Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumienie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

O sumieniu księży i nie tylko

Oczywiście chciałbym, żeby to już było naprawdę po raz ostatni, ale Diabeł jeden wie, jak, jeśli w ogóle, sprawa będzie dalej rozwijała, więc obiecywać niczego nie będę. Przed nami więc jeszcze parę refleksji w temacie niedawnej śmierci pod Pałacem Kultury, jakie zamieściłem w minionym tygodniu w „Warszawskiej Gazecie”. Mam nadzieję, że, mimo wszystko, każdy z nas znajdzie tam coś nowego do tego, by się zadumać.    


      Nieoczekiwanie, tematem debaty stała się sprawa pewnego Piotra Szczęsnego, który 19 października (co ciekawe, dokładnie w rocznicę zamordowania działacza Prawa i Sprawiedliwości, Marka Rosiaka) podpalił się pod Pałacem Kultury, by zaprotestować przeciwko rządom Pis-u, i zwyczajnie zmarł. O tym, że sprawa ma szerszy zakres świadczy fakt, że o ile na samym początku ów biedny człowiek był przedstawiany w mediach jako Piotr S., dziś, dzięki zaangażowaniu takich ośrodków antyrządowej propagandy, jak „Newsweek”, jego nazwisko jest już własnością publiczną, i pojawiają się nawet głosy, by w dzień, w którym Szczęsny dokonał aktu samospalenia, oraganizować kontrmiesięcznice na wzór tych znanych nam od roku 2010.
     Mieliśmy w Polsce już wcześniej tego typu dramatyczne gesty, z których najbardziej wprawdzie znanym jest sprzeciw Ryszarda Siwca wobec inwazji Związku Sowieckiego na Czechosłowację, ale oprócz tego też samospalenie się Walentego Badylaka w proteście przeciwko ukrywaniu przez komunistyczne władze prawdy o Katyniu, no i wreszcie ów straszny gest z roku 2011, kiedy to przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów podpalił się pracownik Urzędu Skarbowego wyrzucony z pracy za próbę ujawnienia korupcji w swojej firmie. Wydaje się, że perspektywa, jaka została nam dziś podarowana, pozwala nam spojrzeć na te wszystkie przypadki z pewnym dystansem. Oto mamy ludzi, osiągających poziom desperacji, który prowadzi ich do śmierci faktycznie męczeńskiej, w pierwszym wypadku za wolność Czechosłowacji, w drugim za prawdę o Katyniu, w trzecim – tu akurat ów biedny człowiek szczęśliwie przeżył – za życie rodziny, no i zwykłą sprawiedliwość. Tym razem na scenie pojawia się ów Piotr Szczęsny i oddaje życie za demokrację, Europę i, last but not least, Puszczę Białowieską, a cała Polska zrywa się na równe nogi i ogłasza nową erę.
      I gdy wydawałoby się, że sprawa jest absolutnie czysta i każde dodatkowe słowo zbędne, do dyskusji włącza się Kościół i ustami biskupa Pieronka ogłasza, że oto doszło do aktu mądrości, ujawnionej przez bohaterstwo wręcz wyjątkowe. A zatem mamy dyskusję i tu pojawia się myśl sprzed wielu już laty znanego nam księdza Tischnera o nastepującej treści: „Mnich buddyjski dokonując aktu samospalenia, decydował się na ofiarę pełną bólu. Chciał w ten sposób krzykiem swoim ogłosić, że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Nic na świecie nie boli tak jak oparzenie. Sumienie jest ostateczną instancją, która rozstrzyga, co człowiek powinien, a czego nie powinien zrobić. I gdybym zaobaczył, że taki jest głos jego sumienia, musiałbym to uznać”.
      Pojawia się owa myśl i nieoczekiwanie zaczyna stanowić argument w walce o Prawdę. Oto, jak się okazuje, każdy postępuje zgodnie z własnym sumieniem i ci będą zbawieni. Reszta, odwołująca się do jakichś przesądów i kombinująca bez sensu, balansuje na linie. I tak jak to ma miejsce już od lat, wygrywa ksiądz Tischner, ów słynny specjalista od „gówno prawdy” i jego kolejni uczniowie.


Moje książki można niezmiennie kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam goraco. 

wtorek, 14 kwietnia 2009

Kto zabił Patrycję z Kętrzyna

21 Marca 1963 roku w Los Angeles odbył się pojedynek bokserski o mistrzostwo świata w wadze piórkowej między Sugarem Ramosem - pretendentem, a obrońcą tytułu – Davey Moorem. W dziesiątej rundzie Ramos powalił Moore’a potężnym prawym sierpowym,. Moore upadł, uderzył tyłem głowy w linę ringu, uszkodził pień mózgu, po czym zmarł. Parę lat później, wybitny muzyk i kompozytor Bob Dylan napisał piosenkę zatytułowaną Who Killed Davey Moore?. Dylan nigdy nie nagrał piosenki o śmierci Moore’a na płycie, jednak wykonywał ja niekiedy na koncertach, zawsze wzbudzając zrozumiały entuzjazm.
O co chodziło Dylanowi? Otóż uznał on, że tak naprawdę Ramos był w najmniejszym stopniu winnym śmierci Moore’a. Dla Dylana, galeria osób, którzy ponoszą odpowiedzialność za tę śmierć, jest o wiele poważniejsza. Oto publiczność, która żądała dobrej, mocnej walki Nie mieli żadnych złych intencji. Oni chcieli tylko „odrobiny potu”. Oto sędzia, który – widząc, że sytuacja Moore’a jest dramatyczna – mógł walkę przerwać ”w ósmej, ale tłum by, cholera, buczał, że tylko stracili pieniądze”. Jest też dziennikarz sportowy, który zapewnia, że boks wcale nie jest jedynym niebezpiecznym sportem, że „w takim footballu jest dokładnie tyle samo ryzyka”. Słyszymy menadżera Moore’a, który oczywiście wie, ze „to okropne dla jego żony i dzieci, że umarł”, ale jednocześnie ma pretensje, że Moore go nie uprzedził, że się źle czuje. Mamy też nawet człowieka, który osobiście postawił na zwycięstwo Moore’a pieniądze. I on też przysięga, że go nawet nie tknął. I, podobnie jak cała reszta, krzyczy: „Nie ja!” I wreszcie mamy samego Ramosa, który w ogóle nic nie rozumie, bo on wie, że to co on robi to jego zawód, a to co się stało, to „przeznaczenie i wola boża”.
A Dylan z uporem pyta: „Kto zabił Davey’a Moore’a? Dlaczego? I z jakiego powodu?”
Naprawdę świetna piosenka. Tylko czemu przyszło mi dziś do głowy, żeby o niej wspomnieć? Otóż przez minione święta nadrabiałem zaległości czytelnicze i w pewnym momencie przeczytałem wiadomość, że na 25 lat więzienia został skazany niejaki Jakub Wereszczyński, który udusił pewną Patrycję, następnie zbezcześcił jej zwłoki, by w końcu je podpalić. On miał 19 lat, dziewczyna miała lat 15, była z chłopcem w ciąży, on namawiał ją żeby ciążę przerwała, ona nie chciała, więc ją udusił http://www.tvp.info/wiadomosci/polska/25-lat-za-zabojstwo-ciezarnej-dziewczyny. Oto prosta historia. Historia, jak z piosenki. Piosenki której nie ma. Bo nikt jakoś, cholera, takiej piosenki nie napisał. Niestety.
A tak bardzo bym chciał, żeby refleksja, która na wieść o tej zbrodni przyszła mi do głowy, również zainteresowała kogoś, kto ma zdolności, talent i serce. Tak bardzo bym chciał, żeby pytanie, które mi dziś przychodzi do głowy – Kto zabił Patrycję? Dlaczego? Z jakiego powodu? – zainspirowało kogoś, kto potrafiłby mu nadać wymiar artystyczny. Bo mam tyle pytań i do wielu ludzi te pytania chciałbym zaadresować. A wśród nich, to podstawowe – Jak do tego doszło, że ten Jakub uznał, że aborcja to zwykłe rozwiązanie na codzienne kłopoty. Jak to się stało, ze on – człowiek z pewnością niezbyt wykształcony, niezbyt oczytany, nie aż tak bardzo wrażliwy – może za wiele nie wiedział, ale to akurat wiedział. Że jest coś takiego jak aborcja i ona własnie stanowi wyjście w sytuacjach trudnych.
Boję się jednak, że nic z tego. Nie będzie z tego ani piosenki, ani opowiadania, ani nawet zwykłej zadumy, która by sięgnęła dalej niż poza tę stronę. Oczywiście, podstawowy problem jest taki, że artyści klasy Boba Dylana nie rodzą się na pniu. Nie rodzą się też na pniu artyści o jego wrażliwości. Ale też, nie da się ukryć, że u nas akurat nie za bardzo można znaleźć nawet zwykłych ludzi o choćby drobnym śladzie tego typu czułości. Jesteśmy wszyscy zajęci albo swoimi codziennymi sprawami, a – jeśli czas pozwoli – możemy się trochę powściekać na polityków i na to, co ostatnio zrobili lub powiedzieli. A i tu też tylko w wymiarze wybitnie podstawowym.
Jednak spróbuję. Chciałbym zaproponować temat. Może jakiś zdolny piosenkarz, choćby ten sprytny, wyszczekany, niezmiernie przebiegły Tomasz Szwed, który regularnie w Szkle Kontaktowym przedstawia swoje komentarze na tematy bieżące, z towarzyszeniem głosu i gitary. On by z pewnością umiał opowiedzieć taką prostą historię. Wzór już nawet ma. A temat? Proszę bardzo. Oto temat. Kto temu Kubusiowi pokazał, że aborcja jest rozwiązaniem? Kto tej Patrycji powiedział, że 15 lat to świetny wiek na rozpoczęcie życia seksualnego. A mam tu parę osób, które mogłyby stworzyć nie gorszą scenę, niż bohaterowie piosenki Dylana.
Oto mówi red. Piotr Pacewicz z Gazety Wyborczej: „To nie ja! Przecież ja nie kazałem mu zabić tej dziewczyny. Ja tylko zwracałem uwagę na cały szereg dramatów. Osobistych dramatów. Niechciane ciąże, życiowe problemy, złamane kariery. Poza tym, zastanówmy się, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby jednak to dziecko urodziła. Kto by się nią zajął. Kto by zatroszczył się o to dziecko. Czy taka sytuacja nie doprowadziłaby do większych nieszczęść? Nie przesadzajmy z tym wszystkim. I proszę mnie nie winić. Przecież ja jej nawet nie tknąłem.”
Oto minister Ewa Kopacz: „Przepraszam, czy to może do mnie pretensje? Proszę nie wskazywać na mnie palcem. Osobiście uważam, że aborcja nie jest żadnym rozwiązaniem. Sama zresztą jestem katoliczką i osobiście ani bym nie zgodziła się na aborcję dla własnego dziecka, ani nigdy bym do aborcji nikogo nie namawiała. A że w życiu bywa różnie? To niczyja wina. Zresztą moja sytuacja jest szczególna. Jestem urzędnikiem państwowym i swoje poglądy siłą rzeczy muszę zostawić za drzwiami swojego urzędu. Jak ktoś może ode mnie wymagać, żebym narzucała innym swój światopogląd?”
A teraz opinia publiczna: „Cóż można chcieć od nas? Człowiek haruje od rana do nocy, żeby związać koniec z końcem, od czasu do czasu sobie coś ładnego kupić i od pierwszego do pierwszego zasłużyć na tę odrobinę przyjemności. A poglądy? Każdy z nas przecież ma swoje poglądy. A jak człowiek czyta gazety, ogląda telewizję, to przecież trudno powiedzieć, co jest prawdą, a co kłamstwem. Nie każdy musi być znowu taki mądry. Kościół twierdzi, że aborcja to zło. Ale ja, mimo że uważam się za człowieka Kościoła, to wciąż zadaję sobie pytanie: ‘A cóż to jest to zło?’”
Wystąpiłby tu też z pewnością ten lekarz ginekolog, który zupełnie niedawno przeprowadził aborcje u niejakiej Agaty: „Nie wiem, czego ona się bała. Przecież w dzisiejszych czasach taki zabieg, to nic wielkiego. Rozumiem, że mogła nie mieć pieniędzy. Ale przecież nie ona jedyna. Jest kryzys, bywa ciężko, ale człowiek ma przyjaciół, rodziców. Nie rozumiem, czemu jej nikt nie pomógł. Ale żeby do mnie pretensje. Przecież to nie ja ją udusiłem. Mogę nawet zapewnić, że gdybym wiedział, co się stanie, to wyskrobałbym ją nawet za pół ceny.”
Mogłaby tez głos zabrać feministka, Magdalena Środa: „To prawdziwa tragedia! Ale czemu ani szkoła, ani Kościół, ani dom, nie uświadomił tej dziewczynie, że to ona przede wszystkim decyduje o swoim życiu? Czemu nikt jej nie powiedział, że nie powinna się bać? Mogła przyjść do nas. Mamy przecież najróżniejsze organizacje, gdzie służymy i radą i pomocą i żadna dziewczyna, czy kobieta nie odejdzie od nas bez odpowiedniej porady. Ale żeby mieć pretensje do nas! Za co? Przecież to nawet nie kobieta ją zabiła. To nie żadna z nas, prawda?”
I w końcu też na pewno zechciałby coś powiedzieć coś ten Kuba: „Co chcecie ode mnie? No dobra. Udusiłem ja. Ale zdenerwowała mnie. Przecież mogła się tak nie upierać. Wszyscy wiedzą, że aborcja to nic takiego. I gazety to piszą i w telewizji to mówią i różni politycy też swoje wiedzą. A ja mam dopiero dziewiętnaście lat. Przede mną całe życie. Czemu się tak uparła? Co jej szkodziło? Ale tak to jest. To wszystko przez ten Kościół. Mieszają ludziom w głowach i z tego tylko kłopoty.”
Taka piosenka mi się marzy. Ale – jak mówię – nie można na nią liczyć. Na nic za bardzo nie można liczyć. W świecie, który zajęty jest głównie aspirowaniem, nie ma czasu na sentymenty A o poezji, to już nawet nie wypada myśleć. Wczorajszej nocy, kiedy cała Polska cieszyła się malowanymi jajkami, barankami z ciasta, zastawionymi pięknie stołami, cudowną pogodą, na jednym kraju Polski powódź nie pozwoliła ludziom nawet pewnie złożyć sobie porządnie życzeń. Na drugim końcu naszej Polski, wybuchł pożar w tzw. hotelu społecznym. Rozumiem, ze hotel społeczny to takie miejsce, gdzie mieszkają rodziny eksmitowane, choćby z powodu nie płaconego czynszu. Więc część tych rodzin spłonęła. W noc z niedzieli na poniedziałek.
Prezydent ogłosił żałobę narodową. I się zaczęło liczenie. Właśnie tak. W społeczeństwach aspirujących, jedyne co jako tako się potrafi robić, to liczyć. Przede wszystkim liczyć.

czwartek, 8 stycznia 2009

O ogniu, łkaniu w kominie i dwóch kibolach



Pewnego razu, jechałem z najmłodszą Toyahówną pociągiem z Katowic do Warszawy. Było to kilka lat temu, więc i ja i ona byliśmy odrobinę młodsi, co akurat w jej wypadku ma tu pewne znaczenie. W przedziale z nami siedziało dwóch Belgów, z których jeden patrzył przez okno, a drugi oglądał film na laptopie, jakiś pan, który czytał Najwyższy Czas, inny pan, który sobie spał i dwóch absolutnie modelowych, łysych kiboli. I to nie kiboli na miarę rządu pana premiera Donalda Tuska. To byli kibole jak najbardziej klasyczni, takich których można zobaczyć na zdjęciach policyjnych podczas tłumienia boiskowych ekscesów. Ja kompletnie do dziś nie mam pojęcia, co oni robili w pociągu typu IC – w końcu nie takim znów tanim. Podejrzewam, że jechali bez biletów. Wyglądali zresztą na takich, którzy nie kupują biletów nigdzie i pod żadnym pozorem.
Jechali więc sobie kibole z nami w przedziale i zachowywali się jak najbardziej sportowo. Czyli pili piwo z puszek, omawiali ostatnie pojedynki z policją i jak najbardziej przeklinali. Przeklinali na poziomie absolutnie najwyższym, bez jakichkolwiek ograniczeń i bez jakiegokolwiek poczucia, że może nie są sami. Jeden z nich machał przy tym ręką, nieustannie zasłaniając panu z UPR-u poszczególne strony NC. Siedzieliśmy sobie z nimi w tym eleganckim przedziale, a ja miałem nadzieję podwójną. Przede wszystkim liczyłem na to, że oni pewnie wysiądą w Zawierciu, a – na wypadek gdyby jednak wybierali się do stolicy – że nie dojdzie do aktów przemocy. Przyznaję, cholera, że się normalnie bałem. Kiedy minęliśmy to Zawiercie, a im ani w głowie było wysiadać, zebrałem się w sobie, nachyliłem się grzecznie do tego łysego naprzeciwko mnie i grzecznie powiedziałem: „Bardzo przepraszam… ale widzi pan… małe dziecko… nie wypada tak przy niej…” Kibola jakby poraził prąd. Opluł się piwem, zaczął gwałtownie przepraszać, drapać się nerwowo po łysej pale i w końcu wydusił jedno prawie pełne zdanie: „Znowu nie takie małe, to prawie pannica”. Tak powiedział. Następnie przez chyba pięć minut obaj w ciszy żłopali te piwa, a później z tego napięcia wstali i się przenieśli do innej części pociągu.
Dziś, kiedy to wspominam, pragnę przede wszystkim przeprosić moja córkę za to, że jej narobiłem publicznie wstydu (co mi natychmiast nie omieszkała wypomnieć - „Mi to, jeśli chcesz wiedzieć w ogóle nie przeszkadzało”), ale jednocześnie muszę jej powiedzieć, żeby znowu się tak nie nadymała, bo i tak się bardzo ograniczyłem. Początkowo bardzo chciałem kibolowi powiedzieć, że to co on robi to grzech. I że Pan Jezus jest bardzo zawiedziony. To by jej dopiero było wstyd.
I proszę się ze mnie nie śmiać. Ja ten tekst mam bardzo skutecznie przećwiczony. Kiedyś, jeszcze dawniej, w pewien Wielki Piątek szedłem sobie pod moim domem i napotkałem na mej drodze człowieka bardzo, bardzo pijanego. Taki klasyczny ‘dziad’, jakby to określił pan Prezydent. Szedł sobie więc ten dziad, pijaniusieńki jak nie wiem co i wrzeszczał z wściekłością na cały świat, klął, pluł, bluzgał. A ja zatrzymałem się i powiedziałem: „Panie, przecież to Wielki Piątek! Jak pan może? Jakiż to straszny grzech. Chrystus umiera na krzyżu, a pan w takim stanie. I jeszcze te słowa”. Efekt był dokładnie ten sam, co kilka lat później, w Intercity z Katowic do Warszawy. Powiem tylko, ze do dziś mam wyrzuty sumienia, ze może powinienem był być bardziej delikatny. Powtarzałem jednak ten numer jeszcze parę razy, zawsze z identycznym skutkiem.
Ale do czego zmierzam? Do tego mianowicie, że dobrzy ludzie grzechu się boją. Dobrzy ludzie nie chcą być źli. Dobrzy ludzie czują ten wiatr nawet w czasie największego upadku. I myślę sobie, ze można by było właściwie tu skończyć. Jest wystarczająco mocno. Więc jeśli komuś już wystarczy, to się nie obrażę. Róbcie to co macie i tak zaplanowane. Ale ja jednak troszkę jeszcze poopowiadam, bo w sumie piszę to w bardzo mocno zdefiniowanym celu.
Napisałem już dziś w którymś z komentarzy, że bardzo mi się podoba tekst pewnej piosenki Skaldów (był kiedyś taki popularny zespól – bardzo dobry). Początek leci tak: „Oj dana, dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny. Oj dana!” Ale najlepsze jest później: „Życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka.” Chodzi mi właśnie o ten komin. Ja jestem absolutnie przekonany, że coś takiego jak lęk i podziw dla Najwyższego jest zupełnie autentycznym i wręcz przyrodzonym stanem każdego ludzkiego bytu. Jestem pewien, że każdy człowiek, choćby niewiadomo jak był przekonany o tym, że nie ma nic, w najgłębszych pokładach swojego serca wie, że to nieprawda. Wie że są sytuacje, kiedy żartów nie ma. Sytuacje wobec których nawet on zaczyna drżeć.
To jest moim zdaniem reguła. Oczywiście, od reguły – jak mówią ludzie uczeni – są wyjątki, więc zakładam, że i od tej reguły są wyjątki. Zakładam więc też, że może i kilka dzisiejszych komentarzy, jakie pojawiły się pod moim poprzednim wpisem były wklepane przez owe wyjątkowe zupełnie umysły i serca. Przez ludzi, którzy, gdyby ich spotkał taki atak, jaki z mojej strony spotkał tych dwóch młodocianych bandytów i tego biednego pijaczka, po prostu najpierw by opluli mnie, a następnie najbliższy mijany kościół. Inna sprawa, że ja nie od dziś mam głębokie przekonanie, że jeśli już na kogoś mogę liczyć, to bardziej na tego dziada i tego łysola, niż na wykształconego absolwenta wydziału prawa na którejś z renomowanych polskich uczelni. Dlaczego? Dlatego, proszę sobie wyobrazić, że ich umysły może i są zatrute, ale przynajmniej zatrute ekologicznym i czystym gnojem, niż wysoko oczyszczoną kokainą, albo czymś podobnym (jak ktoś chce się obrazić, to uprzedzam – to tutaj to była czysta figura retoryczna).
Jestem pewien bowiem, że ludzie potrafią być bardzo mężni, bardzo silni i bardzo szlachetni. Potrafią też jednak upadać, a kiedy już upadną, to potrafią jeszcze się potoczyć, czasem bardzo daleko, w bardzo nieprzyjemną ciemność. A kiedy upadną, niektórzy z nich potrafią się podnieść, czasem bardzo wczesne, ale czasem dopiero na samym, samiusieńkim końcu. A jak już się podniosą, to często o wiele wyżej niż ktokolwiek z nas. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że przez całe ich życie, tli się w nich to poczucie, że jednak świat realny nie jest do końca poznawalny. A ten ogień potrafi i palić i oświetlać drogę, jak nic innego.
I powtarzam raz jeszcze. Wolę tych meneli i tych bandytów o wiele bardziej, niż wielu z tych, którzy, przynajmniej we własnym mniemaniu, złapali prawdziwą tajemnicę za największy palec u nogi. Wolę te dzieci, rozkołysane wewnętrznym przekonaniem że Boga nie ma, a już że na pewno nie ma Szatana, od tych wszystkich którzy mówią to samo i zachowują się dokładnie tak samo, jak te dzieci, tyle że jeszcze na przykład z prawdziwa pasją zaczytują się w horoskopach i wierzą autentycznie i głęboko, że jeśli puścić porządną rakietę w sylwestrową noc, to następny rok będzie lepszy.
Wolę tych którzy w życiu nie zajdą do kościoła, bo ksiądz to pijak, a pani z plebanii to jego kochanka, ale jak zagrzmi, to robią znak krzyża, niż tamtych, którzy uważają, że to całe gadanie o dzieciach z Fatimy, to idiotyzm, oszustwo i że jeśli nawet coś tam się działo, to można to bardzo ładnie i naukowo wyjaśnić, natomiast wieczorem, jak wrócą z pracy, to pieczołowicie wycinają z gazet wszystkie możliwe informacje na temat tych wszystkich niewyjaśnionych przypadków lądowania na Ziemi pojazdów kosmicznych.
W moim wpisie, do którego się tu wciąż odwołuję, wyraziłem satysfakcję z tego powodu, że mój Kościół jest tak cierpliwy i tak kochający. Że nikogo nie odrzuca i że jest zawsze gotowy na przyjęcie tych, którzy nagle zostali porażeni tym światłem. Ale tu już zbliżam się bardzo niebezpiecznie do najbardziej oczywistych oczywistości, że zacytuję klasyka, więc najlepiej już skończę.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...