Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezrobocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezrobocie. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2026

Czekając na ruską brzozę

 

Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowcu od wszystkiego, dodam, że znakomitym fachowcu, który znalazł się na bezrobociu. Czemu tak, tego już nie pamiętam, ale pewnie dlatego, że budowlana firma, która go zatrudniała splajtowała, no i nasz Józek trafił na tak zwany bruk. Ponieważ Józek mieszkał w pobliżu, a ja parę razy dziennie musiałem wychodzić z psem na spacer, spotykałem Józka bardzo często i słuchałem jak mi mówi, że dzień w dzień chodzi w różne miejsca pytając o pracę, ale bez rezultatu. Któregoś dnia opowiedział, jak to przez trzy miesiące pracował na którejś z budów, ale gdy za trzecim razem mu nie zapłacono, obiecując, że może w przyszłym miesiącu, rzucił tę robotę i znów wstawał wcześnie rano, chodził wszędzie gdzie widział, że coś się buduje, aż któregoś dnia się pochorował i umarł.

Minęły lata, nadszedł rok 2015 i wszystko zaczęło się powoli zmieniać w taki sposób, że w pewnym momencie specjaliści w rodzaju Józka nie wiedzieli w co ręce włożyć, tym razem jednak już bez Józka, który niestety nie na ten swój pociąg nie zdążył.

Dziś jesteśmy w nowych, szczerzących do nas w uśmiechu swe zęby, czasach i, jak czytam w Onecie, bezrobocie w Polsce jest największe od pięciu lat. Oczywiście Onet nie byłby sobą, gdyby pod koniec swojego tekstu nie zagmatwał całego przekazu, sugerując, że tak naprawdę, to mimo że owo bezrobocie urosło, to właściwie też spadło, i sobą też nie byliby komentujący ów donos, pisząc, że ono w ogóle nie wzrosło, tylko w roku 2025 zmieniły się kryteria określające, czym tak naprawdę jest bezrobocie i w ten sposób mnóstwo ludzi, którzy rejestrują się w urzędach pracy tylko po to, żeby mieć darmowa obsługę medyczną, chcą tylko uśmiechniętą Polskę postraszyć.

A więc przeczytałem wspomniany tekst i pomyślałem sobie, że opowiem pewną historię. Otóż, jak część z nas wie, moja młodsza córka, dwa lata temu została zdiagnozowana z tzw. glejakiem 3 stopnia, co sprawiło, że musiała udać się na bardzo poważne leczenie, włącznie z operacją wycięcia guza i konsekwentnie radioterapią, chemioterapią i czym tam jeszcze. Dzięki niewątpliwym talentom i pełnej poświęcenia pracy lekarzy, ale też nieustannym błaganiom kierowanym do Pana Boga o uzdrowienie, i dzięki Jego miłosierdziu, dziecko moje wróciło do domu i po odpowiedniej rekonwalescencji wróciło też do zdrowia.

Wróciło więc do zdrowia i zgłosiło się oczywiście do swojej dotychczasowej firmy, gdzie była doceniana, lubiana i szanowana, no i tam ją poinformowano, że jej stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego, no i że powinna się rozejrzeć za czyś nowym.

I teraz jest tak, że ona od kilku dobrych miesięcy dzień w dzień, jak swego czasu wspomniany Józek, wysyła CV – podkreślam, że CV bardzo, bardzo dobre – i wszystko jak grochem o ścianę. Dosłownie jak grochem o ścianę, bo mimo że tych maili wysłała już paręset, otrzymała odmownych odpowiedzi może trzy czy cztery. Wszystkie pozostałe spotkał los wspomnianego przysłowiowego grochu. Jednego zdania, jednego słowa. Zero reakcji. Co ciekawe, w większości wypadków ona słała tę swoje zgłoszenia w odpowiedzi na publikowane oferty – i tu też niemal za każdym razem, żadnej nawet odpowiedzi, typu dziękujemy, ale nie, bo oferta już nieaktualna. W swojej desperacji, ona była gotowa przyjąć pracę gdziekolwiek, choćby jako pani rejestratorka w ośrodku zdrowia – bez reakcji.

A zatem, jeśli mam skomentować informacje na temat sytuacji na rynku pracy, w tym ów pokrętny tekst Onetu, gdzie, co szczególnie zabawne, oni piszą, że akurat wśród ludzi młodszych bezrobocie faktycznie spadło, a gorzej mają osoby w średnim i starszym wieku, to nie pozostaje mi nic innego jak zapewnić wszystkich Państwa, że polskie państwo znajduje się na kursie i ścieżce i tylko czekać, jak na horyzoncie pojawi się odpowiednio wyrośnięta już odpwiednio po latach ruska brzoza.

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

O grzechu wołającym o pomstę do nieba

      Gdy nasza starsza córka zdała maturę, był rok 2006, a ponieważ ona od dziecka interesowała się wszystkim co jest w jakikolwiek sposób związane z Życiem w najszerszym tego słowa rozumieniu, i przy okazji tak się złożyło, że w tym akurat roku na Uniwersytecie Śląskim otwarto kierunek o nazwie biotechnologia, ona w sposób całkowicie naturalny zdecydowała się ową biotechnologię studiować. Ponieważ to zawsze było bardzo poważne, solidne i pracowite dziecko, studia córka nasza ukończyła w terminie, z wynikiem bardzo dobrym, i oto, kiedy wszyscy byliśmy przekonani, że przed nią – a w przyszłości, kiedy już będziemy niedołężnymi starcami, również i przed nami – przyszłość jasna i piękna, okazało się, że dla niej nie ma absolutnie żadnej pracy. A kiedy mówię, że żadnej, to nie mam na myśli tego, że przez nią wymarzonej, czy choćby tak zwanej „dobrej”, ale w ogóle żadnej. Zero. Pomijając rozdawanie ulotek na ulicy 3 Maja – żadnej.

      Szukała więc moja córka jakiejkolwiek pracy, w międzyczasie zatrudniając się tu i ówdzie jako opiekunka do dzieci, i któregoś dnia, a był to rok 2012, trafiła na informację że w Krakowie działa prywatna firma biotechnologiczna, o jak najbardziej odpowiedniej nazwie BioTe21, zajmująca się na zlecenie różnego rodzaju państwowych jednostek, od sądów przez prokuraturę po policję, badaniem wszystkiego tego, o badaniu czego ona zawsze marzyła. No i się zgłosiła. Została przyjęta na miesięczną darmową praktykę, z obietnicą, że po przejściu okresu próbnego, zostanie odpowiednio oceniona i ewentualnie zatrudniona w owej firmie na pełen etat.

      Mieszkamy w Katowicach i dziś do Krakowa pociągiem jedzie się nieco ponad godzinę. Wówczas były to niemal dwie godziny, i przez kolejny miesiąc moja córka wstawała dzień w dzień wcześnie rano, wsiadała w pociąg, jechała do Krakowa, cały dzień badała te wszystkie próbki, sporządzała raporty a następnie wracała do domu, by następnego dnia, licząc, że to tylko miesiąc, znów wstać rano i iść na pociąg. To co ją jednak niemal od pierwszego dnia uderzyło, to to, że wśród osób, z którymi pracowała – głównie to były, tak jak ona, młode dziewczyny po biotechnologii – wszyscy pracowali za darmo, a jedyną osobą zatrudnioną na zwykły etat była księgowa. No ale czas mijał, córka moja jeździła do Krakowa i z powrotem, i mimo że jej entuzjazm powoli się wypalał, doznała szoku, kiedy minął miesiąc, pies z kulawą nogą się do niej nie zwrócił o rozmowę i ona, nie otrzymawszy nawet zaświadczenia o tym, że tam pracowała, jedyne co mogła zrobić to wstać od biurka i wrocić do domu. Później jeszcze wysyłała tam jakieś maile, ale ponieważ nikt nigdy jej nie odpowiedział, dała wreszcie spokój.

      Mijały kolejne lata, w końcu – niezbadanym wyrokiem Bożym – córka moja znalazła pracę, najpierw jako asystentka pewnego profesora, a potem jako tzw Pani Dziekan na Uniwersytecie Medycznym w Katowicach, a kiedy człowiek który ją promował odszedł, to i ona odeszła i dziś, zapomniawszy o swoich tak dużych niegdyś zawodowych umiejętnościach, jako szczęśliwa żona i mama dwóch wspaniałych córeczek, zajmuje się domem i rodziną. I pewnie nie miałaby powodu, żeby tamte czasy wspominać, gdyby wciąż w głowie nie miała tamtej upiornej nazwy BioTe21. I ja również nie miałbym najmniejszego powodu, żeby pisać ten tekst, gdyby nie ów temat bezrobocia, który ni stąd ni zowąd wypełnił naszą przestrzeń publiczną.

      Szukam dziś w Sieci tamtej nazwy BioTech21 i faktycznie coś tam wyskakuje, i owszem w Krakowie, nawet pokazuje się nazwisko właściciela, niejakiego Adama Mastera, ale o ile się orientuję, to są jakieś dawne adresy, dziś już zupełnie nieaktualne, jak ruiny po rządach koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL-u.

       Kiedy wspominam dziś czas, kiedy to córka moja przez miesiąc pracowała dla któregoś z nich, nie otrzymując ani zapłaty, ani podziękowania, ani choćby standardowego „skontaktujemy się z panią”, myślę oczywiście przede wszystkim o moim znajomym Józku, który, zanim odszedł z tego świata, pracował za darmo na budowie nie przez miesiąc, ale pełne trzy, i jego los jest bez porównania straszniejszy i nie do opisania niż tylko ta w gruncie rzeczy chwila, która i tak skończyła się bardzo szczęśliwie. Ale myślę też o tych wszystkich ludziach, którzy dali jakoś radę i dziś są tu z nami, zastanawiając się jak to będzie z naszą Polską. Ale też nie mogę przestać myśleć o tych, którzy swego czasu zgotowali Polsce tamten los, a dziś jak gdyby nigdy nic przychodzą do nas i z bezczelną miną oferują swoje usługi.

       Niech ich piekło pochłonie.  

   


 


sobota, 26 sierpnia 2023

Prawda o bezrobociu, czyli i on zostanie spawaczem

 

Wczoraj, jak rozumiem, w reakcji na wyrok warszawskiego sądu, który przyznał, że za rządów Donalda Tuska wskaźnik bezrobocia w Polsce wyniósł 14,4%, na swoim oficjalnym twitterowym profilu Platforma Obywatelska opublikowała następujące coś:


Ktoś mi powie, że fakt iż dałem się zanspirować tego typu chucpą, świadczy o mnie nie najlepiej i byłbym pewnie skłonny się z tym zgodzić, gdyby nie fakt, że kiedy piszę ten tekst, ów obrazek zebrał grubo ponad 2,5 tys. tak zwanych polubień, a więc co najmniej 2,5 tys. zainteresowanych osób nie dość że uznało to kłamstwo za coś nadzwyczaj cennego, to jeszcze w nie uwierzyło. A to, moim zdaniem, daję pewną podstawę do przynajmniej zadumy.

Nie będe oczywiście analizował owej tak niesłychanie bezczelnej manipulacji, licząc że czytelnikom mojego bloga jakiegolwiek objaśnienia są jak psu na budę, lecz zamiast tego, przypomnę kolejny swój tekst, tym razem z roku 2012, wówczas zatytułowany pięknie „I ty zostaniesz spawaczem”, a dziś z pewną modyfikacją. Bardzo proszę.

 

      Głupio się przyznawać, ale jakoś przegapiłem niedawną wypowiedź Donalda Tuska, w której to zachęcał on młodych ludzi, by jeśli chodzą im po głowie jakieś ambitne plany zawodowe, i gdzieś tam szumi im myśl o robieniu kariery, porzucali te dyrdymały i brali się za co popadnie, zwłaszcza że podobno akurat jest zapotrzebowanie na spawaczy. Gdybym chciał z Donaldem Tuskiem wejść w debatę, powiedziałbym mu pewnie, że z tego co wiem, rynek spawania jest już dość szczelnie obłożony, natomiast podobno w Coventry poszukują operatorów wózków widłowych, no i w Warszawie niedługo ma się zwolnić stanowisko premiera, ale, jeśli idzie akurat o niego, to jedyne na co mam ochotę, to kiedy będzie schodził po schodach, zwyczajnie mu podstawić nogę, i liczyć na pomyślny rozwój wypadków, a poza tym ten akurat temat jest tak smutny, że nawet ta noga nie gwarantuje choćby minimalnej satysfakcji.

      No ale owszem, w końcu dowiedziałem się, że Donald Tusk każe moim obu córkom i synowi brać się za spawanie. Co więcej, okazuje się, że jemu ten pomyśl strzelił do głowy nie na zasadzie wypadku, ale on go najwidoczniej teraz będzie się lansował regularnie. Ostatnio powtórzył go w „Kropce nad i” u Olejnikowej. I to wrażenie było tak mocne, że ja praktycznie do dziś nie potrafię się z tego wygrzebać. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tę Polskę, te Europę, mamy ten rząd, mamy tę minister Kudrycką, która dba o rozwój tak zwanego szkolnictwa wyższego, mamy w tej chwili już chyba tysiące wyższych uczelni, na których studiują grube miliony maturzystów, mamy te najróżniejsze kierunki studiów, których liczba i różnorodność zwiększa się w postępie geometrycznym, mamy wreszcie tę naszą dumę, że Polska staje się krajem ludzi wykształconych, a na to przychodzi ten piłkarz i mówi: „A spawać już umiecie?”

      Mało tego. Oto przed nami stoi magister historii bez minimalnej choćby zawodowej praktyki, typowy przedstawiciel tak zwanej klasy pasożytniczej, a więc ktoś kto w normalnej sytuacji mógłby faktycznie już tylko aplikować na stanowisko spawacza gdzieś u niemieckiego bauera, i poucza tych wszystkich naiwnie jeszcze liczących na to, że ta nasza Polska podniesie się z tego błota, że on akurat wie najlepiej, jak to jest i być bez pracy i pracować, no bo i był nauczycielem, i wykładowcą na uczelni, a spawaczem jak najbardziej też. I on szczerze ten typ kariery wszystkim poleca. W końcu mamy kurwa kryzys, nie?

       To co mnie jednak w tym wszystkim porusza najbardziej to fakt, że namawiając moje dzieci do tego, by spróbowały się przekwalifikować i zapisać na kurs spawacza, on ma jak najbardziej właściwy ogląd sytuacji. Tak się bowiem składa, że ja w ostatnich tygodniach i miesiącach na temat tak zwanych perspektyw odbyłem z moimi dziećmi bardzo dużo rozmów i powiedziałem im mniej więcej to samo. Że prawdopodobnie przyjdzie im w końcu machnąć ręką na te swoje ambicje i marzenia, wsiąść w samolot, wiać stąd gdzie pieprz rośnie, i liczyć na to, że ktoś gdzieś ich zechce zatrudnić jak człowieka, płacąc przy okazji tyle, by gdy przyjdzie weekend mogli sobie gdzieś pójść i pospędzać czas. Tyle że moje gadanie i ich lęki to są nasze osobiste sprawy, do których mamy prawo, i na które możemy sobie pozwolić. Jeśli jednak pojawia się człowiek, który – właśnie przez to, że nie nadawał się do żadnej pracy, a którego wykształcenie też nie bardzo dawało mu jakiegokolwiek wyboru, a miał w sobie wystarczająco dużo bezwzględności – postanowił swego czasu zostać premierem rządu i w ten sposób wziął na siebie nie byle jaką odpowiedzialność, i dziś informuje ludzi, że nie ma już nic – to znaczy, że mamy do czynienia z bezczelnością wręcz kosmiczną. A bezczelność ta jest tym większa, że ten tak zwany premier przedstawia swój raport wręcz z szyderstwem w głosie skierowanym wobec tych, którzy nie chcą zrozumieć, że odpowiedzialne życie wymaga elastyczności. I żeby, gdy o to idzie, brać przykład właśnie z niego, który, kiedy było ciężko, się nie opierdalał.

      Czytam to tu to tam, że Donald Tusk jest w stanie bliskim obłędu. Że on jest już na krawędzi. A ja się zastanawiam, co dalej? I jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że on już niedługo ogłosi, że z punktu widzenia interesów Polski i Europy te 10 procent Polaków mający jakiś tam fach w ręku tak naprawdę całkowicie wystarczą. Reszcie wystarczyć powinna umiejętność rachowania i czytania. I w ten sposób jakiś wariat w końcu nie wytrzyma i mu zrobi jakąś krzywdę, a Angela Merkel, w dowód tradycyjnej niemieckiej wdzięczności, odznaczy go pośmiertnym medalem za zasługi dla polityki Rzeszy w stosunku do Państwa i Narodu Polskiego.

 

piątek, 25 sierpnia 2023

Modlitwa za Józka

 

Wczorajsze wpomnienie dawnego tekstu o moim znajomym Józku i – nie bójmy się tego słowa – męczeństwie, na jakie go skazał rząd Platformy Obywatelskiej i PSL-u, mnie samego poruszyło tak bardzo, że uznałem za stosowne w najbliższych dniach pociągnąć wątek pracy, jako tej części naszego życia, bez której w pewnych okolicznościach owo życie przestaje mieć sens. Dziś, kiedy ten problem stał się dla nas tak odległy, że wielu z nas nie dość, że o nim nie myśłi, to wręcz niekiedy może odnieść wrażenie, że on nie istnieje i niegdy nie istniał. A więc, będziemy wspominać. Zanim jednak przejdę do kolejnych refleksji przypomnę fragment tekstu już z roku 2018, w którym poinformowałem, że Józek zmarł i swoje nieszczęście zabrał ze sobą na tamten świat. I pomyśleć tylko, że między tekstem pierwszym, a drugim minęło zaledwie 6 lat. Tyle wystarczyło. Proszę posłuchać:

 

      Nie wiem, jak się sprawy mają w Polsce, ale gdy chodzi o Katowice, to bezrobocie praktycznie nie istnieje, a jeśli gdziekolwiek jeszcze pojawiają się jakieś dziury, są one skutecznie wypełniane przez pracowników z Indii – to, gdy chodzi o korporacje typu IBM – lub z Ukrainy – i tu mam na myśli poziom nieco bardziej przyziemny, czyli pracę rąk i pleców. Powiedziałbym chętnie, że bardziej mnie dziś interesuje ta druga część sceny, gdyby nie fakt, że naprawdę trudno jest określić, kogo widzimy tu więcej, Ukraińców, czy Hindusów, jednak faktycznie spróbuję się tu skoncentrować na Ukraińcach. Otóż w naszej najbliższej okolicy prowadzone są trzy, a do niedawna jeszcze pięć budów, w tym jedna najbliżej nas, a mam tu na myśli naszą kamienicę. Dodatkowo jeszcze sąsiad z góry do niedawna przeprowadzał kapitalny, a więc taki ze zrywaniem tynków i podłóg, remont naprawdę wielkiego  mieszkania. I w każdym z tych miejsc dochodzi mnie glównie mowa ukraińska. Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie syn mój i jego żona potrzebowali ułożyć płytki w łazience i bezskutecznie poszukiwali w tej sprawie solidnego fachowca, spróbowałem rozejrzeć się dla nich za czymś po wspomnianej okolicy i okazało się, że na najbliższe pół roku nie ma na co liczyć. Przy tej okazji porozmawiałem sobie z jednym z tych ludzi – tu akurat Polakiem – który akurat pracował na naszym balkonie i opowiedziałem mu o Józku. On mojej historii wysłuchał uważnie, po czym wzruszył ramionami i poinformował mnie, że gdy chodzi o niego, to on osobiście od paru lat nie przeżył jednego dnia bez pracy, a ja pomyślałem sobie, że biedny Józek nie trafił w swój czas i już niestety nie trafi.

       Bo sprawy mają się tak, że dziś już Józek nie żyje. Jak mnie poinformowała jego żona, zachorował na raka i zmarł w miejscowym hospicjum, jako człowiek, który – jak już wspomniałem – nie trafił w swój czas. Pomódlmy się zatem za jego duszę i zamiast wspólnie z Donaldem Tuskiem i jego dawną ekipą budowlaną rwać sobie włosy z głowy z powodu tego, do czego prowadzą nas rządy Prawa i Sprawiedliwości, cieszmy się razem z tym kafelkarzem, który pracuje to tu to tam, dzień za dniem, a w weekendy wsiada w samochód i jedzie odwiedzić swoje dzieci i żonę, wypoczywających gdzieś tu w okolicznych lasach, których tu jest do wyboru i do koloru.

       I nie zapomnijmy nigdy tego, co gdzieś tam kiedy usłyszeliśmy, czy przeczytali, że wśród wielu naprawdę mniej i bardziej znanych i opisanych przyczyn nowotworów, które zabijają jest i ta związana z tym, że na człowieka spada niekiedy tak wiele zmartwień, że on traci swoją dotychczas naturalną odporność i zwyczajnie nie ma siły by się bronić. Jak widzimy, do tego by człowieka zatłuc jak psa, niektórym nie potrzeba pistoletu, ani nawet kija bejsbolowego.

 


 

 

czwartek, 24 sierpnia 2023

14,4%

 

Poniższy tekst, jeden z dwóch o moim znajomym Józku, opublikowałem po raz pierwszy w roku 2012 . Oryginalnie nosił on tytuł „Józek, czyli Polska w budowie”. Dziś, kiedy sprawa o której ów tekst wówczas traktował gwałtownie ożyła, zdecydowałem się go przypomnieć, tyle, że pod nowym, wiele mówiącym, nowym tytułem: „14,4%”. Serdecznie polecam.    

 

 

      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.

      Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jak idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił urodą i elegancją.

      Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową zoną i typowymi dorosłymi dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.

      Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.

       Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.

      No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.

      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast jak idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.

       A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.



 

wtorek, 1 czerwca 2021

Otchłań no.4

Żona moja zażyczyła sobie już jakiś czas temu, by wprowadzić do naszej kuchni jeszcze jedną szafkę, która sprawi, że powstały tu i ówdzie ścisk uda się nieco spacyfikować. Pamiętajac dawne czasy, kiedy to praktycznie na każdym rogu mozna było znaleźć fachowca, który zrobi wszystko na dziś, a kto wie, czy nie na wczoraj, nawet z tak zwanym odroczonym terminem płatności, najpierw wyszukała szereg punktów stolarskich oferujących odpowiednie usługi, a następnie wykonała szereg telefonów, niestety bez śladu efektu. Jedni od razu informowali, że są zarobieni i żeby się do nich zgłosić gdy PiS przegra wybory, inni prosili by żona wszystko odpowiednio pomierzyła, narysowała dokładny projekt szafki i z gotowym rysunkiem przyjechała na miejsce, a wtedy mistrz stolarski się zastanowi, co z tym zrobić, no i dopiero jeden z nich w końcu zgodził się tu do nas przyjechać i fachowym okiem zbadać zapotrzebowanie. Ostatecznie przysłał jakąś panią, pani wyjęła miarkę, wszystko pomierzyła, poinformowała że oni by woleli od razy zrobić całą kichnię od nowa, ale że da znać no i nie dała. Obecnie usiłujemy się przełamać i kompletnie wbrew sobie skorzystać z usług Ikei, bo jak na dziś, wygląda na to, że tak zwane „block busting” zmieniło kompletnie kierunek i już za chwilę to małe firmy  plus indywidualni fachowcy wszelkich branż przejmą rynek, a takiej Ikei, oraz oczywiście uniwersytetom, zostaną wyłącznie ochłapy. 

Stoimy więc w tej kuchni, gapimy się tępo w owo puste wciąż miejsce obok okna, a mnie się przypominają oczywiście czasy gdy Polska była w budowie, a owa budowa wręcz skwierczała od pracy rąk ludzkich, zakładając oczywiście, że ludźmi nazwiemy takiego Leszka Balcerowicza, czy Janusza Lewandowskiego. Z tej okazji, w kolejnym odcinku naszych podróży na dziewiąty krąg, przypominam swój dawny, bo jeszcze z roku 2012, tekst o pewnym – dziś już niestety na tamtym, lepszym świecie – Józku.

 

 

 

 

      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.

       Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a gdy chodzi o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił solidnością, urodą i elegancją.

       Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową żoną i typowymi, już dorosłymi, dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.

       Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.

       Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.

       No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.

      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast gdy idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.

      A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.

 


sobota, 29 maja 2021

Otchłań no.2

 

We wczorajszej notce wspomniałem o zakupach za 2,40 i ktoś mnie poprosił bym wyjaśnił, o co chodzi z tymi jajkami i ziemniakami. A ja bardzo chętnie przypomniałbym pewien stary już tekst, gdzie owa kwestia została wybita wielkimi literami, ale ponieważ wśród tych owych tysięcy dziś już notek, ciężko mi się jest poruszać, nic z tego nie będzie. Wspomnę może tylko, że było tak, że pewien mój znajomy, przemieszczając się owego strasznego czasu samochodem przez Polskę, zatrzymał się w którymś z wiejskich sklepów, by coś tam sobie zażyczyć i tam trafił na dziecko, które za wspomniane 2,40 poprosiło o kilogram ziemniaków i dwa jajka. Taka to historia. Ja natomiast, coraz bardziej wpadam w nastrój, by opowiadać o czasach, które, mam nadzieję, już nigdy do nas nie wrócą w innej formie, jak owo memento i okazja do refleksji, bez której sobie zwyczajnie nie poradzimy. Oto zatem mój tekst jeszcze z roku 2010, zaledwie jeden z wielu, które dziś przed nami.

 

 

      Wpadło mi dziś w oko coś, co właściwie nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, a jeśli już zdarzy się to coś uznać za godne pewnego zainteresowania, to ostatnią rzeczą jaką można zrobić, byłoby wyciąganie jakikolwiek wniosków ogólnych. Mimo to, myślę o tym nieustannie, i czym dłużej myślę, tym bardziej jestem poruszony. Może to być spowodowane tym, że w ogóle od pewnego czasu tkwię w nastroju chorobliwie refleksyjnym, i nie zdziwię się, jeśli nagle któregoś dnia wstanę z łóżka, spojrzę na tę poranną mgłę i się rozpłaczę. Ale może też być tak, że za tym coś stoi. Jakieś głębsze znaczenie, które tym bardziej nabiera swojej głębi, im bardziej doświadczamy tego co nas otacza.

       Żeby już dłużej nie utrzymywać tego zawieszenia, powiem, że mam na myśli list, jaki do premiera Tuska napisała jakaś dziewczynka z Łodzi i odpowiedź, jaką otrzymała z Tuskowej kancelarii. Dziś – i jak znam życie tylko dziś – sprawa jest dość szeroko komentowana w mediach, więc pewnie część z osob, które czytają te słowa, wie o czym mówię. Na wszelki wypadek jednak opowiem. Otóż najpierw należy powtórzyć to co zostało powiedziane nieco wyżej: sprawa jest całkowicie prozaiczna. W Łodzi mieszka mama z dziesięcioletnią córką i z mężem, który odszedł. Mama jest matematyczką i nie ma pracy. Próbuje szukać jakiegoś zajęcia, ale nic z tego. Zero. Ponieważ rodzina klepie biedę, dziesięcioletnia córka tej pani, niejaka Natalia – dziecko uzdolnione, ambitne i jak na swój wiek mądre – wymyśliła, że ona napisze list do Donalda Tuska i go poprosi, żeby znalazł pracę jej mamie. Skąd jej taki idiotyzm przyszedł do głowy? Otóż, ponieważ, jak wspomniałem, ona jest dość wyjątkowa, gdzieś się dowiedziała, że ruski premier Putin dostał podobny list od jakiegoś dziecka i w try miga wszystko załatwił. A więc w pewnej chyba desperacji – możliwe, że widząc jak mama płacze – pomyślała, że taka inicjatywa może przynieść skutek, no i napisała ten list.

       My tu na blogu jesteśmy strasznie mądrzy i naturalnie świetnie wiemy, jak tragicznie bezsensowny był ten jej gest, no ale raz, że ona nie wiedziała, a dwa, że na jej list nadeszła odpowiedź i zrobiła się jednodniowa afera. Oto całe sedno tego wpisu, a więc coś, co można by było za Mrożkiem zatytułować „Dwa listy”, ale sobie tego typu żartów oszczędzimy. Proszę bardzo:

Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Mam 10 lat. Moja mama od roku nie może znaleźć pracy. Możecie jej pomóc? Mieszkamy w Łodzi. Moja mama jest nauczycielem matematyki i uczy się, aby być nauczycielem maluchów. Mój tata od 7 lat z nami nie mieszka (...). Moja mamusia się stara szukać pracy, ale jej nie wychodzi. Może Wam coś się uda. Natalia”

Droga Pani!
My nie pośredniczymy w szukaniu pracy. Proszę poszukać na stronach www.praca.gov.pl.
Kancelaria Premiera
”.

      Jestem w stu procentach przekonany, że powyższa wymiana – mimo całej swojej bezsensownej treści, a przede wszystkim zamiaru – robi wrażenie. Albo inaczej – może robić wrażenie. Ja na przykład zaczynam tracić głos, kiedy widzę to słowo „mamusia”. Komu innemu może zadrżeć warga, kiedy przeczyta, że „mój tata od 7 lat z nami nie mieszka”. Jeszcze ktoś może się autentycznie wzruszyć, kiedy zaledwie przeczyta to „Dzień dobry”, zamiast zwyczajowego „Witam”. Ten list robi wrażenie. I mam też niewzruszoną pewność, że jeszcze większe wrażenie robi odpowiedź, jaka jakiś urzędnik z Kancelarii wklikał w klawiaturę swojego komputera. A może oni korzystali z Poczty Polskiej? Obojętne.

      I znów. Może nie tyle robi wrażenie, ale z pewnością może wrażenie robić. Ja, na przykład, dostaję jasnej cholery, kiedy widzę to „Droga Pani!” Kto inny, być może, zaciśnie dłonie w rządzy mordu, widząc ten internetowy adres www.praca.gov.pl. A jeszcze ktoś inny zwyczajnie przeczyta całość tej niezwykłej odpowiedzi i zaklnie najgrubiej jak tylko można sobie wyobrazić.

      A ja, choć, jak wspomniałem, sam nie jestem tu bez winy, uważam wszelkie tego typu reakcje za kompletnie niesprawiedliwe i pozbawione sensu. W końcu wiemy wszyscy świetnie, że Polska jest postkolonialnym krajem rządzonym przez bandę pozbawionych najbardziej podstawowych ludzkich odruchów zaprzańców. Ale wiemy też, że nawet gdyby dziś rządzili najwybitniejsi, najbardziej charyzmatyczni i najbardziej uczciwi politycy, to też żaden z nich, poza bezpośrednim politycznym interesem, nie jest w stanie w tego typu sprawie zrobić nic. Bo premier rządu – każdego i wszędzie – nie załatwia obcym ludziom pracy. No a urząd to urząd, i trudno się spodziewać, że tam ktoś w ogóle myśli, a tym bardziej czuje. A mimo to, wciąż – czytając tę niezwykły dialog dwóch kompletnie obcych światów – czujemy, że tam jest jeszcze coś. Coś bardzo szczególnego, wręcz egzotycznego, coś kompletnie wyjątkowego, co sprawia, że to biedne dziecko całkowicie zatraciło swój kompas. Bo ono ten list powinno była napisać do mnie, a nie do Tuska. Ono mogło go napisać do mnie, bo ja bym przede wszystkim jej odpisał, adresując swoją odpowiedź „Droga Natalio”, a nie tym skurwysyńsko-burackim „Droga Pani”, a poza tym zaapelował na tym blogu, żeby może do czasu aż jej mama nie znajdzie pracy, pieniądze które łaskawie wpływają na moje konto, wysyłać właśnie dla tych dwóch biednych kobiet.

      Ktoś więc może się spytać, po jasną cholerę ja próbuję atakować ten rząd, uciekając się do czegoś tak niskiego. Czy nie mam innych powodów i innych argumentów? Oczywiście że mam. Argumentów i powodów, żeby gnoić tych kosmitów, mam całe mnóstwo, i nawet gdybym miał pisać dziesięć takich tekstów dziennie od rana do wieczora, nie zabrakłoby mi wyobraźni. To jest jednak znak. Ten list, a szczególnie ta odpowiedź, to znak. Niemal tak samo mocny i dźwięczny, jak niedawna katastrofa dostawczego samochodu z osiemnastoma niewolnikami w środku, czy też całkiem świeża wiadomość o tym, jak to prezydent Komorowski zapytany przez studentów o możliwość rządowej dotacji do mleczno-barowych obiadów, opowiedział wszystkim parę anegdot, jak to on za studenckich czasów nie chodził do żadnych głupich barów, ale normalnie – na piwo.

      No i jeszcze coś. Gdyby taki numer jak z tą Natalią przydarzył się cztery lata temu polskiemu premierowi, lub prezydentowi, nie mam najmniejszej wątpliwości, że obok Irasiada, Borubara i odwróconego szalika, mielibyśmy jeszcze jeden super-greps do opowiadania przy stole w dużych polskich miastach, przez niezwykle starannie wykształconych Europejczyków z aspiracjami. I choćby ze względu na oczywistość tego przeczucia, warto było rzucić tym kamieniem. Z nadzieją, że trafi prosto w skroń. Lub przynajmniej w ryj.




 

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Modlitwa za Józka


        Nie wiem, jak się sprawy mają w Polsce, ale gdy chodzi o Katowice, to bezrobocie praktycznie nie istnieje, a jeśli gdziekolwiek jeszcze pojawiają się jakieś dziury, są one skutecznie wypełniane przez pracowników z Indii – to, gdy chodzi o korporacje typu IBM – lub z Ukrainy – i tu mam na myśli poziom nieco bardziej przyziemny, czyli pracę rąk i pleców. Powiedziałbym chętnie, że bardziej mnie dziś interesuje ta druga część budowy, gdyby nie fakt, że naprawdę trudno jest określić, kogo widzimy tu więcej, Ukraińców, czy Hindusów, jednak faktycznie spróbuję się tu skoncentrować na Ukraińcach. Otóż w naszej najbliższej okolicy prowadzone są trzy, a do niedawna jeszcze pięć budów, w tym jedna najbliżej nas, a mam tu na myśli naszą kamienicę. Dodatkowo jeszcze sąsiad z góry do niedawna przeprowadzał kapitalny, a więc taki ze zrywaniem tynków i podłóg, remont naprawdę wilkiego  mieszkania. Ponieważ mniej więcej w tym samym czasie syn mój i jego żona potrzebowali ułożyć płytki w łazience i bezskutecznie poszukiwali w tej sprawie solidnego fachowca, spróbowałem rozejrzeć się dla nich za czymś po wspomnianej okolicy i okazało się, że na najbliższe pół roku nie ma na co liczyć. Przy tej okazji porozmawiałem sobie z jednym z tych ludzi, który akurat pracował na naszym balkonie i opowiedziałem mu o Józku. On mojej historii wysłuchał uważnie, po czym wzruszył ramionami i poinformował mnie, że gdy chodzi o niego, to on osobiście od lat nie przeżył jednego dnia bez pracy, a ja pomyślałem sobie, że biedny Józek nie trafił w swój czas i już niestety nie trafi. To zatem dla niego to wspomnienie jeszcze sprzed 6 lat. Posłuchajmy:




      Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi, razem z tymi gołębiami, które tam sobie urządziły miejsce spotkań, machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.
      Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jeśli idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił urodą i elegancją.
      Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest właśnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To, co jednak może zaskakiwać, to fakt, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak, jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w poważnym wieku, z bardzo typową żoną i typowymi dorosłymi dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.
      Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkę pogadaliśmy. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go, co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.
      Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja właśnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej i dostrzec, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą, kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.
      No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi, co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza, że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.
      Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować dróg się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast gdy idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część rzuciła ironiczną uwagę, że jasne, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.
      A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.

      Dziś już Józek nie żyje. Jak mnie poinformowała jego żona, zachorował na raka i zmarł w miejscowym hospicjum, jako człowiek, który – jak już wspomniałem – nie trafił w swój czas. Pomódlmy się zatem za jego duszę i zamiast rwać sobie włosy z głowy z powodu tego, do czego prowadzą nas rządy Prawa i Sprawiedliwości, cieszmy się razem z tym kafelkarzem, który pracuje to tu to tam, dzień za dniem, a w weekendy wsiada w samochód i jedzie odwiedzić swoje dzieci i żonę, wypoczywających gdzieś tu w okolicznych lasach, których tu jest do wyboru i do koloru.
      
Powyższy tekst pochodzi z mojej książki „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” i której ostatnie trzy egzemplarze mają do mnie dziś przyjechać ze sklepu Foto-Mag. Polecam serdecznie: k.osiejuk@gmail.com

sobota, 23 listopada 2013

Donald Tusk, czyli gdy zło zdycha

Przedstawiam kolejny felieton z "Warszawskiej Gazety". Dziś o Tusku. I pomyśleć tylko, że jeszcze nie tak dawno wydawało się, że o nim już ani słowa!

Donald Tusk, zapytany o to, czy będzie mu łatwo znaleźć następców dla „rekonstruowanych” ministrów, odpowiedział, ni mniej ni więcej, jak tylko, że z tym nie będzie kłopotów, bo dziś w Polsce jest bardzo dużo osób szukających pracy. Gdyby ktoś podejrzewał, że ja coś zmyślam, zacytuję źródło, w tym wypadku najbardziej wiarygodne, a więc TVN24. Otóż wedle relacji stacji jednoznacznie zaprzyjaźnionej, Premier, zapytany o szanse znalezienia kolejnych chętnych do tej beznadziejnej roboty, odpowiedział: „Ludzie w Polsce pracy potrzebują”.
Otóż moim zdaniem, owa wypowiedź, gdybyśmy tylko mieli dziś w Polsce media wolne, a przede wszystkim inteligentne, owa wypowiedź stałaby się hitem nawet nie tygodnia, ale miesiąca. Bo cóż nam takiego mówi Donald Tusk? Ni mniej ni więcej, jak tylko to, że to jest miejsce, do którego doszliśmy po tych – ilu to już? – latach panowania tej bandyterki. Miejsce, gdzie nieważne, co będzie za tydzień, dwa, trzy, byleby znalazły się pieniądze na opłacenie bieżących zobowiązań.
Oto człowiek, który najpierw, w roku 2005, uznał, że nikt tak jak on, nie nadaje się do tego, by kierować wielkim, europejskim krajem, takim jak Polska, by już po dwóch latach przejąć władzę w czysto gangsterski sposób, i który dziś staje przed Narodem i z bezczelnie podniesionym czołem oświadcza: „Widzicie, jacy jesteście zdesperowani? Widzicie, jak nam się udało postawić was pod ścianą?”
Dla kogoś, kto żyje w świecie realnym, sprawa wydaje się być czysta w sposób oczywisty. Powstaje rząd, a premier, a więc człowiek, którego zadaniem jest wyznaczyć do nowych obowiązków ludzi absolutnie najlepszych, przede wszystkim staje na głowie, żeby szukać wśród tych, którzy są tak dobrzy, że im ani do zawodowego sukcesu, ani do zwykłego szczęścia, naprawdę nie są potrzebne jakieś posady rządowe, no ale być może hasło „Ojczyzna wzywa” będzie w stanie zmusić ich do szczególnych refleksji. Tak jakby to miało miejsce w sytuacji normalnej. Niestety, jak idzie o dzisiejszą Polskę, jesteśmy pogrążeni w tak zwanym Matriksie, i, co najbardziej zabawne, człowiek, który ów Matrix najbezczelniej na świecie stworzył, przychodzi nagle do nas i mówi: „Jakoś to będzie. W końcu, sami widzicie, że ta nędza, do której ten kraj doprowadziłem, nie pozostawia nikomu z was zbyt wielkiego wyboru”.
Nie mam ostatnio zbyt wiele okazji, by oglądać twarz Donalda Tuska. Głównie dlatego, że w ogóle rzadko oglądam telewizję, ale trochę też przez to, że on jakby ostatnio chytrze się bardzo wycofał. Widziałem go jednak dziś na zdjęciu zamieszczonym na portalu tvn24.pl, i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem. Oto mamy tę twarz – coś, co nam nie daje spać od tylu już lat – i te słowa: „Ludzie w Polsce pracy potrzebują”.
Cóż to za bezczelność! I jakież to jest nieszczęście! Czy jest coś, do czego to można by porównać? Przepraszam, ale nie widzę.

Proszę bardzo mocno o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez wsparcia ze strony czytelników, długo nie pociągniemy. I proszę mi wierzyć, że ani trochę nie przesadzam, ani tym bardziej nikogo nie planuję nabierać. Dziękuję.

niedziela, 13 października 2013

Komu przypadki, komu czary, komu cuda

Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech się skupi, bo historia jest wielce ciekawa.
Otóż, co niektórzy z nas wiedzą, moje najstarsze dziecko ponad dwa lata temu ukończyło wydział biotechnologii na Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach i wpadła w zwykły, pusty jak jasna cholera czas kompletnego bezrobocia, nienaruszonego nawet akcjami podejmowanymi na szczeblu naprawdę wysokim. Nie ma pieniędzy, nie ma etatów, nie ma pracy i kropka. W międzyczasie, ponieważ jest ona osobą ambitną i z aspiracjami, ukończyła studia podyplomowe we Wrocławiu, mając za swojego mistrza samego dr. Szwagrzyka, zatrudniła się w poważnym krakowskim laboratorium o jeszcze bardziej poważnej nazwie Biote21, skąd po miesiącu codziennego dojeżdżania z Katowic do Krakowa, sumiennej pracy od rana do wieczora, nie otrzymała ani jednego grosza zapłaty, i tyle wszystkiego, że mogła sobie ów oddany czas wpisać do CV, jako zawodowe doświadczenie.
Widząc, że dziś polski biotechnolog nie ma praktycznie szans na znalezienie pracy w zawodzie, postanowiła zarabiać na drobne wydatki opiekując się dziećmi. A po to, by nie stracić podstawowych zawodowych umiejętności, przyjęła propozycję wolontariatu w jednym z najpoważniejszych na Śląsku instytutów naukowych.
Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest dziś wolontariat, i wierzył w to, że mamy tu coś do czynienia z działalnością dobroczynną w domach opieki społecznej, czy hospicjach, powinien wiedzieć, że dziś wolontariat to zwykła, standardowa praca, w dowolnej branży, z dowolnym zakresem obowiązków, tyle że za darmo. Ludzie jeżdżą do pracy rano, pracują po osiem godzin jak każdy inny, po pracy wracają do domu, i nie mają z tego nic poza doświadczeniem i nadzieją, że może ktoś ich wreszcie przyjmie do normalnej pracy. Takie miejsce, taki czas.
No ale, jak już wspomniałem, moje dziecko jest osobą ambitną i pełną poświęcenia, więc zgodziło się wydawać zarobione na opiekowaniu się dziećmi pieniądze na codzienne dojazdy na ów wolontariat, no i tak sobie żyliśmy od miesięcy.
I oto któregoś dnia otrzymała ona maila, będącego odpowiedzią na jej ofertę dotyczącą opieki nad dziećmi, z prośbą, by przyszła i się przedstawiła. Pojechała więc do owych ludzi, dowiedziała się, że ludzie, którzy ją zaprosili właśnie przyjechali na Śląsk do pracy, siadła sobie z ową mamą w salonie i zaczęły rozmawiać. One sobie rozmawiały, obok biegały dzieci, a w tle chodził mąż tej pani i czymś tam się zajmował. W pewnym momencie pani spytała, co ona robi na co dzień, ona na to odpowiedziała, że jest na wolontariacie w swoim instytucie… i mąż tej pani, usłyszawszy nazwę, znieruchomiał, i, chcąc się upewnić, zapytał: „Gdzie?”. Dziecko moje powtórzyło nazwę, a on jej na to, już bez dodatkowych wyjaśnień, powiedział, że to jest bardzo ciekawe, bo on tam właśnie został szefem pewnej jednostki, która jest akurat uruchamiana, i on ją w tej sytuacji jest tam gotów zatrudnić, jako swoją asystentkę. I ją zatrudnił. No i to wszystko, jak idzie o naszą dzisiejszą opowieść.
Mam nadzieję, że każdy z nas wie, dlaczego w pierwszych zdaniach tego tekstu napisałem, że sprawa jest bardzo ciekawa, bo, przepraszam bardzo, ale jeśli nie, to ja nie mam sposobu, by to wyjaśniać. To by bowiem było równie żenujące, jak objaśnianie sensu opowiedzianych właśnie dowcipów. A ja, ponieważ nigdy nie robiłem tamtego, to i proszę mi wybaczyć, to też zostawię takie jak jest. I tylko pozwolę sobie wyrazić wiarę w to, że zdarzają się rzeczy przedziwne. I wcale nie mam na myśli czarów.

Czekamy na ukazanie się książki. Myślę, że to potrawa około tygodnia. Do końca miesiąca będziemy próbowali z jej sprzedaży pokryć koszt druku. Potem zacznie się już, mam nadzieję, faktyczny handel. Do tego czasu jednak jesteśmy w ciągłym kryzysie. W ostatnich tygodniach straciłem trzy duże grupy i przez to póki co wszystko opiera się na tym blogu. Bardzo więc proszę o pamięć i wsparcie. Dziękuję.

wtorek, 16 października 2012

I ty zostaniesz spawaczem

Głupio się przyznawać, ale jakoś przegapiłem niedawną wypowiedź Donalda Tuska, w której to zachęcał on młodych ludzi, by jeśli chodzą im po głowie jakieś ambitne plany zawodowe, i gdzieś tam szumi im myśl o robieniu kariery, porzucali te dyrdymały i brali się za co popadnie, zwłaszcza że podobno akurat jest zapotrzebowanie na spawaczy. Gdybym chciał z Donaldem Tuskiem wejść w debatę, powiedziałbym mu pewnie, że z tego co wiem, rynek spawania jest już dość szczelnie obłożony, natomiast podobno w Coventry poszukują operatorów wózków widłowych, no i w Warszawie niedługo ma się zwolnić stanowisko premiera, ale, jak idzie akurat o niego, to jedyne na co mam ochotę, to kiedy będzie schodził po schodach, zwyczajnie mu podstawić nogę, i liczyć na pomyślny rozwój wypadków, a poza tym ten akurat temat jest tak smutny, że nawet ta noga nie gwarantuje choćby minimalnej satysfakcji.
No ale owszem, w końcu dowiedziałem się, że Donald Tusk każe moim obu córkom i synowi brać się za spawanie. Co więcej, okazuje się, że jemu ten pomyśl strzelił do głowy nie na zasadzie wypadku, ale on go najwidoczniej teraz będzie się lansował regularnie. Ostatnio powtórzył go w „Kropce nad i” u Olejnikowej. I to wrażenie było tak mocne, że ja praktycznie do dziś nie potrafię się z tego wygrzebać. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tę Polskę, te Europę, mamy ten rząd, mamy tę minister Kudrycką, która dba o rozwój tak zwanego szkolnictwa wyższego, mamy w tej chwili już chyba tysiące wyższych uczelni, na których studiują grube miliony maturzystów, mamy te najróżniejsze kierunki studiów, których liczba i różnorodność zwiększa się w postępie geometrycznym, mamy wreszcie tę naszą dumę, że Polska staje się krajem ludzi wykształconych, a na to przychodzi ten piłkarz i mówi: „A spawać już umiecie?”
Mało tego. Oto przed nami stoi magister historii bez minimalnej choćby zawodowej praktyki, typowy przedstawiciel tak zwanej klasy pasożytniczej, a więc ktoś kto w normalnej sytuacji mógłby faktycznie już tylko aplikować na stanowisko spawacza gdzieś u niemieckiego bauera, i poucza tych wszystkich naiwnie jeszcze liczących na to, że ta nasza Polska podniesie się z tego błota, że on akurat wie najlepiej, jak to jest i być bez pracy i pracować, no bo i był nauczycielem, i wykładowcą na uczelni, a spawaczem jak najbardziej też. I on szczerze ten typ kariery wszystkim poleca. W końcu mamy kurwa kryzys, nie?
To co mnie jednak w tym wszystkim porusza najbardziej to fakt, że namawiając moje dzieci do tego, by spróbowały się przekwalifikować i zapisać na kurs spawacza, on ma jak najbardziej właściwy ogląd sytuacji. Tak się bowiem składa, że ja w ostatnich tygodniach i miesiącach odbyłem na temat tak zwanych perspektyw z moimi dziećmi bardzo dużo rozmów i powiedziałem im mniej więcej to samo. Że prawdopodobnie przyjdzie im w końcu machnąć ręką na te swoje ambicje i marzenia, wsiąść w samolot i wiać stąd gdzie pieprz rośnie, i liczyć na to, że ktoś gdzieś ich zechce zatrudnić jak człowieka, płacąc przy okazji tyle, by gdy przyjdzie weekend mogli sobie gdzieś pójść i pospędzać czas. Tyle że moje gadanie i ich lęki to są nasze osobiste sprawy, do których mamy prawo, i na które możemy sobie pozwolić. Jeśli jednak pojawia się człowiek, który – właśnie przez to, że nie nadawał się do żadnej pracy, a którego wykształcenie też nie bardzo dawało mu jakikolwiek wybór, a miał w sobie wystarczająco dużo bezwzględności – postanowił swego czasu zostać premierem rządu i w ten sposób wziął na siebie nie byle jaką odpowiedzialność, i dziś informuje ludzi, że nie ma już nic – to znaczy, ze mamy do czynienia z bezczelnością wręcz kosmiczną. A bezczelność ta jest tym większa, że ten tak zwany premier przedstawia swój raport wręcz z szyderstwem w głosie skierowanym wobec tych, którzy nie chcą zrozumieć, że odpowiedzialne życie wymaga elastyczności. I żeby, jak o to idzie, brać przykład właśnie z niego, który, kiedy było ciężko, się nie opierdalał.
Czytam to tu to tam, że Donald Tusk jest w stanie bliskim obłędu. Że on jest już na krawędzi. A ja się zastanawiam, co dalej? I jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że on już niedługo ogłosi, że z punktu widzenia interesów Polski i Europy te 10 procent Polaków mający jakiś tam fach w ręku tak naprawdę całkowicie wystarczą. Reszcie wystarczyć powinna umiejętność rachowania i czytania. I w ten sposób jakiś wariat w końcu nie wytrzyma i mu zrobi jakąś krzywdę, a Angela Merkel, w dowód tradycyjnej niemieckiej wdzięczności, odznaczy go pośmiertnym medalem za zasługi dla polityki Rzeszy w stosunku do Państwa i Narodu Polskiego.

Niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga. Czy to przez kupowanie obu książek, czy też przez bezpośrednie wpłaty na podany obok numer konta. Pozostaję z wdzięcznością.

czwartek, 30 sierpnia 2012

O tryumfie liberalizmu i nadchodzącej katastrofie

Kto jeszcze pamięta, jak zorganizowaliśmy tu akcję na rzecz sfinansowania miesięcznego szkolenia starszej Toyahówny w jednej z krakowskich firm biotechnologicznych, może się zastanawiać jak owo szkolenie wypadło i co z niego dziś mamy.
Zanim przejdę do rzeczy, króciutko przedstawię tło. Otóż moje dziecko w zeszłym roku skończyło studia magisterskie na Wydziale Biotechnologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, i od tego czasu podjęło bardzo intensywne próby na rzecz znalezienia odpowiedniej dla siebie pracy. Efekt tego przez miniony rok był taki, że w końcu udało jej się wreszcie trafić pewną rodzinę z trojgiem małych dziewczynek, którymi podczas nieobecności rodziców nie miał się kto zajmować, no i została wynajęta jako au pair.
Od samego początku jednak, Toyahówna miała oko na pewną bardzo, co wynikało z informacji na stronie internetowej, poważną krakowską firmę biotechnologiczną, której oferta była nieustannie obecna w różnych właściwych temu miejscach. Wysyłała więc tam raz za razem swoje CV, jednak bez jakiejkolwiek reakcji. No i przyszedł ten lipiec, kiedy to nagle ci państwo – czy może raczej ten pan – nawiązali kontakt i zaproponowali jej, by się zgłosiła na miesięczne szkolenie. Pomysł szkolenia był taki, że ona będzie zwyczajnie przez miesiąc dla nich pracowała, oni będą obserwować jej pracę, na końcu zorganizują jej egzamin, i jeśli przejdzie pomyślnie całą procedurę, zostanie zatrudniona. Wtedy to właśnie zarządziłem pamiętną zbiórkę.
Pojechała więc starsza Toyahówna do Krakowa, i pierwsze, co ją zdziwiło, to to, że firma znajduje się w zwykłym mieszkaniu. Wyżej jacyś ludzie, niżej podobnie, a miedzy nimi te badania. Drugie, że mimo iż owa firma działa na rynku już siedem lat i jest jedną z dwóch największych w Polsce firm trudniących się ustalaniem ojcostwa, pracują tam wyłącznie dziewczyny takie jak ona – tuż po studiach. Trzecie, że tak naprawdę, jedynymi zatrudnionymi tam osobami są dwie dziewczyny w biurze plus laborantka – opiekunka tego szkolenia, z tym że ona akurat wyłącznie na umowę o dzieło za jakieś marne tysiąc złotych z hakiem. Natomiast już każdy następny do tej roboty, to wyłącznie na szkolenie. W cyklu miesięcznym.
Jedyne co tam było w standardzie, to praca. Prawdziwa praca, wykonywana na zlecenia napływające z całej Polski, od osób prywatnych i jak najbardziej poważnych instytucji.
Jeździła więc Toyahówna dzień w dzień do Krakowa, bez żadnej umowy, żadnego zaświadczenia, żadnego ubezpieczenia, żadnych gwarancji, no i żadnej zapłaty, siedziała tam od rana do wieczora, i robiła wszystko co trzeba było robić, najsolidniej jak potrafiła – jak najbardziej na konto właściciela firmy. Minął miesiąc i proszę sobie wyobrazić, że kiedy spytała, co dalej, szef powiedział jej, że niech sobie robi co chce, bo co dalej, to już nie jego biznes. On ma całe stosy mniej lub bardziej świeżych aplikacji, i sobie z pewnością poradzi. Dosłownie. Wyszła stamtąd i nikt nawet na pożegnanie nie podniósł głowy.
No a dziś wreszcie, po wielodniowym dobijaniu się, otrzymała ów certyfikat, że pracowała sumiennie i odbyła szkolenie. Aby odebrać owo zaświadczenie, przyjechała tam na miejsce, no i zobaczyła, że tam już się szkoli ktoś nowy.
Jak mówię, firma, której nazwy i nazwiska właściciela tu nie wymieniam, bo moje lękliwe dziecko mi zakazało, jest jedną z dwóch głównych tego typu firm w Polsce. Jak się też dowiaduję, w kraju znajduje się około 60 firm biotechnologicznych, mniej więcej tyle co w Estonii. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, niech sobie sprawdzi, ile to w owej Estonii mieszka ludzi. Ale jest jeszcze coś. Opowiadam tę historię pewnemu znajomemu, z Warszawy i on mi mówi, że opisany przeze mnie system szkoleń, to bardzo popularna w dzisiejszej Polsce praktyka. W takiej Warszawie to podobno wręcz moda. Kiedy się okazało, że zatrudnianie na umowy śmieciowe choć jest okay, to jednak ma swoje wady, ktoś wymyślił ów system szkoleń.
Skoro już jesteśmy w temacie, a nie chcę, by mi zarzucono, że załatwiam tu wyłącznie swoje sprawy, opowiem pewną historię. Otóż w firmie, gdzie uczę troszkę angielskiego, są dyrektorzy, i owi dyrektorzy mają tak zwane asystentki. Ostatnio okazało się, że firma potrzebowała jednej więcej, więc ogłoszono publiczny nabór. No i przyjęto dziewczynę. Standard. Blondynka. Wysoka. Szczupła. Ani mądra, ani głupia. Jak mówię, standard. Pytam więc mojego dyrektora – trochę z myślą o mojej córce – co trzeba mieć, żeby dostać tego typu pracę. On mi na to, że nic. Wystarczy umieć robić kawę, dobrze by było też znać trochę język, no i lepiej żeby nie była zbyt głupia. I ledwo co sobie pomyślałem, że nie jest najgorzej, on mi dorzucił coś jeszcze. Na to ogłoszenie, nadesłanych zostało ponad 200 zgłoszeń.
I już na sam koniec, jeszcze jedna refleksja. Kiedy zdawałem na anglistykę, informacja była taka, że nie jest łatwo, bo na jedno miejsce jest aż siedmiu kandydatów. Bardzo dużo. Wygląda na to, że dziś, jak idzie o uczelnie, proporcje w wielu wypadkach się odwróciły. Tu na przykład, jak widzimy, na jedno miejsce mamy aż 200 chętnych. Ostro, czyż nie?Wszystkich ewentualnie chętnych do komentowania liberałów, proszę bardzo, aby dziś się jednak powstrzymali. Będę niegrzeczny.

Tradycyjnie już natomiast, proszę wszystkich, którym być może akurat zbywa, o finansowe wsparcie tego bloga. Wygląda na to, że to jest właśnie przyszłość. Tak zwana samopomoc. Dziękuję.

piątek, 20 kwietnia 2012

Józek, czyli Polska w budowie

Mamy dwa balkony. Jeden od ulicy, drugi od podwórka. Wprawdzie tak się jakoś złożyło, że w istocie korzystamy tylko z jednego z nich, a na drugi machnęliśmy praktycznie ręką, któregoś dnia przyszło nam do głowy, by ten, gdzie zdarza nam się spędzać czasem czas, odnowić. Zrobiliśmy to w sposób całkowicie standardowy, a więc kupiliśmy ładne szare płytki i zwróciliśmy się do znajomego fachowca, niejakiego Józka, by je nam tam elegancko położył. Z fachowcami, jak wiemy, bywa różnie, przede wszystkim z tego powodu, że oni są zwykle znacznie gorsi, niż się przedstawiają, a jeśli wziąć pod uwagę, że pewna część z nich każde zarobione pieniądze lubi wydać na flaszkę, mamy tu zawsze pewne ryzyko.
Jednak nasz człowiek był już tak skonstruowany, że wydawał pieniądze głównie na utrzymanie rodziny, a jak idzie o robotę, to wygląda na to, że z nim sytuacja była odwrotna od tradycyjnej. On był akurat znacznie lepszy, niż można się było spodziewać. A zatem po jednym dniu porządnej pracy, nasz balkon lśnił urodą i elegancją.
Józek nie jest naszym bliskim znajomym. Tyle wszystkiego, że mieszka niedaleko, nasze dzieci chodziły do jednego przedszkola, i kiedy się widzimy, mówimy sobie dzień dobry. Gdyby go nie znać zupełnie i spojrzeć jak przechodzi obok nas, można by było pomyśleć, że to jest własnie ktoś taki, kto za parę złotych położy nam płytki na balkonie, lub ewentualnie może i nawet wytapetuje kuchnię, a więc tu zaskoczenia nie ma. To co jednak może zaskakiwać, to to, że on praktycznie nigdy nie jest pijany. Ja go spotykam stosunkowo często, jednak jeśli zdarzyło mi się widzieć, jak wraca do domu z jakiegoś bardziej sympatycznego towarzyskiego spotkania, to najwyżej parę razy. Poza tym, on jest zaledwie typowym człowiekiem w starszym wieku, z bardzo typową zoną i typowymi dorosłymi dziećmi – jak znam życie, dziś pewnie gdzieś w Londynie, lub w Hamburgu.
Niedawno szedłem sobie z rana z psem na spacer i spotkałem Józka. Myślę, że to jednak musiało być z jego inicjatywy, wyrażonej może gestem, a może ledwie spojrzeniem, ale tym razem przystanęliśmy i troszkęśmy pogadali. Oczywiście najpierw, niezwykle oryginalnie, zapytałem go co słychać, a on mi odpowiedział, że idzie szukać pracy. Wcześniej przez trzy miesiące pracował na jakiejś budowie, ale kiedy minął ów trzeci miesiąc, a właściciel firmy nadal mu nie płacił, zrezygnował, no i teraz chodzi i szuka czegoś nowego. Ponieważ w Katowicach strasznie się ostatnio dużo wszędzie buduje – włącznie z potężną budową w okolicach dworca kolejowego – on zdecydowanie ma gdzie chodzić, tyle że jak dotychczas zdecydowanie bez efektu. No więc opowiadał mi Józek, że był i tu i tam i jeszcze w wielu innych miejscach, ale nigdzie takich jak on nie potrzebują. Ale ponieważ, jak mówię, tych miejsc jest wciąż coraz więcej, on każdego ranka wychodzi z domu i chodzi po mieście w poszukiwaniu czegoś do roboty.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym ja poszedłem do parku z psem, a on na jakąś kolejną budowę. Kiedy wracałem do domu, znów spotkałem Józka, tyle że już nie w pobliżu naszych domów, ale w drodze do parku. Oczywiście pracy nie dostał, a teraz idzie do parku, bo nawet nie ma po co iść do domu. Nie bardzo jest się do czego spieszyć, prawda? A ja własnie wtedy zrozumiałem nagle ów szczególny wymiar tego naszego polskiego nieszczęścia, w jakim się nagle znaleźliśmy po tych wszystkich latach. Bo mam wrażenie, że bardzo łatwo jest odebrać, a następnie przyjąć do wiadomości informację, że iluś tam robotników zeszło z placu budowy którejś z nowych polskich dróg, bo już nie mają siły czekać na zaległe wypłaty. W końcu, jak wiemy, zawsze ktoś gdzieś na coś czeka, zawsze gdzieś ktoś kogoś wystawia do wiatru, gdzieś powstają jakieś nieprzyjemne spięcia, a poza tym, komu nie jest ciężko? No, proszę powiedzieć – komuż to nie jest dziś ciężko? I w tym wszystkim jakoś umyka nam ów wymiar najbardziej podstawowy, wymiar który zwykle potrafi dostrzec tylko on. Tylko Józek. Bo łatwo jest usłyszeć, że gdzieś znowu szlag trafił kolejny plan i znów trzeba będzie ograniczyć swoje oczekiwania, nieco trudniej jednak pójść ten krok dalej, że są też ludzie, dla których zarówno ten plan, jak i te oczekiwania oznaczały może ich całe życie. Spróbujmy pomyśleć o człowieku, który jest jakimś murarzem, malarzem, może cieślą, czy diabli wiedzą kim jeszcze, każdego ranka wychodzi z domu w poszukiwaniu pracy, a następnie – ponieważ już nie ma siły słuchać ciągłych narzekań żony – idzie na samotny spacer do parku, i nagle, któregoś dnia pojawia się ta tak długo oczekiwana szansa, bo oto albo powstaje jakaś autostrada, albo most, albo nowy hotel, czy kolejne centrum handlowe i jakimś cudem on tam idzie, a oni mu mówią: „Dobra, przyjdź pan jutro rano do roboty”.
No i on oczywiście przychodzi. A ponieważ mu na tej pracy bardzo zależy, jest zawsze na czas, robi co do niego należy, jak trzeba – w końcu Mistrzostwa już niedługo, a czas goni – zostaje dłużej niż było umówione, a może i też pracuje w soboty, lub nawet w niedziele. I jest tam każdego dnia, od rana do wieczora, i w pewnym momencie ogrania go taka satysfakcja, że nagle myśli sobie, że jak dostanie pierwszą wypłatę, to weźmie, cholera jasna, poświęci się i nawet wrzuci coś na tacę. I oczywiście mija ten miesiąc pierwszy i kolejny i oczywiście – w końcu wszyscy wiemy jak jest – wiadomo już, że o żadnych pieniądzach mowy być nie może, tyle że jakoś tak głupio rzucić to wszystko i pójść sobie do domu, bo wtedy to już w ogóle nie ma o czym gadać. Więc wstaje Józek dalej każdego ranka i idzie na tę budowę i robi za trzech, żeby mu nikt nie powiedział, że się obija, więc mu się nie należy, aż w końcu przychodzi ten moment, że się dalej tak już po prostu nie da. Zwłaszcza że wcale nie jest tak łatwo wyjaśnić żonie, która jest dokładnie tak samo bezradna jak on sam, że to wszystko to naprawdę nie jest jego wina.
Wczoraj w telewizji najpierw pokazano tych kręcących się w kółko po rozgrzebanej autostradzie robotników, którzy ani nie chcą się brać za te swoje łopaty, ani też kolejny dzień wracać do domu bez grosza, a zaraz po nich jakąś bardzo elegancką kobietę, która mówi, że ponieważ okazało się, że w Polsce budować drogi się nie opłaca, ona zwija ten interes, natomiast jak idzie o Józka, to jej jest bardzo przykro, ale nawet nie ma za bardzo czym mu zapłacić. Po niej pokazała się jakaś inna, równie elegancka kobieta, i oświadczyła, że ona nic o tym nie wie, żeby tamta nie miała czym płacić, a wręcz przeciwnie, wedle jej wiedzy, ona ma jak najbardziej, bo ona sama jej te pieniądze dała. Później przyszedł któryś z ministrów i powiedział, że wszystko jest na dobrej drodze, i jak trzeba będzie, to on da ze swoich. Na koniec już przyszła tradycyjna publiczność, z których część powiedziała, że pewnie, gdyby rządził Kaczyński, to on by wziął tę łopatę i sam wybudował tę autostradę, a część tradycyjnie wyruszyła na kolejną demonstrację w obronie wolnych mediów.
A Józek? Normalnie. Trochę tam postał, trochę popyskował, i jeszcze zanim wrócił do domu, poszedł się przejść do parku, żeby wszystko sobie odpowiednio przemyśleć i zastanowić się, co ma powiedzieć, żeby było dobrze.
Jeśli ktoś ma taką możliwość, bardzo proszę, niech zechce potraktować ten tekst, jako kolejną moją dniówkę, i wpłaci coś na podany obok numer konta. Dziękuję.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Jeszcze jeden wierszyk o wszystkim i o niczym

Nie wiem do końca, dlaczego tak się dzieje, ale dni, które mijają, pozostawiają mnie w stanie takiego najbardziej już niebezpiecznego rozleniwienia, graniczącego właściwie z myślami ostatecznymi. W moim akurat wypadku, jest to o tyle niepokojące, że ja właściwie nigdy nie narzekałem na to, że jest nudno, czy że brakuje mi jakichś dodatkowych emocji. Normalnie, mój charakter pozwala mi spędzać czas w kompletnej samotności, połączonej z pełną niemal bezczynnością, i cieszyć się tym, że nikt ode mnie ani nic nie chce, ani nic ode mnie nie wymaga, ani nie ma do mnie o nic pretensji. Ja w pewnym sensie jestem jak ten nasz pies. No, prawie jak ten nasz pies. Bo on akurat czasem potrzebuje, by mu rzucić tego juz ledwo przypominającego królika, królika, a następnie spróbować mu go wyrwać z pyska.
No tak. Tu trochę może chodzić o tego psa. Kiedy nasza najmłodsza córka miała te swoje osiemnaste urodziny i jej koleżanki kupiły nam tego psa, wiadomo było, że z tego będą same kłopoty. Jednak wydawało się, że one będą się ograniczały tylko do tego, że trudno będzie gdzieś wyjść wieczorem, lub wyjechać na wakacje, nie mając pewności, że on tu w tym czasie wszystko pozjada, natomiast to czego ja osobiście już nie przewidziałem, to fakt, że jego obecność wprowadza to nieustanne poczucie obcowania z jakimś zupełnie nowym wymiarem, który jest, mimo że go nie ma. Obecność tego psa nie pozwala nam zapomnieć, że tu wokół nas nieustannie krąży jakieś życie, które nie dość że nie jest naszym życiem, to w dodatku jest życiem całkowicie niepojętym, a przez to nawet nie wiadomo, czy życiem rzeczywistym. A mimo to, ono tu jest wciąż i w dodatku jest na tyle fizyczne, że z jednej strony nie pozwala nam się ruszyć z domu, a z drugiej każe nam wciąż z tego domu wychodzić, bo psu się chce sikać, albo coś jeszcze. No i chodzi ten pies tak cały czas wokół nas i na nas patrzy, jakby chciał coś powiedzieć, a wiadomo, że nie chce powiedzieć nic. I to jest dosyć, jak to mówią Anglicy „creepy”.
W takich sytuacjach można faktycznie dojść do wniosku, że pies tak naprawdę jest tylko po to, by stał na łańcuchu obok swojej budy, szczekał na obcych i za to dostawał raz dziennie miskę wody z rozmoczonym w niej chlebem. I na tym koniec, bo inaczej można od tej jego obecności zwyczajnie zwariować.
Jednak pies z całą pewnością nie mógł mi tak zupełnie samodzielnie załatwić tych dni, które w tak straszny sposób mijają. Musi mieć też znaczenie to, że ja jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo bez pracy. W poprzednich latach, mimo że już wtedy System złapał mnie z gardło, zawsze udało się to tu to tam coś złapać, przynajmniej na tyle, by czuć na plecach oddech obowiązku. Tym razem, już od końca lipca, poza prowadzeniem tego bloga, nie robię absolutnie nic. I, niestety, to nie są w żaden sposób wakacje. Nie przy tego rodzaju napięciach, które powstaje choćby w sytuacjach, gdy przychodzi esemes z informacją, że Eurobank prosi o pilny kontakt, a ja nie mam absolutnie żadnej pewności, czy od jutra nie zaczną już zwyczajnie do mnie dzwonić. I w ogóle nie mam jakiejkolwiek pewności, jeśli idzie o cokolwiek.
Mijają te dni w tym panicznym rozleniwieniu i doszło już wręcz do tego, że wczoraj, kiedy syn mój przyszedł do mnie z informacją, że jemu jest nudno i on również ma poczucie tracenia czasu, wpadł mi do głowy pomysł, że można zrobić coś, czego dotychczas w całym moim życiu bym nie wymyślił, a mianowicie, że jeśli tylko będzie ładna pogoda, wsiądziemy w pociąg i pojedziemy na ten jeden dzień gdzieś w góry – w końcu to jest tak blisko – żeby przynajmniej na chwilę zmienić widoki i powietrze, no i móc sobie powiedzieć, że jesteśmy jednak aktywni. Że mamy w sobie tę chęć życia. No i w tym momencie przypomniałem sobie, ze mamy przecież tego psa, którego koleżanki córki kupiły nam na jej osiemnastkę i że nie możemy go tu zostawić samego, a taka wycieczka go zwyczajnie fizycznie zamorduje.
Spędzałem więc ten wczorajszy dzień, słuchając muzyki, której z jakiegoś nieznanego mi powodu wcześniej przez wiele miesięcy nie słuchałem, i gapiłem się w wyciszony telewizor, patrząc to na obrazki z niszczonej przez swoich różnokolorowych mieszkańców Anglii, to na twarz Małgorzaty Kidawy- Błońskiej, tłumaczącej nam, że Polska jest w budowie i że to jest zasługa nas wszystkich, choć oczywiście najbardziej Platformy Obywatelskiej, i że jeśli damy im jeszcze cztery lata, to oni wszystko ładnie skończą, a później elegancko całość wysprzątają. A wszystko to przerywane wciąż tymi samymi reklamami. I w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że to również może chodzić o te reklamy. Że to one mogą wprowadzać ów bezduszny niepokój, tak bardzo podobny do niepokoju wynikającego ze wspomnianego przeze mnie obcowania z owym życiem ukrytym w naszym psie. O co mi chodzi z tymi reklamami? Otóż ja nagle zwróciłem uwagę na fakt, że, mimo iż oczywiście ich tam jest znacznie więcej, wciąż powtarzają się cztery. I one powtarzają się z taką częstotliwością, że powoli zaczynają wypełniać naszą wyobraźnię jak jakaś zmora. Chodzi o reklamę lekarstwa na hemoroidy, lekarstwa na cholesterol, lekarstwa na prostatę i czegoś co się nazywa Axa Direct.
Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że kiedyś tych reklam było dużo więcej, ale że przede wszystkim były bardziej zróżnicowane. A więc tu były jakieś serki, tam parówki, tu płyn do mycia naczyń, tu, z drugiej strony, oczywiście jakieś tabletki na poprawienie wzwodu, tam zimny lech, tu nowy fiat, gdzie indziej super kredyt, a dla ludzi bez szczególnych potrzeb – najnowszy numer magazynu „Twój Styl”. Dziś patrzę w ten telewizor i widzę niemal wyłącznie tego tefauenowskiego oazowicza reklamującego ów ersatz dla zawałowców, te, szczęśliwe że je nic nie boli, pupy, i tego uśmiechniętego starszego pana, zadowolengo, bo nie dość, że skutecznie zwalczył raka prostaty, to jeszcze, tak jak przed laty, potrafi uszczęśliwić żonę. No i dobrą radę dla wszystkich pozostałych, by sobie ubezpieczyli samochód w Axa Direct.
Ja już tu parę razy pisałem o telewizyjnych reklamach i o tym, w jaki sposób one rujnują nasz świat, więc bardzo bym chciał, żeby to, co tu dziś piszę nie bardzo powtarzało to, co już w tym temacie i tak zostało powiedziane. Zwłaszcza że mam wrażenie, że przez to, że ich kontekst jest ostatnio zupełnie nowy, to i cały wymiar tego wszystkiego wygląda zupełnie inaczej, niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy bowiem z jednej strony tę płonącą Anglię, z drugiej informacje o tym, że światowy kryzys, zamiast ustępować, dopiero teraz zaczyna budzić prawdziwą panikę, że nawet już Chińczycy robią wrażenie leciutko podenerwowanych, w tym wszystkim pojawia się nagle dobra i spokojna jak zawsze twarz Wielkiego Brata, który nas prosi, byśmy się nie martwili, bo wzrost franka z całą pewnością nie zagrozi naszym bankom, po nim przychodzi uśmiechnięty europoseł Protasiewicz i apeluje o nie przeszkadzanie w budowie, na tym tle widzimy rozradowane jak nigdy dotychczas twarze dziennikarzy TVN24… i w tym momencie następuje przerwa w programie, by nas poinformowano, co robić, jak nam się chce za często siusiu, albo nie umiemy uzyskać odpowiednio dużego wzwodu. No i żebyśmy nie zapomnieli, jaki jest numer do Axa Direct.
Mój syn wczoraj – choć akurat nie wtedy, gdy przyszedł się poskarżyć na to, że jest nudno – powiedział, że jemu się wydaje, że zbliża się koniec świata.
Jak widzimy, nie jest szczególnie wesoło. Przykro mi z tego powodu bardzo, zwłaszcza że i bez tego widzę, że ostatnio ten blog staje się jakby mniej potrzebny. Daję słowo, że chciałbym coś napisać o zwykłej polityce, choćby o tym, jak to mieszkańcy Wałbrzycha niedawno pokazali, ile zrozumieli z tego, co się wokół nich dzieje, czy o tym, jak onet.pl powoli staje się portalem pornograficznym, ale daję słowo, że nie mam siły. Póki co, walczę o ekonomiczne przetrwanie i jednocześnie próbuję odgadnąć tajemnicę tego, jak żyją ludzie, w których ręce złożyłem swój los. Czy oni też, tak jak ja siedzą w domu i próbują odnaleźć drogę do swoich spraw, czy może pojechali na wakacje i nie mają głowy, żeby czytać to co ja tu sobie dumam, a już z pewnością nie, by to moje pisanie w dalszym ciągu sponsorować, czy może to już wreszcie nastąpił koniec, którego zawsze się tak obawiałem?
Ale, jak widzimy, wciąż piszę i to nawet staram się to robić codziennie. A więc przy tej okazji bardzo proszę tych wszystkich, którzy tu ze mną jakimś cudem jeszcze są i mają przy tym jakiś luźny grosz, o kupowanie książki, o wspieranie tego bloga pod znajdującym się obok numerem konta, a ja ze swojej strony mogę obiecać, że z całą pewnością ani jednego ułamka tych pieniędzy nie wydam na flaszkę, bo jest sierpień, a w sierpniu, jak nam wiadomo, nie pijemy. Inna sprawa, że trochę szkoda, bo sytuacja – co dokładnie pokazałem powyżej – jest ku temu idealna.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...