Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Kuroń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Kuroń. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 września 2011

O Belzebubie i jego ziomalach

Wybory wyborami, a pisać trzeba. Trzeba, bo tak już się przez te wszystkie lata poukładało, że pisanie stało się potrzebą niemal fizyczną, ale też trzeba, bo ktoś przecież na te teksty czeka i żadne wybory tego nie zmienią. Jednak pisać też trzeba, bo każdy dzień przynosi zdarzenia, które muszą zostać skomentowane i zapisane, by, kiedy za kilka lat do niech wrócimy, one tu były i świadczyły o tym, co nam kiedyś zgotowano.
Przypomniałem sobie właśnie coś, czego akurat nie zapisałem, bo działo się to w czasach, kiedy to o żadnym zapisywaniu mowy nie było, a nawet gdyby i była, to wtedy jeszcze nie było ani tego bloga, ani nawet myśli o nim. Mówię o czasach, które z dzisiejszego punktu widzenia mogą się wydawać bardzo odległe, ale, jeśli tylko ktoś ma odpowiednią pamięć (pamięć jest dobra), będzie umiał sobie przypomnieć obrazy wcale tak bardzo nie odstające od tego, czego jesteśmy osłupiałymi świadkami właśnie dziś. Przypomniałem więc sobie pewien obraz i pewne słowa, których moc mogłaby porazić nawet najbardziej wrażliwe serca i dziś, kiedy stoimy na granicy dwóch cywilizacji, i gdziekolwiek spojrzymy – kamieniejemy.
Otóż dawno dawno temu, jeszcze w latach 90-tych, telewizja nadała rozmowę z Jackiem Kuroniem – jeśli ktoś nie pamięta, był kiedyś taki polityk, ówczesny odpowiednik Jerzego Owsiaka, czy może Bożeny Walter – i w pewnym momencie dziennikarz zauważył, że był niedawno świadkiem sytuacji, kiedy to Kuroń podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Pytanie było – dlaczego? Dlaczego Jacek Kuroń podał rękę Kaczyńskiemu? I wtedy, Jacek Kuroń, człowiek o niezwykłym sercu i wrażliwości, przyjaciel każdego i nieprzyjaciel nikogo, odpowiedział, że kiedyś, kiedy w dawnych komunistycznych czasach, miał on okazję siedzieć w więzieniu, któregoś dnia w jego celi pojawił się były esesman. I Kuroń podał mu rękę. Podał mu tę rękę odruchowo, bo już wtedy był człowiekiem serdecznym i dobrym. Jednak po chwili, kiedy sobie uświadomił, co zrobił, podjął tę decyzję. Decyzję, która zdefiniowała całe jego dalsze życie. Że on od dziś będzie podawał rękę każdemu. I któregoś dnia, po wielu, wielu latach, na jego drodze stanął Jarosław Kaczyński.
Przypomniał mi się ten Kuroń dziś właśnie, przy okazji informacji, na jaką natrafiłem gdzieś w Internecie. Otóż prezydent Komorowski udzielał wywiadu jednej z gazet, i w pewnym momencie pojawiła się kwestia Nergala i sposobu, w jaki prezydenccy urzędnicy, Nałęcz i Nowak oddali mu pokłon, tytułując go odpowiednio „krajanem” i „ziomalem”. Pytanie było takie, czy Bronisław Komorowski akceptuje postępowanie swoich ministrów. Komorowski, jak to on, w pierwszej chwili, prawdopodobnie dla nabrania oddechu, udzielił odpowiedzi takiej jak on sam, a więc w formie plazmy: „Nie akceptuję jakiegokolwiek eksploatowania w celu zdobycia popularności skojarzeń z satanizmem, bo jest mi to bardzo odległe”, a później, kiedy już mu się w głowie wszystko odpowiednio ułożyło, dodał: „Moim ziomalem jest Jarosław Kaczyński”.
Dlaczego ten bon mot Komorowskiego kazał mi wrócić pamięcią do czasów Jacka Kuronia, kiedy to polityka miłości ledwie raczkowała? Otóż uważam, że – jakiekolwiek były uświadomione intencje prezydenta Komorowskiego – gdzieś głęboko w tej czarnej duszy tłukł się dokładnie ten sam sposób myślenia, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku jego wielkiego poprzednika. Uważam że, kiedy prezydent Komorowski uznał za stosowne zauważyć, że skoro „ziomalem” jego ministrów jest Nergal, to jego „ziomalem” jest Kaczyński – on chciał w ten sposób Nałęcza i Nowaka przebić. On chciał tak naprawdę pokazać, że szokowanie nie ma granic. Że jeśli Nowakowi i Nałęczowi wydaje się, że Nergal to już jest „ostatnia stacja”, to się głęboko mylą. Że mamy jeszcze przecież Jarosława Kaczyńskiego, a on – prezydent RP – nie ma żadnych problemów, by kolejne granice przekraczać.
Pisałem niedawno, że, jeśli się przyjrzeć uważnie temu, co się dzieje w popularnym wymiarze życia publicznego, można dojść do wniosku, że cała ta walka, której jesteśmy świadkami i, niejednokrotnie też, uczestnikami, to nie tyle walka między dwoma politycznymi projektami, ale między Dobrem a Złem w wymiarze jak najbardziej dosłownym. Że kiedy nagle, z jednej strony pojawia się problem owego Nergala, z drugiej jesteśmy atakowani obrazkami w postaci ukrzyżowanego Janusza Palikota, a jeszcze z boku dochodzą do nas informacje o tym, jak to Kuba Wojewódzki z Michałem Figurskim utworzyli tak zwany „żywy krzyż”, to wniosek z tego może być tylko jeden: Oto Szatan Wcielony. Oto być może ostatnia już bitwa o duszę Narodu. Jestem bardzo spokojny, jak idzie o jej wynik. Z każdym kolejnym upływającym dniem, widzę, jak bardzo ta nasza jesienna kampania przypomina tę sprzed dwudziestu już lat, kiedy to niegdysiejszy Lech Wałęsa stanął przeciwko zjednoczonym siłom Systemu, i każdy w miarę przytomnie myślący człowiek widział, że z jednej strony jest Wolność, a z drugiej już tylko Urząd, i że Urząd wygrać nie będzie w stanie. Bo to by było wbrew naturze i wbrew fizyce. I to się powtarza dziś. Ja się nie zdziwię, jak Platforma Obywatelska nie uzyska nawet drugiego wyniku. Tak jak Tadeusz Mazowiecki przed laty.
I to jest wiadomość dobra dla nas wszystkich, ale też, jak sądzę, dla Bronisława Komorowskiego. Bo gdyby tak się miało zdarzyć, że Ciemność jednak wygra, dojdzie tym samym do bardzo poważnych rewolucji na szczytach władzy. Władzy prawdziwej. I wtedy przyjdzie moment, kiedy ktoś zjawi się w gabinecie Prezydenta i spyta go, o co to chodziło z tym ziomalem Kaczyńskim. I, naturalnie, przerażony Komorowski powie, że to przecież był tylko taki żart. Że jemu chodziło o coś zupełnie innego. Że on chciał powiedzieć to samo co Nowak, tylko mocniej, i zabawniej. Jednak nikt go już nie będzie słuchał. Bo kiedy mamy do czynienia z Ciemnością w fazie tryumfu, na żarty miejsca nie ma. I biedny Bronisław Komorowski zostanie wydany na pastwę Nergala – Pana Zarazy.
Nawet ja mu tego nie życzę.

Skoro udało się na chwilę oderwać od kampanii, przypominam tradycyjnie o dwóch kwestiach. Mamy tę książkę i mamy ten numer konta. Bardzo będę wdzięczny wszystkim, którzy zechcą się tu odpowiednio zaangażować. Dziękuję.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Ayo w Zabrzu, Ayo w Polsce

Kiedy siadam do pisania tego tekstu, zdaję sobie sprawę, że przyjdzie za chwilę moment, kiedy okaże się on całkowicie niepotrzebny, a co gorsza, niepotrzebny prawdopodobnie dlatego, że on istotnie jest całkowicie niepotrzebny i bez znaczenia. Mimo to, chodzi mi on po głowie od wczorajszego wieczora, a, jak powszechnie wiadomo, jeśli coś chodzi po głowie, to prędzej czy później trzeba będzie coś z tym zrobić. A zatem ja, wedle świętej zasady, że „co masz zrobić jutro, zrób dziś”, wyrzucam to z siebie właśnie po to, żeby mieć to – nomen omen – z głowy.
Poszło o to, że wczoraj wieczorem pojechałem z moim synem do Zabrza na koncert piosenkarki Ayo, którą bardzo, ale to bardzo lubię. Tu od razu należy się słowo wyjaśnienia. Otóż, kiedy dowiedziałem się, że Ayo będzie śpiewać w okolicy, jak zwykle w takich sytuacjach najpierw się bardzo zapaliłem, a później stopniowo całe emocje ze mnie wyszły, bo to i trzeba zapłacić nie wiadomo ile za te bilety, później tam do tego Zabrza najpierw jechać, później stamtąd wracać, a każdy kto mniej więcej orientuje się w śląskim krajobrazie, wie, że akurat jak idzie o Zabrze, Gliwice, Bytom i Chorzów to od tych czterech punktów na mapie Polski gorszy chyba jest już tylko rynek w Świętochłowicach. Tak się jednak złożyło, że tuż przed tym koncertem, kiedy już wiedziałem, że Ayo, jak będę chciał, to sobie pooglądam najwyżej na płycie DVD z paryskiej Olimpii, okazało się, że ze względu na nikłe zainteresowanie zabrskim występem, bilety na ten koncert sprzedaje Groupon za połowę ceny, no i to sprawę załatwiło. Wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do tego Zabrza.
Prawdopodobnie, gdyby nie ten Groupon, koncert albo by został odwołany, albo całą publiczność porozsadzanoby na vipowskich miejscach pod sceną owego nieszczęsnego Domu Muzyki i Tańca, a mimo to, kiedy zgasły światła i Ayo z zespołem weszli na scenę, na widowni tak około jednej czwartej miejsc święciło pustkami, a reszta siedziała dokładnie tak, jak się można było spodziewać, czyli jak ludzie, którzy przyszli do Domu Muzyki i Tańca, żeby się odchamić. I oto, nawet ku memu – a więc kogoś kto wie co potrafi Ayo – zdziwieniu, ona w ciągu zaledwie kilkunastu minut doprowadziła tych ludzi do entuzjazmu, jakiego chyba jednak dotychczas nie byłem świadkiem. To co się działo na publiczności i na scenie i w powietrzu pomiędzy, stworzyło taki ogień, że przez drugą część koncertu praktycznie cała publiczność słuchała koncertu na stojąco, oblepiając scenę z każdej strony, tańcząc śpiewając i oczywiście wlepiając oczy w tę kobietę. A trzeba wszystkim wiedzieć, że jeśli jest coś na świecie, w co warto wlepiać oczy – to może być właśnie ona. I nikt więcej.
I stało się też tak, że w pierwszym rzędzie tej sali, tuż pod sceną, siedziały cztery osoby. Był to mężczyzna, nie bardzo już młody, ale zdecydowanie młodszy ode mnie, chyba dwie dziewczyny i jakiś chłopak. Wszyscy młodzi, ale już chyba dorośli. Coś w stylu młodego ojca z dorosłymi dziećmi. Ponieważ na sali w ogóle, jak się zdaje, nie było nikogo, komu koncert mógł się nie spodobać, ta czwórka reagowała na wszystko co się działo na scenie z właściwym zainteresowaniem. A więc bili brawo, świecili telefonami komórkowymi dla robienia nastroju, a nawet próbowali śpiewać. To co ich jednak odróżniało od całej reszty, to było to, że oni nie stali, lecz siedzieli. A ponieważ siedzieli, nie mogli widzieć, co się dzieje na scenie, bo im zasłaniali tańczący ludzie. A ponieważ ludzie im zasłaniali, to on kazali się ludziom odsunąć, tak by mieć przed sobą puste miejsce i mieć oko na scenę z pozycji siedzącej.
Ayo szalała, tańczyła, skakała po scenie, prosiła ludzi, żeby śpiewali i tańczyli razem z nią, zaprosiła też ich całą kupę na scenę, żeby mieć ich obok siebie, zespół grał jak w transie, ten smutny Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu przeżywał godziny swojego życia, a tych czterech ani drgnęło. Ponieważ trudno było utrzymać tę przerwę pod sceną, ludzie zaczęli ich prosić, żeby i oni wstali i się bawili. Zero reakcji. Oni siedzieli w tym swoim pierwszym rzędzie dalej i przeżywali koncert wyłącznie na siedząco. Tylko od czasu do czasu, jak ktoś się niebezpiecznie przysunął, to go odpychali, lub darli mordę, żeby się odsunąć, bo nic nie widać I tak już do samego końca.
A ja się dziś zastanawiam, co to byli za jedni? I dlaczego oni musieli cały czas siedzieć? Wbrew wszystkiemu i wbrew wszystkim? I jedyne co mi przychodzi do głowy, że to musiała być jakaś ważna ekipa z Zabrza. Może ichniejszy wiceprezydent z rodziną, albo jakiś dyrektor, czy prezes jakiejś lokalnej firmy. Ale coś tak czuję, że to jednak był ktoś ze strony politycznej. Chyba jednak wiceprezydent miasta. A jak nie, to w każdym razie z całą pewnością ktoś, kto dostał specjalne zaproszenie na ten koncert i uznał, że nie po to ma miejsca vipowskie, i to jeszcze pierwszym rzędzie, żeby nagle stać jak jakaś wiejska hołota. Owszem, koncert niczego sobie, gwiazda na poziomie, ale bez przesady. W końcu jesteśmy w Domu Muzyki i tańca w Zabrzu, a nie gdzieś na jakiejś buraczanej imprezie.
Nie wiem. Mogę się mylić. Przyczyna tego niezwykłego zachowania mogła być zupełnie inna, ja jednak nie umiem nic wymyślić. W każdym razie, scena ta była szokująca w stopniu nadzwyczajnym.
Pozostaję więc przy wiceprezydencie, lub ewentualnie – właśnie w tym momencie przyszło mi to do głowy – mężu pani prezydent Zabrza z dziećmi. Czemu? Bo raz że to rozwiązanie wydaje mi się najbardziej logiczne, a poza tym pomaga mi tu z siebie wydusić pewną refleksję, do której się czuję szczególnie przywiązany. Otóż, jak już wspomniałem, wśród śląskich miast, jest ta wspomniana przez mnie na początku czwórka, a więc Chorzów, Bytom, Zabrze i Gliwice, które w pierwszych latach naszej transformacji uchodziły za wzór rozwoju i postępu. Pamiętam, że na początku lat 90-tych mówiło się, że Gliwice, Zabrze, Bytom, to miasta z przyszłością. Jak idzie o Chorzów, to on miał tego swojego Kopla, i on też, jak najbardziej, przodował we wszelkich rankingach na nowoczesnego europejskiego samorządowca. Nie trzeba oczywiście przypominać, że każde z tych miast, przez wszystkie te lata, zawsze było rządzone najpierw przez środowiska związane z Unią Wolności, a później z Platformą Obywatelską, niekiedy z nowymi i dawnymi komunistami, a później nawet jeśli w jakiś sposób od jednych, drugich i trzecich wyemancypowane, to niewątpliwie zawsze reprezentujące tzw. Polskę postępową i nowoczesną. W każdym razie, takie PC, lub PiS nie miały tam nigdy wstępu.
Wprawdzie nasze rozważania nie dotyczą Bielska-Bialej, a więc miasta znajdującego się daleko poza tym naszym Śląskiem, niemniej też kiedyś prześlicznego i naprawdę pozytywnie inspirującego. Jest jednak coś, co natychmiast przychodzi do głowy, kiedy porównuje się takie na przykład Gliwice i właśnie Bielsko-Białą, a więc z jednej strony ich kompletny upadek, a jednocześnie ów nieustanny, wspólny tradycyjny element właścicielski pod nazwą Unia Wolności i Jej Dzieci. Kiedy się patrzy na to, do czego władze każdego z tych miast doprowadziły to, o co miały się troszczyć i za co powinny pod każdym względem odpowiadać, to nie ma takiej możliwości, żeby nie zadać sobie pytania, co to za ludzie wzięli na siebie tę robotę. I cóż oni wszyscy mają ze sobą takiego wspólnego, co sprawia, że dziś możemy o nich myśleć jednocześnie i w podobny sposób?
Ja w Zabrzu bywam na tyle rzadko, by wiedzieć o tym mieście absolutne minimum. Nie wiedziałem więc tez, że tuż obok tego Domu Muzyki i Tańca, gdzie wczoraj występowała Ayo, znajduje się park i że ten park nosi imię Jacka Kuronia. Nie wiedziałem też, że przy wejściu do tego parku znajduje się pomnik Jacka Kuronia. Pisałem tu niedawno o pomnikach i myślę, że ten temat nie musi tu wracać przez bardzo długi czas, a już z cała pewnością nie dziś, zaledwie po paru tygodniach. Jednak tak się stało, że wczoraj pojechaliśmy z młodym Toyahem do tego Zabrza i zobaczyliśmy ten pomnik. Najpierw ten pomnik, potem ten straszny peerelowski budynek, to jego dramatycznie ponure wnętrze, tę cudowną Ayo, która z tak pięknym, skutkiem to co się dało tam ożywić, to ożywiła.
No i tych czterech buców, w których nawet ona nie potrafiła tchnąć ducha. Zupełnie na ślepo obstawiam, że to był mąż prezydent Zabrza z jej dziećmi. Jak mówię, robię to całkowicie na ślepo i może się więc okazać, że to wcale nie oni. Jeśli oni – w to mi graj. Jeśli nie, tak jak pisałem na początku, ten wpis jest niemal kompletnie pozbawiony powodu. Niemal. Bo cała reszta, wyłącznie z wynikającymi z niej refleksjami, to absolutna prawda. I niech przynajmniej ten fakt zasłuży na to słowo „niemal”.
A teraz, posłuchajmy sobie Ayo. To moja robota. Ładnie prawda?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...