Minione dni sprawę Katastrofy Smoleńskiej stawiają w świetle szczególnym. Szczególnym nie dlatego, że oto dowiadujemy się rzeczy, o których wcześniej nie słyszeliśmy, czy których nie mogliśmy się spodziewać, ale z tego powodu, że przez te dwa niezwykle dni wszystkie te dotychczas tak porozrzucane informacje otrzymaliśmy w formie usystematyzowanej i bardzo solidnie uporządkowanej. To czego się właśnie dowiedzieliśmy, robi wrażenie może jeszcze większe z tego powodu, że, jeśli wsłuchamy się w reakcję Systemu na to co przedstawił Antoni Macierewicz i jego zespół, możemy nabrać jeszcze tylko większej pewności, że oni nie mają już na swoją obronę dokładnie nic. Czy to znaczy, że System milczy, lub że zakłopotany przestępuje z nogi na nogę? Ależ nie. Oni nie znają ani zwykłego wstydu ani nie wyższego sumienia. Więc oczywiście stoją z podniesionymi głowami i tak jak dotychczas odprawiają swoje zaklęcia. Tyle że przy okazji nie potrafią ukryć czegoś, co nawet im nie jest obce – mam tu na myśli zwykły ludzki strach.
Konferencja Zespołu i sposób w jaki ona została zorganizowana, nie pozostają wątpliwości co do szczególnej staranności, z jaką Antoni Macierewicz i współpracujące z nim osoby podeszły do sprawy. Sama prezentacja oczywiście została przeprowadzona – jak to zwykle bywa – raz lepiej raz gorzej, natomiast czas, jaki dano zgromadzonym na niej dziennikarzom na zadawanie pytań, był wystarczająco długi, a swoboda ich zadawania wystarczająco duża, żeby każdy z nich, byle tylko odpowiedni przygotowany, mógł, jeśli tylko by chciał i potrafił, obrócić ów pokaz determinacji w wyjaśnieniu przyczyn tamtego nieszczęścia sprzed roku w autentyczny pył. Jeśli tylko którykolwiek z obecnych na prezentacji dziennikarzy podzielał – a myślę, że takich było grono dosyć liczne – tak chętnie i powszechnie dziś wyrażaną w mediach opinię, że prace Zespołu to uzurpacja i popis niekompetencji, nie miał żadnego problemu z tym, by stanąć i skutecznie Antoniego Macierewicza ukarać za jego rzekomą butę i polityczne chuligaństwo.
Tymczasem, co mogliśmy wszyscy obejrzeć bardzo wyraźnie podczas telewizyjnej relacji, żaden z nich, choćby na krótką chwilę nie potrafił ani Antoniego Macierewicz, ani biorącego udział w tej konferencji Jarosława Kaczyńskiego zmusić nawet nie do wycofania się ze swoich ewentualnych kłamstw i manipulacji, ale wręcz do pokazania choćby lekkiego zaniepokojenia. Przez cały pierwszy dzień i przez wszystko to, co mieliśmy okazję oglądać dzisiaj, żaden z nich nawet nie mrugnął okiem, by dać powód do przypuszczeń, że gdzieś coś przegapił, lub zaniedbał.
Oczywiście ktoś powie – a ja też nie mam szczególnego powodu, by ten argument lekceważyć – że trudno się spodziewać, by ta banda gówniarzy, którzy ledwo co zostali poinformowani, że są ważnymi dziennikarzami, była w stanie wchodzić w polemikę czy to z Antonim Macierewiczem, czy Jarosławem Kaczyńskim. Nie ma bowiem takiej możliwości, by jakaś tefaunewska lalunia, czy jeden z drugim zezowaty i sepleniący syn swojego tatusia, czy młodszy brat swojego starszego brata, lub kolega czyjegoś syna, wiedzieli cokolwiek więcej ponad to, ze trzeba być bezczelnym i pchać się w każde drzwi. No ale przecież oni mają swoich szefów, a ci szefowie mają swoich z kolei szefów, a nad nimi wszystkimi stoi potężny System, i chyba wszyscy oni są w stanie zorganizować wszystko tak, żeby Antoni Macierewicz z jego kłamstwami dostał po głowie od razu na miejscu i na oczach czekającego na ten piękny moment tłumu. A więc jeśli dziś okazuje się, że ani ta dzidzia ani mały Kazio nie potrafią, to niechby animatorzy tej całej agresji wysłali tam może kogoś naprawdę przeszkolonego, choćby takiego Grzegorza Miecugowa. Z tych jego popisów, które on dziś przedstawia u siebie w studio możnaby sądzić, że on akurat z całą pewnością potrafiłby stawić czoła tej prawdzie, która mu aż tak bardzo nie pasuje. Czyż nie?
Jednak z jakiegoś powodu – a myślę, że każdy z nas wie, co to za powód – na prezentację prawdy o Smoleńsku System posłał Dzidzię i Kazia. Miecugow, a z nim cała ta banda wybitnych jak sto diabłów, jak to wiemy już od ponad roku, lotniczych ekspertów, poczekali bezpiecznie w tefauenowskiej stołówce, a jak nadszedł odpowiedni czas, to przyszli i pokazali światu, jacy są ważni. Przepraszam bardzo, ale ten rodzaj tchórzostwa zasługuje w najlepszym razie na wzruszenie ramionami. To jest bowiem ten rodzaj bohaterstwa, z jakim każdy z nas miał do czynienia jeszcze pewnie przedszkolu, gdzie od czasu do czasu pojawiał się jakiś niedzielny rycerz, który robił się szczególnie mądry i dzielny dopiero po powrocie do domu przed lustrem. A kiedy sytuacja wymagała od niego reakcji szybkiej i odważnej biegł na skargę do pani.
Co za szmaty! Ledwo skończyła się owa niezwykła prezentacja, a Antoni Macierewicz pozostawił po niej tę smutną zbieraninę wyłącznie w formie zwłok, nagle okazuje się, że dopiero teraz rozpoczęła się prawdziwa debata. Bo Macierewicz akurat dzięki Bogu poszedł do innych zajęć i jest szansa że się przynajmniej przez jakiś czas nie pojawi.
Co za szmaty! Oglądam i słucham tego Miecugowa i tych dwóch podobno pilotów, których System wygrzebał gdzieś w swoich archiwach, by powiedzieli, jak to każde słowo Macierewicza to bzdury i brednie, i brakuje mi już tylko tego, by któryś z nich powiedział coś w stylu: "Gdybym tylko miał okazję, to bym temu Macierewiczowi pokazał gdzie raki zimują... tylko, że jakoś, matko, straszno". I jest mi z tą myślą bardzo dobrze. Bo wiem jedno. Oni się muszą bać już nawet nie bardzo, ale wręcz panicznie. Gdyby było inaczej, my akurat nie bylibyśmy w tak radosnych nastrojach. A to że przyszłość aż tryska ostatecznym tryumfem prawdy, widać dziś jak na dłoni.
Wszystkich, którym powyższy tekst się spodobał, proszę serdecznie o łaskawe wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.