Posty

Wyświetlanie postów z lipiec, 2017

Tonąca w radości i rozpaczy historia o spóźnionym sprzątaniu

Ponieważ skutkiem pewnej szczególnej serii zdarzeń, wszystko nam się opóźniło, wyszło tak, że ten tydzien otworzymy tekstem wspomnieniowym, jeszcze z roku 2009. Ale za to jakim! Polecam bardzo gorąco. Tu jest wszystko, co nas dziś powinno interesować.       Nie wiem, ile może być jeszcze osób, które wciąż, do dziś, pamiętają, że 9 lutego roku, który nam się niedługo skończy, w miejscowości Udine we Włoszech zmarła kobieta nazwiskiem Eluana Englaro. Niektórzy mówią, że ona nie zmarła, ale została zamordowana. Są jednak też i tacy, którzy mówią, że ona w żaden sposób nie została zamordowana, ale sobie cichutko zmarła, i to dzięki wsparciu ludzi, którzy nie mieli nic innego na myśli, jak tylko to, żeby owej Eluanie ulżyć w przykrościach, które ona – biedna – musiała znosić. Prawda jest akurat taka, że choć ona nie została zamordowana, to wcale nie umarła sobie cichutko. Umarła z hukiem, od którego wprawdzie świat się jakimś cudem nie zawalił, ale jeśli nie wiemy dlaczego, to tylko

O wecie, którego nie było, nie ma i nie będzie

      Dziś niedziela, więc zgodnie z moją obietnicą sprzed dwóch tygodni powinien być jakiś starszy tekst, jednak stało się tak, ze pod moim wczorajszym tekstem, opublikowanym również na portalu www.szkolanawigatorow.pl , ukazał się komentarz naszego nieocenionego kolegi Orjana o następującej treści, w sprawie pretensji, jakie część z nas ma do Prezyednta w sprawie ustaw sądowych:       „ A tak w sprawie tego, co widać, albo nie widać:         Czy mógłbyś wskazać jakiś dowód, że Prezydent złożył w Sejmie dwa   umotywowane  wnioski przekazującego te dwie ustawy Sejmowi do ponownego rozpatrzenia   (tak się formalnie nazywa prezydenckie weto)?        No wiesz, że stosowny wniosek tam formalnie do dzisiaj doręczył.       Gdybyś bowiem (lub ktokolwiek) taki dowód znalazł, to z łatwością trafimy na treść tego umotywowania i już będziemy bliżej odpowiedzi na pytanie:  dlaczego ?       Dopóki nie ma takiego wniosku w Sejmie, to nie ma zadnego weta ”.       I dalej, w odpowiedzi na

Szacun, czyli o zwykłej wierności

Dziś proponuję, byśmy sobie poczytali mój felieton z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”. Właściwie nic tu nie ma nowego, ale też w ogóle nic nowego się nie dzieje, a gdziekolwiek zajrzymy to wychodzi wciąż ten sam temat, czyli wojna światów.     Pamiętam, że gdy Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie, pojawiły się głosy, że faktycznym prezydentem będzie Jarosław Kaczyński, Duda natomiast będzie wyłącznie parafował polecenia Prezesa. Kiedy doszło do pierwszego spotkania obu panów, media przez kilka dni nie pisały o niczym innym jak tylko o tym, że oto owa zależność została potwierdzona w praktyce. Kiedy prezydent Duda po raz pierwszy został zmuszony do zdementowania plotek, jakoby wciąż wisiał na linii Nowogrodzka – Pałac, komentarze były jednoznaczne: kłamie, bo co ma robić. Pamiętam też jak któryś z dziennikarzy zapytał Prezydenta, czy często odwiedza Jarosława Kaczyńskiego, a ten mu odpowiedział, że to Prezes co najwyżej może przychodzić do niego, a nie odwrotnie. Wtedy

Charlie Gard, czyli Nowy Holocaust

Dotychczas o sprawie Charliego Garda ani nie pisałem, ani choćby jednym słowem nie wspominałem, bo zwyczajnie nie miałem odwagi, bojąc się, że jedno moje słowo sprawi, że wszystko runie. Gdyby ktoś nie wiedział – co zresztą jest w tych mocno wypełnionych emocjami czasach nadzwyczaj prawdopodobne – o co chodzi, spieszę wyjaśnić. Otóż Charlie Gard to niespełna roczny chłopczyk, który wczoraj właśnie biał być i zapewne już został w majestacie prawa zamordowany, bo był chory, a dzisiejsza służba zdrowia nie była w stanie znaleźć dla niego lekarstwa. Ktoś powie, że to nic nowego. W końcu każdy z nas wie, co to takiego eutanazja, a poza tym to nie pierwszy przecież raz, jak się dowiadujemy, że gdzieś ktoś umarł, bo był chory, a lekarze nie potrafili na jego chorobę znaleźć sposobu. To prawda, tego typu przypadków mieliśmy przez ostatnie lata wystarczająco dużo, by się z nerwów spocić. Tym razem jednak stoimy wobec jakości całkowicie nowej: oto po raz pierwszy to nie człowiek mający już dość

Podchodzą mnie krótkie numery, rozdział kolejny

Dziś czwartek, a my wciąż musimy nadganiać zaległości. W związku z tym, dziś moje cotygodniowe kawałki z „Polski Niepodległej”, jeszcze z poprzedniego wydania. Tymczasem w kisokach najnowszy numer tego niezwykłego tygodnika. Szczerze polecam. Wprawdzie wszystko wskazuje na to, że miniony tydzień upłynął nam pod znakiem wystepu przewodniczącego Wałęsy w stacji TVN24, jednak zgodnie z ewangelicznym zaleceniem, by najlepsze wino zostawić na później, do pana Bolka wrócimy nieco później, a na razie zajmijmy się człowiekiem niemal kompletnie anonimowym, posłem Platformy Obywatelskiej nazwiskiem Tomasz Lenz. Otóż stało się tak, że ów Lenz wystąpił przed dziennikarzami i zwracając się do jednego z nich, reprezentującego publiczną telewizję, powiedział co następuje: „ Uczestniczy pan w manipulacji i oszukiwaniu Polaków. Bierze pan za to pieniądze. Też pan zostanie rozliczony za to, tak jak Urban. Skończy pan jak Urban. Rachoń skończy jak Urban. Wszyscy skończycie, jak Urban ”. Biorąc pod uwag

Czy książe William interesuje się sportem?

Głównie przez ślub mojego dziecka, ale też różne inne wydarzenia, które mnie mocno zaabsorbowały, dopiero dzić chciałbym przedstawić felieton z bieżącego numeru „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że on się idealnie nada do tego, byśmy w tych ciekawych bardzo dniach nabrali odpowiedniej perspektywy. Zachęcam serdecznie.                Zdaję sobie oczywiście sprawę z nastrojów, panujących po tej intelektualnie bardziej zaawansowanej stronie sceny, gdzie emocjonowanie się takimi „głupstwami”, jak najpierw wizyta prezydenta Trumpa, a dziś pary książęcej Williama i Kate, pozostawia się tak zwanej „tłuszczy”, sam jednak biorę te wszystkie szyderstwa na pierś, dedykując je takim mistrzom jak choćby Witold Gadowski, który nazwał wystąpienie księcia Williama „dobrym, bo krótkim”. Jednocześnie przyznaję, że sam obie wizyty i wszystko co się z nimi wiąże, uważam za niezwykle dla nas ważne i tylko żałuję, że nie mogłem tam wtedy być i machać jakąś choćby najmarniejszą chorągiewką.      Nie będ

O Adrianie, który szczęśliwie trzyma nas za pysk

     Nie wiem, czy to jest tylko dziwne, czy może to już wstyd, niemniej jest faktem, że o tym, dalczego prezydent Andrzej Duda jest przez ludzi złych i gnuśnych nazywany Adrianem, dowiedziałem się bardzo późno, a do tego czasu wydawało mi się, że ów Adrian funkcjonuje powszechnie tak jak dotychchczas fuckcjonowali Wiesiek, Ziutek, czy Janusz, tyle że już nie na poziomie tak zwanego buractwa, ale symbolu znacznie poważniejszego, związanego mianowicie z dość popularnymi w srodowiskach młodych bandytów Patrykiem, Sebastianem ewentualnie Denisem. A to by świadczyło o tym, że oni jednak intelektualnie weszli na poziom nieco wyższy. Okazuje się, że jeszcze nie tym razem. Wygląda na to, że tym razem akurat zeszli o stopień niżej.       Jak się dowiedziałem, imię Adrian pojawiło się dzięki pewnemu, popularnemu w Internecie, satyrycznemu programowi, przedstawiajacemu w komiczny sposób powszechny dzień Jarosława Kaczyńskiego, gdzie właściwie wszyscy są w mniej lub bardziej sposób sympatycznie

O modlitwach i ich niewątpliwej skuteczności

Jest tak, że jutro żeni się mój ukochany syn , w związku z czym wybywam do Krasiczyna pod Przemyślem, a zatem zarówno jutro, jak i pojutrze, a niewykluczone, że i w poniedziałek, będę nieobecny. Swoją drogą, jeśli ktoś ma blisko, zapraszam. Kościół w Krasiczynie, sobota, godzina 14. Ja tymczasem pomyślałem sobie, że przez najbliższe trzy, czy cztery dni  będzie tu wisiał tekst jeszcze z roku 2010, co do którego miałem kiedyś autentyczną nadzieję, że wstrząśnie nie tylko tym blogiem, ale w jakiś sposób i całą Polską, a jedyny jego efekt jest taki, że ja go tu znów przypominam, z coraz mniejszą nadzieją, że może w końcu znajdzie się ktoś, kto się przynajmniej zatrzyma i zapyta: „Przepraszam, ale czy to się dzieje naprawdę?”      Niewątpliwą zasługą jednego z przyjaciół tego bloga było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy

O zdradzieckich mordach i świętej pamięci jego brata

       Mogę się mylić, ale na ile sobie potrafię wszystko w głowie poukładać, dotychczas chyba nie zwróciłem tu uwagi na bardzo moim zdaniem ciekawe zjawisko, a polegające na tym mianowicie, że ludzie, którzy wcześniej najpierw zmarłemu w Smoleńsku prezydentowi Kaczyńskiemu życzyli gwałtownej i możliwie bolesnej śmierci, a kiedy ona już wreszcie nastąpiła, nie potrafili się przez całe długie lata powstrzymać od odpowiednio głośnych okrzyków entuzjazmu, dziś nagle zaczynają wykorzystywać imię człowieka, którego przed laty wystawili na śmierć, jako argument w walce z jego – wedle niektórych teorii, cudem ocalałym – bratem.  Nie pisałem o tym, bo, jak już to podkreśliłem zaledwie wczoraj, nie bardzo lubię dzielić się refleksjami na tematy bieżące, które, jak wiemy, dziś są, a jutro nawet pamięć o nich skutecznie blednie. Stało się jednak tak, że podczas obrad Sejmu, które w tych dniach nas tak bardzo absorbują, poseł Platformy Obywatelskiej Budka zasugerował, że Jarosław Kaczyński ze swoi

Nasi napadają

      Dotychczas chyba nie odzywałem się w kwestiach doraźnej polityki, a już z całą pewnością nie pisnąłem choćby jednym słowem na temat tak zwanej „reformy sądownictwa”. Pierwszym tego powodem było to, że w ogóle bardzo się staram nie wcinać miedzy przysłowiowy kieliszek a zakąskę, a poza tym, przepraszam bardzo, ale cóż jest interesującego w komentowaniu spraw całkowicie oczywistych? A za taką mianowicie uważam bezwzględną konieczność zrobienia ostatecznego porządku z ową sędziowską, czy, może lepiej, całą prawniczą korporacją. Było jednak tak, że przy okazji ostatniej awantury pojawiła się pewna kwestia, która mi nie dawała spokoju, no ale, jak mówię, ani mi w głowie było zawracać ludziom tymi swoimi dylematami głowę, więc siedziałem cicho. No i oto wczoraj pod koniec dnia odezwał się Prezydent, ogłoszając, że nie podpisze ustawy o Sądzie Najwyższym, o ile Sejm nie przyjmie jego nowelizacji ustawy o wyborze członków Krajowej Rady Sądownictwa, gdzie o wyborze sędziego ma decydować

Podchodzą mnie krótkie numery, część kolejna

Jako że jutro środa, a więc kolejny numer „Polski Niepodległej”, przedstawiam zestaw moich krótkich kawałków do śmiechu z poprzedniego numeru tego naprawdę bardzo ciekawego tygodnika i zachęcam do kupowania kolejnych. Miniony tydzień upłynął nam pod znakiem, jak dziś już wszyscy wiemy, historycznej wręcz wizyty w Polsceprezydenta Donalda Trumpa, a może jeszcze bardziej jego warszawskiego wystąpienia. Wydaje się przy tym, że niekiedy poziom komentarzy, jakie nadeszły ze wszystkich wręcz stron, przebija nawet to, co nam zostawił Trump. Oto pewne wrażenie zrobiła na wszystkich wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, który ni w pięć nie w dziewięć oświadczył, że „ Trump to cham ”. Ja bym jednak tym akurat nie przejął się jakoś szczególnie. W końcu nie trzeba Niesiołowskiego, by nazwać kogoś chamem. O wiele ciekawsza bowiem jest dalsza część mądrości wysączonych ustami naszego pana profesora: „ Pan Trump nie robi wrażenia znawcy historii jakiegokolwiek kraju, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi,

Gdy Niemcy ratują Puszczę Białowieską

          Stali czytelnicy tego bloga orientują się z pewnością znakomicie, że mieszkając tu gdzie mieszkam i uważając to miejsce za niemal najpiękniejsze pod słońcem, wyjątkowo źle znoszę towarzystwo miejscowej ludności, która, przyznaję, że jak najbardziej słusznie i prawomocnie, uważa je za swoje, czyli tak zwanych „Ślązaków”. Od razu jednak muszę wyjaśnić pewną bardzo istotną rzecz. Otóż ja sam jestem w pewnym Ślązakiem, w tym mianowicie sensie, że tu się urodziłem, tu się wychowałem i ani na moment nie uznałem, że to nie jest mój dom. Jeśli jednak wciąż z niezmiennym uporem powtarzam tę frazę, że źle znoszę towarzystwo „tak zwanych Ślązaków”, chodzi mi o to, że ja faktycznie czuję się obco, gdy w swoim otoczeniu spotykam ludzi, a takich tu jest moim zdaniem dużo za dużo, którzy uważają i gdzie tylko mogą to swoje przekonanie deklarują, że jeśli oni z Polską mają więcej wspólnego niż z Niemcami, to wyłącznie dlatego, że do Polski mogą się przejechać autobusem, a do Niemiec muszą w

Dyplom dla Księdza Arcybiskupa

       Chciałem dziś napisać tekst o marszu, w jakim wczoraj przeszli przez moje miasto sympatycy Ruchu Autonomii Śląska, ale nagle sobie uprzytomniłem, że trzy pod rząd teksty o takiej intensywności, to jednak zbyt dużo dla niektórych z nas. W czym rzecz? Od pewnego czasu część czytelników tego bloga, skarży się, że przez to, że ja tu z nieznanym wcześniej uporem zamieszczam codziennie nowy tekst, oni często nie są w stanie za nimi nadążyć i raz na jakiś czas stają w obliczu sytuacji, gdzie albo są zmuszeni czytać zaległe teksty za jednym zamachem jeden po drugim, co im się niekoniecznie podoba, albo, co im się podoba jeszcze mniej, część z nich im zwyczajnie umyka. Doszło wręcz do tego, że niedawno mój nieoceniony kumpel Lemming powiedział mi, że on ma ze mną łatwo, bo podczas gdy Coryllus pisze jeden tekst dziennie, to ja piszę rzadziej i przez to daję czytelnikowi parę dni na zaczerpnienie oddechu. A to, jak rozumiem, świadczy o tym, że on zwyczajnie część z tego co się tu ukazuje