Kiedy owo lewackie bydło zaczaiło się
nocą na placu ks. Henryka Jankowskiego i wśród triumfalnie przybijanych
„piątek” przewróciło jego pomnik, pomyślałem sobie, że nie tak mało jednak
czasu musiało upłynąć zanim ciało księdza prałata ostygnie na tyle, by oni
wszyscy mogli bezpiecznie podnieść swoje łby. Dziś jest już tak, że nie tylko Bogdan
Borusewicz, ale i prof. Cenckiewicz publicznie głoszą, że i jego homoseksualizm
i pedofilia i, jak najbardziej, współpraca Księdza ze Służbą Bezpieczeństwa
były dla osób wtajemniczonych znane od wczesnych lat 80-tych, no i tylko ten
nieboraczek Lechu Wałęsa idzie w zaparte i powtarza, że on w to co się mówi o
Księdzu „nie może uwierzyć”. A ja się oczywiście zastanawiam, co się takiego
stało, że szczególnie marszałek Borusewicz, który dziś chodzi po mediach i
zdradza najdrobniejsze szczegóły występków ks. Jankowskiego, przez te wszystkie
lata milczał jak zaklęty, a szczególnie wtedy, gdy obaj się z Księdzem ściskali
i przekazywali sobie znak pokoju.
I proszę sobie nie myśleć, że ja tu
próbuję księdza prałata wybielać, czy wręcz sugerować, że to wszystko czego się
dziś dowiadujemy to brudne plotki. Jako osoba mniej więcej od roku 1991
szczególnie podejrzliwa, zawsze twierdziłem, że gdy chodzi o niego, choć w
żaden sposób nie jego jedynie, nie uwierzę, dopóki na jego rękach „nie zobaczę
śladu gwoździ”. A zatem jestem pewien, że to co mówią Borusewicz i Cenckiewicz
to najprawdziwsza prawda, tyle że wciąż mnie gnębi myśl, czemu oni się zrobili
tacy odważni dopiero dziś, kiedy to pomnik Księdza właśnie runął.
Ponieważ od tych zdarzeń minął już jakiś
czas, ktoś może mnie zapytać, czemu i ja tak długo czekałem, by zabrać głos.
Już odpowiadam. Przede wszystkim, nie uważałem, że w tym całym medialnym
zamieszaniu i w sytuacji w gruncie rzeczy aż nazbyt oczywistej, komuś jest w
ogóle potrzebny mój komentarz. Dziś natomiast się odzywam w związku z czymś
znacznie moim zdaniem ciekawszym i bardziej też inspirującym, a mianowicie
faktem, że oto między innymi BBC zakazało puszczania piosenek Michaela
Jacksona, a to z tego względu, że jak się nagle „okazuje”, wszystkie te dzieci,
które on sobie kazał sprowadzać do swojej posiadłości, były przez niego brutalnie,
systematycznie i bez ograniczeń seksualnie wykorzystywane. I tu znów powstaje
pytanie, jak to się stało, że to o czym tym razem już nie tylko osoby
wtajemniczone, ale wręcz cały świat, wiedział doskonale i co ów świat w pewnym
momencie zdecydował się potraktować jako zupełnie naturalny fragment owego
egzotycznego krajobrazu znanego pod nazwą przemysłu rozrywkowego, nagle staje
się światową sensacją i skandalem. Co ja mówię, świat wiedział? Świat to
wiedział, ale też afirmował jako część owego mitu wiecznego dziecka,
współczesnego Piotrusia Pana we współczesnym i jak najbardzie realnym Neverlandzie.
Czemu? Bo to była cześć owej oferty, który przynosiła wcale nie byle jakie
pieniądze... do czasu gdy się zaczęło robić na tyle niebezpiecznie, że trzeba
to było w najbardziej brutalny, a więc jedyny dostępny, sposób przerwać i tego
nieszczęśnika zabić.
Od wczoraj próbujemy oglądać ów film – co daję
słowo, nie jest łatwe – w którym, z najdrobniejszymi szczegółami, przez bite
cztery godziny, ofiary Jacksona, wówczas zaledwie kilkuletnie dzieci,
opowiadają, jak to się wszystko zaczęło i jak, w świadomości i przy zgodzie
osób jak najbardziej dorosłych, niczym nie zakłócone, trwało, a ja próbuję
wejść w emocje tych wszystkich osób, które nagle zaczynają się oburzać i
krzyczą: „Stop przemocy seksualnej!”. I jestem pełen bardzo szczególnych
refleksji.
Ostatnio tu u nas zapanowała atmosfera
walki o tak zwaną „wolność seksualną”, w ramach której władze Warszawy i
Krakowa zapowiadają wejście w życie tak zwanej „Karty LGBT+”, tradycyjnie
zorientowana część społeczeństwa natomiast przeżywa pojawiające się tu i tam
obrazki, na których jacyś ufryzowani zboczeńcy czytają dzieciom bajeczki. Owa
walka trwa w najlepsze, a ja sobie myślę, że gdzieś poza naszą świadomością
dzieje się coś naprawdę ważnego, czego pierwszorzędnym symbolem jest zakaz
grania piosenek Michaela Jacksona w BBC. Mam bowiem bardzo mocne podejrzenie,
że to jest zaledwie początek i już niedługo świat nie wytrzyma i te wszystkie
drag queens, a wraz z nimi cała ta straszna cywilizacja śmierci, zostaną
przegonione na cztery wiatry. I kiedy ów świat wróci do względnej równowagi, my
tutaj w Polsce jak zawsze pozostaniemy jak ci głupi z ręką w nocniku, którzy
nie zorientowali się w porę, skąd i jakie wieją wiatry. Nie pierwszy zresztą raz
i nie ostatni.
I tylko pozostaje żal, że w koszta tego
szaleństwa wliczyć trzeba będzie piosenki i nadzwyczajny muzyczny talent
wielkiego, cudownego, niezastąpionego artysty, jakim był Michael Jackson.