Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Premier League. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Premier League. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 grudnia 2020

Dlaczego naziści nie lubią margaryny "Palma"?

       Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale od kilku dobrych miesięcy na angielskich boiskach piłkarskich panuje taki obyczaj, że tuż przed rozpoczęciem każdego meczu, piłkarze, sztab trenerski, nie zapominając o sędziach klękają na kilka sekund w geście zadośćuczynienia za wszelkie krzywdy, jakich czarni mieszkańcy Wielkiej Brytanii każdego dnia doznają z rąk białych rasistów. Ponieważ oglądanie angielskiej piłki nożnej jest dla mnie w tej chwili już chyba jedna z ostatnich pasji, zmuszony jestem oglądać ten cyrk i doprawdy nie wiem, kiedy on się wreszcie skończy i czy w ogóle. A, owszem, biorę mocno pod uwagę, że to już pozostanie stałym boiskowym rytuałem po wieczne czasy, zgodnie zresztą z pewną anegdotą, jaką jeszcze pamiętam z czasów komuny, kiedy to gdzieś kiedyś z przemową wystąpił Stalin i kiedy po jej zakończeniu rozległy się huczne brawa, trwały one przez kilka dni i nocy, bo juz nawet po tym jak Josif Wissarionowicz sobie poszedł, nikt z zebranych nie miał odwagi, by jako pierwszy przestać klaskać, bo to mogło dla niego oznaczać śmierć.

      Ktoś powie, że ja przesadzam, bo w końcu gdzie Rzym a gdzie Krym, daję jednak słowo, że o żadnej przesadzie mowy nie ma, ponieważ gdy obserwuję to co się dzieje dziś na świecie, dochodzę do przekonania, że spodziewać się już można naprawdę wszystkiego. Oto choćby wczoraj media podały, że żona piłkarza Lewandowskiego udzieliła okładkowego wywiadu magazynowi dla kobiet „Vogue”, a ponieważ jednym słowem nie wspomniała tam o walce Strajku Kobiet, spotkał ją ze strony wspomnianego strajku taki hejt, że nie wiadomo, czy ona nie będzie musiała jednak za swoje niedopatrzenie przeprosić i ogłosić, że ona jak najbardziej „jebie PiS”.

      Wróćmy jednak na boiska Premier League. Oto w miniony weekend doszło do starcia Southampton z Manchesterem United, w którym urugwajski piłkarz Edinson Cavani dzięki swoim dwóm bramkom ze stanu 2:0 dla Southampton doprowadził do zwycięstwa United 3:2. I proszę sobie wyobrazić, że ów Cavani chodził w glorii bohatera zaledwie kilka chwil, bo, jak ktoś swoim czujnym okiem wypatrzył i o sprawie natychmiast zameldował komu trzeba, jakiś kumpel Cavaniego z Urugwaju wysłał mu na Instagramie przyjacielskie gratulacje, ten w odpowiedzi napisał mu „Gracias Negrito”, no i wybuchło piekło. Wprawdzie zarówno sam Cavani jak i wielu jego kolegów, południowoamerykańskich piłkarzy, zaczęło go usprawiedliwiać, tłumacząc że w takim Urugwaju imieniem „czarnuszek” określa się choćby osoby o kruczoczarnych włosach, a kolega Cavaniego, również Urugwajczyk, Luis Suárez z Atletico Madryd, zaświadczył, że kiedy był dzieckiem, jego rodzice nie wołali na niego inaczej jak „negrito”. Nikt go jednak już nie słuchał, ponieważ natychmiast głos zaczęli zabierać kolejni komentatorzy, i jak się okazało jedyny problem jaki  w tej sytuacji istniał to ten, czy Cavani za swoją podłość powinien zostać zdyskwalifikowany na trzy, pięć, czy może więcej meczów. Sam piłkarz oczywiście w jednej chwili się zamknął, swój wpis na Instagramie natychmiast usunął, a następnie wydał oświadczenie, że on nigdy w życiu nie był rasistą, swojego wpisu nie przemyślał i że wszystkich za to co uczynił, z całego serca przeprasza. Czy coś mu to da? Z tego co widzę, szanse są małe, bo sądząc po aktualnej dyskusji dyskwalifikacja jest pewna, natomiast to co jest dodatkowo rozważane, to paląca konieczność powołania w Wielkiej Brytanii specjalnego ciała, które zajmie się organizacją specjalnych kursów na temat tego, czym jest rasizm, jak walka z nim jest ważna w Wielkiej Brytanii i jakie obowiązki mają tu osoby najwidoczniej wciąż zbyt dzikie, żeby rozumieć, co wypada, a co nie.

       I ja wcale nie żartuję. Kiedy śledzę kolejne wypowiedzi na temat nieobyczajnego wybryku Cavaniego, kwestia ta wraca raz za razem, a wraz z nią argument, że nawet jeśli przyjmiemy, że są kraje na świecie takie jak choćby Urugwaj, gdzie lokalna kultura dopuszcza różnego rodzaju z naszego punktu widzenia dziwne zachowania, to skoro ktoś z tamtego rejonu decyduje się przyjechać do Wielkiej Brytanii, ma się albo przystosować, albo won! I tu właśnie pojawia się propozycja organizacji specjalnych szkoleń dla przybyszów z innego kręgu kulturowego, by mogli się oni zapoznać z tym, co im grozi, jeśli tę swoją kulturę będą próbowali przenieść na obcy grunt, no i żeby nie mogli się już tłumaczyć, że „nie wiedzieli”.

       A ja sobie myślę, że to jest naprawdę piękne, jak to pogrążone w swoim obłędzie lewactwo padło ofiarą swojej własnej broni. Oni tak dużo mówili o tolerancji, szacunku dla odmienności, zrozumienia dla różnorodności środowisk i kultur, że nagle sami zaczęli demonstrować czysty, niczym nie wzruszony rasizm. Bo proszę zwrócić uwagę na to, do czego tu doszło. Oni nie mają pretensji do Cavaniego o to, że on nienawidzi Czarnych, czy choćby nimi gardzi; oni nawet nie twierdzą, że on na temat Czarnych ma jakiekolwiek poglądy, które by się kłóciły z wyznawaną przez nich filozofią powszechnej miłości. Oni zarzucają Cavaniemu wyłącznie to, że jest Urugwajczykiem i nie chce o tym zapomnieć, kiedy przebywa na terenie Wielkiej Brytanii, pracuje tam i zarabia na życie. Oni od niego żądają wyłącznie tego, by zrezygnował z własnej kulturowej, w tym wypadku wyrażanej przez język tożsamości. Oni tak naprawdę zakazują mu używania słowa określającego jeden z kolorów. Ich zdaniem, jeśli on chce powiedzieć, że coś jest czarne, może sobie to robić u siebie w dżungli, a nie na cywilizowanym jak najbardziej Instagramie. 

      Banda pieprzonych nazistów!

      A ja oczywiście bardzo się cieszę, że jestem tu gdzie jestem i mogę wciąż jeszcze bezkarnie się zażerać moim ulubionym murzynkiem na niedzielny deser, tuż po odpowiednio mięsistym kotlecie mielonym, usmażonym jak najbardziej na margarynie „Palma”.



     

 

niedziela, 27 września 2020

O tym jak do angielskiego miasta West Bromwich zawitał Bóg

 

         Jak pewnie część Czytelników tego bloga wie, naszą całą rodzinę łączy jedna wspólna pasja, mianowicie angielska liga piłkarska, ze szczególnym uwzględnieniem drużyny Liverpool FC. Oczywiście, każdy z nas ma różne, często bardzo osobne zainteresowania, przyznać jednak trzeba, że Premier League z Liverpoolem na czele to coś co nas zdecydowanie integruje. Doszło do tego, że wykupując abonament w telewizji nc+, jedynego w Polsce źródła pokazującego angielskie mecze, zmuszeni byliśmy do zapłacenia za najdroższy pakiet, włącznie z całą kupą kanałów, potrzebnych nam mniej więcej tak samo jak to co nadaje telewizja Biełsat.

        O czym to świadczy? O dwóch rzeczach mianowicie. Pierwsza to ta, że my faktycznie jesteśmy kompletnie szaleni płacąc dwie stówy miesięcznie tylko po to, by móc regularnie śledzić to co się dzieje na angielskich boiskach, druga natomiast to owa cena, która musi nas informować o tym, jaki to jest biznes i jaka jest w niego zaangażowana forsa, że my tu nie jesteśmy w stanie uhandlować z nc+ takiej umowy, że oni nam zabiorą wszystko, zostawiając wyłącznie te mecze, tyle że choćby o połowę taniej. Mowy nie ma. Takie rozwiązanie nie istnieje.

       A zatem ciągniemy tak tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, z przerwą na wakacje, i jedyne co się ostatnio zmieniło to oczywiście atak pandemii, który najpierw wstrzymał wszelkie rozgrywki, a po pewnym czasie, gdy się okazało, że straty są zbyt wielkie, wznowił je, tyle że już bez udziału publiczności. Oglądamy więc te mecze, prowadzone na pustych stadionach i publicznością wyłącznie napędzającą biznesy takie jak Canal+, który jest europejskim właścicielem praw do tych akurat transmisji, a ja pomyślałem sobie, że podzielę się z Czytelnikami pewną moim zdaniem bardzo ciekawą obserwacją.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, że pierwsze mecze rozgrywane bez udziału publiczności wyglądały tak, że otoczeni pustymi trybunami piłkarze jak zawsze wypruwali z siebie żyły, a jedyne odgłosy jakie towarzyszyły owemu wysiłkowi to wrzaski samych piłkarzy oraz obecnych na stadionie ekip. Przyznać muszę, że robiło to wrażenie dość upiorne. Kiedy jednak okazało się, że pandemia jeszcze przez jakiś czas potrwa, organizatorzy owych rozgrywek, z myślą o tych wszystkich którzy płacą za telewizyjne transmisje, uznali że wypada stworzyć im iluzję, że na tych trybunach jednak ktoś jest i wpuścić w eter odgłosy tradycyjnej stadionowej wrzawy. Trwało to przez pewien czas, a kiedy znów okazało się, że gdy chodzi o koniec pandemii, to jeszcze nie nadszedł ten czas, inżynierowie dźwięku stworzyli program, który doprowadził do tego, że od czasu do czasu wśród owej wrzawy można było usłyszeć tradycyjną kibolską pieśń, a po strzeleniu bramki w naszych telewizyjnych głośnikach rozlegał się odpowiedni wrzask. Minęły kolejne tygodnie i jak widzę, dziś jest tak, że odgłos z trybun jest już jak żywy, do tego stopnia, że kiedy zawodnik zostaje sfaulowany rozlegają się gwizdy, a kiedy sędzia wydaje błędną decyzję z głośników leci w naszym kierunku piękne buczenie. Oczywiście, wciąż nie jest jeszcze idealnie, ale kiedy obserwuję dotychczasowy postęp, jestem pewien, że już niedługo nie dość że dostaniemy doskonałą wręcz iluzję dopingujących trybun, ale też autentycznie realistyczny ich widok. W końcu, jaki to jest problem, by w dobie i tak rozwiniętej już bardzo, ale wciąż się coraz bardziej rozwijającej techniki komputerowej, stworzyć nie tylko dźwięk, ale i obraz publiczności? Wówczas już nie będzie naprawdę najmniejszej potrzeby, by kończyć z pandemią i zacząć wpuszczać na trybuny publiczność.

      Ktoś powie, że to nie jest tak do końca. W końcu ludzie płacą za bilety, a niektórzy nawet mają wykupione sezonowe karnety. Spokojna jednak nasza głowa. Jak się dowiaduję, wartość samych zakładów piłkarskich przekracza wielokrotnie wartość całej ligi, a zatem jak się w stosunku do tego mają owe drobne, wydawane przez kibiców na wejście na stadion?

       A zatem perspektywa gdzie kibice staną się zupełnie zbędni jest jak najbardziej realna, nawet po wynalezieniu szczepionki przeciwko COVID-owi. I też zupełnie realna jest nasza obawa, że z czasem nawet najbardziej zagorzali kibice uznają, że znacznie lepiej kibicuje się z domu. Co do piłkarzy, ci nie będą mieli nic do gadania, wystarczy że dalej będą dostawać te swoje setki tysięcy funtów tygodniowo.

        Ktoś powie, że te dzisiejsze refleksje są okropnie smutne, a i to w najlepszym wypadku, bo tak naprawdę, zapowiadając coś co zawstydzi nawet ów słynny Nowy Wspaniały Świat, trzeba by je było nazwać przerażającymi. W tej sytuacji jednak chciałbym opowiedzieć o czymś co mnie w tym wszystkim naprawdę pocieszyło. Otóż trzeba nam wiedzieć, że w bieżącym sezonie do Premier League awansowała drużyna o nazwie West Bromwich Albion. Oglądałem wczoraj ich występ przeciwko utytułowanej Chelsea, swoją drogą, choć pechowo przegrany, to bardzo dzielny, słuchałem wrzasku nieistniejącego tłumu, jego buczenia, jego oklasków, ale też patrzyłem na trybuny, wciąż jeszcze bez choćby i wirtualnej publiczności, za to z krzesełkami przykrytymi wielkimi płachtami z napisami, świadczącymi o tym, że znajdujemy się na stadionie w West Bromwich, a wśród nich naczelne miejsce zajmował wielki napis „THE LORD IS MY SHEPHERD”, co z myślą o nie posiadających języków obcych wyjaśniam, tłumaczy się na polski jako „Pan jest moim Pasterzem”.

      Przyznam że to mną naturalnie wstrząsnęło. Biorąc pod uwagę fakt, że dzisiejszy świat poszedł w tym kierunku, że o żadnym Panu, a w dodatku jeszcze Pasterzu, mowy być nie może, a dodatkowo sami piłkarze, solidarnie przed każdym meczem padając na kolana, bardziej niż na owym Pasterzu, skoncentrowani są na oddawaniu honorów czarnym ofiarom rzekomej brutalności amerykańskiej policji, ów wers o Panu i Jego owcach robi wrażenie piorunujące. Sprawdziłem oczywiście sprawę i oto co się okazuje. Tak jak każda piłkarska drużyna na całym świecie ma swoją kibolską pieśń, którą traktuje jako część tradycji, tak też, jak się okazuje, kibice West Bromwich Albion jeszcze przed laty postanowili śpiewać ów psalm.

        Czy to o czymś świadczy? Nie sądzę. W końcu nawet brytyjska królowa, jako głowa Kościoła, od czasu do czasu czyta Pismo Święte. Co ona z niego wynosi, to zupełnie inna sprawa, jednak faktem jest, że owe brytyjskie zbrodnie były jak najbardziej usprawiedliwiane tym co im się udało znaleźć w Piśmie. Jednak przy tym wszystkim, jeśli kibice drużyny West Bromwich Albion, wspierając swoją ukochaną drużynę, tradycyjnie śpiewają pieśń, której słów nawet nie rozumieją, natomiast my tu w Polsce jak najbardziej, to trzeba powiedzieć, że są rzeczy, których nie zniszczy całe zło tego świata. Pan jest bowiem moim Pasterzem, niczego mi nie braknie, On pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.

      I z tą informacją pozwalam sobie nas wszystkich zostawić. Posłuchajmy jeszcze tylko kiboli. Ze starych, dobrych, przedcovidowych czasów. 



poniedziałek, 19 marca 2018

O tym, jak sprzedawać, by nadal pozostać właścicielem

       Pojawił się tu znów ostatnio parę razy temat, swego czasu mocno eksploatowany przez Coryllusa, a mianowicie własność i to w jaki sposób bez niej, pozostaje nam tylko płacz i zgrzytanie zębów. A ja, zgadzając się właściwie z każdym słowem, jakie w tych jego rozważaniach padło, chciałbym zwrócić uwagę na coś, co, moim zdaniem, stanowi już tak zwaną wyższą szkołę jazdy i w sposób prawdziwie radykalny rozwija to, o czym pisał Coryllus, a mianowicie na system przyjęty przez Brytyjczyków, gdzie kwestia własności została rozwiązana w taki sposób, że owo posiadanie sprowadza się wyłącznie do pokrywania kosztów przez właściciela, które inaczej musiałby pokrywać ten, kto mu to coś sprzedał, a teraz już robić tego nie musi, bo okazuje się, że to była sprzedaż w pakiecie. Uważam, że fantastyczną wręcz demonstrację tego, o czym mówię, stanowi angielska piłkarska ekstraklasa, czyli tak zwana Premier League. Nie znam dokładnych statystyk, ale z tego co się orientuję mam prawo podejrzewać, że właścicielami znacznej większości angielskich drużyn piłkarskich pozostają obywatele innych państw. A więc właścicielem Chelsea, jak wiemy, jest Rosjanin Abramowicz, Manchesteru City Szejk Mansour ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Manchesteru United amerykańscy Żydzi nazwiskiem Glazer, Arsenal jest w rękach amerykańskiego Żyda, Stana Kroenke i uzbeckiego biznesmena Alishera Usmanova, Leicester jest w posiadaniu Vichaia Srivaddhanaprabhy z Tailandii, Liverpool swego czasu kupił niejaki John William Henry II, jak najbardziej Amerykanin, Southhampton należy do Chińczyków, Bournmouth znów do Rosjanina i tak dalej i tak dalej, można wymieniać. Podobnie jest, jeśli idzie o trenerów. Tam też są Francuzi, Niemcy, Argentyńczycy, Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie i wszystko się bardzo dobrze kręci. Nie inaczej jest, gdy chodzi o piłkarzy. Ja na przykład bardzo lubię Burnley, z tego względu, że tam zdecydowana zawodników to Anglicy, podobnie trener, a sam klub jest jednym z trzech klubów Premier League, które mają brytyjskich właścicieli.
     I proszę teraz spojrzeć, co ta sytuacja zmienia w sytuacji Imperium? Nic. Zero. Premier League, zdaniem niektórych najlepsza liga na świecie, pozostaje tak czy inaczej angielska. Kluby mają angielskie nazwy, w powszechnej świadomości każdy z nich, to klub jak najbardziej angielski i żaden inny, a co więcej, przynajmniej ja osobiście nie mam najmniejszej wątpliwości, że w każdej z tych umów, które Anglicy podpisali z Chińczykami, Rosjanami, czy Arabami jest klauzula, które sprawia, że jedyne co oni tak naprawdę mogą, to płacić i dbać o to, by owa liga nadal była najlepszą ligą na świecie. I jestem absolutnie pewien, że gdyby taki Abramowicz zaczął postępować nielojalnie wobec tych, co mu sprzedali Chelsea, pierwszą rzeczą, jaka by nastąpiła to ta na przykład, że on by utracił prawo do używania nazwy „Chelsea” FC, a gdyby się zawziął i postanowił, że będzie dalej uczestniczył w rozgrywkach, tyle że już pod, dajmy na to, nazwą „Nowiczok FC”, to by zarówno trener Conte, jak i wszyscy zawodnicy nie będący poddanymi królowej zostaliby wydaleni z przyczyn obojętnych. On sam mógłby oczywiście zostać, pod warunkiem, że nadal będzie płacił podatki.
     I to jest dla mnie coś absolutnie fantastycznego, gdy chodzi o to, co Coryllus lubi określać pojęciem „przerzucania kosztów na przeciwnika”. Ale jest jeszcze coś, o czym dawno temu pisałem tu na blogu, a co dziś pozwolę sobie przypomnieć, bo to bardzo ładnie uzupełnia temat, a mianowicie tak zwane „footpaths”. Otóż oni mają tam u siebie owe „footpaths”, czyli po prostu ścieżki dla pieszych. Okazuje się, że kiedyś, przed wielu wiekami, ktoś w Anglii wymyślił, żeby cały teren kraju pokryć tymi ścieżkami, tak by one stanowiły wyznaczone miejsca, gdzie każdy człowiek będzie miał święte prawo dowolnie się poruszać. I do dziś na każdym kroku można spotkać tabliczki, na których jest napisane „footpath”, a strzałka pokazuje albo typową ścieżkę, albo wyłącznie wydeptany kawałek trawy, gdzie tylko baczne oko może wypatrzeć jakikolwiek kierunek, ale każdy wie, że tam właśnie jest ta ścieżka. I każdy wie, że może sobie tam pójść i to jest jego miejsce. I nikt go stamtąd nie może przegonić. I opowiadał nam ten nasz znajomy, że parę lat temu piosenkarka Madonna postanowiła wybudować sobie w Anglii posiadłość. Wybudowała więc tę posiadłość, ale nagle okazało się, że tuż za płotem jest jedna z tych ścieżek i tam łażą ludzie. Więc zażyczyła sobie artystka Madonna wykupić tę ścieżkę, tak by jej nikt się pod domem nie kręcił. I w tym momencie Imperium ją poinformowało, że – przepraszam za język – ona może się iść walić. Ścieżka jest nie do ruszenia nawet za wszystkie skarby tego świata. Dlaczego? Bo tam tak zwane święte prawo własności ma swoje ograniczenia, a one są wyznaczane przez interes zwykłego poddanego Korony.
     I to jest coś, na co chciałem zwrócić uwagę, zabierając głos w dyskusji na temat socjalizmu, kapitalizmu i w ogóle tego, co nas tak pasjonuje i co tak naprawdę nam pozostaje jako jedyne, z braku czegoś znacznie, znacznie lepszego.



Oczywiście, niezmiennie zapraszam do kupowania moich książek. Można to robić albo pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, względnie bezpośrednie u mnie bezpośrednio na toyah@toyah.pl. Bardzo polecam.



czwartek, 2 lutego 2017

Czy Diego Costa może otrzymać Order Brytyjskiego Imperium?

Jakiś czas temu zamieściłem tu tekst o potędze Brytyjskiego Imperium obserwowanej z punktu widzenia języka angielskiego. Krótko mówiąc, chodziło o to, że popularna kultura na całym świecie została zorganizowana – ewentualnie zorganizowała się sama – w taki sposób, że to, iż ów świat stara się mniej lub bardziej nieporadnie wyrażać swoje myśli w języku angielskim, dla każdego Brytyjczyka od urodzenia do śmierci, jest równie oczywiste, jak to, że słońce świeci, a wiatr wieje. Problem, który chciałem przedstawić, sprowadzał się do tego, że jeśli oto mamy społeczeństwo, które w sposób absolutnie naturalny wychodzi z założenia, że język, jakim ono się posługuje, jest jednocześnie językiem, do którego reszta świata wyłącznie, i to w sposób równie naturalny, aspiruje, to owo społeczeństwo znajduje się w pozycji na tyle uprzywilejowanej, że nikt już do końca świata nie jest w stanie go pokonać.
Aby to pojąć na poziomie praktycznym, spróbujmy sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby Polska nagle uzyskała taką pozycję, że pracownicy stacji o nazwie Eurosport zaczęliby przekazywać swoje relacje w języku polskim, którym staraliby się posługiwać najlepiej jak tylko potrafią, a my tu byśmy ze zrozumieniem kiwali głowami i nawet by nam nie przyszło do głowy, że dzieje się coś szczególnego? Jak by to było, gdyby w ramach festiwalu Eurowizji większość uczestników konkursu śpiewałaby swoje piosenki po polsku, z akcentem niemieckim, francuskim, czy właśnie angielskim, a my tu w naszych domach byśmy nawet nie mrugnęli okiem, uznając, że tak właśnie wygląda nasz świat? O jakim rodzaju narodowej świadomości tego typu podejście by świadczyło i na ile skutecznie by to wszystko nas ustawiało w dominującej pozycji do reszty świata?
Ponieważ ze względu na presję ze strony naszej starszej córki, cała nasza rodzina już jakiś czas temu gorliwie bardzo zaczęła kibicować piłkarskiej drużynie Liverpool FC w walce o jak najlepsze miejsce w corocznych rozgrywkach, to co się dzieje na poziomie angielskiej Premier League śledzimy zawsze z dużą uwagą. Otóż proszę sobie wyobrazić, że angielska liga piłkarska – prawdopodobnie najlepsza piłkarska liga na świecie – zatrudnia całą kupę piłkarzy i trenerów, którzy z Brytyjskim Imperium mają tyle wspólnego, że wedle rankingu przedstawionego przez niesławnego Johna Dee, pochodzą z zakątków świata, które od początku świata stanowią jego faktyczną i jak najbardziej realną część. Z takim Diego Costą jest sprawa prosta. Jemu wystarczy rozumieć, co się do niego mówi i tu sobie jakoś radzi. On w końcu ma za zadanie grać i albo strzelać bramki, albo dbać o to, by ich za dużo nie stracić. Inaczej jest z trenerami. To są prawdziwe gwiazdy. To oni tak naprawdę odpowiadają za poziom tej ligi i to oni ostatecznie po każdym kolejnym meczu pojawiają się na konferencjach prasowych i przez 15, czy 20 minut starają się tworzyć ową historię. I oto mamy tę Premier League – jak już wspomnieliśmy, najlepszą ligę na świecie, te pieniądze, ten prestiż, a w tym wszystkim – daje słowo, że to jest zaledwie pierwszy z brzegu przykład, a osobiście pod ręką mam kilka równie dobrych – pojawia się nagle trener obecnie przewodzącej w tych rozgrywkach Chelsea, który prezentuje się ni mniej ni więcej, tylko tak:



O co chodzi? Otóż chodzi o to, w jaki sposób to wystąpienie odbierają Brytyjczycy? Co oni czują, kiedy widzą człowieka, który tworzy ich imperialną historię i jedyne, co potrafi powiedzieć w ich języku, to parę najprostszych i kompletnie chaotycznych słów. Oni nie mają pojęcia, co on do nich mówi, oni nawet nie próbują go słuchać, a wszystko i tak gra jak należy, bo chodzi wyłącznie o ten gest. No a co czuje on, kiedy siedzi tam przed nimi i nie może nie mieć przecież świadomości, że oni tak naprawdę nie rozumieją słowa z tego, co on do nich mówi? On zapewne też zdaje sobie sprawę z tego, że oni mają to głęboko w nosie, bo tak naprawdę chodzi wyłącznie o to, by podtrzymać powszechną świadomość, że nie ma potęgi ponad Brytyjskie Imperium.
Żona moja uczy w szkole, gdzie jednym z nauczycieli jest obywatel Zjednoczonego Królestwa. Otóż proszę sobie wyobrazić, że całkiem niedawno, przy którejś z okazji, on jej z dumą powiedział, że historia Wielkiej Brytanii to jest odwieczne zmuszanie świata, by pracował na jej rzecz. Obejrzałem wyżej przedstawioną konferencję prasową trenera londyńskiego Chelsea – którego, tak na marginesie, właścicielem jest Rosjanin – ale też przy okazji posłuchałem, co mają mi do powiedzenia trenerzy Tottenhamu, Leicester, czy choćby słynny Pep Guardiola, i pomyślałem sobie, że tu nawet palca nie ma gdzie włożyć. John Dee miał rację. Imperium obejmuje cały świat, a to co ów świat za swoje starania na rzecz owego Imperium dostaje, to tolerancję dla swojej słabości, demonstrowanej choćby przez nieumiejętność wysławiania się w jego języku. W końcu ci wszyscy Hindusi czy Nigeryjczycy też sobie radzili tak sobie.
Na koniec tego dość szczególnego tekstu mam też równie szczególny, bo skierowany do tych wszystkich z nas, którzy próbujemy nauczyć się języka, a nam to z różnych powodów nie wychodzi, apel, byśmy machnęli na to ręką. Taki Antonio Conte jest od nas bez porównania gorszy, a popatrzcie tylko, jak tym cwaniakom to w ogóle nie przeszkadza.

Wszystkich czytających ten tekst zachęcam niezmiennie do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Naprawdę warto.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...