Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisława Szymborska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wisława Szymborska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2025

Nienawiść

      Ile razy – a momentów tych od wielu lat jest wiele – w publicznej debacie pojawia się słowo „nienawiść”, a wraz z nim całkiem oczywista kwestia, kto, kiedy i w jakim celu owo kompletnie puste pojęcie wymyślił, ja przynajmniej sięgam pamięcią do roku 1992, kiedy to rząd premiera Olszewskiego postanowił ujawnić listę byłych agentów komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, z Lechem Wałęsą na czele. Z tego co pamiętam – a pamięć tu mnie chyba jednak nie zawodzi – to wtedy właśnie, w dniach poprzedzających ową straszną noc, ale też przez dłuższy czas później, słowo to było odmieniane we wszystkich przypadkach i w przeróżnych kontekstach, każdego dnia od rana do nocy. Pamiętam okładki gazet, kolorowych magazynów, ale też pojawiających się jak grzyby po deszczu książek, prezentujących karykaturalnie wykrzywione twarze Jana Olszewskiego na zmianę z Antonim Macierewiczem i wytłuszczone czarnym drukiem owo słowo: „nienawiść”. Ale też pamiętam pierwszą stronę tamtego wydania „Gazety Wyborczej” z wierszem Wisławy Szymborskiej pod tym właśnie tytułem – Nienawiść.

       Osobiście nigdy wcześniej, ani też – i może tym bardziej – nigdy później osobą i twórczością Szymborskiej się nie interesowałem, a oceniając ją po przeczytanych fragmentach jej wierszy, nie traktowałem jak ani jako poetkę, choćby i zaledwie kiepską. Co więcej, po tym jak  dowiedziałem się czegoś więcej o jej publicznej działalności i osobistej postawie w latach PRL-u, to Szymborska pozostawała dla mnie już tylko upadłą alkoholiczką i wariatką. I pewnie dziś bym nie wspominał o niej, a tym bardziej o tym jej głupim wierszu, gdyby nie to, że parę dni temu pewien mój znajomy z Facebooka opublikował go, sugerując jednocześnie, że po raz pierwszy o nim usłyszał. W pierwszej chwili wyjaśniłem owemu koledze, w jakim kontekście ów wiersz się w ogóle pojawił, wyrażając podejrzenie, że został on przez Szymborską napisany na kolanie na zamówienie Michnika i pewnie bym już do sprawy nie wracał gdyby nie to, że postanowiłem dla pewności sprawdzić, kiedy on faktycznie został napisany i czy rzeczywiście dniach czerwcowego zamachu. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało mi się, że owej daty już nigdzie nie znajdę, niemal rzutem na taśmę postanowiłem zapytać ostatnio coraz bardziej rozrywaną sztuczną inteligencję i uzyskałem odpowiedź, że Szymborska napisała go... w roku 1948.

      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wchodzę na bardzo cienki lód, ale skoro ten tekst ma faktycznie powstać, to nie mam wyjścia. Musimy go przeczytać, bo bez tego nic nie zrozumiemy. Bardzo proszę.

 

Spójrzcie, jak wciąż sprawna,

Jak dobrze się trzyma

w naszym stuleciu nienawiść.

Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.

Starsza i młodsza od nich równocześnie.

Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.

Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Religia nie religia -

byle przyklęknąć na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna -

byle się zerwać do biegu.

Niezła i sprawiedliwość na początek.

Potem już pędzi sama.

Nienawiść. Nienawiść.

Twarz jej wykrzywia grymas

ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia -

cherlawe i ślamazarne.

Od kiedy to braterstwo

może liczyć na tłumy?

Współczucie czy kiedykolwiek

pierwsze dobiło do mety?

Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.

Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.

Ile stronic historii ponumerowała.

Ila dywanów z ludzi porozpościerała

na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:

potrafi tworzyć piękno.

Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.

Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.

Trudno odmówić patosu ruinom

i rubasznego humoru

krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu

między łoskotem a ciszą,

między czerwoną krwią a białym śniegiem.

A nade wszystko nigdy jej nie nudzi

motyw schludnego oprawcy

nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.

Jeżeli musi poczekać, poczeka.

Mówią, że ślepa. Ślepa?

Ma bystre oczy snajpera

i śmiało patrzy w przyszłość

- ona jedna.

 

      I proszę bardzo spojrzeć teraz na to, w jakiej sytuacji jesteśmy. Mamy oto czerwiec roku 1992, w propagandzie Systemu owa „nienawiść” krąży jak psychopatyczny morderca z siekierą w dłoniach i wszystkim nam się wydaje, że to co widzimy to wynik poetyckiego talentu i społecznej wrażliwości Wisławy Szymborskiej, a tu tymczasem wygląda na to, że tu w ogóle nie chodziło ani o Olszewskiego, ani Macierewicza, ani braci Kaczyńskich, ani w ogóle ówczesnej postkomunistycznej rzeczywistości, ale o rok 1948. A skoro tak, to ja już bym tylko chciał wiedzieć, o jakiej nienawiści napisała Wisława Szymborska w tamtym strasznym czasie, gdy Polska i Polacy byli terroryzowani, dręczeni i mordowani przez Związek Sowiecki i jego agentów. Jaką nienawiść ona miała na myśli, kierowaną przez kogo i przeciwko komu? Przeciwko Niemcom, sowieckim okupantom, żydowskim funkcjonariuszom z lokalnych urzędów bezpieczeństwa, czy może przeciwko polskim patriotom, którzy nie mogli się pogodzić z tym co jedni, drudzy i trzeci zrobili i nadal robią ich Ojczyźnie?

     I to jest moim zdaniem bardzo ciekawa, choć chyba nadzwyczaj prosta do rozwiązania zagadka. Ale to co w tym jest zdecydowanie jeszcze ciekawsze, to fakt, że „nienawiść” jako niemal podstawa postkomunistycznej propagandy lat 90. ubiegłego wieku, ale też świetnie sobie radząca w latach późniejszych i wciąż bardzo aktywna, została przejęta bezpośrednio ze stalinowskiego języka lat 40. i 50. Wygląda na to zatem, że choć od roku 1948 niedługo już upłynie 80 lat, wróg jest zawsze ten sam, a więc polskie państwo i polski naród, ale też ten sam napastnik – Niemiec, Rosjanin i...  Stefan Michnik, ten ostatni zaledwie jako symbol czegoś równie strasznego.



 

wtorek, 14 maja 2013

Tomasz Stańko interesuje się poezją

Szedłem sobie niedawno na lekcje i na pobliskim przystanku autobusowym zobaczyłem plakat reklamujący koncert Tomasza Stańki i jego nowego, a może starego – życiem i twórczością Tomasza Stańki akurat nie interesuję się szczególnie, więc nie wiem – zespołu o nazwie New York Jazz Quartet. I od razu pomyślałem sobie, że to jest dokładnie to, co Stańce zostało na koniec jego wieloletniej kariery: jeździć po Polsce z materiałem, który wyprodukował dla niego, a tak naprawdę dla siebie, na potrzeby tego nieszczęsnego ECM-u, Manfred Eicher i udawać, że tak naprawdę, on wcale nie jest z Krakowa, ale z samego Nowego Jorku.
A zatem, robić dokładnie to samo, co dziś próbują robić Michał Urbaniak, Urszula Dudziak z córkami, czy Adam Makowicz.
Jest jednak coś, co Tomasza Stańkę od innych odróżnia. Otóż na plakacie, który zwrócił moją uwagę, oprócz tego, że Stańko to prawdziwy nowojorczyk widnieje informacja, że program, z którym on się wozi po Polsce nosi nazwę „Wisława”. A ja z tego już wiem, że jeśli tamci pozostali, mają dokładnie tyle samo talentu, co Stańko, a ich upadek jest mniej więcej tak samo spektakularny, u Stańki widać pewną szczególną determinację, która przejawia się w przekonaniu, że jeśli chce się coś jeszcze znaczyć, nie obejdzie się bez jakiś gestów politycznych. No i prawdopodobnie stąd ta Szymborska.
Mam więc w tej sytuacji dla Stańki parę kiepskich wiadomości. Przede wszystkim, on się mocno spóźnił. Szymborska jest już dawno passe. On była passe nawet jeszcze zanim umarła. Na niej on nigdzie nie zajedzie. To już lepiej dla niego byłoby nawiązać do „wolnych konopii”, prawa adopcji dla pedałów, czy czegoś podobnego. A więc to jest pierwsza zła wiadomość. Druga jest taka, że nawet jeśli jego następna trasa koncertowa odbędzie się pod hasłem „Donald”, czy nawet „Bronek”, to też już będzie za późno, w dodatku żenująco komicznie. No i wreszcie sprawa trzecia. Czasy mianowicie dostały takiego przyśpieszenia, że nie ma chwili, by gdzieś na świecie nie pojawiła się kolejna gwiazda, i to gwiazda takiej wielkości, że ktoś taki jak Tomasz Stańko nie jest w stanie nawet się tam wynająć do tego, by dbać o świeżą dostawę wody mineralnej podczas koncertów. Co gorsza, są to często jeszcze dzieci, a nie stare zniszczone przez wódę i narkotyki dziady. A więc tu naprawdę nie pomoże nawet Szymborska. Nawet Nowy Jork.
Jak mówię, tu nie ma nawet chwili, by nie było ruchu. I to ruchu takiego, że ktoś o artystycznej i czysto ludzkiej pozycji Tomasza Stańki nawet nie jest w stanie złapać równowagi. Niedawno słuchaliśmy tu niejakiej Sary Blasko. Ona jednak ma już naprawdę znaczące miejsce na rynku, więc tu akurat byłoby nam zbyt łatwo. Popatrzmy więc na coś jeszcze nowszego, no a przede wszystkim posłuchajmy:




Wszystkich czytelników tego bloga, którzy mieszkają w Warszawie, lub w pobliżu, informuję, że w najbliższy czwartek razem z Gabrielem Maciejewskim, czyli Coryllusem, będę obecny na Warszawskich Targach Książki. Impreza będzie miała miejsce na Stadionie Narodowym, a konkretne szczegóły już u Gabriela na blogu.



piątek, 10 lutego 2012

O emisariuszach Złej Nowiny

Może być oczywiście różnie, ale wygląda na to, że poniższy felieton stanowi największe z dotychczasowych wyzwań, a ja osobiście nigdy dotąd nie czułem takiej niepewności co do ostatecznego wyniku tego co tu przez te wszystkie lata robię. Dziś, kiedy się zabieram do poniższych refleksji, nie czuję nic poza lękiem, że tym razem temat mnie przerósł. No ale w końcu, kim byśmy byli, gdybyśmy się bali powiedzieć parę słów odnośnie tego, co nas dręczy, prawda?
Pamiętam jak kilka lat temu, po tym jak Bronisław Geremek zakończył życie w tym swoim mercedesie, a następnie – ku zdziwieniu wielu z nas – został pożegnany Mszą Świętą, koncelebrowaną przez trzech księży biskupów w Bazylice Archikatedralnej p/w Jana Chrzciciela w Warszawie, zamieściłem tu tekst , w którym napisałem, że tak jak jest, jest dobrze, a my ludzie wierzący, jeśli coś jeszcze możemy zrobić dla pogan, takich między innymi jak właśnie Bronisław Geremek, to akurat udostępnienie im tego świętego rytuału nie powinno być z naszej strony zbyt wielkim wyrzeczeniem. No bo, jak się zastanowić, co oni tak naprawdę mają na okazje tego typu jak śmierć? Tego pajaca przebranego za księdza i jakiegoś niedorobionego artystę z trąbką? Nie żartujmy. Jedyny autentyczny rytuał, jaki istnieje na tym świecie, jest w posiadaniu Świętego Kościoła Powszechnego, a reszta to żart.
Od tamtego czasu minęło kilka dobrych lat, i jeśli zaobserwowałem tu jakikolwiek ruch, to chyba tylko to, że moje przekonanie co do oczywistej nędzy – wszelkiej możliwej nędzy – czegoś takiego jak świecki pochówek wcale nie jest takie mocne i bezdyskusyjne. Od czasu gdy Żyd i ateista Bronisław Geremek został odprowadzony– na naprawdę wysokim poziomie – do grobu, przy akompaniamencie modlitw o boże miłosierdzie na rzecz zbawienia jego duszy, tak zwane „świeckie pochówki” stały się nagle swego rodzaju modą. Dziś akurat chyba pamiętam tylko tę tak okropnie smutną uroczystość pogrzebową Zbigniewa Religi, ale jednocześnie mam wrażenie, że chyba jeszcze co najmniej parokrotnie mieliśmy wszyscy okazję patrzeć, jak dobrze ów cyrk jest przyjmowany przez opinię publiczną. Dziwne. Ale trudno jest mi się tu spierać. Każdy ma to co chce.
Osobiście jestem człowiekiem bardzo wierzącym, w tym sensie, że bardzo chcę wierzyć, że kiedy umrę, moja dusza trafi choćby do Czyśćca, a dzięki modlitwom moich dzieci i żony, Dobry Bóg przyjmie mnie to Swojej Chwały. Piszę, że „bardzo chcę w to wierzyć”, bo – jak już tu raz chyba wspominałem – na tym akurat poziomie, mój racjonalizm wciąż walczy z przesądem i zwierzęcym lekiem co do tego, czy to wszystko rzeczywiście istnieje, czy może tak naprawdę nie ma nic, a moja wiara jest bzdurą i głupstwem. Boję się umrzeć i myśl o owej ewentualnej pustce autentycznie mnie obezwładnia. Ale jest jeszcze coś. Kiedy wspominam wiarę i męczeństwo tych, którzy dziś są już z pewnością w Niebie, myślę sobie, że moje szanse na zbawienie są w praktyce bliskie zera. Że tak naprawdę, jedyne co mi pozostaje, to wierzyć, że spekulacje niektórych teologów o pustym Piekle są jak najbardziej celne. No bo, oczywiście, ja rozumiem, że Pan Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, ale przy tym jednocześnie nieskończenie miłosierny, ale nie oszukujmy się. Tu żartów nie ma. No a potem i tak pojawia się znowu owa stara myśl, że może te moje dylematy są zwyczajnie śmieszne, bo tak naprawdę nie ma nic poza jakimś zgniłymi szczątkami, z którymi każdy może zrobić, co mu przyjdzie do głowy.
Moje myśli krążą wokół tego tematu właściwie stale, natomiast mam wrażenie, że ten ruch mocno przyspieszył od wczoraj, kiedy to doszło do kolejnego „świeckiego pochówku”, tym razem w Krakowie. Od razu muszę się zastrzec, że w odróżnieniu od wielu komentatorów, dla mnie osobiście było i jest zupełnie obojętne, jaki pogrzeb sobie wybrała Wisława Szymborska. Powiem więcej – było, i jest, dla mnie całkowicie obojętne, czy, za wstawiennictwem kardynała Dziwisza, Szymborska zostanie pochowana na Skałce, czy na Wawelu i czy ta uroczystość zostanie poprzedzona Mszą Świętą w Kościele Mariackim, lub w Katedrze na Wawelu, czy wesołą wyżerką w Jaszczurach. Śmierć to śmierć i – uwzględniając choćby to, co napisałem w poprzednim akapicie – nie moją sprawą jest się tu wtrącać. Stało się jednak tak, że – jak słyszymy – Wisława Szymborska nie pozwoliła sobie na żadne kompromisy, do końca zachowała postawę wyprostowaną, i zażyczyła sobie, by nad jej śmiercią nie wydziwiać, tylko normalnie ją spalić, a potem zakopać. Proszę uprzejmie. Jej sprawa, jej wola. A nam nic do tego.
I oto wczoraj też, czytając informacje na temat przebiegu owych uroczystości, dowiedziałem się paru rzeczy, które mnie najpierw autentycznie zadziwiły, a potem mną zwyczajnie wstrząsnęły. Bo oto, jak skądś słyszę, Wisława Szymborska, dzieląc się jakiś czas jeszcze przed śmiercią swoimi refleksjami z którymś ze swoich znajomych, wyznała, że ona sobie tak myśli, że jeśli trafi do piekła, to będzie musiała siedzieć przy jakimś piekielnym stoliku i rozdawać autografy. Owe spekulacje oczywiście mnie zdziwiły, bo przede wszystkim, z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, by Wisława Szymborska, gdyby w istocie miała trafić do Piekła, miała cierpieć tylko w ten sposób, że będzie musiała rozdawać autografy. Zwłaszcza gdyby jeszcze przy tej okazji mogła sobie porozmawiać ze swoimi, podobnie jak ona, potępionymi fanami. I trudno mi uwierzyć, żeby ona była w swoim zyciu aż tak tępa, by mieć tego typu nadzieje. Oczywiście, jest też możliwe, że, mówiąc to co mówi, a jednocześnie wiedząc, że tego Piekła w ogóle nie ma, Szymborska sobie tylko żartowała, a ponieważ – co też słyszymy – ona była bardzo inteligentną i wesołą kobietą, ów żart okazał się tak okrutnie przewrotny. A więc niech będzie. To był żart i swego rodzaju ironia pod adresem wszystkich tych naiwnych bałwanów, którzy uważają, że Bóg istnieje, a Jezus umarł za nasze grzechy. Ja to przyjmuję i, znów, tak jak poprzednio, nie mam więcej uwag. Nie moja sprawa.
Jednak stało się coś jeszcze. I to uważam za wydarzenie niezwykle dla nas wszystkich znaczące. Otóż podczas tych kuriozalnych uroczystości pogrzebowych, jakie każdy kto chciał, mógł sobie pooglądać w telewizji, osobisty sekretarz Wisławy Szymborskiej, a więc człowiek, który ją prawdopodobnie znał bardzo dobrze i miał z nią codzienny kontakt, wygłosił przemówienie, w którym opowiedział zebranym, jak to, jego zdaniem, Wisława Szymborska jest teraz w Niebie, siedzi sobie w tym fotelu i słucha Elli Fitzgerald, która – oczywiście – tez jest tam razem z nią. Mam nadzieję, że wszyscy rozumieją, o co mi chodzi. Umiera Wisława Szymborska, jej ciało, jak najbardziej zgodnie z jej wolą, niczym zużyta para butów, zostaje wywalone na śmieci, a na myśl o tym, by jednak jej zorganizować kościelny pochówek, przy akompaniamencie pobożnych modlitw i religijnych śpiewów, cała banda jej przyjaciół wybucha szczerym śmiechem, i proszę Andrzeja Seweryna, żeby coś ładnie z pamięci powiedział. I w tej sytuacji, ni stąd ni z owąd, jeden z nich przychodzi, staje przed nami, i, zupełnie na poważnie, zaczyna pleść jakieś farmazony na temat tego, jak to Wisława Szymborska jest teraz w Niebie i sobie chodzi na koncerty Elli Fitzgerald.
Przepraszam bardzo, ale co to się tu, do ciężkiej cholery, wyprawia? Ja nie mówię, że Szymborska poszła do Piekła. Że dla niej w Niebie nie ma miejsca. Z mojego akurat punktu widzenia, taka akurat ewentualność byłaby stanowczo bardziej interesująca, choćby przez to, że w ten sposób również i moje osobiste szanse, jak sądzę, znacznie by wzrosły. Tu w ogóle nie chodzi o to Niebo. To co mnie w tym miejscu uwiera, to sam fakt, że o tym Niebie gadają na tego akurat typu uroczystości. A jakiż to ich pieprzony interes? Co ich nagle obchodzi Niebo i Piekło? Skąd im w ogóle do głowy przyszło, żeby o tym w ogóle gadać? O swojej śmierci, ja, jak już wspomniałem, lękam się nawet myśleć, natomiast w ogóle sobie nie wyobrażam, żeby, kiedy już umrę, nagle jacyś moi znajomi uznali za stosowne publicznie się zastanawiać nad tym, w co ja się na przykład, drogą reinkarnacji, zamienię? I, konsekwentnie, skoro sama Szymborska z taką zawziętością lekceważyła sobie prostą ludową pobożność, a w swoim zapętleniu doszła wręcz do wniosku, że to wszystko „brechty i bzdury” (Barańczak), to niech się ci, co się nią zajmowali przez ostatnie lata, łaskawie odpieprzą od tego co do nich w najmniejszym stopniu nie należy. Jeśli im do czegoś koniecznie jest potrzebna jakaś bajka, bo nagle zauważyli, że zrobiło się dramatycznie sucho i byle jak, niech się właśnie na przykład zastanawiają, czy dziś dusza Wisławy Szymborskiej jest mrówką, czy kotem. To by było zdecydowanie bardziej na miejscu.
Z mojego punktu widzenia, Wisława Szymborska – jak najbardziej zgodnie ze swoim życzeniem – smaży się dziś w Piekle. Może też oczywiście być inaczej, ale tak sobie niestety rzeczywiście kalkuluję. Na ile się orientuję, ona ani przez jedną chwilę swojego życia – a trzeba przyznać, że czasu na refleksję miała wystarczająco dużo – nie brała pod uwagę, że kiedy umrze, zamieni się w cokolwiek innego, niż w kupkę śmieci. Tego swojego przekonania była tak pewna, że nawet nie wzięła pod uwagę możliwości, że dobrze by było na wszelki wypadek jakoś zabezpieczyć. Słyszałem jednak od ludzi znacznie bardziej wiernych niż ja, o tym, że podobno, kiedy człowiek umiera w jakiś szczególnie dramatycznych okolicznościach, może się zdarzyć, że w chwili śmierci jego wiara i miłość stają się nagle tak wielkie, że, choćby za życia był on największym zbrodniarzem – zostaje bezdyskusyjnie zbawiony. Czy tego typu doświadczenie stało się udziałem Wisławy Szymborskiej? Może. Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak. Natomiast kompletnie nie rozumiem, co strzeliło do głowy temu bałwanowi, żeby na jej pogrzebie snuć tego typu spekulacje. I to mieszając w te swoje wizje osobę Elli Fitzgerald, która najpewniej rzeczywiście jest dziś w Niebie. Jak najbardziej. Dlaczego? Choćby z tego powodu, że była osobą wierzącą, a kiedy umierała, to – jak mogę podejrzewać – z imieniem Jezusa na ustach.
Czemu więc on się tak fatalnie wybezczelnia? W tym momencie niestety dochodzimy już do sedna. A ono jest dość ponure. Mam wrażenie, że to nie jest wcale tak, że to kulturowe napięcie, jakie mamy w sobie, każe nam – wbrew wszystkim i wbrew wszystkiemu – wierzyć, że coś tam jednak jest. To nie jest też tak, że my nie jesteśmy w stanie myśleć o życiu i śmierci inaczej niż przez pryzmat zbawienia, lub potępienia. Nie jest tak, że nawet najbardziej zawzięci ateiści tak naprawdę nie dopuszczają do siebie myśli o tym smrodzie i o tej nicości. Uważam że oni są szczerze i głęboko zanurzeni w swojej beznadziei. I jeśli dziś jeden z nich nagle zaczyna coś gadać o Elli Fitzgerald w Niebie, zwyczajnie sobie z nas stroi żarty. A robi to wcale nie dlatego, że tak mu nagle strzeliło do głowy, lecz dlatego, że jest emisariuszem czegoś, co ja bym określił jako Złą Nowinę. To jest bowiem, obawiam się, kierunek, który zaczyna obowiązywać. Nasza tradycyjna religijność nie ma być starta z powierzchni Ziemi i wyrzucona z naszej świadomości. O nie! Ona ma pozostać, tyle że w formie bajki. W formie pewnego rodzaju zabawy dla pokrzepienia czarnych serc. Obawiam się, że to wszystko zmierza w tym oto kierunku, że kiedy już Kościół będzie trwał jak ta ostatnia reduta, owe świeckie uroczystości pogrzebowe nagle staną się pełne niby-śpiewów, niby-modlitw, tyle że zamiast Pana Boga będziemy mieli jakiegoś wspominanego wcześniej Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, a kto wie, czy nawet nie Wisławy Szymborskiej. I z tego co dziś mamy, pozostanie tylko wieczny Jerzy Owsiak ze swoimi światełkami do Nieba.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. W dowolny znany sposób. Dziękuję.

czwartek, 2 lutego 2012

Żyć i umrzeć wśród wilków

Jak pewnie niektórzy z nas pamiętają, w reakcji na śmierć Zbigniewa Herberta, najpierw „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że, owszem, Herbert był poetą jakoś tam wybitnym, zwłaszcza niekiedy – jednak pod koniec życia cierpiał na ciężką chorobę umysłową, która tak niefortunnie zdefiniowała jego polityczne poglądy, że trudno było go szanować. Za „Gazetą” poszli już kolejni, mniej lub bardziej poważni, komentatorzy, by wszystko ostatecznie podsumował Tomasz Jastrun, nie dość że jak najbardziej potwierdzając fakt choroby, to już w ramach czystego bonusu, diagnozując ją przy pomocy nazwy medycznej i fachowego opisu klasycznych jej objawów. Dziś, kiedy zmarła Wisława Szymborska, ja oczywiście – jako nieokrzesany cham i pisobolszewik – mam wiele powodów, by tę śmierć również uczcić jakąś celną diagnozą, jednak tego nie zrobię. I nawet nie będę udawał, że kieruje mną tu jakiś wyjątkowy odruch serca, czy przywiązanie do zasady, iż o zmarłych mówimy albo dobrze, albo w ogóle – my toruńska swołocz, jak wiemy, tego w sobie ani nigdy nie mieliśmy, ani też nie mamy, ani naturalnie mieć już nigdy nie będziemy – bo tak naprawdę chodzi o to, że przeciwko osobie i twórczości Wisławy Szymborskiej wystąpić nie mam śmiałości, w obawie przed wrażliwym gniewem i samego Jastruna i jego wielu wybitnych kolegów.
A więc przede wszystkim muszę przyznać, że w mojej ocenie, Wisława Szymborska napisała w swoim zyciu kilka absolutnie wybitnych linijek. I dzieląc się tu na blogu ową uwagą, zapewniam, że ja ani nie żartuję, ani nie ironizuję, ani w ogóle nie mam w tym co piszę jakichkolwiek jawnych, czy ukrytych intencji. Oczywiście, ktoś mi może w to nie uwierzyć, ale tak już jakoś mam, że dla mnie, moja ocena artysty – każdego artysty – jako człowieka, nie ma najmniejszego wpływu na jego ocenę jako twórcy. Weźmy takiego – wprawdzie mój kumpel Redpill twierdzi, że to jest wyrażenie wulgarne, no ale tu znów jestem bezradny – Zbigniewa Hołdysa. Ja zawsze uważałem go za postać na naszej scenie muzycznej pod każdym względem wyjątkowo tandetną, jednak ani przez moment bym nie powiedział, że ta moja ocena wynika z faktu, że samego Hołdysa uważam za durnia jako człowieka. Mowy nie ma! Ja te dwie przestrzenie zawsze bardzo starannie oddzielam. Nawet gdyby Zbigniew Hołdys był przemiłym, skromnym i w dodatku politycznie mi bliskim człowiekiem, i tak bym uparcie twierdził, że on jako kompozytor, muzyk, piosenkarz, autor tekstów, lider zespołu, jest całkowicie i ostatecznie do niczego. Co tam Hołdys? Gdyby taki Stefan Chwin nagle zajął się pisaniem na Facebooku i każdy swój tekst poświęcał wyłącznie informowaniu mnie, że stała się rzecz bardzo niesprawiedliwa, że w tupolewie, który pewnej pięknej wiosennej soboty został tak okrutnie zamordowany pod Smoleńskiem, nie było też Jarosława Kaczyńskiego, ja dalej bym utrzymywał, że on pisze autentycznie po mistrzowsku. Mam wprawdzie kolegę, bardzo wybitnego profesora literaturoznawcę, który twierdzi odwrotnie, ale nic na to nie poradzę. Ja bardzo lubię czytać Chwina. Podobnie szczerze jak uwielbiam „Brzezinę” Wajdy, i tak samo szczerze, jak nie znoszę pisarstwa Rafała Ziemkiewicza. I tak jak nieskończenie się zachwycam obrazami tego zboczeńca i ruskiego agenta Picassa
A zatem, kiedy mówię, że Wisława Szymborska miała w swojej karierze poetyckiej kilka linijek absolutnie największych, dokładnie to mam na myśli. Proszę spojrzeć na jej wiersz – no, niestety, trzeba to tu podkreślić –stary bardzo, jeszcze z lat 50-tych zatytułowany „Nic dwa razy”:

Nic dwa razy sie nie zdarza
I nie zdarzy. Z tej przyczyny
Zrodziliśmy sie bez wprawy
I pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
Najtępszymi w szkole świata,
Nie będziemy repetować
Żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
Ktoś wymówił przy mnie głośno,
Tak mi było, jakby róża
Przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
Odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
Z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, wpółobjęci,
Spróbujemy szukać zgody,
Choć różnimy sie od siebie,
Jak dwie krople czystej wody.

Przepraszam wszystkich bardzo, ale to jest, moim zdaniem, jeden z największych wierszy w historii światowej literatury i, nawet gdyby Wisława Szymborska nigdy wcześniej, ani nigdy później, nie napisała ani jednego słowa – a kto wie, czy nie nawet, ale zwłaszcza – jej się za to jedno dzieło należą wszystkie nagrody świata, a nie jakiś głupi nicnieznaczący Nobel. I to jest dla mnie czymś tak oczywistym, że nie wartym nawet wspomnienia. Ciekawi mnie natomiast coś innego. Otóż kiedy na wieść o śmierci Szymborskiej głos zabierają kolejni specjaliści od wielkości już nie tylko twórczej, ale wszelkiej, nie bardzo udało mi się zauważyć, by ktokolwiek zechciał zwrócić uwagę na ten akurat wiersz w inny sposób, niż wkładając jego różne fragmenty do swoich kompletnie pozamerytorycznych mądrości. Wszyscy – a już z pewnością większość – albo cytują jakieś jej limeryki, lub wierszowane żarty, albo – i to już jest dla mnie czymś całkowicie niepojętym – komentują ów szczególny punkt w jej twórczości w postaci tych naklejanych na kartki z brystolu, wycinanek z gazet. No ale niechby i nawet tak musiało być – w końcu jest to jakaś twórczość, a że zmarł twórca, więc twórczość należy wspominać – ja natomiast kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć, jakie głupstwo, czy może wyrachowana złośliwość, stoją za potrzebą przedstawiania dziś nam Wisławy Szymborskiej jako „naszego ducha opiekuńczego”? Jakie głupstwo, czy okrutny żart, każą przeróżnym osobom, szanującym przecież, a czasem wręcz kochającym Szymborską, kiedy jeszcze była wśród nas, mówić o niej, że ona była „uważnym świadkiem naszych codziennych zmagań w XX wieku”. Czy którykolwiek z tych dwóch bałwanów sądzi, że to jest właśnie to, co pozwoli ją najbardziej skutecznie i pięknie uhonorować po śmierci? To już naprawdę czymś znacznie rozsądniejszym byłoby się zamknąć i dać jej kolejny medal.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że to jest trochę głupia sytuacja, kiedy to właśnie ja mówię o godnym uhonorowaniu kogoś takiego jak Wisława Szymborska. Ja, czyli ktoś, kogo gdyby Wisława Szymborska miała okazję poznać, prawdopodobnie by tylko splunęła przez ramię… i, kto wie, czy by się nawet nie przeżegnała. Trzy razy. Co mam jednak powiedzieć, kiedy z jednej strony, stoję w obliczu czegoś takiego, jak choćby ów niezwykły zupełnie moment w postaci tak bardzo niegdysiejszej refleksji o osieroconym kotku, a z drugiej wobec bandy półprzytomnych i skrajnie bezczelnych lizusów, pieprzących coś o nieskończonym poczuciu humoru Poetki? A niby dlaczego mam siedzieć cicho? Ja się interesuję i poezją i sztuką w ogóle, i nie widzę powodu, by nie zabierać głosu nawet w tak mało mnie dotyczących sprawach, jak żałoba, jaką sobie dziś urządza System.
No ale dobra. Niech im będzie. Już więcej o Wisławie Szymborskiej ani słowa. Ani o niej ani o Woody Allenie, ani o Kolendzie, ani tym bardziej o tej bandzie jakichś podobno poetów, których nazwisk wcześniej nawet pies z kulawą nogą nie słyszał, a teraz nagle oni się okazują strasznie ważni, bo mieli parę razy okazję się otrzeć o Szymborską, podczas wizyty w sklepie, czy na jakiejś krakowskiej fecie. Pozwolę sobie, już więc na sam koniec, wyrazić wprost niezwykłą osobistą satysfakcję z tego powodu, że kiedy śmierć Poety była jak najbardziej moją sprawą, a żałoba po Jego odejściu – moją żałobą, System się do nas wtrącał jak najbardziej szczerze i bez fałszywych gestów. Że jeśli z tamtej strony przychodził jakiś Michnik, Jastrun, czy inni tacy, to mówili to, co im leżało na sercu, ani nie próbując się mizdrzyć, ani czegoś tam udawać. Walili prosto między oczy, a każde ich słowo było idealnie prawdziwe i fantastycznie skuteczne. Ja bowiem bym nie zniósł, gdyby któryś z nich nagle postanowił się odezwać tak jak to wczoraj zrobiła Wanda Nowicka, czy Grzegorz Napieralski i zacząć cos pieprzyć na temat „pozytywizmu”, czy Wisłockiej… nie, przepraszam – w tym wypadku to byłby pewnie Hermaszewski.
Po raz kolejny – dziś już nawet nie potrafię ich zliczyć – okazuje się, że każdy ma taki kondukt na jaki sobie zasłużył. Lub jakiego chciał. Co i tak na jedno wychodzi.

Gdyby komuś przyszło do głowy uznać ten tekst za na tyle ciekawy, że wart zwrócenia uwagi na ten numer konta obok po prawej stronie – serdecznie zapraszam i dziękuję. Oczywiście, również dziękuję wszystkim tym, którzy zechcieli, a może znów zechcą, lub w ogóle zechcą sobie kupić książkę o liściu. Tu, czy w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” – obojętne.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...