Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 marca 2017

Puk, puk. Przyszliśmy po twoją duszę (repryza)


Od czasu jak opublikowałem dwa teksty w temacie „okołotrynkowiczowym”, paru czytelników poprosiło mnie, bym przypomniał swój bardzo stary tekst o psychologach. A ja z tym nie mam najmniejszego problemu. Czytelnik prosi – czytelnik ma.

      Wczoraj usłyszałem zarzut, że mam obsesję na punkcie nauk… no, nie wiem, jak one się oficjalnie nazywają, ale chodzi mi o nauki zajmujące się ludzką duszą. Zdziwiło mnie to nieco, nawet nie dlatego, że do tego typu obsesji się nie przyznaję, ale z tej prostej przyczyny, że nie bardzo pamiętam, żebym się tu tematem tym jakoś szczególnie zajmował. Jednak nie będę się upierał, bo coś na rzeczy musi być, no a poza tym, mogę przynajmniej mieć satysfakcję, że te teksty są przynajmniej przez niektórych czytane bardziej świadomie, niż są pisane.
      Na psychologii (powiedzmy, że będę dla uproszczenia używał tej nazwy) znam się lepiej niż na fizyce i baseballu, ale w żaden sposób nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie wymądrzać. Natomiast znam się trochę na świecie i na ludziach, których spotykam i w związku z tym myślę sobie, że mogę zabierać głos na najróżniejsze tematy, o ile tylko ów głos nie będzie udawał, że jest głosem eksperta, lecz jedynie kogoś kto stoi z boku, patrzy, i po głowie mu chodzą różne myśli. A więc cóż to by były za myśli, jeśli idzie o mój dzień dzisiejszy? Otóż przypominam sobie, że kiedy byłem jeszcze młody, psychologów w telewizji nie pokazywali, a słowo pojęcie psychoanalizy występowało wyłącznie w zabawnych scenach w filmach Woody Allena. Zarówno w mojej podstawówce, jak i już w liceum, z lekarzy byli wyłącznie dentyści, którzy nam wiercili w zębach i panie higienistki, które nam pobierały z palca krew. Pomysł, żeby gdzieś tam się kręcił jakiś szkolny psycholog czy pedagog, był w najwyższym stopniu egzotyczny. Prawdziwych psychologów poznałem dopiero na studiach. Pierwszym z nich był człowiek, który był tak wybitny, że go pokazywali w lokalnej telewizji i wszyscy uważaliśmy że on akurat jest psychicznie niezrównoważony. Do tego przekonania doszliśmy właściwie już na samym początku naszych z nim kontaktów, ale ostatecznie ta bomba wybuchła, gdy zmarła mu córeczka, a on na drugi dzień przyszedł normalnie do pracy i ku naszemu przerażeniu, zachowywał się, jakby właśnie wrócił z kina. Właśnie wtedy zaczęliśmy się go bać.
      Drugiego psychologa poznałem też na studiach i była to młoda, prześliczna kobieta, która prowadziła dla nas odpowiednie zajęcia. Byliśmy w niej wszyscy zakochani, a ponieważ nie potrafiliśmy naszych uczuć ukryć, ona też nie była w stanie się skupić na swojej pracy i siedziała wiecznie zaczerwieniona i zawstydzona, i w tak miłym nastroju minął nam cały rok. Później znów psychologów przez kilka dobrych lat nie widziałem, aż wreszcie przyszły lata dziewięćdziesiąte i tak jak pojawiły się owoce kiwi, demokracja, pieniądz, windykacja, Internet i sklep, tak samo, jak grzyby po deszczu, zaczęli pojawiać się psycholodzy.
Moje dzisiejsze doświadczenia na wspomnianym polu, wbrew pozorom, są zupełnie nie najgorsze. Znam dziś trzy osoby, które – przynajmniej z mojego punktu widzenia – reprezentują tę właśnie branżę. Jedną z nich jest mój dobry kolega, który jest tak zwanym psychoterapeutą. O ile mi wiadomo, jest on bardzo wybitnym specjalistą, a wiem to stąd, że mnie kilka razy prosił o pomoc w tłumaczeniu pewnych materiałów i właśnie z tych materiałów wynikało, że on musi być zawodowo umocowany wystarczająco wysoko, żeby mieć tę satysfakcję. Poza tym, nie mam pojęcia, co u niego słychać, bo kiedy rozmawiamy, on o swojej pracy praktycznie w ogóle nie wspomina. Zresztą podobnie jak ja o swojej. Raz jeden chyba zdarzyło się, że wspomniał coś o sprawach związanych z branżą i poinformował mnie, że gdyby mi słabo szło w nauczycielstwie, mogę zawsze zostać psychoterapeutą. Przepisy bowiem są takie, że tu akurat dobre chęci i pasja na ogół zupełnie wystarczają.
      Drugą znajomą mi osobą, której profesja zaczyna się od przedrostka psy- jest autentyczny psychiatra. Jest to człowiek, z którym w pewnym momencie wspólnie słuchałem muzyki, a o którego psychiatrycznych talentach wiem tyle, że osobiście wyleczył jedną moją bardzo bliską koleżankę z choroby, która – przynajmniej z mojego punktu widzenia – była absolutnie dewastująca. Ona była chora tak, że ja czegoś podobnego wcześniej nie mogłem sobie nawet wyobrazić, a on ją wziął i wyleczył. Ot tak! Więc jest tak, że jeśli myślę o potędze psychiatrii, wspominam właśnie jego i w tej już kwestii nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.
Jest też w moim otoczeniu jedna pani psycholog. I ona akurat, jako że należy do rodziny, jest mi z nich wszystkich osobą najbliższą.. Nie mam pojęcia, czy z niej jest psycholog dobry, zły, czy bylejaki. Kiedy też słucham jak ona rozmawia z moją najmłodszą córką, to odnoszę wrażenie, że w tym całym gadaniu nie ma nic takiego, czego ja sam bym nie umiał, albo nie wiedział. Z drugiej jednak strony też wiem, że z jakiegoś powodu moja córka bardzo lubi z nią rozmawiać. I że może być tak dlatego, że nikt nigdy i nigdzie jej nie traktował i nie traktuje z taką sympatią, jak ta moja krewna. I że kiedy one gadają, to ani przez moment nie można się zorientować kto tam jest ten ważniejszy. Więcej – jeśli już, to gwiazdą jest w tym duecie moje dziecko. I że z całą pewnością jest tą gwiazdą nie dlatego, że nią w ogóle jest, albo dlatego że chce, ale dlatego że została w tej roli ustawiona.
      A więc, jak mówię, jeśli idzie o wszystkich psy-, z którymi mam do czynienia, radzę sobie zupełnie dobrze. Gorzej jest, kiedy oglądam ich w telewizji, albo czytam to co mają do powiedzenia w gazetach. I nawet nie muszę wracać wspomnieniami do zmarłego już Andrzeja Samsona, ani do wszystkich bardzo elokwentnych jego oklaskiwaczy, żeby przedstawić swoją tu tezę. Nie muszę, dlatego że mam bardzo silne przekonanie, że w ciągu ostatnich lat nie było w naszej przestrzeni publicznej takiego wysypu pustego, niczym nie podpartego mądrzenia się, jak w przypadku właśnie psychologów. I również, w ciągu całej tej naszej najnowszej historii, nie udało mi się zauważyć grupy zawodowej, która miałaby tak nieprawdopodobne, a jednocześnie niczym nieusprawiedliwione parcie na ekran. Każdego dnia możemy oglądać co raz to innych socjologów, politologów, prawników, czy nawet jakichś trzeciorzędnych artystów. I każdego dnia możemy być świadkami pustki wręcz nieporównywalnej z niczym innym. Z jednym wyjątkiem. Zawsze jest szansa, że w tym całym tłumie zaplączą się jacyś psycholodzy i dopiero oni nas porażą.
      Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Niemczech, czy w Finlandii jakiś szaleniec zastrzelił 10 osób. Natychmiast pojawia się jakaś mądra pani psycholog, którą media poproszą, żeby nam opowiedziała, co to się stało w głowie tego nieszczęśnika. I oczywiście natychmiast usłyszymy odpowiednią diagnozę. Gdzieś ktoś zakatował na śmierć swoje dziecko. Natychmiast przed kamerą siada jakaś kolejna wystrojona pani i przedstawia analizę i duszy tego dziecka i duszy tych dziwnych rodziców. Co tam mordercy i sadyści! Spali się ludziom dom, a już mamy kolejnego psychologa, który nam opowie, co czują ludzie, którzy stracili dom. Okaże się, że gdzieś jakiś bank naciągnął kolejną rodzinę. Proszę bardzo – już mamy kolejkę psychologów chcących wyrazić opinie na temat stanu psychicznego owej rodziny. Przecież to jest zupełnie tak samo, jakby do telewizji zaprosili jakiegoś lokalnego kardiologa, pokazali mu moje zdjęcie i zapytali mnie, jak on by mi pomógł. Ja wiem, że przede wszystkim żaden porządny kardiolog nie przyszedłby do telewizyjnego studia, żeby stawiać diagnozy ludziom, których nawet nie widział na oczy. Ale jest przecież oczywiste, że nawet gdyby został jakoś w to wmanewrowany i otrzymał tego typu pytanie, to by się z całą pewnością popukał w czoło. Dlaczego? Bo jest lekarzem a nie czarownikiem. Tymczasem telewizyjne studia w ostatnich latach aż gotują się od najróżniejszych psychologów, często – jeśli wnioskować po wyglądzie – ledwo co po studiach, którzy mądrzą się na każdy możliwy temat, a biedni ludzie kiwają z podziwem głowami, że jacy to niektórzy potrafią być mądrzy.
      Nie widziałbym żadnego sensu pisania tego tekstu, gdybym miał poprzestać tylko na przedstawieniu tego, jak się rzeczy mają. Musimy się bowiem zastanowić, co to się stało, że wśród tych w wszystkich przedziwnych zjawisk, jakie 20 lat temu zaczęły wpadać do Polski tak szeroką falą ze świata, który to co my przechodzimy ma już dawno za sobą, jest też całe to psychiatryczne szaleństwo. Mam tu pewną teorię, do której, choć pozostaje ona wyłącznie teorią i to może aż nazbyt kontrowersyjną, jestem bardzo przywiązany. Otóż kapitalizm, taki jakim go znamy, jest dokładnie taką samą bzdurą, jaką był kiedyś socjalizm. Kiedy przed laty słyszeliśmy bajki o tym prawdziwym socjalizmie – tym prawdziwym i sprawiedliwym – który dopiero nadejdzie, i bajki o tym, że to co jest to jeszcze nie to, ale że już za chwilę zza rogu wyłoni się ten mesjasz, tak samo jest i z dzisiejszym z kapitalizmem. Wciąż się nam powiada, że wprawdzie tu, w Polsce, my dopiero zaczynamy, że to jeszcze jest taki kapitalizm dziki i nieokrzesany, ale przecież wiadomo, że na przykład w Nowej Zelandii, czy gdzieś w Szwajcarii, czy w cholera wie jakim innym zakątku świata, wszystko jest git. I że jeśli tylko będziemy mieli dobry, liberalny rząd, złożony z uczciwych i zdeterminowanych ministrów, i korzystający z rad porządnych ekonomistów, u nas też zapanuje równowaga.
      Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nie teoriom, ale ludziom i tu w Polsce i tam w tej Nowej Zelandii, to musimy dojść do wniosku, że oni wszędzie mają dokładnie tyle samo do gadania, co w każdym innym miejscu na świecie. Mogą oczywiście głosować w wyborach i niekiedy wyrazić swoją opinię, ale – jak idzie o kwestie podstawowe – to mają przede wszystkim chodzić do pracy, w tej pracy pracować dokładnie tak jak im się każe, wieczorem, w większym lub mniejszym stanie wzburzenia i rozczarowania, wracać do domu, a po tych pięciu dniach stresu, mogą iść na zakupy. Pisałem już o tym w tym miejscu wielokrotnie i mogę to powtórzyć parę razy jeszcze. Tak jest ułożony ten świat, że innej opcji właściwie nie ma. I im bardziej rozwinięty jest dany kraj, im bogatszy i z im większą ofertą, tym bardziej dramatycznie układa się ten tydzień, ten miesiąc, ten rok. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wielkość owej oferty jest też wprost proporcjonalna do tego wysiłku. Im człowiek jest mocniej trzymany za gardło, tym więcej rozrywki, zabawy i najróżniejszych gadżetów mu się oferuje. A jednocześnie tym niższego poziomu owa rozrywka i owa zabawa sięgają.
      Jak wiadomo, uczę angielskiego. Przez te wszystkie lata, miałem stałą możliwość obserwowania poziomu intelektualnego młodzieży zarówno tej mądrej, jak i tej głupszej. Ale również wielokrotnie miałem kontakt z dziećmi wręcz wybitnymi. Dziećmi, które mają przed sobą bardzo jasno określoną przyszłość, dzieci uczące się języka nie po to by go znać, ale żeby wygrać olimpiady i dostać się na najlepsze studia. Nikt mi nie chce wierzyć, kiedy opowiadam ilu z tych wspaniałych, sympatycznych, inteligentnych osób nie miało na przykład pojęcia co znaczy słowo Bitlesi, albo kim był Shakespeare. Pamiętam kiedyś, jeszcze z starej komuny, znalazłem gdzieś informację, że szokująco duży odsetek amerykańskiej młodzieży uważa, że jajka są robione w fabryce. Tak jak coca-cola, czekolada, czy buty. To, o ile sobie przypominam, było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy my tu w Polsce zaśmiewaliśmy się z żartów Allena o psychoanalitykach. No i już to prawie też mamy.
      Trzeba się uczyć, pracować, mieć dużo pieniędzy i nie zwariować. A jeśli komuś coś na tym polu nie wychodzi, to powinien skorzystać z porad czarownika. Czarownik ten może występować w każdej postaci. Może to być wróżka stawiająca horoskopy, człowiek z wahadełkiem, telewizyjny teleturniej, dziewczyna z ogłoszenia, esemesowy konkurs, a jak ktoś jest bardziej ambitny, to nawet siłownia, lub Towarzystwo Diamentowej Świadomości, czy coś podobnego. Dla ludzi stąpających bardziej po ziemi, pozostają psychiatria, psychologia i psychoanaliza. Psychiatria dla tych, którzy nie wytrzymali, psychoanaliza dla tych, którzy nie wytrzymują, a pani psycholog dla tych, którzy się boją, że mogą nie wytrzymać. Bo żyć trzeba, a skoro – jak mówią nawet ludzie pobożni i zorientowani bardzo tradycyjnie – nie wiadomo nawet czy Jezus był autentycznym Zbawicielem, czy wyłącznie symbolem, okazuje się że to życie to nie lada wyzwanie.
Za oknem przepiękny śnieg. Wśród tych płatków widzę czary. Ale to nie są te czary, o kórych uczą na naszych uniwersytetach, lub opowiadają mi w telewizji.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam się dzieja rzeczy niezwykłe, no a przy okazji można znaleźć i moje książki.


czwartek, 12 marca 2015

Opór przed zmianą na lepsze, czyli o dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy

Kto czyta ten blog od początku, być może pamięta tekst o pukaniu do duszy, opublikowany zresztą również w zbiorze o siedmiokilogramowym liściu, w którym przedstawiłem bardzo subiektywną krytykę wszystkiego tego, co jest określane przy pomocy przedrostka „psycho-”, a więc psychologii, psychiatrii, psychoanalizy… można wymieniać. Przy okazji jednak przyznałem, że wśród moich znajomych znajdują się zarówno psychologowie, jak i psychiatrzy i psychoanalitycy, których jak najbardziej szanuję i o których umiejętnościach mam jak najlepsze zdanie. Przy tej okazji wspomniałem o koledze, który, o ile mi wiadomo, jest psychoterapeutą wybitnie wykształconym i doświadczonym, i choć z mojego punktu widzenia to, czym on się zajmuje pozostaje czymś całkowicie bezużytecznym, jestem pewien, że są osoby, które bez jego pomocy nie byłyby w stanie funkcjonować.
Spotkaliśmy się dość niedawno, w pewnym momencie zeszło na politykę i kolega zaczął się głośno zastanawiać, dlaczego niektórzy z nas z tak niezwykłym zaangażowaniem, by nie powiedzieć miłością, dają się zniewalać kłamstwu. Ja mu próbowałem coś tłumaczyć, że to albo ze strachu przed PiS-em, albo z obawy przed opinią znajomych, albo przez zwykły koniunkturalizm, albo jeszcze z jakiegoś innego powodu, na co jednak on przez cały czas się tylko niecierpliwił i powtarzał, że jemu chodzi o coś jeszcze innego i że ja go nie chcę zrozumieć.
I oto parę dni temu spotkaliśmy się ponownie i kolega mnie poinformował, że napisał tekst, w którym przedstawił swoją teorię na temat, o którym sobie rozmawialiśmy parę miesięcy temu, rozesłał go w różne miejsca, jednak bez efektu. W tej sytuacji, uznając, że to jest coś naprawdę wyjątkowego, zaproponowałem, że owe refleksje zamieszczę tu na tym blogu. Uważam, że z pożytkiem nie tylko dla nas tu się spotykających. Zapraszam gorąco.


Wzrasta świadomość manipulacji, na której opiera swoje działania władza. Demaskowane są kłamstwa, kradzieże i zbrodnie. Ujawniane są metody działania służb propagandowych, do których należą media i dyspozycyjne autorytety. Pokazywane jest nieetyczne, szkodliwe i bezkarne postępowanie zależnej od władzy, coraz potężniejszej armii urzędników. Jednak wiele osób nie respektuje tej wiedzy, okazując swoje przywiązanie do władzy, która ich niszczy. Niektórzy „widzą dobre a wybierają złe” i obdarzają niemal miłością swych wewnętrznych i zewnętrznych tyranów. Niepojęte z logicznego punktu widzenia jest to, jak ludzie potrafią na swych władców wybierać tych, którzy ich nienawidzą i źle traktują. Mniej lub bardziej świadomie pozwalają się władzy oszukiwać. Nie znaczy to jednak, że są oni oszukiwani i poniewierani tylko dlatego, że tego pragną.
Dotyczy to zresztą nie tylko naszego kraju, w którym, zwłaszcza od 10 kwietnia 2010r. pogarda do prawdy wręcz znów galopuje. Odwieczny konflikt między dobrem a złem toczy się jak świat długi i szeroki, wewnątrz i na zewnątrz człowieka. Od początku 2015r. jednak, konstruowanie przez władzę konfliktów z różnymi grupami społecznymi: z lekarzami, górnikami, kibicami - „kibolami”, rolnikami, opiekunami niepełnosprawnych, nauczycielami, kolejarzami, kierowcami, klientami banków, pocztowcami itd. spotęgowane jest w sposób zupełnie niebywały. Nawet z Rosją aranżowany jest konflikt w celu prowokowania samego napięcia, a nie po to, by uporać się z niezałatwionymi problemami.
Chaos i zmęczenie wspomnianym napięciem, niepewnością, zagrożeniem i gniewem, to korzystne podłoże dla mętnych interesów i manipulacji w roku wyborów.
Inną sprawą jest to, że dla niektórych jednostek wartość może mieć emocjonalne ekscytowanie się manipulacjami.
Podobnie jak dzieci, które są bite i wykorzystywane przez rodziców, jak kobiety niszczone przez mężów alkoholików, mężowie poniżani przez żony, również wyborcy, nie tak rzadko, jak można by oczekiwać, bronią swych ciemiężycieli, czują się do nich przywiązani i za nic w świecie nie chcą ich opuścić.
Nie chodzi w tym przypadku o natury czerpiące patologiczną przyjemność masochistyczną, lecz o zwykłych ludzi, którym jest ciężko, którzy cierpią i boją się o siebie i o innych.
Jak powstaje stan umysłu, który powoduje, że niektórzy z nas uzależniają się i stawiają – podobnie jak w przypadku środków odurzających – na ludzi, którzy im w sposób oczywisty szkodzą? Zrozumienie tego może pomóc się z tej zapaści wydobyć.
Ludzie ciągle męczeni słownymi manipulacjami, urzędową niesprawiedliwością, bezkarnością oszustów i oprawców, oraz trudami dnia codziennego, karmieni atmosferą napięcia, zagrożenia i niepewności, dzieleni i napuszczani jedni na drugich, upokarzani, po pewnym czasie wchodzą w stan wewnętrznego pomieszania, są zmęczeni i popadają w bierność. Czymś absolutnie zwyczajnym jest, że człowiekowi zmęczonemu nie tylko nie chce się czegokolwiek robić, ale niekiedy nawet i myśleć. Zdrowe pragnienie bierności, w niekorzystnych warunkach przepoczwarza się w pasywizację, w bezwolność, zatracanie instynktu samozachowawczego. Męczeni, mogą stać się umęczonymi, a w końcu męczennikami. Nieznośne rozczarowanie i niemoc wzbudza w pewnych okolicznościach karzący gniew wobec świata zewnętrznego i siebie. Z czasem, pojawia się obojętność i bierność, unikanie wyborów. Człowiek kapsułuje się psychicznie w swoim świecie i żyje iluzją, iż cokolwiek złego się podzieje, jego to nie dotyczy. Nieświadomie dochodzi do gloryfikowania bierności. Taki człowiek dąży do zatracenia się z bardziej złożonych powodów, niż ma to miejsce w przypadku tak zwanych „lemingów”.
W takim stanie umysłu człowiek łatwo rezygnuje z wnikliwego myślenia i dążenia do prawdy, tym łatwiej, że jest ona podważana i odzierana z wartości. Słowa tracą właściwe znaczenie. Powstaje swoista nowomowa, gdzie kłamstwo określane jest, jako niewinne mijanie się z prawdą.
Nowomowa, a wraz z nią nowomyślenie tym bardziej diabolicznie przenikają w człowieka, im powszechniej są stosowane, szczególnie przez tak zwane opiniotwórcze środowiska.
Obroną przed manipulacją jest konfrontowanie głoszonych słów z rzeczywistymi działaniami i ich skutkami. „Poznacie ich po ich owocach”.
Perfekcyjne i perwersyjne jest szermowanie hasłami i gestami, które pięknie wyglądają, lecz z których nie urodzi się już żadne dobro. Działania, które mogą się wydawać, że podejmowane są w słusznych sprawach, w rzeczywistości jedynie pozorują dążenia do dobrych celów. Mają charakter propagandowy i powodują kolejne nadużycia, jak choćby walka z tzw. dopalaczami, czy hazard.
Regułą jest mechanizm projekcji, polegający na przypisywaniu innym swoich własnych niewłaściwych cech i zachowań.
Negatywnym faktom nadaje się przewrotnie pozytywne znaczenie. Przykładem jest obtrąbiona jako narodowy sukces, decyzja premiera, który znalazł odpowiedź na pytanie „jak żyć?” i wybrał emigrację.
Fabrykowane i propagowane są tak zwane „fakty prasowe”, a więc coś, co w rzeczywistości nie istnieje. Wymyślone, martwe treści nabierają „życia” w psychice i relacjach ludzkich.
Celna krytyka, może stać się chwytliwą metodą manipulacji, gdy krytyk nie mówi jednocześnie, że krytykuje swoje własne „dzieła”. To co było idealizowane jest dewaluowane. Zamieszanie tym bardziej wzrasta, gdy krytykujący wchodzi „w skórę” poszkodowanych przez siebie, przyjmując za swoje własne ich zasadne argumenty, jednocześnie zapewniając, że odtąd będzie już dobrze.
Inną metodą destabilizacji umysłów jest stymulowanie fałszywych nowopotrzeb. Łatwiej jest przełknąć realny głód niezaspokojonych naturalnych potrzeb, będąc jednocześnie karmionym kuszącą wizją omnipotencji. Propaguje się przekonanie, że można być, tym kim się chce, szczególnie w sferze seksualnej.
Znikają z pamięci tak zwane „taśmy prawdy” i niekończące się afery, które przecież realnie, materialnie ograbiają ludzi. Dokonuje się, raz za razem, rozbiór psychiki i dóbr materialnych.
W wewnętrznym świecie człowieka toczy się walka o dobro. Podobnie w świecie zewnętrznym, jest dążenie do obrony materialnych i niematerialnych dóbr. Była walka o nasze lokomotywy, stocznie, huty, samoloty, motocykle, o lekcje historii w szkołach, o pamięć i prawdę, oraz sprawiedliwość.
Dziś nauczyciele bronią szkół, górnicy starają się ratować „czarne złoto”, leśnicy próbują ocalić lasy, ci którzy leczą, starają się o zapewnienie normalnych warunków do leczenia, rolnicy bronią ziemi i podobnie jak inni producenci, zwykłej, potrzebnej do życia i wzrastania, normalności. W nierównej walce o poszanowanie tajemnicy zawodowej, stają nie tylko dziennikarze.
Warto pochylić się nad determinacją dorosłych osób, które podejmują protesty głodowe. Podobnie, ciężko jest dzieciom, które z nadzieją na bycie szanowanymi, w swej desperacji próbują głodzeniem się wpłynąć na swych opiekunów. Zarówno bunt, jak i zdolność dostosowania się mają wartość. Problemem jest to, iż w niekorzystnych okolicznościach normalne postawy przyjmują postać skrajną i destrukcyjną.
Im gorzej jest w rzeczywistości, tym silniejsze staje się myślenie życzeniowe. Głęboko w psychice tkwi przekonanie, że wszystko będzie w porządku, jeśli stanie się posłusznym i oddanym władzy rodzicielskiej. Jak echo z przeszłości, w dorosłym życiu, z nadzieją na spokój, utrzymywana jest więc gotowość dostosowania się do oczekiwań władzy.
Dochodzi do oswajania się z nadużyciami. Niepostrzeżenie dla siebie samej, ofiara przejmuje system myślenia i postawy ciemiężyciela. Jest w stanie usprawiedliwić, bądź zapomnieć każdą aferę. Podobnie jak żony alkoholików, które za dobrą monetę przyjmują wierutne kłamstwa i bardziej niż o swoje dobro dbają o interes sił destrukcji. Potęguje to kolejne frustracje i nieuświadomiony gniew do siebie samego.
Propaganda i dbałość o wizerunek władzy jest ważniejsza od troski o tworzenie warunków do zaspokajania potrzeb i ambicji ludzi. Kłamstwo wraz z nowomową, nowomyśleniem i nowopotrzebami stały się oficjalnie usprawiedliwione i „słuszne”.
Na wewnętrznej straży takiej poprawności tkwi lęk przed alienacją, odrębnością i byciem napiętnowanym szaleństwem. Lęk mający głębokie i realne źródła w historii (np. płonące na stosach „czarownice”) jest umiejętnie pielęgnowany. Osoby, które sygnalizują nieprawidłowości, są szykanowane i na różne sposoby dyskryminowane. Przykłady osób zgłaszających oszustwa wyborcze, którzy są atakowani hasłami o „odmętach szaleństwa”, bądź usuwanego dziennikarza zadającego niewygodne pytanie i śledztwa wobec tych, którzy ujawniają prawdę, nie należą do najdrastyczniejszych. Utrwalane jest etykietowanie ludzi, jako tzw. „ciemnogród”, „mohery” itd.
Zrozumiały w tej sytuacji lęk i chęć uniknięcia alienacji społecznej doprowadza jednak do wewnętrznego wyobcowania, do odcięcia się od naturalnej potrzeby życia w prawdzie oraz od zdolności do wnikliwego myślenia i pamiętania. Bezwiedna rezygnacja z tak ważnych funkcji umysłu zmniejsza poczucie własnej wartości osobistej, a także rodzinnej i narodowej.
Poczucie wartości obniża realna często bezsilność wobec dokonującej się przemocy. Media bombardują obrazami osób, które są ofiarami okrutnego losu, trapiących chorób i nieszczęść. Poczucie zagrożenia potęgowane jest jawną i oficjalną bezkarnością urzędników, którzy na wiele sposobów szkodzą tym, którym powinni stwarzać dobre warunki do życia.
Kształtuje się niejasne przeczucie, że wszystko, co jest silniejsze, co posiada władzę, powoduje jedynie krzywdę. Dzieci w swoich rodzinach i dorośli w swoim państwie, którzy są drastycznie wykorzystywani, przeżywają silne wzburzenie, następnie pomieszanie, w końcu poczucie słabości. Nie chodzi tu jednak o uznanie słabości zwykłej i naturalnej, lecz o totalne poczucie braku wpływu.
W niekorzystnych warunkach dochodzi do negatywnej i w dużej mierze nieświadomej identyfikacji psychicznej: „jestem zerem, marionetką, stworzoną do tego, by mieć się źle”, „gdybym był coś warty, byłbym dobrze traktowany”. Ofiary paradoksalnie czują się winne za swój los. Źle traktują samych siebie i funkcjonują poniżej swych możliwości.
Uruchamia się błędne diabelskie koło. Ludzie nie wierzą, że może być dobrze, a tego, co nieznane, boją się, gdyż nie czują się wystarczająco pewnie. Mniej lub bardziej świadomie dążą do zachowania swojskiego świata.
W sytuacji, gdy przy braku poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie powstaje jakikolwiek spójny obraz świata, dysonans poznawczy jest szczególnie trudny do psychicznego strawienia.
Kruchy aparat psychiczny, dążąc do zachowania spójności, usuwa informacje, które burzą ład, nawet ten zbudowany z fałszywych przesłanek. Może dojść do psychicznego zasupłania się na nowe i dobre, oraz poczucia, że znane, nawet jeśli jest złe, to jest do przewidzenia, a więc paradoksalnie, pod kontrolą.
Może dojść do irracjonalnego zacietrzewienie się na przyjmowanie do wiadomości „niewłaściwych” faktów, bądź na ich emocjonalne zaakceptowanie.
Wyparcie prawdy ma ochronić człowieka przed przeżywaniem trudnych i gwałtownych emocji, które budzą lęk przed utratą kontroli, przed psychiczną i zewnętrzną anarchią, „podpalaniem kraju”.
Kłopotliwe treści wyparte ze świadomego myślenia i przeżywania przechodzą do nieświadomości, gdzie żyją swoim życiem i nie są już kontrolowane. Czasem można doznać wrażenia, że „przeszłość depcze po piętach”. Nie tylko „Ci, którzy nie znają swojej historii, są skazani na jej powtarzanie”. Historia się powtarza, podobnie jak i przebyte urazy, po to, by w końcu właściwie, adekwatnie nań zareagować. „Prawda was wyzwoli” może dotyczyć wyzwolenia od odnawiania traumatycznych zdarzeń. Przykładem może być kłamstwo katyńskie – smoleńskie.
Zjawiające się wątpliwości na temat miłości do władzy, która jest destrukcyjna, rozpraszają tzw. autorytety. Najczęściej są to fałszywe autorytety bądź ludzie zasłużenie kiedyś podziwiani i lubiani, którzy z różnych powodów przeszli na „ciemną stronę mocy”.
Jak pisał C. G. Jung, zło często kroczy pod wzniosłymi sztandarami.
Innym podstępnym autorytetem, do którego odwołują się wewnętrzni i zewnętrzni tyrani, jest rozsądek. Prawda jest jednak taka, że czasem osiąga się znacznie więcej, postępując pozornie wbrew rozsądkowi. Gdybyśmy wszyscy mieli się kierować wyłącznie rozsądkiem, nawet i ten tekst, by nie powstał.
Pogarda do prawdy i dobra, stała się zorganizowanym i hałaśliwym przemysłem. Czy może być dobrze? Człowiek wciąż się zastanawia, gdyż przeczuwa, że nosi w sobie tajemnicę o niebotycznej wartości. Możliwe jest przyzwoite zachowanie, dbałość o godność i o dobre życie, a „życie pełne jest heroizmu”. (Max Ehrman, Dezyderaty).
Jednak pod wpływem ciągłego nadmiernego napięcia, w stanie chaotyzacji i zmiętolenia psychiki, umysł się zawęża i człowiek się kurczy. Wolny wybór bardziej ogranicza brak wewnętrznej niż zewnętrznej przestrzeni. Z czasem, czymś niewiarygodnym i trudnym staje się wolność i dobre życie oparte na prawdzie. Kolejny raz uruchamia się mechanizm błędnego diabelskiego koła. Pogłębia się niskie poczucie własnej wartości i wszystko traci sens. Człowiek który psychicznie opuszcza siebie i nie angażuje się, może czuć rozgoryczenie i pustkę. W takim stanie „ratunkiem” staje się odurzenie. Ofiara przechodzi na stronę swojego prześladowcy. Nie pomaga wiedza, iż w ten sposób zabija się siebie, niestety, coraz częściej także dosłownie. Zabójczo na człowieka i jego cywilizację działa nieświadome poczucie winy.
Dziwna miłość do destrukcyjnej władzy przynosi katastrofę w świecie zewnętrznym, jednak problem w gruncie rzeczy rozstrzyga się na głębokim, nieświadomym poziomie psychiki.
W psychoterapii stwarza się warunki do psychicznego wzrastania i do adekwatnego zaspokajania potrzeb i celów pacjenta. Pacjent potrzebuje zmian na lepsze w swoim życiu, ale także występuje świadomy i nieświadomy opór przed nimi. Jednym z kluczy do sukcesu w psychoterapii jest zrozumienie oporu przed zmianą.
A życie państwa jest jak życie człowieka.



Gerard Warcok – psycholog kliniczny i psychoterapeuta.
Katowice, luty 2015.


Powyższy tekst można cytować w całości, lub we fragmentach, wyłącznie z powołaniem się na źródło i nazwisko i pełną funkcję Autora.

niedziela, 10 lutego 2013

O czarownikach z Pracowni Pytań Granicznych

Swego czasu przedstawiłem na tym blogu tekst poświęcony naukom, których nazwa zaczyna się od przedrostka „-psy”, zatytułowany „Puk, puk! Dziś w sprawie duszy”, który później zresztą umieściłem w książce o siedmiokilogramowym liściu, i którego końcowy fragment chciałbym przypomnieć:

Nie widziałbym żadnego sensu pisania tego tekstu, gdybym miał poprzestać tylko na przedstawieniu tego, jak się rzeczy mają. Musimy się bowiem zastanowić, co to się stało, że wśród tych w wszystkich przedziwnych zjawisk, jakie 20 lat temu zaczęły wpadać do Polski tak szeroką falą ze świata, który to, co my przechodzimy, ma już dawno za sobą, jest też całe to psychiatryczne szaleństwo. Mam tu pewną teorię, do której, choć pozostaje ona wyłącznie teorią i to może aż nazbyt kontrowersyjną, jestem bardzo przywiązany. Otóż kapitalizm, taki, jakim go znamy, jest dokładnie taką samą bzdurą, jaką był kiedyś socjalizm. Kiedy przed laty słyszeliśmy bajki o tym prawdziwym socjalizmie – tym prawdziwym i sprawiedliwym – który dopiero nadejdzie, i bajki o tym, że to co jest, to jeszcze nie to, ale że już za chwilę zza rogu wyłoni się ten mesjasz, tak samo jest i z dzisiejszym kapitalizmem. Wciąż się nam powiada, że wprawdzie tu, w Polsce, my dopiero zaczynamy, że to jeszcze jest taki kapitalizm dziki i nieokrzesany, ale przecież wiadomo, że na przykład w Nowej Zelandii, czy gdzieś w Szwajcarii, czy w cholera wie, jakim innym zakątku świata, wszystko jest git. I że jeśli tylko będziemy mieli dobry, liberalny rząd, złożony z uczciwych i zdeterminowanych ministrów, i korzystający z rad porządnych ekonomistów, u nas też zapanuje równowaga.
Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nie teoriom, ale ludziom i tu w Polsce i tam w tej Nowej Zelandii, to musimy dojść do wniosku, że oni wszędzie mają dokładnie tyle samo do gadania, co w każdym innym miejscu na świecie. Mogą oczywiście głosować w wyborach i niekiedy wyrazić swoją opinię, ale – jak idzie o kwestie podstawowe – to mają przede wszystkim chodzić do pracy, w tej pracy pracować dokładnie tak jak im się każe, wieczorem, w większym lub mniejszym stanie wzburzenia i rozczarowania, wracać do domu, a po tych pięciu dniach stresu, mogą iść na zakupy.
Pisałem już o tym w tym miejscu wielokrotnie i mogę to powtórzyć parę razy jeszcze. Tak jest ułożony ten świat, że innej opcji właściwie nie ma. I im bardziej rozwinięty jest dany kraj, im bogatszy i z im większą ofertą, tym bardziej dramatycznie układa się ten tydzień, ten miesiąc, ten rok. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wielkość owej oferty jest też wprost proporcjonalna do tego wysiłku. Im człowiek jest mocniej trzymany za gardło, tym więcej rozrywki, zabawy i najróżniejszych gadżetów mu się oferuje. A jednocześnie tym niższego poziomu owa rozrywka i owa zabawa sięgają.
Jak niektórym wiadomo, uczę angielskiego. Przez te wszystkie lata, miałem stałą możliwość obserwowania poziomu intelektualnego młodzieży zarówno tej mądrej, jak i tej głupszej. Ale również wielokrotnie miałem kontakt z dziećmi wręcz wybitnymi. Dziećmi, które mają przed sobą bardzo jasno określoną przyszłość, dzieci uczące się języka nie po to by go znać, ale żeby wygrywać olimpiady i dostać się na najlepsze studia. Nikt mi nie chce wierzyć, kiedy opowiadam ilu z tych wspaniałych, sympatycznych, inteligentnych osób nie miało na przykład pojęcia, co znaczy słowo Bitlesi, albo kim był Shakespeare.
Pamiętam kiedyś, jeszcze z starej komuny, znalazłem gdzieś informację, że szokująco duży odsetek amerykańskiej młodzieży uważa, że jajka są robione w fabryce. Tak jak coca-cola, czekolada, czy buty. To, o ile sobie przypominam, było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy my tu w Polsce zaśmiewaliśmy się z żartów Allena o psychoanalitykach. No i to prawie też już mamy.
Trzeba się uczyć, pracować, mieć dużo pieniędzy i nie zwariować. A jeśli komuś coś na tym polu nie wychodzi, to powinien skorzystać z porad czarownika. Czarownik ten może występować w każdej postaci. Może to być wróżka stawiająca horoskopy, człowiek z wahadełkiem, telewizyjny teleturniej, dziewczyna z ogłoszenia, esemesowy konkurs, a jak ktoś jest bardziej ambitny, to nawet siłownia, lub Towarzystwo Diamentowej Świadomości, czy coś podobnego. Dla ludzi stąpających bardziej po ziemi, pozostają psychiatria, psychologia i psychoanaliza. Psychiatria dla tych, którzy nie wytrzymali, psychoanaliza dla tych, którzy nie wytrzymują, a pani psycholog dla tych, którzy się boją, że mogą nie wytrzymać. Bo żyć trzeba, a skoro – jak mówią nawet ludzie pobożni i zorientowani bardzo tradycyjnie – nie wiadomo nawet czy Jezus był autentycznym Zbawicielem, czy wyłącznie symbolem, okazuje się, że to życie to nie lada wyzwanie”.

Jak to się stało, że akurat dziś przypomniał mi się tamten tekst? Otóż na fali niedawnych doniesień o tym, że kolejny Dominikanin postanowił machnąć ręką na tę całą regułę i próbować żyć zgodnie z zasadami wyznaczanymi przez rytm kosmosu, tygodnik „Do Rzeczy” zamieścił najpierw odpowiedni tekst, a po nim rozmowę z przeorem klasztoru w Krakowie, gdzie – i tu i tam – wszyscy wspólnie próbują dojść do jakiegoś konsensusu w próbie znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego oni to robią. No i wygląda na to, że winowajcą nie jest ani zbyt słaba wiara, ani ludzka próżność, ani nawet kobieta, tylko psychologia. Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że słowo „psychologia” w obu tych tekstach pojawia się najczęściej. W pewnym momencie, przepytywany przez „Do Rzeczy” ojciec Kozacki formułuję tak prostą, że językowo wręcz niezgrabną, choć bardzo jednoznaczną tezę: „Dostrzegam wśród niektórych moich braci, że psychologia jest czymś, co pokrywa brak duchowości. […] Jeśli komuś brakuje zawierzenia Jezusowi i budowania na Ewangelii, to czasem ratując siebie i próbując być dla innych, szuka w filozofii, w psychologii, które zastępują mu duchowość”.
A ja sobie myślę, że ta diagnoza, to naprawdę nie byle co. Jeśli on, a więc człowiek, który, jak sam przyznaje, był świadkiem wielu dramatycznych wręcz kryzysów, wspomina o tej fascynacji psychologią, to znaczy, że warto by było tego akurat elementu nie lekceważyć.
W poprzedzającym tę rozmowę artykule, autorzy wspominają, że były ksiądz Tomasz Węcławski, występujący obecnie publicznie, jako prof. Tomasz Polak, pracuje dziś na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie wspólnie z żoną prowadzi zajęcia w czymś, co nosi nazwę Pracowni Pytań Granicznych. Ciekawy więc bardzo tego, co to za bestia, o ilu głowach i jakich językach, zaglądam więc na stronę internetową tego czegoś, i czytam co następuje:
’Graniczność’ jest perspektywą poznawczą co najmniej równoprawną wobec innych powszechnie przyjmowanych perspektyw. Obszary graniczne między różnymi źródłami poznania / dyscyplinami nauki okazują się szczególnie płodne eksploracyjnie, obiecują nowe możliwości, mimo ryzyka niepowodzeń. Dlatego jesteśmy gotowi do:…”.
Dalej następuje wyliczenie w punktach tego, do czego gotowi dziś są państwo Polakowie, jednak, ponieważ dalszy ciąg jest zbyt straszny, bym miał ryzykować umieszczanie go tutaj na tym blogu, a poza tym zwyczajnie szkoda mi miejsca, z tej części proponuje zrezygnować. Natomiast chciałbym wspomnieć pewne też już nie nowe świadectwo zaprzyjaźnionego księdza Rafała Krakowiaka, znanego nam tu bardziej może, jako Don Paddington, który opowiadał nam jak to kiedyś wspólnie z paroma kolegami-księżmi zastanawiał się nad tym, co się mogło takiego przytrafić księdzu Węcławskiemu – człowiekowi, wedle wszelkich danych, swego czasu bardzo swoją pobożnością twardego – że postąpił jak postąpił, i wtedy jeden ze starszych księży zasugerował, że oni wszyscy w pewnym momencie nie są już w stanie dłużej znieść „powszedniości” grzechu, jakim są codziennie dręczeni w spowiedzi. No i pozostaje im ucieczka w alkohol, dziwki, ewentualnie właśnie w psychologię.
Kiedyś szwajcarski psychiatra Karl Gustav Jung napisał, że z jego zawodowej praktyki wynika, że praktykujący katolicy praktycznie nie potrzebują usług psychiatrycznych, bo ta część ich człowieczeństwa jest znakomicie wypełniana przez sakramenty, w tym Sakrament Pokuty. A ja już tylko mogę dodać, że moja intuicja każe mi podejrzewać, że z tą psychologią nie ma żartów. Jeśli ona jest aż tak zaborcza, a celem swojego ataku uczyniła akurat konfesjonał, to znaczy, że to już jest czysty satanizm. W wyżej przypomnianym tekście pojawia się czysto fikcyjna nazwa „Towarzystwa Diamentowej Świadomości”. Myślę, że dziś, wiedząc znacznie więcej, niż wiedzieliśmy wtedy, możemy spokojnie zastąpić tę fikcję czymś jak najbardziej realnym, mianowicie Pracownią Pytań Granicznych na poznańskim uniwersytecie, z pierwszym mistrzem owej czarnej ceremonii, księdzem Tomaszem Węcławskim. I nie dajmy się zwieść tym manewrem ze zmianą nazwisk – Jemu nie jest potrzebny żaden prof. Polak; On musi mieć coś autentycznego; On podróbkami się brzydzi.

Przed nami kolejny tydzień. Pierwszy tydzień szkolnych ferii, a więc z punktu widzenia kogoś, kto żyje z tego, że dzieci się uczą, czas wyjątkowo podły. Bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga, i pozostaję nieskończenie zobowiązany.

środa, 3 lutego 2010

Puk, puk! Dziś w sprawie duszy.



Wczoraj usłyszałem zarzut, że mam obsesję na punkcie nauk… no, nie wiem, jak one się oficjalnie nazywają, ale chodzi mi o nauki zajmujące się ludzką duszą. Zdziwiło mnie to nieco, nawet nie dlatego, że do tego typu obsesji się nie przyznaję, ale z tej prostej przyczyny, że nie bardzo pamiętam, żebym się tu tematem tym jakoś szczególnie zajmował. Jednak nie będę się upierał, bo coś na rzeczy musi być, no a poza tym, mogę przynajmniej mieć satysfakcję, że te teksty są przynajmniej przez niektórych czytane bardziej świadomie, niż są pisane.
Na psychologii (powiedzmy, że będę dla uproszczenia używał tej nazwy) znam się lepiej niż na fizyce i baseballu, ale w żaden sposób nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie wymądrzać. Natomiast znam się trochę na świecie i na ludziach, których spotykam i w związku z tym myślę sobie, że mogę zabierać głos na najróżniejsze tematy, o ile tylko ów głos nie będzie udawał, że jest głosem eksperta, lecz jedynie kogoś kto stoi z boku, patrzy, i po głowie mu chodzą różne myśli. A więc cóż to by były za myśli, jeśli idzie o mój dzień dzisiejszy? Otóż przypominam sobie, że kiedy byłem jeszcze młody, psychologów w telewizji nie pokazywali, a słowo pojęcie psychoanalizy występowało wyłącznie w zabawnych scenach w filmach Woody Allena. Zarówno w mojej podstawówce, jak i już w liceum, z lekarzy byli wyłącznie dentyści, którzy nam wiercili w zębach i panie higienistki, które nam pobierały z palca krew. Pomysł, żeby gdzieś tam się kręcił jakiś szkolny psycholog czy pedagog, był w najwyższym stopniu egzotyczny. Prawdziwych psychologów poznałem dopiero na studiach. Pierwszym z nich był człowiek, który był tak wybitny, że go pokazywali w lokalnej telewizji i wszyscy uważaliśmy że on akurat jest psychicznie niezrównoważony. Do tego przekonania doszliśmy właściwie już na samym początku naszych z nim kontaktów, ale ostatecznie ta bomba wybuchła, gdy zmarła mu córeczka, a on na drugi dzień przyszedł normalnie do pracy i ku naszemu przerażeniu, zachowywał się, jakby właśnie wrócił z kina. Właśnie wtedy zaczęliśmy się go bać.
Drugiego psychologa poznałem też na studiach i była to młoda, prześliczna kobieta, która prowadziła dla nas odpowiednie zajęcia. Byliśmy w niej wszyscy zakochani, a ponieważ nie potrafiliśmy naszych uczuć ukryć, ona też nie była w stanie się skupić na swojej pracy i siedziała wiecznie zaczerwieniona i zawstydzona, i w tak miłym nastroju minął nam cały rok. Później znów psychologów przez kilka dobrych lat nie widziałem, aż wreszcie przyszły lata dziewięćdziesiąte i tak jak pojawiły się owoce kiwi, demokracja, pieniądz, windykacja, Internet i sklep, tak samo, jak grzyby po deszczu, zaczęli pojawiać się psycholodzy.
Moje dzisiejsze doświadczenia na wspomnianym polu, wbrew pozorom, są zupełnie nienajgorsze. Znam dziś trzy osoby, które – przynajmniej z mojego punktu widzenia – reprezentują tę właśnie branżę. Jedną z nich jest mój dobry kolega, który jest tak zwanym psychoterapeutą. O ile mi wiadomo, jest on bardzo wybitnym specjalistą, a wiem to stąd, że mnie kilka razy prosił o pomoc w tłumaczeniu pewnych materiałów i właśnie z tych materiałów wynikało, że on musi być zawodowo umocowany wystarczająco wysoko, żeby mieć tę satysfakcję. Poza tym, nie mam pojęcia, co u niego słychać, bo kiedy rozmawiamy, on o swojej pracy praktycznie w ogóle nie wspomina. Zresztą podobnie jak ja o swojej. Raz jeden chyba zdarzyło się, że wspomniał coś o sprawach związanych z branżą i poinformował mnie, że gdyby mi słabo szło w nauczycielstwie, mogę zawsze zostać psychoterapeutą. Przepisy bowiem są takie, że tu akurat dobre chęci i pasja na ogół zupełnie wystarczają.
Drugą znajomą mi osobą, której profesja zaczyna się od przedrostka psy- jest autentyczny psychiatra. Jest to człowiek, z którym w pewnym momencie wspólnie słuchałem muzyki, a o którego psychiatrycznych talentach wiem tyle, że osobiście wyleczył jedną moją bardzo bliską koleżankę z choroby, która – przynajmniej z mojego punktu widzenia – była absolutnie dewastująca. Ona była chora tak, że ja czegoś podobnego wcześniej nie mogłem sobie nawet wyobrazić, a on ją wziął i wyleczył. Ot tak! Więc jest tak, że jeśli myślę o potędze psychiatrii, wspominam właśnie jego i w tej już kwestii nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.
Jest też w moim otoczeniu jedna pani psycholog. I ona akurat, jako że należy do rodziny, jest mi z nich wszystkich osobą najbliższą.. Nie mam pojęcia, czy z niej jest psycholog dobry, zły, czy bylejaki. Kiedy też słucham jak ona rozmawia z moją najmłodszą córką, to odnoszę wrażenie, że w tym całym gadaniu nie ma nic takiego, czego ja sam bym nie umiał, albo nie wiedział. Z drugiej jednak strony też wiem, że z jakiegoś powodu moja córka bardzo lubi z nią rozmawiać. I że może być tak dlatego, że nikt nigdy i nigdzie jej nie traktował i nie traktuje z taką sympatią, jak ta moja krewna. I że kiedy one gadają, to ani przez moment nie można się zorientować kto tam jest ten ważniejszy. Więcej – jeśli już, to gwiazdą jest w tym duecie moje dziecko. I że z całą pewnością jest tą gwiazdą nie dlatego, że nią w ogóle jest, albo dlatego że chce, ale dlatego że została w tej roli ustawiona.
A więc – jak mówię – jak idzie o wszystkich psy-, z którymi mam do czynienia, radzę sobie zupełnie dobrze. Gorzej jest, kiedy oglądam ich w telewizji, albo czytam to co mają do powiedzenia w gazetach. I nawet nie muszę wracać wspomnieniami do zmarłego już Andrzeja Samsona, ani do wszystkich bardzo elokwentnych jego oklaskiwaczy, żeby przedstawić swoją tu tezę. Nie muszę, dlatego że mam bardzo silne przekonanie, że w ciągu ostatnich lat nie było w naszej przestrzeni publicznej takiego wysypu pustego, niczym nie podpartego mądrzenia się, jak w przypadku właśnie psychologów. I również, w ciągu całej tej naszej najnowszej historii, nie udało mi się zauważyć grupy zawodowej, która miałaby tak nieprawdopodobne, a jednocześnie niczym nieusprawiedliwione parcie na ekran. Każdego dnia możemy oglądać co raz to innych socjologów, politologów, prawników, czy nawet jakichś trzeciorzędnych artystów. I każdego dnia możemy być świadkami pustki wręcz nieporównywalnej z niczym innym. Z jednym wyjątkiem. Zawsze jest szansa, że w tym całym tłumie zaplączą się jacyś psycholodzy i dopiero oni nas porażą.
Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Niemczech, czy w Finlandii jakiś szaleniec zastrzelił 10 osób. Natychmiast pojawia się jakaś mądra pani psycholog, którą media poproszą, żeby nam opowiedziała, co to się stało w głowie tego nieszczęśnika. I oczywiście natychmiast usłyszymy odpowiednią diagnozę. Gdzieś ktoś zakatował na śmierć swoje dziecko. Natychmiast przed kamerą siada jakaś kolejna wystrojona pani i przedstawia analizę i duszy tego dziecka i duszy tych dziwnych rodziców. Co tam mordercy i sadyści! Spali się ludziom dom, a już mamy kolejnego psychologa, który nam opowie, co czują ludzie, którzy stracili dom. Okaże się, że gdzieś jakiś bank naciągnął kolejną rodzinę. Proszę bardzo – już mamy kolejkę psychologów chcących wyrazić opinie na temat stanu psychicznego owej rodziny. Przecież to jest zupełnie tak samo, jakby do telewizji zaprosili jakiegoś lokalnego kardiologa, pokazali mu moje zdjęcie i zapytali mnie, jak on by mi pomógł. Ja wiem, że przede wszystkim żaden porządny kardiolog nie przyszedłby do telewizyjnego studia, żeby stawiać diagnozy ludziom, których nawet nie widział na oczy. Ale jest przecież oczywiste, że nawet gdyby został jakoś w to wmanewrowany i otrzymał tego typu pytanie, to by się z całą pewnością popukał w czoło. Dlaczego? Bo jest lekarzem a nie czarownikiem. Tymczasem telewizyjne studia w ostatnich latach aż gotują się od najróżniejszych psychologów, często – jeśli wnioskować po wyglądzie – ledwo co po studiach, którzy mądrzą się na każdy możliwy temat, a biedni ludzie kiwają z podziwem głowami, że jacy to niektórzy potrafią być mądrzy.
Nie widziałbym żadnego sensu pisania tego tekstu, gdybym miał poprzestać tylko na przedstawieniu tego, jak się rzeczy mają. Musimy się bowiem zastanowić, co to się stało, że wśród tych w wszystkich przedziwnych zjawisk, jakie 20 lat temu zaczęły wpadać do Polski tak szeroką falą ze świata, który to co my przechodzimy ma już dawno za sobą, jest też całe to psychiatryczne szaleństwo. Mam tu pewną teorię, do której, choć pozostaje ona wyłącznie teorią i to może aż nazbyt kontrowersyjną, jestem bardzo przywiązany. Otóż kapitalizm, taki jakim go znamy, jest dokładnie taką samą bzdurą, jaką był kiedyś socjalizm. Kiedy przed laty słyszeliśmy bajki o tym prawdziwym socjalizmie – tym prawdziwym i sprawiedliwym – który dopiero nadejdzie, i bajki o tym, że to co jest to jeszcze nie to, ale że już za chwilę zza rogu wyłoni się ten mesjasz, tak samo jest i z dzisiejszym z kapitalizmem. Wciąż się nam powiada, że wprawdzie tu, w Polsce, my dopiero zaczynamy, że to jeszcze jest taki kapitalizm dziki i nieokrzesany, ale przecież wiadomo, że na przykład w Nowej Zelandii, czy gdzieś w Szwajcarii, czy w cholera wie jakim innym zakątku świata, wszystko jest git. I że jeśli tylko będziemy mieli dobry, liberalny rząd, złożony z uczciwych i zdeterminowanych ministrów, i korzystający z rad porządnych ekonomistów, u nas też zapanuje równowaga.
Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nie teoriom, ale ludziom i tu w Polsce i tam w tej Nowej Zelandii, to musimy dojść do wniosku, że oni wszędzie mają dokładnie tyle samo do gadania, co w każdym innym miejscu na świecie. Mogą oczywiście głosować w wyborach i niekiedy wyrazić swoją opinię, ale – jak idzie o kwestie podstawowe – to mają przede wszystkim chodzić do pracy, w tej pracy pracować dokładnie tak jak im się każe, wieczorem, w większym lub mniejszym stanie wzburzenia i rozczarowania, wracać do domu, a po tych pięciu dniach stresu, mogą iść na zakupy. Pisałem już o tym w tym miejscu wielokrotnie i mogę to powtórzyć parę razy jeszcze. Tak jest ułożony ten świat, że innej opcji właściwie nie ma. I im bardziej rozwinięty jest dany kraj, im bogatszy i z im większą ofertą, tym bardziej dramatycznie układa się ten tydzień, ten miesiąc, ten rok. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wielkość owej oferty jest też wprost proporcjonalna do tego wysiłku. Im człowiek jest mocniej trzymany za gardło, tym więcej rozrywki, zabawy i najróżniejszych gadżetów mu się oferuje. A jednocześnie tym niższego poziomu owa rozrywka i owa zabawa sięgają.
Jak wiadomo, uczę angielskiego. Przez te wszystkie lata, miałem stałą możliwość obserwowania poziomu intelektualnego młodzieży zarówno tej mądrej, jak i tej głupszej. Ale również wielokrotnie miałem kontakt z dziećmi wręcz wybitnymi. Dziećmi, które mają przed sobą bardzo jasno określoną przyszłość, dzieci uczące się języka nie po to by go znać, ale żeby wygrać olimpiady i dostać się na najlepsze studia. Nikt mi nie chce wierzyć, kiedy opowiadam ilu z tych wspaniałych, sympatycznych, inteligentnych osób nie miało na przykład pojęcia co znaczy słowo Bitlesi, albo kim był Shakespeare. Pamiętam kiedyś, jeszcze z starej komuny, znalazłem gdzieś informację, że szokująco duży odsetek amerykańskiej młodzieży uważa, że jajka są robione w fabryce. Tak jak coca-cola, czekolada, czy buty. To, o ile sobie przypominam, było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy my tu w Polsce zaśmiewaliśmy się z żartów Allena o psychoanalitykach. No i już to prawie też mamy.
Trzeba się uczyć, pracować, mieć dużo pieniędzy i nie zwariować. A jeśli komuś coś na tym polu nie wychodzi, to powinien skorzystać z porad czarownika. Czarownik ten może występować w każdej postaci. Może to być wróżka stawiająca horoskopy, człowiek z wahadełkiem, telewizyjny teleturniej, dziewczyna z ogłoszenia, esemesowy konkurs, a jak ktoś jest bardziej ambitny, to nawet siłownia, lub Towarzystwo Diamentowej Świadomości, czy coś podobnego. Dla ludzi stąpających bardziej po ziemi, pozostają psychiatria, psychologia i psychoanaliza. Psychiatria dla tych, którzy nie wytrzymali, psychoanaliza dla tych, którzy nie wytrzymują, a pani psycholog dla tych, którzy się boją, że mogą nie wytrzymać. Bo żyć trzeba, a skoro – jak mówią nawet ludzie pobożni i zorientowani bardzo tradycyjnie – nie wiadomo nawet czy Jezus był autentycznym Zbawicielem, czy wyłącznie symbolem, okazuje się że to życie to nie lada wyzwanie.
Za oknem przepiękny śnieg. Wśród tych płatków widzę czary. Ale to nie są te czary, o kórych uczą na naszych uniwersytetach, lub opowiadają mi w telewizji.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...