Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biznes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biznes. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lipca 2018

Zanim Krzysztof Iwaneczko ogłosi swoje zaręczyny


      Przy okazji niedawnego felietonu poświęcoonego możliwych ubocznych skutkach zaręczyn Justina Biebera i jego, zamieszczonego w tej sprawie oświadczenia na Instagramie, moja koleżanka Jest Nadzieja zaproponowała wysłuchanie piosenki, jaką na Światowych Dniach Młodzieży zaśpiewał nieznany mi Krzysztof Iwaneczko. Sprawdziłem owego Iwaneczkę od razu, a kiedy zobaczyłem, ze on jest z samego Przemyśla, postanowiłem oczywiście poświęcić mu więcej uwagi. Szczerze powiedziawszy, ten występ na ŚDM nie zrobił na mnie większego wrażenia. Dodatkowo on tylko potwierdził, że tego typu okazje mają bardzo mały ewangelizacyjny wpływ na ludzi, którzy tam zwyczajnie nie bywają, co tylko potwierdza moją teorię wyrażona w tekście o Bieberze i jego aktualnej wierze. Natomiast dowiedziałem się przy tym, że ów Iwaneczko wygrał telewizyjny show Voice of Poland, obejrzałem sobie ten jego występ i muszę powiedziec, że to jest faktycznie głos na miarę Justina Biebera. To jest, moim zdaniem najlepszy głos, jaki pojawił się w Polsce za mojej pamięci.
     I tu pojawia się jednak kolejny problem. Ponieważ wchodząc na scenę Iwaneczko się przeżegnał, następnie, już po zwycięstwie ogłosił, że część swojej nagrody, a więc statuetkę, wystawia na licytację z przeznaczeniem na specjalny ośrodek szkolno-wychowawczy w Przemyślu, potem wystąpił na tych Dniach Młodzieży spiewając o Jezusie, a w międzyczasie, odnposząc się do kontraktu płytowego, który również stanowił część nagrody, ogłosił, że „Materiał już jest gotowy. Ja nie będę tolerował żadnych kompromisów, zwłaszcza tych biznesowych. Na pewno nie będziemy starać się ku temu, by mimo wszystko sprzedać. Chciałem pokazać Państwu, kim jestem, kim chcę zostać i mam nadzieję, że to się udało”, to jest już po nim. Skoro bowiem on nie zamierza tolerować żadnych kompromisów, zwłaszcza tych biznesowych, to w tym momencie, jak mówię jest już po nim. No i oczywiście szkoda wielka, ale takie jest życie i inaczej już nie będzie. Justin Bieber w pewnym momencie swojego życia postanowił jak najbardziej tolerować kompromisy, a zwłaszcza te biznesowe, no i dziś może sobie pozwolić nawet na to, by bezkarnie chwalić moc Zbawienia. I nawet to, że część z nas za owe kompromisy go serdecznie nienawidzi, jest dla niego i tych co go kochają bez znaczenia.
     Mimo wszystko, kibicujmy Iwaneczce, bo on na to zasłużył i posłuchajmy go, jak spiewa zanim mu jeszcze  pokazano początki tego, jak owe kompromisy będą musiały wyglądać.



Moje książki są jak zawsze tam gdzie zawsze. Bez żadnych kompromisów biznesowych. Polecam.


czwartek, 25 czerwca 2015

Pokaż kotku co masz w środku, czyli dobry film wczoraj widziałem

Byliśmy wczoraj z moim synem w kinie. Wyświetlany w naszej galerii, którą mamy tuż pod nosem, film był produkcji amerykańskiej, moim zdaniem, był absolutnie i wyjątkowo znakomity, a nosił tytuł „San Andreas”. Gdybym miał jednym zdaniem określić, co to takiego, powiedziałbym, że katastroficzny James Bond. W jakim sensie katastroficzny? W takim otóż, że jego tematem było największe w historii świata trzęsienie ziemi, niszczące w całości Kalifornię i okolice. Skąd ten Bond? A stąd mianowicie, że konwencja tego filmu jest taka, że jeśli ktoś spada w płonącym samochodzie w tysiącmetrową przepaść, to w ciągu kilku minut się otrzepuje, wyciera krew z policzka, wspina się po tych skałach na samą górę, a kiedy już jest niemal na miejscu, to w tym momencie nadchodzi powódź, która go zalewa na jakieś dziesięć minut, po czym on ostatkiem sił wypływa na powierzchnię, łapie powietrze, wsiada do przypadkowo zaparkowanego tuż obok samolotu i leci, by ratować uwięzionych w najniebezpieczniejszej jaskini na świecie przyjaciół, a to wszystko pozostaje całkowicie naturalne i nikt z publiczności nie pyta, dlaczego.
Czy jest zatem coś, czym film „San Andreas” się różni od innych filmów katastroficznych i innych Bondów? Owszem. Pomijając fabułę, która jest znacznie bogatsza od tego, z czym mamy do czynienia tam, to przede wszystkim to, że ów film ma dziesięć razy więcej niż normalnie suspensów – powiedziałbym, że cały jest jednym wielkim suspensem – że efekty specjalne są na poziomie takim, jakiego osobiście dotychczas oglądać nie miałem okazji, no i że przez to jest tak wciągający, że jeśli się nam tylko uda wczuć w ową konwencję i nie ulec podszeptom ułomnego rozumu, seans mija jak jedna chwila.
Ale jest jeszcze coś, co różni ten akurat film od pozostałych tego typu superprodukcji. To mianowicie, że o ile w tamtych przypadkach, przynajmniej w pierwszych dniach, kina są zapełnione, tu na naszej sali byliśmy tylko my plus trzy inne osoby. Oczywiście, ja mam na to pewną odpowiedź. Przede wszystkim jest bardzo prawdopodobne, że ten akurat film był bardzo słabo rozreklamowany, a jeśli już, to wyłącznie jako przykład najgorszego absolutnie kiczu. Ja sobie jestem w stanie na przykład wyobrazić recenzję w „Gazecie Wyborczej”, a należy wspomnieć, że Katowice to miasto, które powinno otrzymać od Agory specjalny medal za szczególne zasługi na rzecz wspierania tego projektu, gdzie oni ten film wyszydzają, jako przykład czegoś jednoznacznie najgorszego. Poza tym, biorąc pod uwagę, że tam jedynym w miarę rozpoznawalnym aktorem jest Paul Giamatti, można zrozumieć, że tu u nas w mieście większość wybiera jednak Cezarego Pazurę.
Ale jest jeszcze coś, co zresztą tak naprawdę chciałbym uczynić podstawowym tematem tej skromnej bardzo dzisiejszej notki. Otóż, jak większość z nas wie, jeśli chcemy pójść do kina sami, musimy na te przyjemność wydać ponad dwadzieścia złotych, nie licząc kukurydzy i coca-coli. Jeśli idziemy całą rodziną, to wszystko musimy pomnożyć przez dwa, trzy, cztery, czy pięć. Siadamy w na ogół kompletnie pustej sali i przez pół godziny zasmradzamy salę owym popcornem i oglądamy reklamy, których jedynym zadaniem jest zapewne pokryć koszta seansu. Chciałbym więc w tym miejscu zaapelować do czytelników tego bloga, którzy najczęściej mają ode mnie znacznie większą wiedzę na każdy możliwy temat, może ktoś wie, co stoi na przeszkodzie, by ceny biletów obniżyć to 10 złotych, a nawet do 7, czy 8, zapełniać regularnie do ostatniego miejsca każdy seans, jednocześnie oczywiście kasując reklamodawców jak dotychczas? Przecież to z czym mamy do czynienia, to dla właścicieli tych kin czyste samobójstwo. A ja wiem od osób zaufanych, że to co nas spotkało wczoraj, to standard. Są bowiem filmy, które nie rejestrują jakiejkolwiek publiczności. Są seanse, które się nie odbywają, bo nie znalazła się choćby jedna osoba, chętna wydać te 22 złote. Są kina, gdzie – pomijając jakieś już największe super przeboje – salę może zapełnić już tylko jakaś nowa polska komedia typu „Lejdis”, czy „Pokaż kotku co masz w środku”. Zasada obowiązująca w tych wszystkich multikinach i multipleksach jest taka, że wystarczy jeden sprzedany bilet, by seans się odbył. Oczywiście z tymi wszystkim reklamami. Przepraszam bardzo, ale czy to nie jest przypadkiem chore?
Prowadzę tego bloga już od siedmiu lat i wreszcie udało mi się napisać coś, co można nazwać dziennikarstwem interwencyjnym. Prawie jak Uwaga TVN. Jestem bardzo z siebie zadowolony.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl, natomiast gdy chodzi o „Liścia”, którego nakład się właśnie wyczerpał, mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie, więc proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

czwartek, 12 września 2013

My name's Watkins...Dr Watkins, czyli nasi poszli w biznesy

Nie wiem, czy już tu o tym wspominałem, ale nawet jeśli tak było, to na wszelki wypadek proszę posłuchać raz jeszcze. Otóż są dwie rzeczy, na których się znam moim zdaniem bezdyskusyjnie. Pierwsza z nich, to pisanie. Ja potrafię pisać z wyjątkową sprawnością. Oczywiście, nie ulega wątpliwości, że, jak idzie o to, co się znajduje głębiej, a więc o tak zwany przekaz, zawsze ktoś się może znaleźć, kto powie, że to co ja piszę, to stek idiotyzmów, względnie nudy na pudy, i ja, choć się z tym radykalnie nie zgadzam, nie mam zamiaru z tą opinią dyskutować. To co chcę natomiast powiedzieć to tylko to, że od strony technicznej, to jak ja piszę stoi na najwyższym poziomie.
Co takiego jeszcze potrafię? Otóż ja bardzo dobrze znam język angielski. I znów, nie chodzi mi o stronę praktyczną. Nie twierdzę bowiem, że potrafię mówić, jak prawdziwy Brytyjczyk, że kiedy mówię, nie popełniam błędów, ani wreszcie, że znam wszystkie słowa, które powinienem znać. Natomiast od strony technicznej, język angielski nie stanowi dla mnie jakiejkolwiek zagadki. Niekiedy nawet mam wrażenie, że jak idzie o ową stronę techniczną, ja na poziomie języka angielskiego czuję się pewniej, niż nawet w języku polskim. W czym się to przejawia? Mniej więcej w tym samym, o czym wspomniałem wcześniej odnośnie moich umiejętności pisarskich. Jeśli mi na tym bardzo zależy, ja piszę po angielsku równie dobrze, a niekiedy i lepiej, niż po polsku. Jeszcze w czymś? Owszem. W tym, że, jak idzie o angielską gramatykę, ja wiem praktycznie wszystko. Mam nadzieję, że mój bardzo dobry kumpel Michael Dembiński się tu nie obrazi, ale bywa, że ja nawet u niego na blogu znajduję ewidentne błędy gramatyczne. On zresztą dobrze wie, o czym mówię.
A zatem, kiedy producenci filmu „Rój” zaproponowali mi tłumaczenie dialogów na język angielski, ja tę robotę przyjąłem z takim spokojem, jakby oni mi na przykład powiedzieli, żebym napisał w języku polskim tekst na 240 słów pod tytułem: „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”. Jednak już na samym początku, kiedy rzuciłem okiem na projekt umowy, zaniepokoił mnie fragment mówiący o tym, że moja praca zostanie zweryfikowana przez wynajętego przez producenta fachowca, i od jego oceny będzie zależała kwestia mojego wynagrodzenia. Dlaczego mi się ta klauzula nie spodobała? Oczywiście nie dlatego, że bałem się, iż oni mnie mogą przyłapać na jakiejś niekompetencji, bo to akurat nie wchodzi w grę, ale że w ten sposób ja automatycznie tracę wszelkie argumenty. Ja im oddaje swoje tłumaczenie, któryś z wynajętych przez nich ludzi ogłasza, że ono jest do bani i ja jedyne co mogę zrobić to wynajmować za własne pieniądze swojego eksperta, stawiać ich przed sądem, a potem bezradnie obserwować, jak dwóch pajaców się kłóci, czy lepiej jest użyć czasownika „must”, czy „have to”.
Napisałem więc człowiekowi, który prowadził ze mną korespondencję w imieniu firmy, że ja bym wolał, żeby oni mnie w takiej sytuacji nie stawiali. On jednak zapewnił mnie, że ten zapis ma akurat przede wszystkim wartość proceduralną, i że oni nie mają w stosunku do mnie jakichkolwiek złych intencji, no a ja pomyślałem, że nie mam się co w tej sytuacji szarpać.
Robotę wykonałem, odesłałem w przepisowym terminie, i w równie przepisowym terminie otrzymałem mail od „mojego” człowieka, w którym on mnie poinformował, że ich ekspert ocenił moje tłumaczenie tak nisko, że oni mi muszą moje honorarium obniżyć o 30 procent. Choćby po to, żeby zapłacić ekspertowi za włożony w moją pracę wysiłek.
Do informacji dołączone było moje tłumaczenie całe pobazgrane na czerwono. Kiedy mówię „całe”, nie używam tu figury stylistycznej. Kiedy mówię „całe”, mam na myśli to, że tam niemal każda linijka jest od początku do końca czerwona. Kiedy mówię „całe”, chcę powiedzieć, że wynajęty przez producenta bardzo patriotycznego filmu o Roju specjalista naprawdę zrobił wszystko co mógł, żeby wszyscy widzieli, jak on się strasznie napracował.
Człowiek od „Roju”, z którym się biznesowo układałem, zapewnił mnie, że ów ekspert to autentyczny native speaker, w dodatku specjalista od robienia napisów do filmów, a więc oni nie mają innego wyjścia, jak we wszystko, co on im mówi uwierzyć. Oni zwyczajnie muszą mu uwierzyć, kiedy on ich zapewnia, że 90 procent mojego tłumaczenia nie nadaje się do niczego innego, jak do natychmiastowego wykreślenia.
Ja nie mam tu sposobu, żeby polemizować z kolejnymi uwagami, jakie poczynił wobec mojego tłumaczenia ów człowiek, bo tego jest przede wszystkim zwyczajnie za dużo, a poza tym to wszystko ma praktycznie wyłącznie charakter kosmetyczny, natomiast mogę zapewnić, że, jak idzie o sytuacje, kiedy ja faktycznie popełniłem tam jakąkolwiek omyłkę, tam są zaledwie trzy, czy cztery takie miejsca, a więc mniej więcej tyle samo, ile prawdopodobnie znajdzie się w tekście, który aktualnie piszę.
Natomiast mam kilka bardzo mocnych powodów, by sądzić, że ów ekspert, jeśli rzeczywiście jest native speakerem, to tylko takim, jakich często można znaleźć wśród lektorów uczących na kursach w Empiku. A więc, jest duże prawdopodobieństwo, że to jest jakiś Brazylijczyk, czy Niemiec, który przez 5 lat mieszkał w Londynie. Czemu tak sądzę? Otóż, jak mówię, powodów jest kilka, ale podam jeden, mianowicie związany ze wspomnianym wcześniej użyciem dwóch czasowników „must” i „have to”. Otóż każdy przeciętny maturzysta wie, że różnica miedzy jednym a drugim jest taka, że „must” to rozkaz, a „have to” to opis sytuacji. A zatem, jeśli ja komuś każę się nie ruszać z miejsca, mówię „You must stay put”, a nie „You have to stay put”. W polskim tekście „Roja” jest fragment, kiedy to Pogoda wydaje Rojowi polecenie: „Aż do odwołania masz tam siedzieć”. I oto okazuje się, że ów zagraniczny ekspert postanowił zmienić moje „You must stay put till I call you out” na „You have to stay put until further notice”. I proszę nie sądzić, że ja wybrałem akurat ten przykład, bo on jest najbardziej drastyczny. Nie. Po prostu zależało mi na czymś w miarę prostym.
Za trudne? A więc może jeszcze prościej. Tłumacząc napisy do tak zwanej czołówki, aby nie zaliczyć ewentualnej wpadki, dla pewności sprawdziłem sobie na pierwszym lepszym angielskojęzycznym filmie DVD, jak ta cała produkcja filmowa jest oznaczona, i powtórzyłem to kropka w kropkę. Ekspert natychmiast moje „directed by” zmienił na „director”; „music score” na „music”, “edited by” na “editor” itd. Byle było jeszcze bardziej czerwono.
Mało? Trudno. Jak mówię. Tego jest zwyczajnie za dużo. Ale mam za to coś jeszcze lepszego. W umowie zostało zapisane, że ja otrzymuję wynagrodzenie od jednej strony w formacie 1800 znaków. Każdy kto kiedykolwiek zajmował się tego typu aktywnością, wie, co to oznacza. W ten sposób zdefiniowana strona obejmuje zarówno znaki, jak i wszelkie odstępy między fizycznie istniejącymi znakami. A zatem, jeśli przetłumaczony tekst ma zachować edytorską przejrzystość, a więc na przykład ma być wyposażony w odpowiednie ustępy, tam nie może się znaleźć 1800 znaków, ale znacznie, znacznie mniej. Zastrzeżenie dotyczące liczby znaków ma więc tylko taki cel, by tłumacz nie używał zbyt dużej czcionki. Gdyby tak nie było, strona jako punkt odniesienia by się w ogóle nie pojawiała.
Firma producencka o nazwie „Studio Filmowe Dr Watkins Sp. z o.o.”, kiedy już kazała mi pokryć honorarium dla ich kumpla eksperta, uznała, że właściwie można pójść na całość i mi policzyć tę robotę nie od strony, ale od liczby znaków.
Moja córka, która mimo zaawansowanej już dorosłości, jest okropnie uwrażliwiona na wszelkie przejawy nieuczciwości, wręcz jest na mnie wściekła, że ja całą tę sprawę zwyczajnie odpuściłem. Ja jej tłumaczę, że ja nie mam żadnych szans; że po tamtej stronie stoi System; że wreszcie ja mam tyle codziennych zmartwień, że nie mam siły na to, by sobie dokładać nowych. A ona wciąż mi powtarza, że mam się odwoływać.
Otóż nic z tego. Jedyne miejsce, gdzie ja się od lat już odwołuję, to jest ten blog i nie zamierzam tego zmieniać. A skoro tak, to ja opowiem jeszcze coś, już na sam koniec. Wiele lat temu wybitny rockowy zespół Sonic Youth postanowił wydać album z okładką, na której umieścił zdjęcie nagiej kobiety. Ona ani nie była specjalnie wyzywająco naga, nie robiła nic szczególnego; zwyczajnie stała naga. I oto, firma płytowa, która wydawała piosenki Sonic Youth ocenzurowała tę okładkę, twierdząc, że ona jest nieprzyzwoita. To jednak, co w tym było najbardziej bulwersujące, to fakt, że owa firma to, ni mniej ni więcej, jak Rough Trade, a więc „label”, którego sama nazwa miała wskazywać, jacy to oni są okropnie alternatywni i niezależni. Komentując to wydarzenie, ktoś powiedział mniej więcej coś takiego: „Ile razy będziecie kupować ich płyty i poczujecie się strasznie altenatywni i wolni, nie łudźcie się. Oni są dokładnie tacy, jak cała reszta… tyle że tacy jacyś trochę dziwni”.
A zatem ja też mam pewien apel do nas wszystkich: Ile razy ktoś Wam powie, że film o Roju to naprawdę fantastyczna, wreszcie prawdziwie polska produkcja, a ludzie, którzy go robią, to polscy patrioci i porządni ludzie, nie łudźcie się. Oni są dokładnie tacy jak cała reszta, tyle że tacy jacyś dziwni. A sam film? Dokładnie taki sam, jak ten syf Wajdy o Wałęsie, tyle że tu na Rosjan się mówi się „Ruscy”.

Wspominałem tu niedawno, że muszę wytrzymać jeszcze parę tygodni aż dostanę pieniądze za tłumaczenie „Roja”. Okazuje się, że to już jest nieaktualne. Sytuacja jest więc najzwyczajniej tragiczna. Proszę wszystkich o zrozumienie i o szczególne może tym razem poświęcenie. A ja tymczasem idę się rozglądać za czymś choć minimalnie bardziej czystym. Dziękuję.

środa, 20 marca 2013

Przyszedł pan z rybą i prosi o segregowanie śmieci

Zacznijmy od cytatu:

„The shift to a green economy is the biggest economic opportunity facing the United States since the military build-up to World War 2” - Bill Clinton

Jak idzie o problem tak zwanej mafii, cała moja wiedza opiera się na tym, co przeczytałem, a wcześniej też obejrzałem w filmie pod tytułem „Ojciec Chrzestny”. To oczywiście, a uważam, że jest to wiedza niewielka, choć wystarczająca, jak idzie o mafię w rozumieniu tradycyjnym.
Co do mafii w sensie już bardziej współczesnym, jeśli przyjąć, że Katastrofa w Smoleńsku nie ma tu nic do rzeczy, moja wiedza jest praktycznie żadna. Tyle może, że właśnie uzyskałem jakąś tam wiedzę o tym, że o ile kiedyś, w czasach wspomnianego ojca chrzestnego, oni prowadzili swoje biznesy w branży narkotykowej, pornograficznej, czy ewentualnie związkowej, to dziś ich głównym polem zainteresowania jest coś, co się nazywa energetyką, a ściślej energetyką w kolorze zielonym, i to już nie w wymiarze wyznaczanym przez pana inkasenta z zeszytem, latarką i ołówkiem, ale przez państwa, wielkie korporacje i związane z nimi organizacje pozarządowe o globalnym charakterze.
Dziś, jeśli ktoś postanawia robić interesy na kręceniu filmów erotycznych, czy handlu narkotykami, jest najczęściej pozostawiony samemu sobie, a jeśli mu coś grozi, to najwyżej ze strony lokalnej konkurencji. Prawdziwe biznesy są prowadzone na szczeblach znacznie, znacznie wyższych, i jeśli one kiedykolwiek schodzą na poziom tak zwanego „towaru”, to osobiście jestem przekonany, że korzystają z własnych kanałów przesyłowych. A i to z zastrzeżeniem, że ludzi zajętych robieniem prawdziwych pieniędzy, coś takiego jak „dupy” czy „stuff” w ogóle interesują, w co wątpię.
Świadczyć o tym by zresztą mógł przypadek tego Francuza, szefa MFW, który za swój brak opanowania musiał niedawno wypłacić pewnej nowojorskiej pokojówce grube miliony. Przecież nie oszukujmy się. Stanowisko przewodniczącego Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to nie jest coś, co wymaga szukania pocieszenia w spracowanych dłoniach hotelowej pokojówki. Przecież ktoś taki jak ten – jak mu było? Strauss? Struss? – w wolnych chwilach naprawdę mógł mieć wszystko, co akurat zechciał. Ale widocznie w tym towarzystwie zajmowanie się czymś tak przyziemnym jak przypadkowy seks, zwyczajnie nie uchodzi.
A więc mówimy o branży naprawdę poważnej. Coś właśnie w kształcie reprezentowanym przez starego Corleone, tyle że, jak mówię, na skalę globalną. Wspomniane dupy i dragi są już prawdopodobnie tylko dla nas, żebyśmy siedzieli cicho i się nie wtrącali.
Kiedy prowadzi się takiego bloga jak ten, a w dodatku jeszcze w jakiś tam, ograniczony dość, sposób prowadzi życie towarzyskie, jest się narażonym na dość częsty kontakt z osobami, które, jeśli nie wiedzą co powiedzieć, to mówią: „Jestem za wolnym rynkiem”. A jeśli nie wiedzą, jakiego argumentu użyć na uwagę, że „wolny rynek” to fikcja wymyślona przez tych, co w pewnym momencie, dochodząc do słusznego wniosku, że żaden socjalizm nie jest w stanie tyle nagrabić co porządny kapitalizm, przekwalifikowali się i zaczęli robić poważne biznesy, a nie jakąś tanią dilerkę, wyzywają człowieka od socjalistów.
Wymyślona po co? No oczywiście po to, by nikt im już nigdy nie zarzucił, że, grając znaczonymi kartami, coś kombinują.
Nie zmienia to jednak niestety w niczym faktu, że wciąż mamy całą kupę naiwnych piewców tak zwanej „gospodarki rynkowej”, którzy, nawet jeśli ich przyprowadzić za ucho, posadzić ich przy tym stoliku, gdzie ten szwindel odchodzi na całego, i w dodatku podsunąć im pod nos te karty i pokazać, jak one są fatalnie poznaczone, wciąż będą powtarzać: „Tylko rynek, tylko rynek, tylko rynek…”
Niedawno miałem okazję zobaczyć – żadna tajemnica; to wszystko jest do znalezienia w Sieci – list wysłany do przewodniczącego Baroso przez grupę 13 wielkich korporacji w sprawie takiej mianowicie, by Unia Europejska podjęła kroki na rzecz zwiększenia ceny wydawanych przez nią uprawnień na emisję CO2. Oczywiście nie bezpośrednio. W końcu mamy, jak już wspomnieliśmy, wolny rynek. Cen nikt nie rusza. Chodzi wyłącznie o to, by zmniejszyć o półtora miliarda liczbę tak zwanych „darmowych” pozwoleń. I oto w tym liście miłośnicy „zielonej energii” bardzo stanowczo podkreślają, że działania, które mają prowadzić do podwyżki cen mają być bezwarunkowo „oparte na zasadach rynkowych”. Ależ jakże by inaczej! Czy ktoś może nas nazwał socjalistami?
Ktoś powie, że to nie jest kapitalizm, ale właśnie wspomniani europejscy socjaliści. Że Unia Europejska to banda złodziei i karierowiczów, takich jak wspomniany Baroso, czy nasz Buzek. I że ja nie powinienem oskarżać kapitalizmu i wolnego rynku, pokazując palcem na Unię. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja na Unię owszem pokazuję, ale wyłącznie ze strachu. Bo wiem, że jak mi się ten palec omsknie, i zacznie pokazywać na tych, którzy sobie tę Unię założyli, by stanowiła bardzo ważny element ich biznesowej działalności, to równie dobrze mogę ten blog przestać prowadzić już dziś. Za moment. Właściwie w tej chwili. Aż, powiem szczerze, zdrętwiałem.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was i tak już robi co może. Niemniej jednak, ja nie mam wyjścia, jak wciąż prosić o wspieranie tego bloga. W miarę możliwości. Bardzo proszę. Numer konta obok. Dziękuję.

piątek, 1 czerwca 2012

Polska na wyprzedaży

Kiedy rodziło się nasze pierwsze dziecko, dziewczynki w okolicy przeważnie otrzymywały imię Kasia, a w przypadku gdy rodzice mieli jakieś większe ambicje, to Sandra lub Nicola. Żona moja wymyśliła, że najlepiej będzie jeśli nasza córka będzie Hanką. Jak idzie o chłopców, to chyba najczęściej się spotykało Bartków, lub Piotrków, natomiast w sytuacjach ekstremalnych to tu to tam pojawiał się Denis, lub Alan. Myśmy wymyślili tego Antka i tak już zostało. Dziś pamiętam, że kiedyś przyszedł do nas na kolędę ksiądz i poinformował, że nasz syn to jedyny Antek w całej parafii, no i słysząc to było nam bardzo miło. Na końcu jeszcze pojawiła się Zosia, i w ten sposób – słowo daję, że zupełnie niechcąco – obstawiliśmy trzy czołowe postaci z Reymonta. Też dobrze.
Powiem szczerze, że kwestia imion, jakie ludzie nadają dzieciom, za bardzo mnie nie rusza. Wydaje mi się, że sprawą najbardziej podstawową jest to, by one nie nazywały się na przykład Doktor House, Mirkiz de Sade, czy, jeśli ktoś jest zakręconym na punkcie wspomnianych wyżej „Chłopów” weganem, córeczka nie dostała na pierwsze Boryna. No i żeby im przy okazji Pierwszej Komunii nie robić tatuaży na szyi i nie dziurawić nosów i warg. Bo w końcu, nawet do Loreny czy Ariela można się przyzwyczaić. A więc, by nie traktować tych dzieci jak żywych zabawek. Poza tym – tak naprawdę to jest dokładnie wszystko jedno. Czy to będzie Wojtek, czy Jadzia, czy Piotrek, czy Basia, Cyryl, czy ów nieszczęsny Denis, kiedy te dzieci podrosną, na nikim te imiona nie będą robiły najmniejszego wrażenia, a tym bardziej nikomu z nich nie załatwią one ani większego sukcesu, ani też dramatycznej porażki.
A więc przyznać muszę, że kiedy dziś otworzyłem najnowszy numer tygodnika „Uważam Rze” i zobaczyłem zamieszczoną w środku wystawę rysunku dziecięcego, gdzie w roli artystów wystąpiły dzieci tak zwanych „autorów niepokornych”, autentycznie zdębiałem. Bo nagle się okazało, że te wszystkie moje dawne emocje , kiedy to słyszałem, jak jakaś pani woła swoje dziecko „Jimi, uważaj żebyś się nie pobrudził”, skutecznie pobladły. Nagle wyszło na to, że nie ma takiego idiotyzmu, który byłby w stanie konkurować z tym, co potrafili nam wysmażyć oni – nasi patrioci i prawdziwi Polacy. Że nawet gdyby zebrać do kupy 10 najbardziej zidiociałych śląskich rodzin i poprosić je o wymyślenie trzech najpiękniejszych imion dla trojga najbardziej gryfnych dzieci z Nikiszowca, z takim Mazurkiem i z Ziemkiewiczem one by tę konkurencję przegrały. Wychodzi na to, że co by nie myśleć o Śląsku, Warszawa zawsze pokaże prawdziwe granice.
O co chodzi z tą wystawą i z tymi rysunkami? Otóż okazuje się, że kiedy Rafał Ziemkiewicz postanowił wycofać się rakiem ze swojego „Polactwa” i stanąć na czele nowego projektu pod nazwą „Polactwo to brzmi dumnie”, stanęliśmy też wszyscy wobec już nie przelotnej mody, czy kaprysu, lecz bardzo poważnej idei. Przy okazji, wyszło na to, że ów projekt ma poważny budżet, a pieniądze jakie są w niego zaangażowane mają swój cel i sens. Że może się okazać, ze już niedługo – jeśli wcześniej nie podda się zapowiadanej eutanazji – nawet Kazimierz Kutz wróci do swojego porzedniego nazwiska, a autor Kuczok, zacznie się przedstawiać jako Kaczyński. Nagle wyjdzie na to, że skoro Polska nie mogła się doczekać naszego szacunku ot tak, tylko dlatego, że wszyscy jesteśmy z tej ziemi i wszyscy się czujemy tej ziemi dumną częścią, to niech ma tę satysfakcję, że stała się częścią popu. Głupiego, fałszywego, żałośnie tandetnego – ale zawsze w awangardzie.
A zatem mamy tę wystawę i wychodzi na to, że każdy powód jest dobry, by poszerzyć tę załogę, dotychczas występującą pod nazwą „autorów niepokornych” już nie o żony i kumpli, ale o dzieci. A dzieci – wiadomo – też niepokorne. Otwieram najświeższy numer „Uważam Rze”, a tam te obrazki i nazwiska autorów. Czyżby Alan? A może Sandra? Czyżby Ariel, Lorena? Ależ w życiu! To nie te rejony. To idą nasi. Proszę posłuchać: Jaś Karnowski, Antek Janke, Marysia Semka, Marysia Lisicka, Marysia Magierowska, Zosia i Marysia Mazurek, Zosia i Marysia Ziemkiewicz, Kasia Warzecha.
A ja przede wszystkim zastanawiam się nad tym, co koledzy Warzechy sądzą na temat tej jego Kasi. Bo, jak się domyślam, jego sytuacja musi być nie do pozazdroszczenia. Że niby, co to ma znaczyć – „Kasia”? Czy on przypadkiem się nie zapomniał? Kasia? A niby co takiego Warzechowie mieli na myśli? Czyżby nie było już normalnych imion? A może jeszcze się okaże, że w domu u Warzechów to dziecko funkcjonuje jako Kate? A więc, to była moja pierwsza myśl. Zaraz jednak po chwili zacząłem się zastanawiać nad nieobecnymi. A gdzie Jaś Zaremba? A gdzie Zosia Gociek? A czemu nikt nie chciał wystawić obrazka Antka i Marysi Wybranowskich? A dlaczego tu nie ma Jasia Zalewskiego? A Marysi Rolickiej? W końcu Rolicki chyba ma jakieś wnuki? A gdzie Jaś i Marysia Zychowicz? A Zosia Wencel? A Antek Wildstein?
No i już po chwili nachodzi mnie owo już najbardziej okrutne podejrzenie. Czy to możliwe, że Zarembowie nie dali jednak swemu dziecku Jasio, lecz Tadzio? Albo Stasio? Lub Zbyszek, czy Michaś? A może, nie daj Boże, Wojtek, czy Franio? Czy ten człowiek naprawdę ma po kolei w głowie? Czy to możliwe, że ów wybryk Warzechów okazał się czymś i tak już wystarczająco trudnym do zniesienia, więc oni wszyscy zostali zwyczajnie z tego towarzystwa wyeliminowani?
No a dalej tych myśli jest już tylko więcej i więcej, i za każdym razem coraz to poważniejszych. Co strzeliło do głowy Mazurkom i Ziemkiewiczom, żeby nadać swoim dzieciom identyczne imiona? Przecież to nie mógł być przypadek. Podobnie jak nie mogło być przypadkiem, że z nich wszystkich tylko Warzecha poważył się na to, by swojej córce nie dać na imię Marysia. No i pytanie być może najważniejsze – jakie procesy myślowe i jakie emocje stały za tym, żeby oni wszyscy uznali, że dziewczynka powinna się nazywać Marysia, albo nie nazywać w ogóle?
I na to ostatnie pytanie ja chyba mam odpowiedź. Otóż ja sądzę, że każdy z nich, to jest dokładnie taki sam dureń, jak ten Zenek i Jadzia z wioski gdzieś pod Biłgorajem, którzy znaleźli pracę w Warszawie, i kiedy im się urodziło pierwsze dziecko, uznali, że najlepiej będzie, jeśli ono się będzie miało na imię Vivienne, bo tak samo się nazywa dziecko sąsiadów, a oni są tacy europejscy i eleganccy. I mają takie ładne buty. I psa imieniem Minnesota. I za tym stoi dokładnie ten sam typ bałwaństwa, z tą różnica, że Ziemkiewiczowie, czy Semkowie to swoje bałwaństwo opierają na nieco innych kierunkach i wyborach. Ale oczywiście doskonale zdają sobie sprawę z tego, że bez tych szczególnych kulturowych odniesień nigdzie ani rusz.
No i jeszcze coś. A to już być może jest z tego wszystkiego absolutnie najstraszniejsze. Wygląda bowiem na to, że jeśli się zapytamy takiego Ziemkiewicza, czy Karnowskiego, czym jest dla nich Polska, to oni najpierw będą się długo drapać po łbach, a potem powiedzą: „Polska to to płowowłose dziecko imieniem Marysia”. Co jeszcze? „No… nie wiem. Chłopiec imieniem Jaś?” No i oczywiście te obrazki. „Jasiu, narysuj obrazek o Polsce?” „O Polsce? Czyli co?” „No wiesz. O Polsce. Żeby było biało-czerwone serce i… no ja wiem? Trawa?”
No a potem to już tylko kolejne wydanie „Uważam Rze” i tytuł: „Dziecięca galeria. Dzieci publicystów ‘Uważam Rze’ narysowały, co dla nich znaczy: Polska moja ojczyzna”. Wszyscy to świetnie rozumiemy, prawda? Dzieci publicystów. Publicystów niepokornych. Żeby każdy widział, jak się dziś toczy bitwa o Polskę. Dziś. Nie wczoraj nie jutro, ale dziś. W końcu czasy mamy takie, że wszystko zostało do ostatniego rzędu pozajmowane i wszyscy wiemy, jak trudno znaleźć choćby najmniejszy kąt. Na szczęście trafiło się jakieś miejsce w temacie Polski. A więc, jeszcze raz: „Antosiu, dziecko, narysuj chorągiewkę. Będziesz u tatusia w gazecie”. A ja już tylko, na sam koniec mam zagadkę: Które z tych dziewczynek ma Marysia na drugie imię, a normalnie to zwykła Ela? Elżbieta Maria.

Przypominam, że „Elementarz” jest już wydrukowany i gotowy do tego, by się znaleźć na półce przy łóżku. Za 30 zł. plus przesyłka u Coryllusa w księgarni. Wystarczy kliknąć w obrazek obok. Nieco niżej, można też znaleźć numer konta, z którego każdy kto ma ochotę i możliwości, może wesprzeć ten blog. Proszę i dziękuję.

piątek, 17 lipca 2009

O Kościele bez koncesji

Niektórzy może wiedzą, że moja żona ostentacyjnie nie bierze udziału ani w moim blogowaniu, ani w naszym politycznym filozofowaniu, ani w ogóle w sprawach, których osobiście nie wybrała sobie jako wartych uwagi. Pod tym względem jest trochę podobna do naszej najmłodszej córki, która oczywiście pozostaje stale i mocno związana z życiem rodziny, a jednocześnie patrzy na nas, w najlepszym dla nas wypadku, z przymrużeniem oka. I jedna i druga, jednak, od czasu do czasu podniesie na nas wzrok i coś powie, albo o coś spyta, i wówczas możemy być pewni, że dowiemy się też przy okazji czegoś autentycznie inspirującego.
Tak właśnie się stało i wczoraj. W telewizji trwał festiwal szyderstw z telefonii komórkowej ojca Rydzyka i Toyahowa spytała z dugiego pokoju, o co faktycznie są pretensje. Chciałem jej odpowiedzieć, ale nagle zdałem sobie sprawę z tego, że zgiełk jest tak duży, że w gruncie rzeczy, nie ma sposobu, żeby owe pretensje choćby w przybliżeniu określić. No bo wszystko się zaczęło przy okazji uroczystości na Jasnej Górze, podczas których ojciec Rydzyk zapowiedział uruchomienie tej swojej sieci, a Jarosław Kaczyński, który, jak co roku, przyjeżdża na Jasną Górę na spotkanie Rodzin, powiedział, że, jak już wszystko będzie gotowe, to on sobie kupi od o. Rydzyka taki telefon. Pierwsze komentarze były takie, że ksiądz podczas Mszy Świętej zajmuje się handlem, a przez to jest jak ci kupcy, których Pan Jezus przepędził ze świątyni, natomiast Kaczyński – wiadomo – pod sąd, choćby i z automatu. Ten kierunek jednak nie utrzymał się za długo, bo, po pierwsze – jak się od razu okazało – podczas mszy o komórkach nie było słowa, a poza tym, czemu niby wolno handlować w kościele gazetami, albo książkami, czy jakimiś drobiazgami, a nie wolno ogłaszać oferty komórkowej?
Trochę później pojawiły się zarzuty, że porządny ksiądz w ogóle nie powinien się zajmować biznesami, tylko ma siedzieć na parafii, albo w klasztorze i się modlić. A jak chce wyjść, to niech idzie do szpitala z komunią, albo rozdaje zupę ubogim (jak kiedyś Pierwszy Prawdziwy Człowiek – Jacek Kuroń). No ale ten argument zniknął tak samo szybko, jak się pojawił i nawet nie zdążył się skompromitować.
Widząc więc, że pytanie mojej żony nie było w żaden sposób bezzasadne, a wciąż wisiało w powietrzu, zacząłem tropić tę sprawę w Internecie. I oto trafiłem na dwa teksty w Dzienniku, które starają się wyjść nieco poza standardowe szaleństwo i jeszcze bardziej standardową argumentację, a jednocześnie bardzo dokładnie pokazują, jak ta cała sprawa jest wyłącznie wynikiem politycznej i kulturowej wojny, którą z ojcem Rydzykiem i jego projektem prowadzi tzw. mainstream. W pierwszym z tych tekstów, Piotr Gursztyn, w tych miejscach w których stać go na minimalną jasność przekazu, sugeruje, że sprawa jest źle rozegrana wizerunkowo http://www.dziennik.pl/opinie/article415270/Komorkowo_polityczny_show_na_Jasnej_Gorze.html.
Że zarówno ksiądz Rydzyk, jak i prezes Kaczyński – zamiast dbać o nowych zwolenników i nie prowokować dotychczasowych wrogów – podkładają się jak dzieci. Gursztyn tę jedną myśl wyraża bardzo precyzyjnie choćby w tym zdaniu: „Pielgrzymka Radia Maryja - dla setek tysięcy autentyczne przeżycie religijne - została strywializowana i zredukowana do roli pośmiewiska dla antyklerykałów”. A więc problemem nie jest faktprzestępstwa, ale polityczna interpretacja, jaka temu, co się stało może zostać nadana. Nie chodzi o to, że ojciec Rydzyk popełnił zło, ale o to, że wystawił swój Kościół na pośmiewisko ludzi złych.
Bardzo przepraszam, ale jeśli przyjmiemy opis przedstawiony przez Gursztyna, jako w jakikolwiek sposób dla nas zobowiązujący, to tym samym zrezygnujemy z całej powagi tego, w co wierzymy i o co pragniemy walczyć. Jeśli, idąc za radą red. Gursztyna, zaczniemy naszą wiarę i naszą walkę tak modelować, by – broń Boże – źli ludzie nie zaczęli z nas szydzić, to, prędzej czy później, szyderstwo, którego tak bardzo chcieliśmy uniknąć, stanie się tak nieznośne, a my tak słabi, że tej agresji zła zwyczajnie nie wytrzymamy.
Ale, w gruncie rzeczy, to co pisze Gursztyn, nie ma większego znaczenia. Pokazuje jedynie, że atak skierowany przeciwko Rodzinie Radia Maryja jest całkowicie pozamerytoryczny, i może jeszcze tylko to, jak wielu z nas boi się prawdy i jak w tym strachu marnieje. Ciekawszy troszkę bardziej jest tekst podpisany przez Kamilę Wronowską, a zatytułowany bardzo jasno: Rydzyk zbije fortunę na drogich komórkach http://www.dziennik.pl/polityka/article415615/Rydzyk_zbije_fortune_na_drogich_komorkach.html . A więc, okazuje się, że wprawdzie ojciec Rydzyk nie handluje komórkami podczas Mszy Świętej, ani nie robi niczego obiektywnie gorszącego, a jedyna jego wina polega na tym, że nie chce się upodlić przed radykalnymi antyklerykałami i ich biednymi ofiarami, jednak przynajmniej mógłby te swoje komórki sprzedawać taniej.
Zacznijmy jednak od początku. Ojciec Rydzyk postanowił dostarczyć ludziom starszym – choć myślę, że nie tylko i nie koniecznie starszym – religijnie, czy tylko emocjonalnie, związanym z jego projektem, telefony komórkowe, które byłyby specjalnie zaprojektowane pod ich szczególne potrzeby. A więc chodziło o to, żeby dać im telefon komórkowy, który będzie służył do dzwonienia i odbierania rozmów. I tyle. Bardzo dobrze rozumiem ten problem choćby ze względu na mojego teścia, którego od lat nie umiemy namówić do używania telefonu komórkowego. On albo tam nic nie widzi, albo nie umie trafić w guzik, albo po prostu telefon mu się nie podoba. Kupiliśmy mu więc któregoś dnia najnowsze osiągnięcie specjalistów z Motoroli o nazwie Motofone F3, przeznaczone rzekomo właśnie dla ludzi bez technicznych ambicji, a anonsowane w następujący sposób: „Stylish communication at everyone’s reach.Clear vision display, easy to use icon menu, voice prompts”. Nie będę się tu znęcał nad tą nieszczęsną Motorolą. Powiem tylko, że możliwe, że istnieją przykłady większej bezczelności i chamstwa na poziomie tzw. marketingu, ale ja ich nie znam. To co Motorola przygotowała pod ludzi starszych, robi wrażenie wyłącznie bardzo niegrzecznego żartu. I to tyle o Motoroli. Kto chce, niech sobie poszpera w Internecie, to się dowie, o co chodzi.
Ale po co ja w ogóle wspominam o tym czymś? Co ‘jaja’, które sobie robią inżynierowie z Motoroli, z ludzi starszych mają do rzeczy, kiedy mówimy o wybrykach ojca Rydzyka? Otóż we wspomnianym artykule, pani redaktor z Dziennikapisze tak: „Duże przyciski i wyraźny wyświetlacz rzeczywiście mogą być pomocne w obsłudze komórki zwłaszcza przez osoby starsze. Jednak w ofercie sieci toruńskiego redemptorysty telefon firmy Max-Com kosztuje 330 złotych, choć w sklepach internetowych ten sam model można kupić już od 280 złotych.” No tak. To już jest zbrodnia. I to niesłychana. My, ludzie korzystający od lat z serdecznych usług, nie czarnych redemptorystów, lecz cywilizowanych operatorów, takich jak Orange, Plus, czy Era, nie jesteśmy w stanie pojąć, jak można sprzedawać telefon drożej, niż on kosztuje na przykład na Allegro. I to jeszcze z takim przebiciem! Przecież to jest jakieś horrendum! Ale to że ksiądz Rydzyk sprzedaje coś co jest warte 280 złotych za 330 złotych to jeszcze nie wszystko. Okazuje się, że równie wielki problem, to ten, że „w testach telefon ten wcale nie wypada najlepiej. ‘UrządzenieMax-Com przypomina bardziej bezprzewodowy telefon stacjonarny niż komórkę. Jest duże i niezgrabne. Ponadto jego wykonanie pozostawia sporo do życzenia - tworzywo, z którego zrobiona jest obudowa, nie jest najlepszej jakości, a poszczególne jej elementy są niedokładnie spasowane. [...] Rozmowę głosową możemy przełączyć w tryb głośno mówiący. Jednak w wypadku komórkiMax-Com dźwięk jest fatalnej jakości - zniekształcenia i charczenie praktycznie uniemożliwiają prowadzenie rozmowy’ - czytamy na stronieKomputerswiat.pl”. A więc dopiero teraz wiemy wszystko. Z Rydzykiem kłopot jest taki, że on, zamiast się modlić zbija fortunę, a tę fortunę zbija na telefonach, które przede wszystkim nie są tak ładne, jak telefony używane przez redaktorów z portalu komputerswiat.pl, na dodatek sprzedaje je drożej, niż ludzie chcą są gotowi za nie płacić, i które, co najważniejsze, po prostu nie działają. Szukałem jeszcze gdzieś w artykule tej pani Kamili informacji, ze Rydzyk do każdego telefonu dodaje jeszcze działkę opium (dla ludu), żeby każdy moher, zanim włączy ten gadżet, tak się zaćpał, by nie zauważył, że przez ten telefon nic nie słychać i być może sobie kupił jeszcze jeden. Tej informacji jednak już nie znalazłem. Prawdopodobnie o ćpaniu będzie w siódmym odcinku.
Jak znam sytuację w niektórych zakątkach Salonu, zaraz ktoś się odezwie i mi powie, żebym głupio nie odwracał kota ogonem, bo wiadomo o co chodzi. Chodzi mianowicie o wszystko to co wyżej napisałem, ale głównie o to, że to hańba, żeby ksiądz robił biznesy, które nie służą prowadzeniu hospicjum, szpitala, czy przytułku. W tej jednak sytuacji, ja mogę już tylko złośliwie do tej listy zbożnych celów dodać rekolekcje dla posłów Platformy Obywatelskiej w Tyńcu. Dla tak pięknego zamierzenia, myślę, można by nawet handlować telewizorami, antenami, a może nawet i telefonami komórkowymi. Jestem bowiem przekonany, że problem Tadeusza Rydzyka, tak naprawdę, polega na tym, że kiedy dwadzieścia lat temu Polska weszła na drogę nowoczesnej przedsiębiorczości, ów ksiądz postanowił działać, jednak ani się wcześniej odpowiednio nie konsultując z odpowiednimi osobami, ani nawet nie próbując się uważnie rozejrzeć, jak wygląda okolica. I tak nastraszył ludzi, których straszyć nie wolno. Głupi! Otworzył wyższą uczelnię, uruchomił wielką telewizję, wspaniałe radio, otoczył opieką miliony ludzi, którzy, gdyby nie on, wegetowaliby pewnie do śmierci w intelektualnej nędzy, zgodnie z tym, co dla nich zaplanował nowy system, teraz uruchamia sieć telefonii komórkowej… i nagle, okazało się, że zapomniał o najważniejszym. A teraz wydaje mu się, że to wszystko wystarczy, żeby mu Polska oddała należną sprawiedliwość.
Bo jeśli chce ojciec Rydzyk wiedzieć, co stracił, to niech sobie popatrzy na listę tych najwspanialszych przedstawicieli ludzkiego gatunku, którzy – według najnowszych badań – dla polskiej młodzieży stanowią autentyczny wzór i autorytet. Jerzy Owsiak, Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski, Dalaj Lama, Ewa Drzyzga, Robert Kubica, Barak Obama… Ze swoimi talentami, to on, Rydzyk, zajmowałby tam dziś pierwsze miejsce, a na stronę internetową z jego sklepem, wchodziliby wszyscy – od Moniki Olejnik po Janusza Palikota. Tak jak niechybnie dziś wchodzą choćby na stronę www.benedicite.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...