Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chelsea Clinton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chelsea Clinton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 grudnia 2021

To nie jest tekst o Chelsea Clinton, część ostatnia

 

Nie jestem pewien, czy publikowanie eseju Tuckera Carlsona na temat kapitalizmu w wersji turbo jest najlepszym sposobem na zakończenie tego roku, jednak mam bardzo smutne wrażenie, że to co możemy wyciągnąć z tego tekstu bardzo mocno pokazuje nam naszą teraźniejszość i niestety też przyszłość. A zatem, czemu nie? Zawsze pozostaje nadzieja, że ich wszystkich w końcu diabli wezmą, czego sobie i Państwu na ten nowy rok życzę. Część czwarta i ostatnia.  

 

 

     „New York Times” zwiastował to przyjście obszernym tekstem zatytułowanym „Dziś na Twitterze: Chelsea Clinton, bez cenzury”. Autor artykułu określił ją najwyższym możliwie komplementem jako „złośliwą i zaczepną”.

      CNN ową ocenę tylko potwierdził: „Wreszcie uwolniona z więzów politycznych ambicji matki”, głosiła telewizja, Chelsea „pojawiła się na portalu, bombardując scenę serią absolutnie wykjątkowych, niekiedy wręcz bezczelnych opinii, i wygłaszając je tonem, jakiego Ameryka w całej swojej historii nie słyszała”.

      Autorka „BuzzFeed”, Lauren Yapalater, prowadząca tam celebrycki kącik, niemal mdlała z ekscytacji: „W ostatnich tygodniach Chelsea komentuje każde krajowe wydarzenie w tweetach z jednej strony subtelnie zrównoważonych, a z drugiej okrutnie bezlitosnych”, dodając, że tweety Chelsea „oczyszczają nasze duszę”.

     Gdy chodzi jednak o zwykłych użytkowników Tweetera, nie zdziwiłaby reakcja całkiem przeciwna. Większość zamieszczanych przez Chelsea komentarzy nie różniła się bowiem praktycznie niczym od najbardziej banalnych, znanych nam aż nazbyt dobrze z codziennych wystąpień licznych przedstawicieli tak zwanych elit. Niektóre z nich były wręcz agresywnie prostackie.

      Jeden z przykładów: „Słowa bez czynów... nie znaczą nic. Puste słowa są... tylko słowami. Słowa wbrew czynom to... hipokryzja”. 

       Gdzie indziej coś takiego: „Wczoraj zobaczyłam człowieka w dżinsach i t-shircie jak jechał na desce. Temperatura była poniżej zera. Bogu dzięki, miał na głowie kask”.

       Faktycznie bezczelne. Oczyszczające duszę.

       Były jednak chwile kiedy Chelsea faktycznie potrafiła pokazać lwi pazur, zwłaszcza gdy współużytkownikom Twittera należało przypomnieć o Zasadach. W marcu 2017 roku, pewna firma jubilerska rozwiesiła żartobliwe billboardy: „Czasem nie jest źle obrzucić dziewczyny kamieniami”. Chodziło oczywiście o diamenty.

       Reakcja Chelsea: „Dowcipy o biciu dziewcząt nigdy nie są śmieszne. Nigdy”.

      W trakcie pierwszych miesięcy prezydentury Trumpa, doradca Białego Domu Steve Bannon zapytany o małą liczbę telewizyjnych briefingów, zażartował, że rzecznik prasowy Sean Spicer „nieco się roztył”. Chelsea natychmiast ruszyła do akcji:

       „Biały Dom, wykorzystując otyłość jako usprawiedliwienie, stosuje szyderczą stygmatyzację. Mamy rok 2017”.

       Gdy inny użytkownik Twittera zwrócił jej uwagę, że Bannon tylko zażartował, Chelsea pokazała jak potrafi być bezczelna. „A to okay”, napisała. „A więc szydził z otyłości tylko w żartach, po to tylko by uniknąć konieczności odpowiedzi na zadane pytanie. Jasne. Mamy rok 2017”.

        Tego typu pyskate wymiany „New York Times” potraktował jakby oto właśnie odnalazł nieznaną powieść Prousta, i opublikował specjalny artykuł na temat czytelniczych zwyczajów Chelsea, wraz z polecanymi przez nią tytułami i autorami. Również „Elle” w jednym z wydań zamieściło entuzjastyczny tekst zatytułowany „Chelsea Clinton o dziewczynach Obamy, o pokonywaniu nieśmiałości i o tym jak należy dodawać sił młodym dziewczętom”.

      „Variety” z kolei umieściło Chelsea na okładce i przedstawiając ją jako eksperta od mediów społecznościowych, przeprowadziła z nią obszerny wywiad. Poziom zadawanych pytań mogło wyznaczać choćby takie: „Jak to się stało, że jest pani aż tak samodzielna?”

      Czy „Kiedy była pani dzieckiem, co było pani ulubionym jedzeniem?”

       Tu zresztą odpowiedź jakiej Chelsea udzieliła, ujawniała wiele na temat tego jak mogło wyglądać jej dzieciństwo: „Lubiłam zdrowe jedzenie, bo tak naprawdę rodzice nie pozwalali mi jeść niczego innego”.

      Pod koniec roku 2017 Chelsea pojawiła się na łamach „Teen Vogue”, gdzie opublikowała otwarty list do dzieci, który w najgorszym razie mógł się zaczynać jak późnowieczorny elaborat na Facebooku i w żadnym wypadku nie brzmiał jak coś, czego byśmy pragnęli dla naszych dzieci, ani nawet jak coś, co one same miałyby ochotę czytać. „Teen Vogue” zdecydował się jednak to coś opublikować.

      W owym liście Chelsea Clinton atakowała Donalda Trumpa, oraz agresję w szkołach, występowała przeciwko zmianom klimatu by wreszcie wylać z siebie całą złość na to, że US Army nie przyjmuje w swoje szeregi osób transpłciowych. To był początek, na końcu zaś Chelsea zaznaczyła, że ochrona dzieci nie jest cudzym obowiązkiem, lecz obowiązkiem nas wszystkich – nawet jeśli Prezydent uważa inaczej.

        Z punktu widzenia czytelników, tam nie było absolutnie nic nowego. Interesujące jest natomiast to, czego Chelsea nie napisała. Nie wystąpiła jednym słowem przeciwko zastanemu porządkowi świata, ani nawet nie zauważyła jego istnienia. Nie zastanowiło ją, jak to jest coraz mniejsza liczba Amerykanów ma wpływ na coraz bardziej rozszerzający się podział narodowego majątku. Nie zapytała, dlaczego średnia klasa stopniowo wymiera, ani dlaczego amerykańskie społeczeństwo jest coraz bardziej podzielone. Nawet na moment nie zainteresowała się tym, jak to możliwe że ktoś tak przeciętny jak ona sama mógł zyskać sławę i majątek w kraju, który wręcz szczyci się że wyrósł dzięki indywidualnym osiągnięciom.

       Jeśli system zwany merytokracją rzeczywiście gdzieś istnieje, dlaczego „Teen Vogue” udaje, że list tak dramatycznie bylejaki jest wart rozpowszechnienia? To by było dobre pytanie.

      Chelsea jednak go nie zadała. Tu akurat odpowiedź na nie jej nie interesuje. I ona nawet nie ma pojęcia, że powinna.

      W świecie w jakim Chelsea Clinton żyje, nie ma nikogo kto jej powie, że się myli.



 

czwartek, 30 grudnia 2021

O kapitalizmie po kapitalizmie, którego nie było - część 3

 

Dziś trzecia – i jednocześnie przedostatnia –  część sagi o Chelsea Clinton, zwiastunie kapitalizmu jakiego świat nie znał nigdy wcześniej.

 

 

      I to był moment, kiedy to Chelsea Clinton była bardziej zapracowana niż kiedykowiek wcześniej. Najpierw otrzymała dofinansowanie na produkcję filmu o międzywyznaniowej przyjaźni, jednak już chwilę potem została zatrudniona jako wiceprezes Clinton Foundation, potężnej pozarządowej organizacji prowadzonej przez jej rodzinę. Oficjalnie zarejestrowana jako organizacja dobroczynna, Fundacja jak najbardziej prowadziła interesy czysto biznesowe. Z e-maili ujawnionych podczas kampani roku 2016 można było się dowiedzieć, że były doradca Clintonów informował że Chelsea i jej mąż, Marc Mezvinsky, wykorzystywali Fundację do działalności doradczej przy inwestycjach prowadzonych przez Eaglevale Partners, hedżingowy fundusz Mezvinsky’ego. W odróżnienoiu od swojej żony, Mezvinsky nie musiał się szczególnie wysilać, żeby dbać o swoje finanse.

        Jednocześnie jednak, jak najbardziej, bardzo się starał, by pieniądze zdobywać. Eaglevale Partners zdołało przyciągnąć do siebie inwestorów z portfelem w wysokości setek milionów dolarów, w tym bardzo poważne sumy od przeróżnych sponsorów Rodziny. Sam Mezvinsky, co ciekawe, część zarobionych pieniędzy któregoś dnia postanowił zainwestować w przyszłość greckiej gospodarki, co akurat okazało się posunięciem wyjątkowo nieprzemyślanym.

        I tak, na początku roku 2016 „Hellenic Opportunity Fund” zaliczał już stratę w wysokości 90% swej oryginalnej wartości. Nie minął miesiąc od wyborczej porażki Hillary Clinton, jak cały hedżingowy fundusz Mezvinsky’ego upadł z kretesem. Inwestorzy zarządali od niego zwrotu pieniędzy, a skoro główny protektor Mezvinsky’ego wylądował na politycznym marginesie polityki, cała jego dotychczasowa przebiegłość zamieniła się w żart.

        Przez wszystkie lata obecności Chelsea Clinton na publicznej scenie, mało kto miał odwagę choćby jednym zdaniem wspomnieć o tym, że jej sukces był niczym innym jak tylko wynikiem ordynarnego kumoterstwa i prostego nepotyzmu. Niektórzy tylko zechcieli zauważyć, że owe sukcesy były osiągane z żałosną wręcz łatwością, w dodatku bez cienia świadomości ze strony samej zainteresowanej.

         Tu jednak media pozostały nadzwyczaj dyskretne. Przez wszystkie te lata ogłaszały Chelsea osobą o nadzwyczajnych wręcz talentach, i co ciekawe robiły to w przekonaniu, że taka właśnie jest prawda.  Poświęcony jej artykuł w magazynie „Parade” z roku 2013 pozostaje do dziś bardzo typowy:

„Precyzja myślenia Chelsea pozostaje niewzruszona. Dziewczyna ta wykazuje nadzwyczajne wręcz panowanie nad każdą syskutowaną kwestią i jak nikt inny zachowuje pełną koncentrację na temacie. Nikt też tak jak ona nie potrafi cytować z pamięci choćby najbardziej zawiłych danych statystycznych, dzięki czemu pozwala sobie ona zarówno na słowa uznania, jak i krytyki. Powszechnie mało znane słowa, takie jak ‘metryka’, czy ‘kohorta’ pojawiają się w wypowiadanych przez nią zdaniach w sposób całkowicie naturalny”.

         Jeśli mamy za sobą zdany egzamin maturalny, możemy uznać że wyrazy takie jak „metryka”, czy „kohorta” nie należą do szczególnie egzotycznych, jednak wydawcy „New York Timesa” mają tu swoje wątpliwości. To tam mianowicie pojawił się tekst, w którym rozpływano się nad tym, że w którejś ze swoich wypowiedzi użyła Chelsea takich słów jak „anatema”, czy „behemot” , natomiast internetowa strona Refinery29 pogratulowała jej użycia słowa „zakrzywiony”.

          W roku 2014 magazyn „Fast Company” ogłosił Chelsea nie tylko wyjątkowo sprawnym mówcą, ale też autentycznym wizjonerem: „Chelsea to osoba równie inteligentna i błyskotliwa jak każdy biznesmen z Krzemowej Doliny z jej pokolenia”.

           Biorąc to wszystko pod uwagę, nie ma się co dziwić, że magazyn „Glamour” odznaczył Chelsea nagrodą Kobiety Roku 2014. Oficjalnie nagroda została przyznana Chelsea za jej pracę w Clinton Foundation, jednak nie udało się nam poznać szczegółów odnośnie tego, na czym owa praca miała konkretnie polegać. A o tym, bym była ona wykorzystwywana do pozyskiwania funduszy na interesy męża Chelsea Clinton, też nie wspomniano.

        Mimo wyborczej porażki swojej mamy, Chelsea nie wycofała się z życia publicznego. Ambitni biznesmeni nigdy nie składają broni. Zamiast tego natomiast wydała Chelsea bardzo współczesną kulturowo książkę dla dzieci zatytułowaną „Ona się uparła”, którą następnie promowała podczas specjalnej trasy po 12 miastach. Wydawca określił to coś jako wykład przeznaczony dla „małych feministek, mini aktywistek i wszystkich dzieci, które pragną zdobyć świat”. Ile z owych dzieci książkę Chelsea Clinton przyczytało pozostaje zagadką.

         W wieku 36 lat, zdążyła już być Chelsea wykładowcą na Oxfordzie, wziętym konsultantem, ekspertem od hedżingowych funduszy, dyrektorem w korporacjach, korespondentem stacji telewizyjnych, prezesesm organizacji pozarządowych, autorem książek, producentem filmów dokumentalnych i, wreszcie, głównym doradcą w prezydenckiej kampanii. Jeśli się zastanowić, to poza ewentualnie Krzyżem Wiktorii za wrodzoną elegancję, nie mogła ona już liczyć na wiele więcej. W tej sytuacji, pozostało już tylko to by uznać Chelsea za intelektualistkę. Terenem działalności Chelsea stał się Twitter.



 

środa, 29 grudnia 2021

Swiat po tak zwanym "kapitalizmie" - ciąg dalszy

 

Dziś zapraszam na kolejny odcinek refleksji na temat tak zwanego kapitalizmu.

 

 

     Mimo tak serdecznego odrzucenia materialnych wartości, w ciągu ośmiu lat prezydentury Obamy, Chelsea jakimś cudem bardzo się wzbogaciła. W roku 2011, została zatrudniona przez NBC jako specjalny korespondent, co przynajmniej dla niektórych mogło się wydać czymś bardzo zaskakującym, z tego choćby względu, że nie dość że nie pracowała nigdy w telewizji, to nawet nie miała jakiegokolwiek doświadczenia jako dziennikarka. Prawdę powiedziawszy, nie miała wówczas Chelsea Clinton jakiegokolwiek doświadczenia w jakiejkolwiek dziedzinie.

      Dla NBC fakt ów pozostawał kompletnie bez znaczenia i z tego też pewnie względu właściciele firmy przyznali Chelsea pensję w wysokości 600 tys. dolarów rocznie, o wiele więcej niż zarabiali wszyscy inni początkujący korespndenci. Był to jednak czas kiedy było powszechnie wiadome, że mama Chelsea szykuje się do wyścigu o prezydencką nominację i zdaniem wielu miała bardzo duże szanse zwycięstwa. Rzecznik prasowy Chelsea określił jej nową pracę dla NBC jako możliwość „służby dla dobra publicznego”.

      Pracowała Chelsea Clinton w NBC niemal trzy lata i można dyskutować nad tym, jak wiele publicznego dobra w tym okresie stworzyła. Przez wszystkie dni spędzone w NBC udało jej się przygotować bardzo niewiele korespondencji. Raz pojechała do Kenii, by przekazać relację z sierocińca dla słoni. Inny razem przeprowadziła kilka rozmów z uczestnikami programu o nazwie Przybrani Dziadkowie. Najbardziej jednak zapadł światu w pamięć wywiad jaki przeprowadziła z animowanym gekonem, bohaterem kampanii reklamowej towarzystwa ubezpieczeniowego Geico, a konkretnie pytanie jakie zadała gekonowi, a mianowicie czy zdarza mu się być rozpoznawanym na ulicy.

       Kiedy wreszcie znudziło się jej to zajęcie, by móc się zająć doradzaniem swojej mamie w kampanii, „Business Insider” wyliczył że przez wspomniane trzy lata, Chelsea pojawiła się w telewizyjnych relacjach przez 58 minut, a więc niecałe  cztery sekundy dziennie. Za każdą minutę obecności na ekranach telewizorów, NBC płaciło Chelsea 26 724 dolary.

      Jednak dostarczanie korespondencji dla NBC nie było jedynym zajęciem Chelsea. W roku 2011, wciąż będąc studentką Oxfordu, objęła stanowisko członka zarządu wielkiego medialnego konglomeratu IAC/InterActiveCorp. Z tego tytułu otrzymała wynagrodzenie w wyskości 50 tys. dolarów rocznie, a więc tyle ile wynosi dochód przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa domowego, a do tego jeszcze 250 tys. dolarów rocznie w akcjach firmy.

      W wydanym oświadczeniu IAC chwaliło się, że „umiejętności oraz doświadczenie Chelsea znakomicie uzupełniają ekspercki poziom prezentowany przez innych czlonków zarządu”. Oświadczenie nie wyjaśniało jakiego to rodzaju umiejętności zrobiły na firmie aż takie wrażenie. Można było odnieść wrażenie, że istnieje pełna zgoda co do tego, że Chelsea Clinton należy do najbardziej utalentowanych i zasłużonych osób na świecie. Prawdą jest natomiast to, że prezesem zarządu IAC jest Barry Diller, wieloletni przyjaciel i sponsor rodziny Clintonów.

       Niezależnie od tego, co konkretnie robiła Chelsea w zarządzie IAC, musiało to być coś bardzo poważnego, ponieważ w roku 2017 Diller obdarował ją kolejnym stanowiskiem, tym razem w zarządzie firmy turystycznej Expedia, której również jest prezesem. Owe dodatkowe miejsce zostało zresztą stworzone specjalnie dla niej, tak by i tu mogła się finansowo podciągnąć, zarabiając 45 tys. dolarów rocznie, plus 250 tys. rocznie w akcjach firmy. Całkiem nienajgorzej jak na kogoś, kto z zasady odrzuca wartość pieniądza. Można odnieść wrażenie, że dobro wręcz się garnie do tych, którzy go nie pragną. Depak Law of Deatchment * –  w bezpośrednim działaniu.

      Tymczasem Chelsea rozpoczęła nowy etap w swoim życiu, przyjmując bardzo lukratywną propozycję występowania z przemówieniami motywacyjnymi. Początki były niełatwe. W roku 2015 władze Universisty of Missouri w Kansas City stanęły jak wryte słysząc jak Chelsea zawołała o 275 tys. dolarów za pojedyńcze wystąpienie, jednak kiedy poprosiła o 65 tys. dolarów za krótką wizytę na kampusie, nie potrafiły jej odmówić.  z czasem jednak sytuacja się uporządkowała i posypały się odpowiednio wynagradzane wystąpienia.

 *Deepak Chopra – niezwykle popularny amerykański szarlatan i coach, autor bestsellerowego poradnika zatytułowanego „Siedem duchowych praw sukcesu”.


CDN

wtorek, 28 grudnia 2021

Tucker Carlson, czyli świat po kapitalizmie, którego nigdy nie było

 

Dziś znów chciałbym zaproponować Państwu własne tłumaczenie fragmentu tekstu znanego nam skądinąd Carlsona Tuckera, tym razem o rodzinie Clintonów, a tak naprawdę o zjawisku znacznie głębszym i znacznie bardziej uniwersalnym. Dziś część pierwsza.

 

 

      Był taki czas, gdy Bill i Hillary Clinton w stosunku do takiego Facebooka – gdyby ten wówczas istniał – i jego dzisiejszej uległości wobec autorytarnych reżimów wykazywaliby głęboką nieufność. Clintonowie wkroczyli w amerykańską politykę w okresie, gdy młodzi wykształceni Amerykanie uważali się za jednoznacznych libertarian oraz zaciekłych wrogów establishmentu. Bill i Hillary Clinton nienawidzili Nixona i wspierając kampanię jego przeciwnika, socjalisty George’a McGoverna. Bill pomagał w organizacji protestów przeciwko wojnie jaką w Wietnamie prowadził Lyndon Johnson, a pierwsze poważne wystąpienie Hillary, jakie w roku 1969 wygłosiła na zakończenie roku akademickiego w Wellesley College, stanowiło bardzo ostry atak przeciwko innemu mówcy, republikańskiemu senatorowi Edwardowi Brooke, któego Clinton krytykowała za to, że ten był bardziej skłonny do wspierania stopniowych zmian społecznych, niż rewolucyjnego protestu.

      Dziś Clintonowie nie są, łagodnie mówiąc, wierni tamtym przekonaniom, i to nie tylko dlatego, że mają już swoje lata. Po całych dziesięcioleciach pozostawania przy władzy, Clintonowie stali się super-bojownikami o zachowanie status quo, tak politycznego, jak i gospodarczego.

      Prezydencka kampania Clinton w roku 2016 nie przypominała niczego innego jak wściekłego ataku na wszelką rewolucję, która mogłaby zaszkodzić obecnej władzy, a już zwłaszcza pozycji, jaką ona sama, Hillary Clinton, zdobyła. Była gotowa na współpracę z partyjnymi przywódcami, byle tylko w ten sposób zaszkodzić swojemu  głównemu przeciwnikowi, Berniemu Sandersowi, który stanowił zagrożenie głównie z tego względu, że był bardziej popularny wśród młodszych, bardziej idealistycznie nastawionych wyborców Demokratów. To jak daleko Clinton potrafiła się posunąć stanowiło cyniczną próbę ze strony cynicznego przedstawiciela establishmentu utrzymania się za wszelką cenę przy władzy.

       Jednym z największych paradoksów amerykańskiej polityki stało się to, że to właśnie ów cynizm zniszczył jej kampanię. Mimo że doradcy Clinton zwracali jej uwagę, że powinna przede wszystkim apelować do frustracji klasy średniej, Hillary odmówiła. Uznała populistyczne pretensje za wyjątkowo tanie, a co najgorsze, za pozbawione sensu. Uznała, że ludzie i tak uwierzą we wszystko co ona im powie. A zatem kampania Clinton trzymała się dzielnie swojego oryginalnego przesłania: „Wszystko jest okay, tyle że potrzebujemy  nowego prezydenta, którym będzie Hillary. A każdy kto uważa inaczej to tępy wieśniak”. Nawet najbardziej posunięty w latach polityk nie mógł być bardziej oderwany od rzeczywistości.

       A zatem, nie ma się co dziwić, że dla jedynego dziecka Hillary, zwykli ludzie, których ona rzekomo wspiera, są jeszcze bardziej egzotyczni. W odróżnieniu od swojej mamy, Chelsea Clinton nigdy nie przeszła drogi od zbuntowanego dziecka na najwyższy poziom establishmentu. Chelsea urodziła się jako ważna część owego establishmentu i tam już pozostała. Stanowi ona żywe ucieleśnienie dzisiejszej klasy rządzącej Ameryki.

       Urodzona w roku 1980, gdy jej ojciec był gubernatorem stanu Arkansas, Chelsea Clinton żyje i rozwija się kompletnie obok naszej merytokratycznej elity. Zanim ukończyła 12 lat, zamieszkała w Białym Domu i została zapisana do Sidwell Friends School, gdzie dzieci prezydentów, ministrów, oraz przedstawicieli największych waszyngtońskich mediów kształcą się od dziesięcioleci.

        Ukończywszy Sidwell, z długiej listy uniwersytetów, które gotowe były ją przyjąć, takich jak Harvard, Yale, Princeton, czy Brown, Chelsea wybrała jeszcze inny, czyli Stanford. Jak w tamtym czasie donosiły niektóre media, Harvard robił wszystko by uspokoić innych kandydatów, że Chelsea „absolutnie nie grała kartą tatusia” i została zaakceptowana wyłącznie w oparciu o oceny i wyniki testów. Przy tym jednak tak się dziwnie złożyło, że wszystkie czworo dzieci ówczesnego wiceprezydenta Ala Gore zostały akurat przyjęte do Harvardu, a my się możemy oczywiście domyślać, że również i tu na podstawie ocen i wyników testów.

      Po ukończeniu studiów na Stanfordzie, Chelsea udała się do Oxfordu, gdzie uzyskała dyplom w dziedzinie stosunków międzynarodowych, a dziekan oxfordzkiego University College nie omieszkał poinformować, że „college z radością rozszerzy swoje kontakty z rodziną Clintonów”.

      Wkrótce po ukończeniu studiów, Chelsea otrzymała jedną z najbardziej prestiżowych ofert pracy na świecie, w zarządzie firmy konsultingowej McKinsey & Company, stając się najmłodszą osobą w swojej kategorii. Mimo kompletnego braku doświadczenia w finansach, biznesie, czy w ogóle na rynku pracy, objęła dokładnie to samo stanowisko, co jej rówieśnicy, często posiadacze dyplomów MBA. W wieku 23 lat otrzymywała wynagrodzenie w wysokości 120 tysięcy dolarów rocznie.

      Nie zagrzała tam jednak miejsca zbyt długo. Po zaledwie trzech latach, w wieku 26 lat, Chelsea została zatrudniona w branży chemicznej, jako analityk w firmie Avenue Capital Group, z funduszem hedgingowym w wysokości 12 miliardów dolarów. Jej pensja została utajniona, ale możemy zgadywać, że nie była mała. Warto natomiast zauważyć, że właścicielem Funduszu był wieloletni sponsor rodziny Clintonów, Marc Lasry.

      W wywiadzie, jakiego w roku 2014 udzieliła magazynowi „Fast Compamy”, Chelsea wyraziła się z pogardą co do korzyści finansowych jakie stały się jej udziałem. Swoje wcześniejsze zatrudnienie określiła jako proces samoodkrywania się, rodzaj metafizycznego eksperymentu który pozowolił jej odrzucić materializm i wznieść się ponad tych wszystkich smutnych biedaków goniących za pieniądzem.

       - Byłam ciekawa, czy jestem w stanie przejmować się pieniędzmi na zupełnie podstawowym poziomie, i okazało się że to nie dla mnie – powiedziała. – To nie była miara sukcesu, której pragnęłam w życiu.

       By zaznaczyć swoje oddanie prostej egzystencji, w nowojorskim Flatiron District, za 10 mln dolarów, Chelsea i jej mąż kupili sobie apartament o powierzchni 1500 metrów kwadratowych. Jak oceniono, ów apartament był największym w całym Nowym Jorku, zajmując powierzchnię jednego kwartału 






 

Jutro część druga.

 

 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...