Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagonka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 grudnia 2013

Kapitan Radziszewska na tropie

Przeczytałem właśnie gdzieś w Sieci, że prokuratura badająca pedofilię, która się dramatycznie rozpanoszyła wśród naszych księży, wreszcie przesłuchała posłankę Platformy Obywatelskiej Radziszewską, z której to, jak się okazuje, doniesienia, trzeba było wszcząć dochodzenie w sprawie księdza Bochyńskiego. Jak część z nas może pamięta, ów ksiądz Bochyński któregoś dnia dał się wypuścić na rozmowę, o pedofilii właśnie, z jakimiś lokalnymi mediami, i, opierając się na swoich doświadczeniach z konfesjonału, uznał za stosowne podzielić się ze światem pewnymi refleksjami. Oczywiście, natychmiast pojawiły się żądania, żeby on natychmiast przekazał władzy, kto i co mu powiedział w czasie spowiedzi, ale – co my akurat świetnie wiemy – ponieważ oczekiwanie to było idiotycznie nierealne, wydawało się, że sprawa już za chwilę przyschnie.
I w tym momencie, pojawiła się posłanka Radziszewska i poinformowała redaktora Morozowskiego z TVN24, że ona „słyszała”, że to, co z kolei ów Bochyński słyszał w konfesjonale to jeszcze nic; rzecz w tym, że z niego samego podobno jest pedofil na czternaście fajerek. Wprawdzie ona tej niezwykłej wiadomości nie otrzymała ani bezpośrednio, ani nawet pośrednio, od ofiar księdza, tyle że ją gdzieś „usłyszała”, niemniej od tej chwili stała się głównym świadkiem w sprawie.
I oto dziś się dowiaduję, że przy okazji owego przesłuchania przed prokuratorem, posłanka Radziszewska – zapewne na zasadzie świadczenia usług w pakiecie – do oskarżeń przeciwko księdzu Bochyńskiemu, dołożyła jeszcze jedno – mianowicie przeciwko proboszczowi z gminy Kluki pod Łodzią, Dariuszowi Mordziace. I tu mechanizm był podobny. Ona sama wprawdzie nic nie widziała, ani nie ma wglądu w szczegóły, ani nawet nie rozmawiała z ofiarami, jednak „słyszała”, że Mordziaka też molestował dzieci, no i tą swoją wiedzą się podzieliła z prokuraturą. W efekcie, prokuratura wszczęła w sprawie księdza Mordziaki dochodzenie, a miejscowy biskup profilaktycznie usunął Mordziakę z parafii, w efekcie czego dziś w Klukach jesteśmy świadkiem poważnej rozróbę między biskupem, a ludźmi, którzy Mordziaki oddać nie chcą.
Jak czytelnicy tego bloga wiedzą, jako jego autor jestem prawdziwą gwiazdą blogosfery, osobą wpływową i powszechnie szanowaną, co sprawia, że zarówno emailowo i esemesowo, obok zwyczajowych wyrazu podziwu, regularnie otrzymuję prośby o objaśnienie zawiłości naszego życia publicznego. Również przy tej okazji, zwrócono się do mnie, bym wyjaśnił przyczyny takiego a nie innego zachowania posłanki Radziszewskiej. W tym momencie, zrobiłem to, co w tego typu sytuacjach robię zwykle, i zacząłem nasłuchiwać. I oto co usłyszałem.
Otóż – jak słyszę – posłanka Radziszewska, kiedy jeszcze była mała dziewczynką, wykazywała niezwykłą wręcz seksualną skłonność do księży. Szczególnie mocno prześladowała swojego nauczyciela religii, jednak ten konsekwentnie odrzucał jej zaloty. Kiedy wreszcie okazało się, że z tego romansu nic nie będzie, ona popadła w ciężkie szaleństwo i postanowiła, że poświęci swoje życie na oskarżanie księży o pedofilię. Od tego czasu, najpierw mała Ela, a później już dojrzała kobieta, spędzała już tylko swój czas na pisaniu donosów na księży, których podejrzewała o molestowanie małych dziewczynek i chłopców.
Jak słyszę, dwa ostatnie przypadki to wyłącznie konsekwencja wydarzeń z dzieciństwa. Czy to, czego się dowiedziałem, to prawda, czy nie – tego oczywiście nie wiem, natomiast takie plotki słyszałem, więc myślę, że kto wie?
Na koniec, chciałem prosić prokuratora okręgowego z Piotrkowa Trybunalskiego zajmującego się sprawami pedofilli wśród księży, żeby może się tym, co ja tu piszę za bardzo nie przejmował, i nie wzywał mnie na przesłuchanie. Ja naprawdę nic nie wiem. Wszystko co piszę, słyszałem tylko od pewnego menela w tramwaju, którego danych nie znam, i nawet nie pamiętam, jak wyglądał. Informuję jednak, że o ile dobrze zauważyłem, on jechał bez biletu. Nie wiem, czy ta informacja jest dla prokuratury cenna, jednak z obywatelskiego poczucia obowiązku, na wszelki wypadek, ją przekazuję. Jak już skończycie z Mordziaką i Radziszewską, możecie się wziąć za tego typka.

Ukazał się zapis mojego spotkania w Księgarni Latarnik w Częstochowie. Tak się stało jednak, że, skutkiem jakiejś awarii, zarejestrowała się tylko jego pierwsza godzina. Z jednej strony szkoda, a z drugiej, może to i lepiej? Często tak bywa, że jak ktoś zacznie gadać, to najciekawiej jest na początku. Później to już tylko jest zwykłe bicie piany. A więc, zachęcam do obejrzenia tu: http://latarnik.czip.org.pl/index.php/item/56-toyah-wspominek-ze-spotkania-i-film
Przy okazji, przypominam, że w najbliższą sobotę o godzinie 17, razem z Gabrielem Maciejewskim będziemy się spotykać z czytelnikami w Katowicach-Panewnikach u Franciszkanów, na ulicy Związkowej 20.
Poza tym, jak zwykle, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

piątek, 5 lipca 2013

Agnieszka Radwańska - nasza duma i radość

Agnieszka Radwańska przegrała swój półfinałowy mecz w Wimbledonie, i wszystko wskazuje na to, że tefaunowskie sępy tylko na to czekały. Od wczoraj, ile razy chcę się dowiedzieć, jak ona się czuje, co mówi, czy zdążyła dojść do siebie po tej niefortunnej porażce, trafiam na kolejną porcję bluzgów, oczywiście nie ze strony samego TVN-u – ależ skąd, oni są zawsze bardzo obiektywni! – ale tych, których autorami są tak zwani internauci, a TVN ich jedynie cytuje. W końcu zawsze wzywaliśmy do wspierania dziennikarstwa obywatelskiego, no to i je mamy.
Czego się więc dowiadujemy? Po pierwsze, tego, co zawsze wiadomo było, a mianowicie, że ta Radwańska wcale nie jest nawet w połowie tak dobra, jak się jej zdaje. Po drugie, że z niej nie jest żadna gwiazda, a zaledwie głupia gwiazdeczka, skupiona wyłącznie na swoich humorach. I wreszcie, po trzecie, że ona nie ma za grosz kultury, a jej chamstwo będzie nam od dziś przynosiło wstyd na całym świecie.
W czym rzecz? Oczywiście, na samym początku mamy ów Smoleńsk i fakt, że w obliczu tego nieszczęścia Radwańska stanęła po niewłaściwej stronie, a TVN takich postaw nie wybacza. Dziś jednak skupmy się na sporcie. Dziś bowiem, jak czytam, poszło o to, że Radwańska tak bardzo przejęła się tą porażką, że, jak się domyślam, po to, by nie wybuchnąć publicznie krepującym dla niej płaczem, schodząc z kortu, szybko podała – pamiętajmy, że swojej koleżance – Lisickiej rękę i bez słowa uciekła do szatni. A więc jedyne, co zrobiła, to dowiodła raz jeszcze, że jest typowym pisowskim burakiem, bez grama kindersztuby i słynnej sopockiej elegancji. No i jeszcze ten wstyd, od Filipin do Gabonu!
Swoją drogą, to jest coś niewiarygodnego! Pamiętam ostatni raz, kiedy to TVN miał okazję poznęcać się nad znienawidzoną przez siebie tenisistką. Wtedy poszło o coś wręcz odwrotnego. Kiedy ona przegrała swój mecz na Olimpiadzie, właścicielom stacji bardzo się nie podobało, że ona na tę porażkę w sumie machnęła ręką. Szczególne oburzenie tych ludzi wywołała seria komentarzy, umieszczonych przez Radwańską na Facebooku, z których nijak nie można się było doczytać, że ona jest zrozpaczona. Dziś nagle, ona zbiera za swoją rozpacz.
Ktoś mi powie, że tu wcale nie chodzi o rozpacz, ale o wspomniane chamstwo. Przepraszam bardzo, ale – pisałem tu zresztą o tym dość niedawno – ja w pewnym szczególnym sensie tak zwaną sportową rywalizacją na poziomie zawodowym emocjonuję się od wielu już lat, i nie jestem w stanie zliczyć, ile razy widziałem przegranych zawodników, schodzących z planszy w stanie znacznie gorszym i w nastrojach o wiele bardziej podłych, niż to wczoraj nam pokazała Radwańska. To zresztą zawsze, z mojego punktu widzenia, stanowiło samo serce tego całego przedsięwzięcia. Te emocje, których nie sposób dostrzec w żadnej innej dziedzinie życia. Ja wielokrotnie widziałem, jak ci ludzie potrafią się zachowywać, i powiem szczerze, że do dziś nie umiem zgadnąć, jak to się stało, że nikt z nich – o ile sobie dobrze przypominam – jeszcze nie umarł ze złości i rozpaczy.
Nie trzeba zresztą sięgać szczególnie daleko. Weźmy choćby naszego Jerzego Janowicza, też wybitnego tenisistę. On ledwo co przedwczoraj wygrał awans do półfinału londyńskiego turnieju, i jestem pewien, że nie tylko ja, ale redaktorzy z TVN-u świetnie widzieli, jak on się zachowywał na konferencji prasowej po meczu. Gdyby nie wiadomo było, że on właśnie odniósł swój największy w życiu sukces, można by było sądzić, że nie ma na świecie człowieka bardziej wściekłego, którego jedynym marzeniem jest dać dziennikarzowi, który mu zadaje te pytania w łeb. Dlaczego on się tak zachowywał? Otóż ja nie mam wątpliwości, że Janowicz chciał, żeby mu w tym momencie wszyscy dali do ciężkiej cholery spokój, bo on za chwilę wybuchnie płaczem, a nie chce, by to ktoś widział.
Przecież banda tych idiotów na sto procent musiała to widzieć i musieli też widzieć reakcję Janowicza – reakcję człowieka, robiącego wrażenie najzwyczajniej w świecie skrajnie niesympatycznego. Czemu więc nie znalazłem żadnych uwag na temat tego, jak to ten Janowicz nam przynosi wstyd, nie potrafiąc się odpowiednio zachować przed kamerą, wobec dobrze mu przecież życzącego dziennikarza?
Otóż, spokojna nasza głowa! Oni równie dobrze jak my wiedzą, jak wygląda to życie, jakimi ludźmi są poszczególnie sportowcy, i jakie tam rządzą żywioły. Dzięki pracy, którą wykonuję, mam kontakt z ludźmi z najróżniejszych ścieżek życia. O muzykach już kiedyś wspominałem, trzeba nam jednak wiedzieć, że miałem też parę razy okazję kontaktu z prawdziwymi, a więc klasy światowej, sportowcami. Proszę sobie wyobrazić, że wśród nich była pewna Małgosia, która walczyła – i możliwe, że wciąż tam jest – w polskiej narodowej drużynie szablistek, czy jak to się tam nazywa. Uczyłem ją, kiedy była jeszcze nastolatką, ale już jej życie koncentrowało się głównie między jednym, a drugim treningiem. To było fantastyczne naprawdę dziecko, ale z drugiej strony, ja nie znałem w życiu osoby tak bardzo wypełnionej wewnętrzna agresją, która gotowa była eksplodować w każdym nieoczekiwanym momencie. Dosłownie każdy błąd, jaki ona zrobiła w zadaniu domowym, czy sytuacja, gdy ona nagle czegoś nie umiała, lub nie rozumiała, groził zerwaniem lekcji. I to w najróżniejszy sposób. Albo przez to, że ona wybuchała wściekłością i wychodziła, albo po prostu się obrażała i zamykała w sobie.
Pamiętam też, jak kiedyś z Michałem Dembińskim byliśmy na wydłużonym weekendzie w Beskidzie, w wiosce sąsiadującej z miejscowością, z której pochodzi polska wybitna biegaczka, Justyna Kowalczyk. I mieliśmy okazję rozmawiać z kobietą, która ją zna od dziecka. I ona nam powiedziała, nie wchodząc akurat w szczegóły, że to jest „bardzo trudna” osoba. I myśmy obaj doskonale to zrozumieli. Bo wiemy, że poziom wyczynu, gdzie się sto metrów przebiega w 9 sekund, skacze na wysokość 2,5 metrów, lub odbija i leci na odległość dziewięciu, przed człowiekiem stawia fizyczne i psychiczne wymagania, których my nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić. A więc, wracając już do Radwańskiej, kiedy swego czasu czytałem pełne satysfakcji doniesienia, jak to ona się chamsko i wulgarnie odezwała do swojego ojca, wiedziałem, że pewnie tak było. Ale też wiedziałem, że były chwile, gdzie w relacji córka-ojciec do nie mniej interesujących starć musi regularnie dochodzić i w tej wiosce w górach i tu, niedaleko mnie, niemal po sąsiedzku.
I, powtarzam jeszcze raz, jestem na sto procent pewien, że ci gangsterzy polskiego dziennikarstwa z TVN-u, ale i nie tylko przecież stamtąd, to wszystko, o czym ja piszę, też świetnie wiedzą. Oni wiedzą, że Radwańska zeszła z kortu tak jak to wszyscy widzieliśmy nie przeciwko swojej koleżance Lisickiej, ale przeciwko sobie samej, przeciwko swojej słabości, wściekła na nikogo tak bardzo, jak na siebie. I wiedzą, że ona pewnie jeszcze tego samego wieczoru albo się z Lisicką spotkała, albo do niej zadzwoniła i jej szczerze pogratulowała zwycięstwa, i że jutro będzie jej kibicowała dokładnie tak samo, jak by ta kibicowała jej.
Na koniec jeszcze, wspomnę pewne zdarzenie z zeszłego roku. Był turniej w Dubaiu i Agnieszka Radwańska grał swój drugi mecz w życiu przeciwko Lisickiej. Rok wcześniej wygrała Lisicki, tym razem Radwańska brała rewanż. Kiedy kończył się drugi set i Radwańska prowadziła już 5:0, Lisicki nagle wybuchła płaczem i zaczęła głośno szlochać, krzycząc po polsku: „Ja nie chcę przegrać do zera!” Radwańska, czy to w reakcji na te błagania, czy może zupełnie niechcąco – do tego pewnie nigdy nie dojdziemy – podarowała Lisickiej ten jeden punkt. I w ten sposób zakończyło się owo jedyne zwycięstwo Radwańskiej nad Lisicką. A może by tak tefauneowscy specjaliści od sportu i miłośnicy tenisa, zechcieliby też nam i to wydarzenie ocenić… Chociaż, może lepiej niech już się zamkną i siedzą cicho. Do zakichanej śmierci.

Jestem wdzięczny za każdy gest wsparcia dla tego bloga, który trzyma nas przy życiu już od tak dawna. Bardzo proszę nie zapominać, i nie odchodzić. Dziękuję.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji

Nie umiem powiedzieć, kiedy System zauważył, że z tymi Radwańskimi sprawa jest mocno niebezpieczna, natomiast wiem, że owej kwestii poświęciłem dwa wpisy na swoim blogu – oba w styczniu zeszłego roku. Oczywiście, większości tego co się wokół nas dzieje, widzieć nie jestem w stanie, natomiast z tego co do mnie jakimś cudem dociera, mogę się domyślić, że poszło o to, że pewnego dnia na oficjalnej stronie Agnieszki i Urszuli Radwańskich pojawił się link do filmu Joanny Cichockiej „Mgła”, a obok niego następujący tekst:
„Oświadczamy, że rzucanie niepopartych dowodami insynuacji wobec osób zmarłych jest niezgodne z zasadami cywilizacji zachodniej, do której należymy. Potępiamy brak szybkiej i adekwatnej reakcji władz polskich na hańbiące potwarze wobec żołnierzy Wojska Polskiego, rzucone bez dowodów przez MAK w ostatecznym Raporcie dotyczącym katastrofy samolotu Tu-154M 10”.
Postępek tenisistek spotkał się z natychmiastową reakcją Systemu na wszystkich możliwych poziomach. Otóż najpierw, jak się zdaje, zareagował Internet. Na portalu o nazwie „Pardon”, na który przypadkiem wszedłem w poszukiwaniu dokładniejszych informacji, a który, z tego co widzę, stanowi jedną z delegatur Systemu w Sieci, opublikowano zdjęcie jednej z dziewcząt w jakimś nieudanym zagraniu i podpis informujący, że Radwańska to ślamazara. Potem odezwała się „Gazeta Wyborcza” i ustami Wojciecha Fibaka ogłosiła, że Radwańskie to wieśniary. Kolejne dni przynosiły tylko kolejne ataki, i zastanawiam się już tylko, czy wśród nich były informacje o tym, że one były zawsze brzydkie i głupie, czy tylko tak mi się wydaje, kiedy widzę co się wokół Agnieszki Radwańskiej dzieje dziś.
Pisałem wówczas te swoje refleksje na temat rosnącej agresji wobec sióstr Radwańskich i zastanawiałem się, jak to będzie, gdy Agnieszka Radwańska doświadczy jakiejś widowiskowej porażki, to podszczypywanie zmieni się w bardzo poważne bombardowanie, i okaże się, że one nagle przestały być Isią i Ulą – dwiema ślicznymi, zgrabnymi blondynkami – ale Urszulą i Agnieszka Radwańską – i tylko tyle, i nic ponad to? Co będzie, gdy głos telewizyjnego komentatora relacjonujący ich występy stanie się nagle zimny, z lekka nutą szyderstwa – pewnie mimo wszystko szczegół nie bez znaczenia dla samopoczucia jednej i drugiej. I także, jeśli w tej czy innej francuskiej, czy australijskiej gazecie, nagle przy ich nazwisku pojawi się epitet „polska faszystka”. Bo, choć pieniądze sa ważne, System nie żąda pieniędzy, lecz wyłącznie wierności.
Skończyła się Olimpiada i, jak już o tym pisałem wcześniej, był to dla mnie czas dość sympatyczny. Wprawdzie nie jest już tak, jak to miało miejsce w latach mojego dzieciństwa, kiedy lata między kolejnymi igrzyskami wyznaczały też bieg mojego życia, ale wciąż lubię patrzeć na walczących sportowców. Widzę też jednak przy tym, że dzisiejsza Olimpiada, to nie jest w żaden sposób Olimpiada z tamtych lat. Przede wszystkim wtedy, proszę sobie przypomnieć, tenisa tam nie było. Dlaczego? Dlatego, że igrzyska olimpijskie z samej swojej zasady były świętem sportu wyłącznie amatorskiego, a tenis zawsze był zawodowy. Po prostu. Oczywiście sportowcom tak zwanego bloku wschodniego było znacznie łatwiej, bo myśmy, jak wiadomo, mieli wyłącznie sportowców-amatorów, jednak oficjalna zasada była taka – Olimpiada to czysty sport.
Z tym już dziś mamy ostateczny koniec. Wystarczy popatrzeć na to, w jaki sposób organizowana jest uroczystość otwarcia i zamknięcia Olimpiady, wystarczy obejrzeć sobie finał męskiej koszykówki i tych wszystkich zawodników, których nazwiska znajdują się na liście 100 najbogatszych sportowców na świecie. Olimpiada stała się jeszcze jednym biznesem dla tych, którzy dzielą pieniądze i tych, którzy w tej puli maja swój udział, i – nie oszukujmy się – wśród nich ta biedna Karolina Michalczuk, czy nawet ten bufon Majewski są niczym, jak tylko maleńką śrubką, która gdzieś tam ma to wszystko dokręcić.
Hasło do ostatecznego ataku na Agnieszkę Radwańską dała jej porażka w pierwszym pojedynku w Londynie i jej wypowiedź – jak najbardziej prawdziwa i uczciwa – że ona po tej porażce nie płacze, bo jej kariera jest budowana z dala od owego czteroletniego cyklu olimpijskiego. Że ona swoją pozycję tworzy dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc; że ma to szczęście, że z tenisa żyje i że nikomu nic z tego tytułu nie musi zawdzięczać. Czego się więc w związku z tym dowiedzieliśmy? Że ona na uroczystość otwarcia założyła krótką spódniczkę jak jakaś dziwka. I paznokcie sobie, suka jedna, pomalowała. A żebyśmy już na zawsze zapamiętali, z jakim chamstwem mamy do czynienia, to mogliśmy wysłuchać opinii jednego zapaśnika, jednego ciężarowca, jednego biegacza, który tak bardzo chciał wystąpić w Londynie, ale mu się nie udało, że jaka ta Radwańska jest straszna. Taka niepolska i taka niesportowa.
A ja sobie już tylko myślę, że skoro nadszedł czas niszczenia Agnieszki Radwańskiej, to ja też jej coś dorzucę od siebie. Otóż moim zdaniem ona stanowi typowy przypadek owego politycznego rozkraczenia, które nigdy nikomu poza Systemem nie przynosi żadnego pożytku. Najpierw pójdzie na demonstrację smoleńską, później oświadczy publicznie, ze to tata nie ona. Najpierw zażąda szacunku dla ofiar Katastrofy, a za chwilę pobiegnie do Ewy Kopacz, by z nią się ściskać i wymieniać prezentami. Najpierw zgodzi się firmować swoją osobą i swoimi sukcesami te gangi, którym sport jest potrzebny wyłącznie do transferowania pieniędzy, o jakich nam się nawet nie śniło, a po chwili powie, ze tak naprawdę, to ona z nimi wiele wspólnego nie ma. No i za to własnie w tej chwili obrywa. Bo gangi bardzo szybko rozpoznają, kto jest słaby.
A miała się zachować jak choćby Rafael Nadal. Który od początku się na tę całą Olimpiadę uczciwie wypiął. Bo wie kim jest i o co walczy. I dziś nikt ani z niego nie kpi, ani się na niego nie wścieka, ani nie komentuje kształtu jego spodenek, ani wreszcie nie każe mu być skromnym jak jakaś bokserka z małej wioski pod Świdnikiem. Którą, swoją drogą oni wszyscy, gdyby tylko mieli taki interes, spaliliby na stosie. Z szyderczym uśmiechem. A później kazaliby jej mówić „Przepraszam”.

Przypominam wszystkim zainteresowanym, że w najbliższą niedzielę o godzinie 16.00 pod Namiotem Solidarnych w Warszawie odbędzie się spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Mam nadzieje, że każde tego typu wydarzenie, to krok w stronę większej niezależności. Zanim jednak pojawią się widoczne tego efekty, proszę o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...