Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Garnizonowy w Katowicach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Garnizonowy w Katowicach. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 grudnia 2012

O tym co na skale. Na tej skale.

Swego czasu o tym już wspominałem, ale wypada przypomnieć. Otóż niemal dokładnie po przeciwnej stronie od naszego domu znajduje się kościół garnizonowy, który traktujemy, jako swój. Jest to nasz kościół od czasu, kiedy tu zamieszkaliśmy, i jako swój zaczęliśmy traktować też nasz nowy dom. A trzeba przyznać, że trochę to trwało. Poprzednio, choć należeliśmy do tej samej parafii – bałwanom, którzy przez nową cywilizację zostali tak ukształtowani, że znaczenia tego słowa zwyczajnie nie rozumieją, wyjaśniam, że w tradycyjnym świecie parafia to, poza rodziną, podstawowa jednostka organizacji społeczeństwa – chodziliśmy do kościoła parafialnego i to tam czuliśmy się jak u siebie. Nigdy nie zapomnę tamtej niedzieli, kiedy obudziliśmy się w nowym miejscu i poczuliśmy tę nieopisaną samotność, którą mogła uleczyć tylko Msza Święta w naszym starym kościele.
No ale, jak mówię, kiedy poczuliśmy się wreszcie u siebie, również i nasz nowy kościół stał się naszym nowym domem. I to tu właśnie, przynajmniej ja, czuję się dziś najlepiej. Dziwne jest to miejsce. Nasz kościół jest kościołem garnizonowym, proboszczem jest zawsze kapelan wojskowy, to tu, w tym kościele, mieści się siedziba organizacji rodzin katyńskich, to tu odbywają się wszelkie uroczystości wojskowe, to tu wreszcie przy szczególnych okazjach do mszy służą policjanci, sokiści, i wszelkie inne służby mundurowe, no i to tu każdego 10 kwietnia katowicki oddział PiS-u zamawia tradycyjną już mszę za ofiary Smoleńska.
Niezwykły jest to kościół. Trochę przez swoją architekturę, trochę przez wewnętrzny wystrój, ale też i przez to, że jest to już chyba jeden z ostatnich kościołów, gdzie wciąż funkcjonują tradycyjne balaski, przez co starsi ludzie, przystępując do Komunii Świętej, mogą się podeprzeć, a młodsi przyjmować ją, tak jak to zawsze robili, na klęcząco. No i mieć też pewność, że Msza Święta zostanie odprawiona bez udziału jakiegoś rozmodlonego dziecka z gitarą, czy z fletem, natomiast przy dźwiękach zwykłych organ.
Myślę, że przez to jednak, że wojska w Katowicach już nie ma i trochę też nie do końca wiadomo, z myślą o kim ten kościół tak naprawdę jeszcze funkcjonuje, odnoszę wrażenie, że tak zwany Ordynariat Polowy, decydując o tym, kto nam będzie proboszczował, traktuje to miejsce trochę jak miejsce zsyłki. A zatem, kiedy już dostaniemy nowego proboszcza, to on najczęściej po paru miesiącach jest stąd bez słowa wysyłany albo gdzieś do Afganistanu, albo do jakiegoś Malborka, a my się możemy tylko zastanawiać, o co poszło tym razem – o pijaństwo, kobietę, czy może o jakieś malwersacje?
Z dotychczasowym proboszczem byłem może nie zaprzyjaźniony, ale powiedzmy, że śmy się znali. Zaczęło się przez to, że kandydowałem do Sejmu, on jakoś na mnie zwrócił uwagę, no i chyba zaczął mnie traktować, jako prominentnego parafianina. Dałem mu swoją książkę o liściu i z dumą przyznam, że on ją skomplementował, używając argumentów dla mnie przynajmniej najistotniejszych. Przy okazji też dowiedziałem się, że ten akurat ksiądz, to ksiądz absolutnie, jak to lubimy mawiać – nasz. Ciekawe przy tym jest to, że on nigdy – ja przynajmniej nie pamiętam takiej sytuacji – podczas mszy nie powiedział jednego słowa, które mogłoby wskazywać na jego polityczne poglądy. Co innego w rozmowie prywatnej – tam już bywało mocno, i to na tyle mocno, że nikt z nas się nawet tego nie domyśla, a ja nie mam ochoty plotkować. Podczas Mszy jednak – zero.
I proszę sobie wyobrazić, że nasz proboszcz z dnia na dzień został nam zabrany. Teraz, tuż przed Świętami. Dosłownie z dnia na dzień. Ja go jeszcze spotkałem parę dni temu, rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic, a tu w minioną niedzielę mszę odprawiał już nowy ksiądz i zaledwie w ogłoszeniach odczytał komunikat biskupa (tego od Komorowskiego), że nasz dotychczasowy proboszcz zrezygnował i już go nie ma. Myślę, że w końcu się dowiem, o co poszło, ale na razie tylko się dziwię.
Trochę. No bo powodów, dla których on mógł polecieć, parę by się znalazło. No choćby te comiesięczne msze, które mnie się oczywiście podobały bardzo, ale już na przykład biskupowi (temu od Komorowskiego) już nie koniecznie. Kiedyś ten nasz proboszcz przyznał mi, że on, kiedy był jeszcze młodszy, walczył pół-zawodowo jako bokser wagi ciężkiej, a ponieważ kiedy mi o tym opowiadał, akurat był w trakcie remontowania parafii, i siłą rzeczy wyglądał bardziej jak ktoś przez proboszcza do tej roboty wynajęty, a nie jak osoba duchowna, i używał też słów, jakich osoba duchowna raczej nie używa, pomyślałem sobie, że tak – on faktycznie musiał kiedyś być tym bokserem.
No i ostatecznie poleciał. Jak mówię, z dnia na dzień. Bez pożegnania, bez dyskusji, bez zbędnych gestów, bez jednego słowa wyjaśnienia.
I proszę teraz sobie wyobrazić, że dokładnie wedle tej samej procedury pojawił się nowy proboszcz. Służył on sobie gdzieś we Wrocławiu, i któregoś dnia dostał informację, że ma się pakować i jechać do Katowic. I nie wiem, czy on miał okazję pożegnać się ze swoimi parafianami, czy zdążył im choćby pomachać na pożegnanie, jednak wydaje mi się, że nie. Że to wszystko stało się równie szybko jak tu u nas, w tym naszym kościele garnizonowym. Pojawił się więc ten nowy ksiądz, w tym całkowicie nowym miejscu, stanął przed ludźmi, których i on sam nie znał, ale – co pewnie jeszcze ważniejsze – którzy jego nie znali… i jak gdyby nigdy nic odprawił swoją pierwszą, potem drugą, wreszcie trzecią i czwartą mszę, i jak gdyby nigdy nic, pod koniec każdej z nich ogłosił komunikat biskupa (tego od Komorowskiego), że wasz dotychczasowy proboszcz zrezygnował. Przed każdą z nich, ale też i po każdej z nich, siedział w konfesjonale, bo to i Święta, no i w ogóle spowiadać trzeba wciąż, bez przerwy. I syn mój poszedł się do niego wyspowiadać, i później już powiedział mi, że to jest bardzo fajny ksiądz. No a na drugi dzień zorganizował nam ów fajny, nowy ksiądz piękną koncelebrowaną pasterkę z fantastycznym kazaniem zaproszonego ojca Oblata; i było mnóstwo ludzi i śpiewaliśmy kolędy i w ogóle było super.
I tak to trwa. Tak to właśnie trwa. I choćby nie wiadomo co się stało, każdy kto tylko chce to wiedzieć, będzie wiedział, że nie ma takiej siły, która mu nie pozwoli o każdej porze dnia i nocy pójść do swojego kościoła i się tam pomodlić. A jeśli tak się ułoży – a ułoży się na pewno – że znajdzie tam swojego księdza, poprosić go o spowiedź, lub komunię; a nawet o jedno i drugie. I jedno i drugie otrzyma. Za darmo. I, jak mówię, nie ma takiej siły, która by ów porządek świata była w stanie zmienić. Nawet ów biskup od Komorowskiego.

Bardzo wszystkim przyjaciołom tego bloga dziękuję za pamięć, której doświadczyłem szczególnie w Wigilię. Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku znajdę siłę, by potrafić się odwdzięczyć za każdy dobry gest, i spróbować raz jeszcze zasłużyć sobie na tę przyjaźń.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Idzie wiosna - będą grillować

W piątkowy wieczór, tuż po transmisji Drogi Krzyżowej z Watykanu, TVP Polonia pokazała nam wnętrze czegoś co wyglądało na bardzo nowoczesny kościół, w ławkach siedzieli ludzie, a na zaimprowizowanej scenie miotała się jakaś przebrana w białe szaty młodzież, klaskała i śpiewała piosenkę z takim oto przesłaniem, że Jezus nas kocha – Alleluja! Po polsku. Nie wiem jak długo transmisja tej uroczystości trwała, bo w pewnym momencie, gdy pierwszy szok minął, wyłączyłem telewizor. Jednak wyglądało na to, że tak właśnie wyglądał plan Telewizji Polskiej na ów wielkopiątkowy wieczor – najpierw tradycyjna transmisja Drogi Krzyżowej, a następnie precz z tymi smutkami, niech wszyscy widzą prawdziwie radosne chrześcijaństwo, Jezus żyje!
Wielka sobota przyniosła nam prawdopodobnie wiele innych ciekawych manifestacji tak zwanej nowej, świeckiej pobożności, ja jednak zwróciłem uwagę na pokazaną przez telewizję TVN24 rozmowę prowadzoną między trzema osobami, reprezentującym trzy różne spojrzenia na coś co nazywamy Duchem. Z lewej strony siedział znany niektórym z nas zbyt dobrze ateista Zbigniew Mikołejko, zaprezentowany jednak jako „mistyczny agnostyk”, obok niego siedziała znana nam z działalności w branży charytatywnej Janina Ochojska, przedstawiona z kolei jako „katoliczka, która się przyznawać do swojego katolicyzmu nie wstydzi”, a z prawej Lejb Fogelman – człowiek w kapeluszu. Rozmowę prowadziła Katarzyna Kolenda-Zaleska, a więc ktoś kogo nie jestem w stanie odpowiednio opisać, nie narażając się z jednej strony na zarzut chamstwa, a z drugiej przestępczego oszczerstwa. Jednak muszę przyznać, że jeśli dziś wspominam ten program, to właśnie przede wszystkim dzięki Kolędzie-Zaleskiej. Ona to bowiem najpierw, przedstawiając Mikołejkę, powiedziała, że on wprawdzie jest owym „mistycznym agnostykiem”, ale na pewno „znacznie bardziej wierzącym”, niż wielu z tych co za wierzących powszechnie uchodzą, a następnie ogłosiła, że jej osobiście najlepiej się chodzi do kościoła do warszawskich Dominikanów. Deklaracja ta – co należy podkreślić – stanowiła zresztą uzupełnienie wcześniejszej, która padła z usta Ochojskiej, gdy ta oświadczyła, że ona wprawdzie jest zadeklarowaną katoliczką i się tego swojego katolicyzmu nie wstydzi, natomiast przyznaje, że często się jej zdarza, że będąc w kościele na Mszy Świętej, nie czuje wspólnoty z innymi wiernymi, i najlepiej spędza się jej czas u Dominikanów w Krakowie.
Niestety nie umiem powiedzieć, o czym państwo rozmawiali i co z tej ich rozmowy dla nas mogło wyniknąć, bo, podobnie jak wcześniej, przy okazji tych wielkopiątkowych radosnych pląsów, telewizor wyłączyłem, natomiast pozostała ze mną cała masa najróżniejszych refleksji, które z kolei doprowadziły mnie do pewnego wspomnienia. Otóż jakiś czas temu, nudząc się jak mój pies, pomyślałem sobie, że sprawdzę, jakież to my mamy kanały w naszym telewizorze, o których dotychczas mogłem nie mieć pojęcia. Zacząłem więc przy pomocy pilota przewijać tę ofertę, i kiedy już przeleciały wszystkie stacje włoskie, wszystkie stacje arabskie, i nawet wszystkie programy erotyczne, pojawiła się część religijna, a w niej coś co się nazywa The Religion Channel. Nie umiem oczywiście dokładnie powiedzieć, co to za program, bo – jak się czytelnicy tego bloga mogą spodziewać – nie zabawiłem tam wystarczająco długo, by zostać tu ekspertem, ale z tego co się zdążyłem zorientować, jest to stacja telewizyjna prezentująca telekazania dostarczane wiernym przez niektóre z tych chyba już ponad 20 tys denominacji protestanckich, jakich dorobiła się Ameryka. Ja akurat trafiłem na coś –sprawdziłem to oczywiście w wikipedii – co na tym tle stanowi zjawisko wybitne, a mianowicie na kaznodzieję nazwiskiem Joel Osteen, który jest przywódcą kościoła o nazwie Lakewood Church.
Okazuje się, że Osteen uznany został przez stację ABC za jedną z 10 najbardziej wpływowych postaci w Stanach Zjednoczonych, jego kościół jest najbardziej liczną kongregacją w całym kraju, a telewizyjne kazania jakie on głosi gromadzą przed ekranami 7 milionów widzów tygodniowo. Występ na który ja akurat natrafiłem miał miejsce na stadionie chyba baseballowym, Osteen stał na skromnej scenie, przed nim siedziało jakieś 50 tysięcy, a może więcej ludzi, i wszyscy wyglądali, jakby udało im się własnie ujrzeć Pana Boga. Samo kazanie nie było długie, trwało może 20 może 25 minut, natomiast – jak mówię – efekt jakie ono wywarło na zgromadzonych na stadionie ludzi był absolutnie porażający. Oni najzwyczajniej w świecie oszaleli. Co mówił Osteen? Przyznać muszę, że na mnie największe wrażenie zrobiły dwa fragmenty tego wystąpienia. Na samym początku był zwykły dowcip. Otóż była sobie wioska, gdzie mieszkali sami katolicy, a wśród nich znalazł się jeden jedyny protestant. No i było tak, że w każdy piątek – Osteen akurat mówi, że w każdy piątek Wielkiego Postu – ów protestant w swoim ogródku grillował steki wołowe, co irytowało katolików, którzy go postanowili skutecznie nawrócić. Pokropili mu więc głowę wodą i oznajmili: „Urodziłeś się jako baptysta, dorastałeś jako baptysta, a dziś jesteś katolikiem”. Rok później, przy okazji kolejnego Wielkiego Postu, mieszkańcy wioski wychodzą przed swoje domy i czują, że śmierdzi grillowaną wołowiną. Zachodzą do swojego sąsiada, patrzą, a on smaży stek, polewa go wodą i mówi: „Urodziłeś się jako krowa, dorastałeś jako krowa, a teraz jesteś rybą”.
To pierwszy fragment. Drugi był już pod sam już koniec kazania i stanowił taką oto historię: Był sobie oto pewien dobry, pobożny protestant, który zakochał się w jakiejś Europejce, którą chciał sprowadzić do Stanów Zjednoczonych, by ją tam poślubić. Niestety biurokratyczne przepisy wymagały od niej posiadania wizy, a procedury uzyskania owej wizy były strasznie żmudne i długotrwałe. Chodził więc ów pobożny człowiek do urzędów i prosił urzędników o tę wizę aż wreszcie trafił na jednego, który był okropnie niegrzeczny, wręcz chamski, i robił wszystko, by całą pobożnemu człowiekowi życie utrudnić. Ostatecznie poinformował go, że jego narzeczona w Europie będzie musiała czekać na wizę 5 lat. Pobożny człowiek był oczywiście bardzo wzburzony, jednak nie dał po sobie poznać najmniejszego gniewu, a wręcz przeciwnie, każdą kolejną złą wiadomość przyjmował z uprzejmą radością i wiarą. I oto nie minął miesiąc, jak ów niegrzeczny urzędnik dzwoni do niego i informuje, że wiza na niego czeka. „Jak to się stało?” – pyta pobożny człowiek. „Jak to możliwe, że coś co miało trwać 5 lat, trwało zaledwie jeden miesiąc?” Jestem pewien, że nie muszę nikomu nic wyjaśniać. Wszyscy jak się tu spotykamy jesteśmy na tyle inteligentni, by odpowiedź na tę zagadkę już znać. Tak. To owa uprzejmość, radość i wiara sprawiły, że zły urzędnik się nawrócił. Możemy się nawet domyślić, że to był rasowy katolik. A nawrócił się nie przez tę rybę – a więc Krzyż – lecz przez porządny kawałek wołowiny, czyli radość płynącą ze Zmartwychwstania.
Ktoś pewnie zapyta, co było w środku. Co wypełniało owo kazanie, poza tymi dwiema anegdotami? Otóż tam nie było nic, co by przekraczało wielkość jednego zdania. Merytorycznie ono w całości było oparte na cytacie z Pierwszego Listu do Koryntian o tym, że „Bóg złożył wszystko u Jego stóp”, a przekaz jest taki, że jeśli na wszystkie nieszczęścia będziemy patrzeć z tej perspektywy, uzyskamy nową siłę. I przez dwadzieścia minut Osteen powtarza to jedno zdanie w najróżniejszych sekwencjach, i jestem pewien, że gdyby on nie był mistrzem świata w tym co robi, pies z kulawą nogą nie chciałby go słuchać. Każde jedno zdanie wypowiedziane przez naszego księdza Don Paddingtona zawiera więcej treści niż całość tego co ten stadion traktuje jako Słowo Boże. To co słyszymy – wraz z tymi 50 tysiącami zebranych na tym stadionie – to czysta retoryka, czysty pijar. I tu akurat musze przyznać, że to jest tak dobre, że gdyby taki Donald Tusk, nawet znając angielski tak jak go zna, zechciał rzucić okiem na ten występ, zwariowałby z podniecenia i poprosił Ostachowicza, by ten go nauczył, co robić, by umieć gadać jak Osteen.
Dlaczego tamto wystąpienie Joela Osteena przypomniało mi się przy okazji sposobu, w jaki tegoroczne święta Męki Śmierci i Zmartwychwstania Naszego Pana Jezusa zostały potraktowane przez System? Sam do końca tego wyjaśnić nie jestem w stanie, jednak wydaje mi się, że chodzi o to, że to co mogliśmy obejrzeć w piątek po transmisji z Watykanu i w sobotę w wieczornym programie „Fakty po Faktach”, to nie przypadek lecz kierunek. A ów kierunek można opisać przy pomocy jednego zdania: „Koniec z tym Krzyżem”. Dość już tego marudzenia. Chrześcijaństwo to radość i miłość, a nie jakieś dąsy. To piękny okrzyk „Alleluja!”, a nie jakieś skrwawione serca. I oczywiście, każdy z nas wie, że to nic nowego. W końcu wszyscy świetnie pamiętamy co ta banda oszustów zrobiła z filmem Mela Gibsona – i z samym Gibsonem – po tym, jak on nakręcił swoją „Pasję”. Pamiętamy naprawdę bardzo dobrze, jak bez śladu wstydu, z idealną bezczelnością, najbardziej szanowani recenzenci objaśniali, że przez ten film Mel Gibson sięgnął dna. Dlaczego? To już oczywiście wyjaśnione nie zostało. Ważne, że doszło do kompletnej porażki. A więc wszyscy wiemy, że dla Systemu i dla ludzi, którzy stoją na początku i końcu projektu który został nam właśnie przedstawiony, największym realnym zagrożeniem jest wiara w Krzyż jako coś co w ostateczności staje się Bramą. Wiara w to, że na początku każdej ostatecznej radości musi stać ów Krzyż. Dlatego oni ten Krzyż tępią na każdym kroku. I dlatego prawdopodobnie w tym roku po raz pierwszy odważyli się w Wielki Piątek odcisnąć ten swój ślad. Właśnie w taki sposób.
A co z tą nieszczęsną Kolendą? Co z tą Ochojską, która potrafi się naprawdę poczuć częścią tej Wspólnoty, dopiero gdy zajdzie do Dominikanów w Krakowie? Ja właściwie nie mam wątpliwości, że dla nich najbardziej odpowiednią religią była nauka głoszona przez Kościół z Lakewood i jego papieża Joela Oesteena. Że gdyby one były na tyle zorientowane w tym co się dziej w świecie, by zainteresować się tymi szamanami, machnęłyby ręką na tych Dominikanów – i to zarówno w Krakowie jak i w Warszawie – i zapisałyby się do tych już naprawdę wybitnych chrześcijan. Jestem też przy tym wręcz pewien, że gdyby Zbigniew Mikolejko postanowił zamiast w agnostycyzm, nieco bardziej zainwestować w ów rzekomy mistycyzm, też by się tam z nimi udał. I byłoby im tam w trójkę naprawdę świetnie. Tylko Fogelman by zostal, bo jemu akurat poza tym kapeluszem więcej nie potrzeba.
Pozostaje jeszcze kwestia Dominikanów. Tuż obok mojego domu znajduje się tak zwany Kościół Garnizonowy. Dziwny to kościół. W Katowicach wojska już nie ma, natomiast kościół wojskowy trwa. Coraz mniejszy, coraz biedniejszy, z jednym tylko księdzem-proboszczem, któremu pomagają dobrzy ludzie i dochodzący z Kościoła Oblatów ojciec-staruszek. Kościół ten jest jednak w każdą niedzielę pełny, i jeśli ktoś chce wiedzieć, dlaczego, to dowie się pewnie, że może jest tak dlatego, że to jest takie miejsce, które wygląda mniej więcej tak samo jak kiedyś, a może dlatego, że tam wciąż nie zlikwidowano balasek, dzięki którym ludziom jest łatwiej przyjmować Komunię Świętą. Jak mówię, w Katowicach nie ma już wojska, więc ten kościół jest tu trochę nie na miejscu, ale ponieważ, a może mimo to, że jest to wciąż jedyne miejsce, gdzie są odprawiane msze za pomordowanych w Katyniu i Smoleńsku, imieniny Józefa Piłsudzkiego, rocznica Bitwy Warszawskiej, gdzie każda inna patriotyczna uroczystość ma szanse znaleźć odpowiednią odprawę, a poza tym tuż obok znajduje się pomnik katyński, jakoś to wszystko wciąż funkcjonuje. Niedawno dowiedziałem się, że wszystko zmierza jednak w tę stronę, by ten kościół przestał być kościołem wojskowym, a został zmieniony na coś innego. Jest też propozycja, by wzięli go Dominikanie. I to jest dopiero wiadomość! To jest dopiero coś co naprawdę poraża. Przepraszam bardzo, ale ja jednak się dziś jeszcze pomodlę, żeby Dominikanie akurat zostali tam gdzie są i służyli duchowemu rozwojowi Janiny Ochojskiej i Katarzyny Kolendy Zaleskiej. Przynajmniej do czasu, jak one wybiorą Joela Osteena. A później się zobaczy.
Dziękuję wszystkim - oni wiedzą - którzy zechcieli przed Świętami wesprzeć finansowo ten blog. Nawet nie wiecie, jakie to było ważne. Jednocześnie proszę wszystkich o to, by o mnie nie zapominali.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...