sobie, że oni wszyscy wciąż i niezmiennie, przy całej swojej nienawiści do Kościoła, doskonale wiedzą, że nigdzie tak jak tu nie trafią na prawdziwie złotą żyłę. I oto nagle, kiedy już po kazaniu pan kościelny ruszył z tacą, uświadomiłem sobie, po raz pierwszy w życiu, że za pomysłem, by nie tylko organizować ów event w niedzielę i by dzieci z tymi puszkami wysyłać pod kościoły, stoi coś znacznie większego i bardziej przemyślanego, niż prosta obserwacja, że tam akurat jest dużo wrażliwych ludzi, któzy zawsze są gotowi by okazać serce tu i tam. Nagle sobie uświadomiłem, że podczas gdy owszem tam jest większy ruch, to ruch ten jest generowany przede wszystkim przez osoby, które wychodząc z domu wzięły ze sobą 2, 5, 10, a może i 20 złotych z tą myślą że je wrzucą do koszyka, i że jest nadzwyczaj prawdopodobne, że wiele z tych osób, emocjonalnie sterroryzowanych przez te dzieci, pozbędzie się owych pieniędzy jeszcze przed wejściem do kościoła, na zasadzie: „Oj tam! Dziś jest ten szczególny dzień, te dzieci tak tu marzną, najwyżej za tydzień wrzucę więcej”. A w ten sposób, najlepiej jak tylko można zrealizuje się pojawiające się ostatnio bardzo często wezwanie: „Nie daję pedofilom w sutannach, daję na Owsiaka”. Pomyślałem o tym i zdałem sobie sprawę też z tego, że mało rzeczy jest bardziej oczywistych niż to, że taki to musiał od początku być plan: zwinąć pieniądze z tacy.

       Ale pojawiła się jeszcze jedna kwestia. Otóż, jak się okazało, akurat na tę wczorajszą niedzielę, Kościół ogłosił dzień pomocy dla osób trędowatych, w związku z czym nasz ksiądz na zakończenie Mszy ogłosił dodatkową zbiórkę, a ja w tym momencie pomyślałem, że wielu z nas, jeśli miało jeszcze jakieś drobne po uzupełnieniu puszek WOŚP-u, to wrzuciło je na tradycyjną tacę, a na trędowatych już raczej nie starczyło. A wszystko przez fakt, że od początku swojego istnienia Orkiestra trąbi, i to trąbi głównie przed kościołami, przed i po Mszy Świętej.

        Żona moja twierdzi, że niepotrzebnie węszę spiski, bo pomysł by obstawiać kościoły jest tak pozbawiony wszelkiej ideologii i tak biznesowo oczywisty, że nie ma sensu tu grzebać, ale jest jeszcze moja dziś już bardzo dorosła córka, która w pewnym sensie poparła opinię swojej mamy, ale z drugiej mocno potwierdziła ów aspekt biznesowy dzieląc się ze mną swoim wspomnieniem z czasów, gdy jeszcze była uczennicą gimanazjum. Otóż przypomina ona sobie, że był jeden moment w jej życiu, gdy ona autentycznie rozważała ewentualność wzięcia udziału w owej akcji, ten jeden jedyny raz, gdy w któryś „powośpowy” poniedziałek jej koledzy i koleżanki z klasy licytowali się wzajemnie, ile to złotych przez tę niedzielę zebrali do tych puszek, a pewien kolega nawet zaprezentował wszystkim cały banknot stuzłotowy, który mu wrzucił „jakiś idiota”. I to wtedy właśnie, moje biedne i naiwne dziecko, jak się dziś przyznało - przez szczęśliwie tylko krótką chwilę - pomyślało, że skoro to takie proste, to ona by też tak chciała.

       Opowiedziała mi moja córka ową historię, a ja w tym momencie sobie przypomniałem, że przecież i ja przed wielu laty pracowałem przez jeden rok w pewnym osiedlowym gimnazjum i tam również w ów styczniowy poniedziałek dzieci te nie potrafiły się zająć nauką, bo ich całe życie kręciło się wokół przerzucania z kupki na kupkę rozłożonych na szkolnych ławkach banknotów.

       No a my jesteśmy po kolejnym już wydaniu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, z historycznie prawdopodobnie absolutnie rekordowym wynikiem, a ja sobie myślę, że nawet jeśli sam Jerzy Owsiak jest zbyt głupi, by swego czasu sobie te niedziele pod kościołami przeliczyć na konkretne wyniki, to dzieci, które nie muszą przecież udawać, że są tak strasznie przejęte losem swoich koleżanek  kolegów cierpiących w szpitalach, że są gotowe zarwać cały, często bardzo mroźny, dzień dla tej jakiejś dobroczynności, z pewnością potrafią kalkulować, zwłaszcza gdy każdy dodatkowy grosz jest na wagę złota, a starsi koledzy mają już swoje doświadczenie.

      Na koniec jeszcze jedna refleksja, związana już bezpośrednio z tym, o czym pisałem wczoraj. Otóż kiedy Jerzy Owsiak dopiero startował ze swoim projektem, a nawet wtedy gdy moje dziecko chodziło do gimnazjum, a ja pracowałem w owej osiedlowej szkole, wpływy ze zbiórek ulicznych mogły faktycznie znaczyć wiele. Dziś, jak mam prawo sądzić, zdecydowana większość pieniędzy, a być może niemal całość, które wpływają na konto rodziny Owsiaków nie pochodzi z owych zbiórek, ale ze wspomnianej przez mnie wczoraj ogólnopolskiej ekspansji po bankach, supermarketach, czy innych biznesach. Tym samym więc, jest bardzo prawdopodobne, że te dzieci, które widzieliśmy wczoraj na ulicach, jak stoją ze swoimi puszkami, dziś już całkiem legalnie mogą wygrzebywać te pieniądzę do swoich kieszeni, a sam Jerzy Owsiak zaliczy ów proceder jako drobny koszt działalności, z przeznaczeniem na tak zwany popularnie pijar, również skierowany pod adresem swojego głównego patrona, czyli TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. 

 


      

niedziela, 30 stycznia 2022

Gdy biorą się za nasze dzieci

 

      Nasza pierwsza córka urodziła się w roku 1987, a ponieważ od początku była nadzwyczaj nieśmiała, do przedszkola praktycznie nie chodziła, co sprawiło, że życie towarzyskie zaczęła prowadzić dopiero w zerówce, czyli gdzieś tak w roku 1993. Syn nasz urodził się trzy lata po niej i do przedszkola poszedł gdy miał pięć lat, a potem, ponieważ wszyscy mówili że jest bardzo mądry, naukę szkolną rozpoczął rok wcześniej, czyli już w roku 1996. Młodsza córka przyszła na świat w roku 1993 i do szkoły zaczęła chodzić, jak większość dzieci z jej rocznika, czyli w roku 1999. Czemu o tym mówię? Otóż pragnę zwrócić uwagę na to, że czas gdy nasze dzieci w miarę świadomie wkraczały w ten świat, to były lata 90., czyli z jednej strony okres, w którym to w tak zwanym kapitalizmie miało miejsce tyle zabójstw, jak pewnie nigdy wcześniej – przy tym chciałbym tu zaznaczyć, że nie mam tu na myśli typowych politycznych morderstw, znanych nam z PRL-u – a z drugiej owo zło najwyższe, które większość z nas świetnie rozpoznaje i bez mojej pomocy, miało jeszcze czas by zaatakować.

        Od pewnego czasu, a już zwłaszcza w dniu gdy oto przyszedł kolejny dzień, gdy trąbi przed sobą tak zwana Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zastanawiam się, jak to się stało że nigdy wcześniej, ani przez jeden moment, ani też do dziś, żadne z moich dzieci nie wykazało najmniejszego zainteresowania tym by, czy to wrzucać pieniędzy do puszek WOŚP-u, czy nawet przylepiać gdziekolwiek te serduszka. Nie było bowiem tak, że myśmy im nieustannie tłumaczyli, że Owsiak to oszust, a cała ta akcja, włącznie z tymi serduszkami to czyste zło. Oczywiście że nie. W końcu, co małe dzieci są w stanie z tego zrozumieć i przede wszystkim po co im w tym wieku owa wiedza? A mimo to, one dorastały przez całe lata 90., a następnie przez pierwsze lata nowego tysiąclecia w przekonaniu, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to coś co nie leży w kręgu ich zainteresowań. Wychodziliśmy po mszy z kościoła, przed kościołem stały inne dzieci z owsiakowymi puszkami, a one nawet w ich stronę nie spoglądały. To nie był ich świat. I tak jest do dziś świat ich dzieci.

        Dziś rusza kolejna edycja tego strasznego przekrętu, a ja widzę jak to dzieci moich znajomych, ludzi którzy nie dość że są w pełni świadomi, że aborcja to czyste zło, a Kościół Katolicki to jedynie od tego zła wybawienie, to osobiście, jak sądzę, uważają Jerzego Owsiaka za oszusta i swoisty symbol tego wszystkiego co nas dręczy od 30 już lat, angażują się w sposób całkowity bezpośredni w promowanie tego czegoś. I widząc to wiem oczywiście, że to by nie miało miejsca, gdyby nie fakt, że ich rodzice zostali postawieni pod ścianą. Przepraszam bowiem bardzo, ale jakie oni mają wyjście, gdy ich dziecko wraca ze szkoły, czy z przedszkola i nie opowiada im o niczym innym jak o tym, że oto już za chwilę rusza kolejna odsłona Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i ono dostało na zadanie domowe narysować obrazek o tym, jak od poniedziałku 31 stycznia wszystkie dzieci z chorobami oczu otrzymają cudowne lekarstwo, a to dzięki Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy? Co oni mają powiedzieć swojemu dziecku? Że to za tym stoi Owsiak, to jego fundacja, jego majątek i interesy niemieckiego m-Banku? 

       Co mają zrobić rodzice, którzy wychodzą ze swoimi dziećmi po mszy z kościoła, przed kościołem stoi banda innych dzieci z puszkami i oferują im te serduszka, i słyszą: „Daj mi pięć złotych”? No co?

       I znów wraca to pytanie: Czemu nasze dzieci nie stawiały nas w tej sytuacji? Otóż myślę sobie, że odpowiedź na tę zagadkę leży w tym co napisałem wyżej. Moje dzieci dorastały w latach, gdy wprawdzie oni już zabijali, natomiast jeszcze nie wzięli się za nas od strony duszy. I tu dopiero lata 2000 i późniejsze, dzięki owej straszliwej wręcz agresji politycznej i medialnej propagandy, sprawiły że tego typu przedsięwzięcia jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy sprawiły, że nawet ci z nas, którzy znakomicie zdają sobię sprawę z tego co się dzieje, pozostają dziś kompletnie bezradni.

      Jakieś 10 lat temu pracowałem w osiedlowym gimnazjum i nawet ja, człowiek jak by nie było doświadczony, doznałem szoku gdy w poniedziałek po Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy podczas pierwszej lekcji zobaczyłem, jak moi uczniowie nie są w stanie się skupić na nauce, bo wszyscy liczą banknoty wyłożone na szkolnych ławkach. Myślę że pisałem o tym w swoim czasie, dziś natomiast chciałbym opowiedzieć o czymś innym. Oto miałem w tych dniach lekcję z pewnym, bardzo miłym i mądrym licealistą, który przyszedł tu z puszką WOŚP. Spytałem go, czemu on zbiera na Owsiaka jeszcze przed terminem, a on mi odpowiedział, że tak też można, a ponieważ jemu bardzo zależy na tym by ratować dzieci z wadami wzroku, on sobie wymyślił że w drodze na lekcję może uda mu się coś zebrać. Ponieważ nie wiedziałem jak na tę informację zareagować, opowiedziałem mu powyższą historię o moich gimnazjalistach sprzed lat. I proszę sobie wyobrazić, że mój uczeń doznał szoku. On nie był w stanie w to uwierzyć, nie dlatego że jest przekonany, że wszystko co robi Owsiak jest po nieskończoność uczciwe, ale ponieważ ta puszka jest tak zabezpieczona, że jej się nie da otworzyć. Powiedziałem mu więc, że chyba to jest operacja równie prosta jak wyprowadzenie pieniędzy z klasycznej świnki. Wystarczy pinceta i już. Ponieważ wciąż się upierał, jednym ruchem pokazałem mu, jak to się robi. Na ten temat zmarnowaliśmy pięć minut, ale to wystarczyło, by on w ten sposób zgubił całe swoje życie.

      Dziś rusza 30 Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka, a ja chyba po raz pierwszy w życiu nie mam ochoty by z tego geszeftu sobie żartować. Myślę sobie bowiem, że ten cwaniak osiągnął ten moment w swojej biznesowej karierze, gdy zrozumiał, że po to by mógł sobie postawić nowy dom, czy choćby kupić nowy samochód, nie potrzebuje nic, poza tym że przez jeden dzień w roku zedrze sobie głos. Resztę za niego wykona tak zwana „kultura popularna”.



      

 

 

sobota, 23 stycznia 2021

O Kaziu milionerze, czyli jak prowadzić działalność dobroczynną nie będąc idiotą?

 

             Mam tu wprawdzie pewne niedobre podejrzenia, ale zakładam że istnieje jednak pewna szansa, że nie tylko ja lubię od czasu do czasu skorzystać z usług niemieckiej sieci pod nazwą Lidl i to że tam bywam, ujdzie mi na sucho. A to że bywam to jest fakt, choćby z tego względu że nigdzie nigdzie nie mogę liczyć na to że w cenie co najmniej rozsądnej znajdę tam porządne sery, porządną whisky, oraz oczywiście klasyczne angielskie baked beans. Bywam więc w Lidlu ile razy chce mi się wsiąść w tramwaj i zrobić te parę przystanków, stało się jednak tak że parę dni temu skoczyłem tam po flaszkę i kiedy podszedłem do kasy by za nią zapłacić, najpierw z przerażeniem zauważyłem że kasjer miał na sobie koszulkę z grafiką Wielkiej Orkiesttry Świątecznej Pomocy, obok stała puszka z odpowiednią szparą i taką samą grafiką, a w dodatku, kiedy zapłaciłem za zakup, wraz z rachunkiem otrzymałem nalepkę z odpowiednim serduszkiem, którą normalnie, o ile mi wiadomo, można od Jerzego Owsiaka wyłącznie kupić.

            Nalepkę wraz z rachunkiem oczywiście wyrzuciłem zaraz po opuszczeniu terenu sklepu, jednak nie mogłem przestać myśleć w pierwszej kolejności na temat tego, jak to się dzieje że w sieci takiej jak Lidl pracownicy zobowiązani są do tego by się prowadzać w koszulkach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a co ciekawsze, na jakiej zasadzie ja dostałem to serduszko. Czy to jest możliwe, że Jerzy Owsiak, w ramach swojej dobroczynnej działalności, podpisał z Lidlem umowę zgodnie z którą, część pieniędzy jakie ja wydam na alkohol, zostanie przeznaczona na jego biznesowe przedsięwzięcie, a ja sam, mimo że nikt mnie nie pytał o o to czy chciałbym się zaangażować w tak zwaną działalność dobroczynną, zostanę zakwalifikowany jako jedną z milionów osób wrażliwych na potrzeby innych?

            Myślę sobie o tym serduszku, które dostałem wraz z rachunkiem i mam coraz większe podejrzenie, że ono nie zostało mi wręczone tylko dlatego że ja wpadłem do Lidla i kupiłem od nich flaszkę. A skoro tak to ja się obawiam, że jeśli Jerzy Owsiak za miesiąc ogłosi, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zaliczyła kolejny rekord zbierając powiedzmy 150, albo 200 milionów złotych, to w tych milionach jest również moje parę złotych, a to mi się bardzo nie podoba. Dlaczego? Dlatego mianowicie że ja bardzo nie lubię jeśli ktoś mi wydziera przez gardło moje serce, a za to mi daje kawałek jakiejś gównianej przylepki.

            Wiedzieliśmy to już od pewnego czasu, dziś jednak mam wrażenie, że wszystko się odbywa zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej na tak zwanego chama. A ja w tej sytuacji postanowiłem opowiedzieć pewną historię, o której pewnie mało kto słyszał. Otóż jesienią zeszłego roku pojawiła się informacja że we Wrocławiu działał niejaki „pan Kazio”, prowadząc działalność gospodarczą w postaci ulicznej sprzedaży wypełnionych helem balonów, któregoś dnia wspomnianemu panu Kaziowi z nieopisanych powodów spalił się samochód z balonami i pan Kazio został bez środków do życia. W tym momencie, jak się dowiadujemy, pan Kazio, jako osoba nigdy się nie poddająca, ogłosił publiczną zbiórkę na samochód, utracone balony oraz, jak rozumiem, butlę z helem,  i nie dość że w jednej chwili zebrał 150 tys. złotych, to jeszcze prezydent Wrocławia tak wzruszył sie jego losem, że mu podarował mieszkanie.

       Czytam historię „pana Kazia” i nagle czuję, że nie znam słów, dzięki którym mógłbym przekazać to co mnie dręczy, a w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zacytować całą informację podaną przez lokalne wrocławskie media i ogłosić, że reszta jest milczeniem. Się ma!!!!!!

 

       Od poniedziałku pan od balonów ma nowe, przejściowe lokum. Cudowni ludzie pomogli. Był już na spotkaniu z dyrekcją wrocławskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i został włączony do programu „Droga do domu”.

      „Pan Kazik wybiera właśnie samochód, którym będzie mógł wozić balony i butle z helem. Podchodzimy do sprawy sensownie, żeby koszt ubezpieczenia auta nie przerósł możliwości Pana Kazika. Dziś od rana, przecudowna Ania - organizatorka zrzutki, biega po urzędach, wykonuje setki telefonów i załatwia wszystkie sprawy administracyjne, aby m.in wyrobić Panu Kazikowi zagubiony dowód osobisty, czy złożyć wniosek o rentę. Zamówiliśmy też nową dostawę balonów z hurtowni + idą do nas z całego świata paczki z balonami, które wysyłacie za własne pieniądze! 20% finalnej kwoty, Pan Kazik zdecydował się przekazać dwóm organizacjom - Wrocławskiemu Hospicjum dla Dzieci i Wrocławskiemu Centrum Opieki i Wychowania (dla każdej po 10%).” - napisali organizatorzy zbiórki, której efekty przerosły wszelkie oczekiwania.

      Pieniędzy zebrano tak dużo, że mężczyzna zdecydował, że powinien podzielić się nimi z innymi potrzebującymi i postanowił przekazać nadwyżkę dla chorych dzieci. Pan Kazio dziękował za pomoc ze łzami w oczach.

      Obietnica pomocy ze strony miasta to dodatkowy wspaniały gest. Wsparcie dla pana Kazia w wychodzeniu z bezdomności, zadeklarował prezydent w wystąpieniu do internautów w piątek wieczorem, w którym Jacek Sutryk chciał się podzielić najnowszymi informacjami z wrocławskiego magistratu, którym przez ostatni tydzień musiał zawiadować zdalnie z powodu kwarantanny.

       Pan Kaziu zasługuje na te pomocne gesty. Przez wiele lat mężczyzna zmaga się dzielnie z problemem alkoholowym. Swoje stoisko z balonami na Rynku traktuje nie tylko jako sposób na zdobycie środków na życie, ale również jako terapię.

       W pomoc po tym, jak za jednym zamachem ogień zabrał mu samochód, spory zapas towaru i miejsce, które często zastępowało mu sypialnię, zaangażowali się jako pierwsi młodzi wrocławianie pracujący w lokalach na Rynku. Ruszyła zbiórka pieniędzy na portalu zrzutka.pl.

       Plan był taki, by zrekompensować panu Kazimierzowi stratę zapasów balonów. Organizatorzy zbiórki zapowiadali też zamiar zakupienia jakiegoś pojazdu, który mógłby zastąpić tamten spalony wóz. A kolejny krok, miał zmierzać do znalezienia dla niego pokoju do wynajęcia, aby zimą nie musiał koczować na działkach. Rezultaty, jak się okazało, były oszałamiające.

       Deklaracja ze strony prezydenta dotyczy zaproszenia pana Kazia do miejskiego programu wychodzenia z bezdomności „Droga do domu”, prowadzonego przez gminę wraz z Towarzystwem Pomocy im. Brata Alberta i Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej.

       Powrót pana od balonów na Rynek ucieszy wiele dzieci, dla których pan Kazio jest dostarczycielem wypełnionych helem przedmiotów pożądania - bohaterów kreskówek, samochodów, kwiatów. A dorosłych, którzy wiedzą o trudnym życiu sprzedawcy balonów i jego zmaganiach, zadowoli wiadomość, że działania mieszkańców nie pozostaną odosobnione i że można liczyć także na wsparcie systemowe dla takich osób jak pan Kazio.





 

 

 

środa, 21 października 2020

Cała Polska składa się na łóżko dla Jerzego Owsiaka

 

     Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak parę lat temu dyrektor, czy może ordynator, pewnego szpitala w Pszczynie zdecydował przesunąć kilka  niewykorzystywanych łóżek z jednego oddziału na drugi, gdzie one były bardzo potrzebne, i w jednej chwili, gdy okazało się, że są to łóżka zakupione z pieniędzy zebranych podczas kolejnej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i ostemplowane owsiakowymi serduszkami, pod sam szpital zjechały ciężarówki wysłane przez samego Capo Di Tutti Capi, na które wszystkie te łóżka zostały zapakowane i wywiezione w nieznanym kierunku. Czemu tak? Tłumaczenie było proste. Nie po to Pan Kapo organizuje całą akcję, określa jej cele i swoje w nich zasługi, by ktoś tam później, bez porozumienia z nim, odpowiednie akcenty przesuwał sobie jak chce. Wtedy to też na te kilka dni, zanim temat został starannie zagłuszony przez tematy kolejne, cała Polska dowiedziała się, że to wcale nie jest tak, że Owsiak komukolwiek cokolwiek daje – on zaledwie ów sprzęt leasinguje w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej, gdzie cała akcja wliczana jest do kosztów promocji.

       Przyznam ze smutkiem, że jako osoba boleśnie doświadczona tak bardzo bezczelną obecnością tego człowieka i jego niebywałą wręcz bezkarnością, nie liczyłem na to, że ów gest w postaci owego spektakularnego wywiezienia łóżek ze szpitala w Pszczynie w istotny sposób zmieni atmosferę panującą wokół tego geszeftu. Nie miałem cienia wątpliwości, że wystarczy chwila by odebranie łóżek owemu szpitalowi przestało mieć choćby najmniejsze publiczne znaczenie. Mało tego: ja byłem przekonany, że większość z nas nawet nie zapamięta owej, w pewnym sensie zupełnie kluczowej, informacji, że tu nikt nikomu nic nie daje; że to jest wyłącznie pożyczka, którą prędzej czy później trzeba będzie zwrócić.

       I nie minęło wiele lat, a tu wygląda na to, że tym razem ta bezczelność zostanie wreszcie ukarana, a kto wie, czy nie przyniesie mu tym razem końca owej niebywałej kariery. Oto Jerzy Owsiak, poproszony przez pewien lubelski szpital, by na czas nasilenia tak zwanej pandemii zgodził się przesunąć kilka nieużywanych łóżek na potrzeby osób umierających na COVID19, oświadczył, że mowy nie ma, on swoich łóżek nie odda, ale co więcej, dodał do tego informację, że on w życiu przez swoją działalność nie planował zastępować polskiego państwa, on nigdy nie sugerował, że jego projekt w jakikolwiek sposób usiłuje konkurować z tym co dla polskiej służby zdrowia robi polskie państwo, a zatem on prosi uprzejmie, by owo państwo się odpieprzyło od tego co owsiakowe, a jeśli ma jakieś potrzeby, niech owe potrzeby realizuje na własny rachunek.

       Kiedy doszła do mnie owa informacja, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest kolejny fejk. No bo nie ukrywajmy, Jerzy Owsiak to człowiek – choć jak większość przestępców, odpowiednio cwany – o wyjątkowo ograniczonych możliwościach intelektualnych, niemniej jednak nie na tyle głupi, by któregoś dnia uznać za stosowne zwariować. A tu tymczasem, z niezrozumiałego dla mnie kompletnie powodu, zupełnie jakby nie spostrzegł, że cały świat dostał kompletnego świra na punkcie wspomnianego koronawirusa i na ten czas nikt – choćby amerykański prezydent, czy polski premier – nie jest na tyle mocny, by się owemu szaleństwu postawić, ów Owsiak uznał za stosowne się temu wszystkiemu postawić, zupełnie jak jakiś lokalny działacz Konfederacji, który rzucił się na przechodzącego policjanta i zdarł mu maseczkę z twarzy, wrzeszcząc że maseczki nie chronią. Gdyby ktoś wciąż nie rozumiał o czym mówię, już doprecyzowuję.

      Otóż, jak część z nas z pewnością zauważyła, mamy od pół roku do czynienia z ogólnoświatową histerią, której przyczyny i celu nikt z nas nie zna. Oczywiście, pojawiają się tu i ówdzie akcje typu LGBT, czy Black Lives Matter, jednak nie da się ukryć, że żadna z nich nie jest w stanie konkurować z pandemią. Oczywiście, są wśród nas osoby – przyznaję z bólem serca, że w tym również moi najbliżsi kumple – które są gotowe oddać życie w obronie swojego prawa do bycia wolnym. One jednak, jak sądzę, poruszają się wyłącznie w przestrzeni swoich prywatnych obsesji, z których niewiele wynika. Tu jednak mam do czynienia z naprawdę wyjątkowym projektem, powiedziałbym wręcz że z projektem stanowiącym mit założycielski Trzeciej RP. I doprawdy nie jestem w stanie zrozumieć, jak ktoś kto sam jest wyłącznie wytworem czarnej propagandy i nie ma najmniejszego powodu, by wykonywać jakieś niespodziewane ruchy, postanawia wystąpić przeciwko całemu światu, uwięzionemu w sidłach propagandy, której historia nie znała. Jak to jest możliwe, że człowiek, który, było nie było, na dziesiątki lat zdobył serca większości wielkiego narodu w samym centrum Europy, nie był w stanie zauważyć, że pojawił się przeciwnik, któremu on nie dorasta do pięt? I uznał za konieczne się mu postawić.

        Oczywiście nie będę się tu zakładał, że jak zawsze mam rację, bo jak wiemy niespodzianki czyhają na nas z każdej strony, uważam jednak, że to co odstawił właśnie Jerzy Owsiak, nie dość że go zniszczy biznesowo, to jeszcze, jako osobę w konsekwencji pozbawioną odpowiedniej ochrony, doprowadzi do tego, że on resztę życia spędzi na salach sądowych, a kto wie, czy nie za kratami. Czemu tak? A temu mianowicie, że w tym świecie każda okazja jest wykorzystywana w jednej chwili. Nie oszukujmy się bowiem, Owsiak ani przez chwilę nie działał na pustym polu.

         Na sam koniec chciałbym parę słów poświęcić temu co moim zdaniem zainicjowało ostateczny upadek Jerzego Owsiaka – czyli pandemii. Mam serdecznego kumpla, który mi niedawno zakomunikował, że liczba zakażeń w Polsce, podobnie jak liczba zgonów jest podobna do tego co mieliśmy wiosną. Od tego samego kumpla dowiedziałem się też, że informacje jakoby liczba zakażeń w Niemczech sięgnęła poziomu z wiosny, to fejk. Jego zdaniem jest wręcz odwrotnie: w Niemczech liczba zakażeń osiągnęła właśnie poziom najniższy od miesięcy, a cała reszta to wyłącznie propaganda. Ja oczywiście wiem, o co tu chodzi. W języku angielskim to nosi nazwę „echo chamber”, a zatem jest to coś, czego, kiedy człowiek już zaryzykuje, uniknąć zwyczajnie nie ma sposobu. Stąd też słyszymy to tu czy tam wypowiedzi z których wynika, że ten cały koronawirus to jakiś żart, więc nie ma się co nim przejmować. Powiem szczerze, że w życiu bym się nie spodziewał, że do tego towarzystwa dołączy Jerzy Owsiak. Wygląda jednak na to, że odpowiedni poziom szaleństwa wyznaczył Donald Tusk i oni wszyscy nie znaleźli na to odpowiedzi. I to jest informacja wręcz fantastyczna.

PS. Już po napisaniu tego tekstu dotarła do nas wiadomość, że u Jerzego Owsiaka stwierdzono koronawirusa. Daję słowo, że kiedy myślałem o tym, że jego owa pandemia wykończy, chodziło mi wyłącznie o efekt biznesowy. Skoro jednak czas nas wyprzedza, możemy się już tylko zastanawiać, czy  nie wypadałoby go teraz umieścić w szpitalu w Lublinie.



niedziela, 12 stycznia 2020

O księdzu co brzydko mówił

Opisana poniżej historia starszym czytelnikom tego bloga jest już pewnie dobrze znana, ponieważ jednak jestem szczerze przekonany, że prawdy nigdy dość, a okazja ku temu, by to przekonanie zrealizować, jest jak znalazł, przedstawiam swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”, z nadzieją, że po raz kolejny może coś drgnie.        


      Oto w tych dniach pewien Łukasz Foltyn, jak się dowiadujemy człowiek, który wymyślił popularny komunikator Gadu-Gadu opublikował na Facebooku analizę, w której przy pomocy samych liczb dowiódł, że Jerzy Owsiak ze swoją fundacją, nie jest służby zdrowia dobrodziejem, lecz jej mordercą. A mówiąc krótko, chodzi o to, że w sytuacji gdy jego całkowity udział w finansowaniu opieki medycznej w Polsce stanowi zaledwie jedną tysięczną całego budżetu, znaczna część opinii publicznej utrzymywana jest w przekonaniu, że gdyby nie WOŚP, Polskie Państwo służbę zdrowia by już dawno zrujnowało.
     Mógłbym tu dokładniej zrelacjonować wyliczenia zaprezentowane przez Foltyna, pomyślałem jednak, że opowiem pewną historię sprzed lat, która o wiele plastyczniej pokazuje, z czym i z kim mamy do czynienia. Otóż w czasie wielkiej powodzi roku 1997 pewna podopolska wioska została odcięta od świata, tak że ludziom zaczęło brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej.
      Kiedy woda trochę opadła, na horyzoncie pojawiły się trzy ciężarówki z logo WOŚP. Dowiedziawszy się, że wspomniane ciężarówki jadą do niego, proboszcz zwołał ludzi do wyładunku i zaczął wytężać wzrok. Już po chwili jednak okazało się, że ciężarówki, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze, z niejasnych kompletnie powodów, nagle się zatrzymały. Ludzie czekali całą noc, cały dzień, w końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg rzeki. I tam mu wyjaśniono, że pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, a ta, tak się niefortunnie złożyło, może przyjechać najwcześniej jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni. Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy, wtedy jednak jeden z członków owego transportu, zadzwonił z komórki do Owsiaka i przedstawił mu sytuację, by już po chwili rozłączyć się i poinformować, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Proboszcz, jak się okazało, człowiek pobożny i dobry, choć o cholerycznym usposobieniu, na tę informację zdenerwował się bardzo, zwyzywał tych ludzi, z Jerzym Owsiakiem na czele, od bezdusznych chamów, kazał im – przepraszam tu za zbyt dosłowny cytat –  „wypierdalać”, a jednocześnie zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do wsi, to on ją osobiście, wraz z całą zawartością, spali.
       Opowiedziana historia jest jak najbardziej autentyczna, opowiedział mi ją świadek owych zdarzeń, a ja już tylko mam nadzieję, że stanie się cud i uruchomi ona choćby małą lawinę. A potem się zobaczy.



Przy okazji przypominam, że wszyscy ci, którzy mają życzenie komentować na tym blogu, mogą swój zamiar realizować wyłącznie przez wcześniejszą rejestrację. W związku z tym, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 9 sierpnia 2019

Gdy bez brzydkich słów język się plącze


Dziś, nieco tym razem wcześniej, zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu w „Warszawskiej Gazecie”. Ja wiem, że jest trochę niebezpiecznie, ale nikt nie mówił, że będzie lekko.     

      

      Jak być może niektórzy z nas już wiedzą, ale na wszelki wypadek wspomnę, że na zakończenie festiwalu Pol’and’Rock, jego organizator, Jerzy Owsiak stanął na scenie i wykrzyczał następujące słowa:
      Czemu nie karzecie polityków, którzy zapierdalają samolotami za moje, kurwa, pieniądze? Dlaczego ich nie pociągniecie do odpowiedzialności? Nie ma na to zgody. Możecie mnie zabić na tej barykadzie. Możecie mi strzelić w łeb, ale nie cofnę się, bo Polska się stacza. Możecie mnie zarąbać, ale nie zamknięcie mi mordy! To wy trwonicie moje pieniądze. Zabieracie Westerplatte. Kurwa, po co?! Odpierdolcie się od Westerplatte! Wsadzicie mnie za to do pierdla? To znajdę tam kumpli i rozsadzimy to od środka”.
       Owsiakowi zdarzały się przeróżne wypadki, jednak ponieważ na moje oko, ów najświeższy wybuch może tylko świadczyć o tym, że wokół niego dzieją się rzeczy, które mogą już tylko zwiastować jego koniec, powyższe słowa przyjąłem z autentyczną radością. Inaczej moja córka, którą one poruszyły do tego stopnia, że postanowiła się w stosunku do Owsiaka wyzłośliwić i, cytując go starannie, dorzuciła do tego swój nadzwyczaj sarkastyczny komentarz:
      Owsiak to jest prawdziwy anioł. Jak będę miała kiedyś dzieci, to zrobię wszystko, żeby wyrosły na takiego człowieka. Cudowny, dobry, bezinteresowny. Łzy same płyną z oczu. W styczniu dam na WOŚP dwa razy więcej, żeby te pierdolone w dupę jebane pisiorskie kurwy się zesrały”.
       I oto, proszę sobie wyobrazić, zamiast oczekiwanych i jak najbardziej zasłużonych komplementów, została ona obrzucona tak nieprawdopodobnym hejtem, że, szczerze powiedziawszy, osobiście się z czymś takim nie spotkałem. I co szokujące, ów hejt nie nadszedł ze strony tych, dla których Owsiak jest bogiem – ci akurat byli na tyle roztropni, że się zamknęli – ale z kierunku dokładnie przeciwnego, czyli od tak zwanych „prawych”, którzy Owsiaka nienawidzą w tym samym stopniu co, nie przymierzając, Franza Timmermansa. Posłuchajmy proszę:
 #Wojciech Woźniak: „Z twojej retoryki można wnioskować, że jeżeli kiedyś coś będziesz miała, to raczej będą ....prosięta, bo chlew reprezentujesz”;
#Ablejk Frost (Grażyna): „Tyle warta jest twoja gadanina. Jak chcesz możesz Owsiaka po dupie całować kretynko”;
#Bogdan i Ewa B.: „Ale wyjesz. Trypla załapałaś czy coś lepszego prostaczko z patologii?”;
#Zbigniew Łukaszów: „A nie możesz poprosić Jureczka żeby Cię przeleciał i zapłodnił, wtedy w 100% miałabyś pewność że dziecko, będzie podobne do oryginału”;
#Kamil: „Masz najebane w tym pustym łbie wam już nic ni pomoże kurwa choroba psychiczna rozwinięta do maximum. Płać debilko niech Owsiak dzięki takim jak ty się wzbogaca”;
#Rafał: „Daj 4X więcej i daj dupy arabskim imigrantom. Ja PiSowska kurwa wtedy się na Ciebie na pewno zesram...”.
      Oto tak zwana „prawa strona internetu”. I wcale nie chodzi o język. Język to drobiazg. Gorzej, że intelektualnie, wielu z nas odstaje choćby od takiego Wałęsy. I to jest moje ogromne zmartwienie.

Proszę sobie wyobrazić, że całkiem niespodziewanie trafiło do mnie kilkanaście egzemplarzy sprzedanej już, i póki co nie planowanej do wznowienia, książki z listami od Zyty Gilowskiej. Jeśli ktoś ma życzenie, bardzo proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.





Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...