Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stocznia Gdańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stocznia Gdańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 marca 2012

Przyszedł pan z maczetą, i chce podziękować za dobrą pracę

Poruszony planami odtworzenia bramy Stoczni Gdańskiej w kształcie znanym nam z czasów schyłkowego Peerelu, nasz kolega Coryllus napisał i zamieścił w Salonie24 niezwykle interesujący tekst, w którym najpierw informuje nas, że oto stało się tak, że artystka Dorota Nieznalska wpadła na pomysł, by na bramie Stoczni powiesić Lenina i że ów pomysł sprzedała miastu Gdańsk, a następnie dzieli się z nami refleksjami, które prowadzą go do bardzo ponurych wniosków związanych z wykorzystywaniem znaków i symboli przez ludzi złych w jeszcze bardziej złych zamiarach. Tekst, jak to się dzieje zwykle z tekstami Coryllusa, jest wart przeczytania, więc, jeśli ktoś potrzebuje mojej zachęty, to szczerze zachęcam. Natomiast ja bym może spróbował do tego co napisał Coryllus wprowadzić drobne uzupełnienia, a przy okazji garść nieco szerszych refleksji.
Otóż, tak jak to zwykle się dzieje w tego typu sytuacjach – i do dyskusji pozostaje to, w jakim stopniu było to działanie zamierzone – przekaz medialny wprowadził nas wszystkich w pewien bardzo poważny błąd, i trzeba przyznać, że uległ mu również sam Coryllus. Chodzi mianowicie o to, że przebieg zdarzeń był zdecydowanie inny, niż się to nam przedstawia, a w rzeczywistości wygląda on następująco. Pewnego dnia Dorota Nieznalska – artystka słusznie znana, a i też odpowiednio i wielokrotnie już, również tutaj, opisana – w ramach kolejnej swojej wystawy, przedstawiła instalację w formie repliki bramy Stoczni Gdańskiej w kształcie, w jakim w trzecim dniu stanu wojennego zostawił ją peerelowski czołg. Po co ona to zrobiła, z jaką myślą, przez jaki typ artystycznej wrażliwości, ani do tego nie dojdziemy, ani dochodzić przecież nie mamy potrzeby, faktem jest natomiast, że ów artystyczny projekt, który nie przedstawia nic poza czymś, co wygląda na połamany stalowy płot, bardzo zainspirował samorządowe władze miasta Gdańsk, które wymyśliły, że właściwie nie byłoby źle, gdyby się za tę dzisiejszą bramę zabrać na poważnie i spróbować ją zrekonstruować w formie, w jakiej ona lśniła jeszcze zanim w nią wjechał tamten czołg. Zlecono więc miejscowemu Zarządowi Dróg i Zieleni, by dalej to oni już pilotowali projekt, no i urzędnicy ZDiZ ogłosili przetarg, w ramach którego wybrano firmę o nazwie Drogomet, która za 68 tys. zł. zgodziła się tamtą bramę odtworzyć.
W międzyczasie, do Nieznalskiej zgłosił się ktoś z gdańskiego samorządu, i pochwalił ją za to, że ona – choćby nawet i niechcąco – w tak piękny sposób przyczyniła się do powstania nowego projektu, zapytał, jak to w ogóle się stało, że ona wpadła na tak fantastyczny artystyczny pomysł, i poprosił ją, by zgodziła się zostać artystycznym doradcą nowego projektu. Nieznalska, jak podaje PAP, wyjaśniła, że ona bardzo solidnie przygotowywała się do stworzenia tego dzieła, i że w ramach tych przygotowań „obejrzała wiele fotografii z początku lat 80. i doszła do wniosku, że brama, przez którą dziś wchodzi się na teren dawnej stoczni, nie jest tą, którą znamy ze zdjęć ze strajków z sierpnia 1980 roku”. Nieznalska z radością propozycję przyjęła i zaproponowała, by oprócz starej bramy, zawiesić na Stoczni metalowy Order Sztandaru Pracy, oraz drugi człon napisu ‘Stocznia Gdańska im. Lenina’”. I to jest właśnie ów wspomniany najpierw przez media, a następnie przez Coryllusa – Lenin.
I teraz dopiero zaczęły się dziać rzeczy, o których wprawdzie i PAP informował, ale na tle tego Lenina, jakoś się do szerszej świadomości nie przebiły. Oto sprawą zainteresowali się konserwatorzy zabytków na poziomie zarówno miasta jak i województwa, pochwalili pomysł i zwrócili się do Nieznalskiej o konsultacje. Nieznalska się z panami spotkała, i poinformowała, że bardzo by było dobrze, gdyby oprócz tego wszystkiego, co jest planowane, a więc owego orderu i Lenina, nad całością umieścić jeszcze historyczny napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”. Architektom pomysł się bardzo spodobał i do sfinalizowania całej sprawy pozostała tylko jeszcze jedna kwestia – co zrobić z bramą, która stoi tam teraz.? W końcu ona też ma swoją historię i jakoś głupio by było ją tym Peerelem potraktować. Ale, jak twierdzi gdański konserwator zabytków Janusz Tarnacki, wszystko jest na dobrej drodze, bo trwają rozmowy z dyrekcją Europejskiego Centrum Solidarności i być może będzie można im to wrzucić, a oni już zrobią z tym płotem co chcą.
A więc mnie nie bardzo interesuje ten Lenin, choć zgadzam się z Coryllusem, że zostawianie śladów z pewnego punktu widzenia stanowi wręcz podstawową działalność Systemu. Mnie od Lenina i wspomnianego medalu o wiele bardziej poruszył projekt, by tam wstawić to podziękowanie za dobrą pracę. Lenin, order, czapka ormowca, pałka zomowca, czerwona flaga z sierpem i młotem, stara kartka na cukier, odnowiona cyfrowo wersja „Misia”, wystawa zdjęć pt „Mój PRL”, to wszystko oczywiście ma swoje miejsce w tym nieszczęściu, którego jesteśmy udziałowcami, natomiast wszyscy wiemy, że za tym wszystkim stoi bardzo naturalny i nie opuszczający wielu z nas sentyment za czasami naszej młodości i za tą, jak by nie patrzeć, beztroską, która sprowadzała się często do myśli, że cokolwiek się nie zdarzy, na święta i tak zawsze ta ryba będzie. A więc nawet jeśli z uśmiechem wspominamy sobie tamte historie, oglądamy tamte zdjęcia, żartujemy z tamtych czasów i ludzi, którzy nas wówczas niszczyli, jest w tym wciąż jakaś powaga. Jest śmiech, ale i obok ta powaga. No i z całą pewnością nie ma w tym już żadnego szyderstwa. Tymczasem tu się pojawia ten napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”.
Pisałem poprzednio o tych niby-bankach, które wprawdzie bankami nie są, i od bycia bankami się bardzo starannie odżegnują, natomiast robią wrażenie organizacji, których jedynym zadaniem jest to, by po tym, co z nami zrobiły banki prawdziwe – posprzątać. Wyłapać tych wszystkich, którzy z punktu widzenia oficjalnego systemu bankowego nadają się już tylko na przemielenia, i proces ów skutecznie przeprowadzić. Co mam na myśli, wydaje mi się że doskonale prezentuje okno wystawowe znajdującej się nieopodal punktu. Otóż punkt ów nosi nazwę „Parkmar Inkaso” i, jak informuje szyld, oferuje coś co się nazywa „niebankowe chwilówki”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, albo potrzebował czegoś więcej, niż drobne na życie, została do tego dołączona informacja ze szczegółami. Otóż oprócz „niebankowych chwilówek”, mamy jeszcze:
1.niebankowe bez bik-u
2.emeryci i renciści (bez ograniczenia wieku)
3.wypłata natychmiast
4.od 300 zł. (bez ograniczenia kwotowego)
5.zwrot części poniesionych kosztów pożyczki
6.bezpłatny dowóz klienta do siedziby firmy
Z tego wyliczenia zainteresowało mnie, pomijając ów jakiś zwrot poniesionych kosztów pożyczki, czego zwyczajnie nie rozumiem, właściwie wszystko. Mianowicie przede wszystkim informacja o „niebankowym” systemie kredytowania, następnie o obsłudze klientów znajdujących się na listach BIK-u, i to niezależnie od wieku, dalej o braku owych „ograniczeń kwotowych” i wreszcie o tym, że oni dowożą klienta za darmo pod „siedzibę firmy”. Proszę popatrzeć, co się tutaj dzieje. Firma „Parkmar Inkaso” kieruje swoją ofertę – przypominam, ofertę w wysokości dowolnej – do osób, które figurują w bazie bikowskiej, jako ci, którym pożyczać nie wolno, bo są już tak zapożyczeni, że zwyczajnie nie mają z czego oddawać, oraz do tych, którzy są już tak starzy, że ich trzeba przywieźć na miejsce, a więc, jak się domyślam, nie tyle chodzi tu o nich, co o ich dzieci i wnuki – również zapewne na czarnych listach BIK-u. A więc, krótko mówiąc do tych wszystkich z nas, których jedyne na co stać, to wziąć za łeb jakiegoś swojego półprzytomnego ojca, matkę, czy dziadka, powiedzieć im, że jedziemy „do inkasa”, do tego „inkasa” ich zaciągnąć, i ich tam posadzić, by nam pożyczyli, ile się da. A wszystko z ową podstawową obietnicą, że „nie jesteśmy bankiem”.
Bardzo bym chciał zostać właściwie zrozumiany. Z jedynego dostępnego mi punktu widzenia, to co się tu odbywa, nie różni się niczym od – chyba każdy przyzna, że wręcz absurdalnej – sytuacji, kiedy to pojawia się oferta podobna do tej, jaką w filmie pt. „Odważny” (marnym zresztą jak cholera) Johnny Depp otrzymuje od Marlona Brando, że skoro ten nie jest w stanie utrzymać rodziny i nic nie wskazuje na to, że kiedyś mu się odmieni, to on im zapewni byt, pod warunkiem, że Depp da mu się w najbardziej okrutny i ponury sposób zadręczyć na śmierć. Mamy biały dzień, centrum miasta, wokół chodzą żywi ludzie, w pobliżu Urząd Skarbowy, naprzeciwko posterunek policji, nieopodal kościół, idzie wiosna, słychać, że w przyszły weekend będzie bardzo ładnie i ciepło, a tu ktoś proponuje, by, jeśli ktoś już ma najgorzej – po prostu najgorzej – wpadł, a oni się już dalej o wszystko zatroszczą. I proszę ewentualnych mądrali, żeby się dobrze zastanowili zanim zaczną się popisywać znajomością fraz typu „Każdy jest panem własnego losu” i temu podobnych. Bo to akurat wszyscy świetnie wiemy. Tu chodzi o coś zupełnie innego. I wcale nie o ten akurat, diabli wiedzą co za jeden, punkt. Bo to jest już kwestia Systemu.
Nasz kolega orjan w jednym z komentarzy pod wspomnianą wcześniej notką zasugerował, że to z czym mamy do czynienia, to swego rodzaju zmowa, a ja dopowiedziałem, że to faktycznie może wyglądać tak, że banki wykonują robotę podstawową, podczas gdy te biura pożyczkowe już ją tylko ostatecznie kończą. A myśl ta jest już tak straszna, że nie bardzo nawet wiadomo, jak dalej gadać. Bo wszyscy jeszcze pamiętamy, jak stosunkowo niedawno, bo zaledwie 20 lat temu, większości z nas żadne kredyty nie były potrzebne. Oczywiście, jeśli ktoś prowadził jakieś poważne biznesy, albo chciał coś kupić na raty, a uznał, że tak mu będzie wygodniej, to coś tam spłacał, jednak generalnie człowiek pracował i za to co zarobił jakoś żył. I wręcz niepostrzeżenie zaczęły powstawać te banki, oferować swój towar, i człowiek najpierw doszedł do wniosku, że jednak bez niego się nie obejdzie, a potem, że bez niego można równie dobrze się spakować. Pracował więc coraz bardziej, i coraz dłużej i coraz bardziej, i coraz dłużej i dłużej, i coraz częściej widział, że to wciąż za mało. I ta sytuacja w istocie zaczyna dziś wyglądać tak, że skoro już trzeba założyć, że istnieje tu wspomniana zmowa, to skoro tak, to pozostaje już tylko się zastanowić, co jest na końcu owej zmowy. I wtedy każda odpowiedź jest dobra.
I to są właśnie moje refleksje na okoliczność projektu artystycznego Doroty Nieznalskiej, zamówionego przez polskie państwo na okoliczność przebudowy bramy Stoczni Gdańskiej, a zatytułowanego „Dziękujemy za dobrą pracę”. Właśnie tak. Bo ten Lenin to głupstwo i bzdura. Jestem pewien, że tęsknota ze Peerelem, za jego atmosferą i urokiem, to dokładnie ta sama strona monety, którą miały okazje trzymać w dłoni społeczeństwa Zachodu, kiedy do władzy doszli niegdysiejsi hippisi i dzieci kwiaty, bohaterowie owej eksplozji rozpasania roku 1968, i przypomnieli sobie, jacy oni byli wówczas piękni. Ten sam obłęd i tę samą tęsknotę widać w oczach tych naszych dzisiejszych, już odpowiednio utytych i posiwiałych bohaterów tamtej walki. Oni bardzo by chcieli, żeby to wszystko wróciło i żeby oni w tym wszystkim znów mogli się poczuć bohaterami, tyle że już bohaterami prawdziwymi, z oficjalnym glejtem. I robią wszystko, żeby ten ich Peerel wrócił. I niewykluczone, że jeśli ich jakimś cudem nie powstrzymamy, wróci. Niemal taki sam. Z tym swoim kłamstwem, z tą nędzą, tą beznadzieją, i tylko jednego zabraknie – owego poczucia bezpieczeństwa. Tej pewności, że cokolwiek się stanie, to jakoś to wytrzymamy. I że na święta ryba będzie. No i że w domu będzie święciło światło, z kranu będzie płynęła ciepła woda, i kaloryfer będzie grzał.
Więc tego akurat zabraknie, ale reszta zostanie taka sama. A nad tym wszystkim będzie oczywiście widniał ten szyderczy napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”.
Jeśli komuś te słowa prawdy się na coś przydały, bardzo proszę wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. No i proszę kupować książkę. Wszystkie namiary są na tym blogu. Dziękuję.

sobota, 20 września 2008

Walentynowicz



W Rzeczpospolitej na dzisiejszy weekend, artykuł o Annie Walentynowicz. Przeciętny zwyczajny artykuł przedstawiający sylwetkę historycznej postaci. Żadnych rewelacji, suche fakty, parę opinii. Standard.
Jest jednak zdjęcie. Duże, kolorowe zdjęcie pani Walentynowicz. Nie znam się na fotografii, a przynajmniej nie na tyle, żeby autorytatywnie stwierdzić, że to zdjęcie jest wybitne, a inne już nie tak wybitne, a na dodatek jeszcze powiedzieć, co sprawia, że któreś z nich jest udane, a inne już nie tak udane. Patrzę jednak na to zdjęcie od dzisiejszego ranka i nie mogę oderwać od niego oczu.



I zastanawiam się, czy gdyby na nim nie stała Anna Walentynowicz, tylko ktoś inny, czy byłbym wciąż pod takim wrażeniem. Czy siła tego zdjęcia leży w postaci, którą przedstawia, czy w kunszcie Michała Szlagi, który je wykonał? Ciekawy też jestem, czy Walentynowicz pozowała do tego zdjęcia, czy po prostu tak sobie stanęła przed kamerą, a ten pan Szlaga zrobił to jedno zdjęcie.
Tak czy inaczej, efekt jest taki, że na zdjęciu jest ten smutny, szary teren Stoczni, sfotografowany w prostej perspektywie, a na pierwszym planie, w samym środku stoi Anna Walentynowicz, siwa, w okularach, w skromnym płaszczu, podparta na jednej inwalidzkiej kuli. Ani smutna, a nie wesoła, ani zamyślona. Stoi i patrzy prosto w oko kamery.
A może jednak chodzi o to miejsce? Czy możliwe, że to ten fragment Stoczni Gdańskiej, nędzny, zapomniany, byle jaki, nadaje mu ten niezwykły charakter? Nie wiem.
Faktem jest, że patrzę na to zdjęcie, jak na obraz i myślę sobie, że gdyby ktoś postanowił zrobić z niego plakat i sprzedawać go razem z plakatami, które są do kupienia w empikach, by je następnie ludzie oprawiali w antyramy i wieszali na ścianach swoich mieszkań, to ja bym sobie takie zdjęcie kupił. Kupiłbym sobie to zdjęcie, bo ono na mnie robi takie wrażenie, jak zdjęcia starych już Rolling Stonesów, albo jak video Boba Dylana Subterranean Homesick Blues. Najpiękniejszy pop świata.
No ale tu jest jeszcze coś. To nie jest Bob Dylan, ani nawet piękny Mick Jagger. Tu jest Anna Walentynowicz - nie część pop-kultury, lecz część historii. I to najbardziej dramatyczna część historii.
Historii najbardziej dramatycznej z możliwych. I jeszcze ten życiorys.
Pisze Małgorzata Subotić, autorka artykułu o Annie Walentynowicz, a ja nie mam powodu, żeby te informacje kwestionować:

„Urodziła się na Wołyniu. Gdy miała dziesięć lat, we wrześniu 1939 roku, została sierotą, ojciec zginął, krótko potem zmarła matka. Skończyła tylko cztery klasy szkoły. Przygarnęła ja rodzina sąsiadów, którzy po wojnie opuścili kresy i osiedlili się pod Gdańskiem. Tam mieli gospodarstwo. A ona, kilkunastoletnia dziewczynka, była traktowana jak siła robocza, a nie człowiek. Walentynowicz wspomina, że pracowała od czwartej rano do północy. Nigdy z „państwem" nie jadła przy wspólnym stole, nawet w Wigilię. By nie czuć się samotnie, spędzała ją w stajni, z końmi. Była też bita. Wreszcie zdecydowała się uciec do Gdańska. Zaczęła od pracy w fabryce margaryny. Ale zamarzyła się jej stocznia, skończyła kurs i została spawaczem. Pracowała jako spawacz przez kilkanaście lat, dopiero gdy zachorowała na raka, poprosiła o przeniesienie na suwnicę.”
Co było dalej, wiemy wszyscy, mimo wszelkich prób i tych wszystkich usiłowań, byśmy nie wiedzieli. Wiemy, albo powinniśmy wiedziec, ponieważ to, co było dalej, to taka sama część naszej historii, jak ta, o której i ja, jako dziecko i moje dzieci uczyły się, lub uczą na lekcjach historii Polski. Więc wiemy (lub powinniśmy wiedzieć), że któregoś dnia po Mszy Świętej podeszła do Bogdana Borusewicza i tak zaczęła ten nowy okres swojego życia, który ją wyniósł do pozycji pierwszego bohatera Sierpnia, by po latach sprowadzić ją do miejsca, w którym znajduje się dzisiaj. Biedna, opuszczona, wykpiona, a przede wszystkim znienawidzona przez tych, którzy w tej grze rozdają karty.
Wiele już napisano, zwłaszcza ostatnio tutaj, w Salonie, na temat, dlaczego historia tak niesprawiedliwie potraktowała ludzi, bez których nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Borusewicz jest dziś marszałkiem Senatu i jednym z najbardziej hołubionych polskich polityków, Wałęsa, jak się już zapowiada, niedługo będzie bohaterem serii uroczystości z okazji rocznicy otrzymania nagrody Nobla, na które to uroczystości zjechać mają najwięksi i najbardziej znakomici z całego świata. Nawet Bogdan Lis, obecnie przybolszewicki polityk, chodzi w glorii jednego z najważniejszych bohaterów sierpnia.
Państwo Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Kazimierz Świtoń, by nie wspomnieć innych, zupełnie już zapomnianych działaczy, takich jak zmarły niedawno Henryk Lenarciak, zostali skutecznie ze zbiorowej świadomości wyrzuceni. Prawdopodobnie, gdyby nie te już niemal trzy lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego i działalność IPN-u, pies z kulawą nogą nie wiedziałby, że ci, co jeszcze nie umarli, w ogóle gdzieś jeszcze żyją. Raz do roku tylko byśmy oglądali w telewizji kolejkę lokalnych biznesmenów i polityków, kręcących się po wałęsowym ogródku, żeby przypomnieć się łaskawej pamięci jego i jego żony. A cała reszta obsługi historycznych aspiracji społeczeństwa pozostawałaby już tylko w rękach polityczno-biznesowo-medialnych trójek, wyznaczonych przez „sam pan wiesz, kogo", które by informowały, że, odwrotnie do tego, co nam się dotychczas wydawało, to nie Bulc nie wiedział w 1980 roku, kim jest Borowczak, a - wręcz przeciwnie - to Borowczak nie wiedział, kim jest Bulc.
Wróćmy jednak do pierwszej bohaterki mojego dzisiejszego tekstu, pani Anny Walentynowicz. Przyjechała więc ta młoda wtedy jeszcze kobieta do Gdańska, podjęła pracę w tej fabryce margaryny, skończyła kurs spawacza, poszła pracować do Stoczni, a później, po latach, któregoś dnia uznała, że trzeba tępić czerwoną hołotę i rzuciła się w ten ogień.
W Dzienniku, również dzisiejszym, Robert Mazurek rozmawia ze Sławomirem Cenckiewiczem, który przypomina swoją rozmowę z Adamem Hodyszem - kolejnym bezlitośnie zapomnianym bohaterem lat Solidarności, który mu miał kiedyś powiedzieć:

„To bzdura, że najłatwiej było zwerbować robotników. Robotnik myślał tak: ‘Stoję przy imadle tutaj, to jak mnie wypieprzą ze stoczni, to będę stał przy imadle gdziekolwiek'. Natomiast naukowiec, literat, jak usłyszał od SB, że koniec z jego wspaniałą pracą, czy wydawaniem książek, miękł łatwiej.”
Ktoś powie, że to nieprawda. Bo na przykład, raz to Wałęsa był Bolkiem, innym razem Maleszka - Ketmanem. Raz bohaterem była Anna Walentynowicz, innym razem tym, który się nie ugiął był Zbigniew Herbert. No wiec, pozostaje nam w takim razie ustalić, kto stanowił regułę, a kto był od tej reguły wyjątkiem. Historycy w IPN-ie mają odpowiednie klucze, więc mogą nam coś na ten temat powiedzieć. Ja mogę tylko polegać na swojej ograniczonej wiedzy i intuicji. A zarówno moja wiedza, jak i intuicja, mówią mi, że Walentynowicz nie była wyjątkiem. Wyjątkiem był Wałęsa i Herbert. Tak na marginesie, ciekawe to bardzo i paradoksalne, że to akurat jedyne miejsce, gdzie ci dwaj słynni Polacy są w stanie się zejść.
Ale, niezależnie od tego, jak się te wyjątki z regułami układać będą, nie mówimy o nich. Tych dwóch, a już zwłaszcza Wałęsę, jestem w stanie zrozumieć. Mówimy o Annie Walentynowicz. Ja bym bardzo chciał wiedzieć, jak to się stało, że ona skoczyła w pewnym momencie w ten ogień i nie było takiej mocy, żeby choć przez krótką chwilkę pomyślała, że to jest zbyt bolesne, albo nieopłacalne, albo po prostu za trudne. Jak to się stało, że nie skorzystała z tylu ciekawszych ofert? A musiała ich mieć bez liku.
Chciałbym, żeby ktoś się ją o to zapytał, żeby o tym opowiedziała, żeby ogólnopolskie media pozwoliły nam usłyszeć historię kogoś właśnie takiego. Ale pewne nie usłyszymy. Już Bogdan Borusewicz wyraźnie powiedział, że on sobie nie życzy, żeby można było opowiadać jego historię i historię tych, którymi on gardzi, na tych samych zasadach. Że albo on, albo oni. A w tej sytuacji, nawet gdyby ktoś się nad wyborem zastanawiał, wybór jest jasny.
No więc pewnie nie usłyszę już opowieści Anny Walentynowicz. Trudno. Ale sobie jakoś poradzę. Będę patrzył na zdjęcia. Na zdjęcie Wolszczana, zdjęcie Herberta, zdjęcia Wałęsy, i wreszcie na to dzisiejsze zdjęcie Walentynowicz. Będę patrzył na nią, jak stoi w tym swoim płaszczu, z siwymi włosami i z tą kulą, na tym smutnym i pustym placu. I będę już wiedział.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...