Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Ziemkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Ziemkiewicz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 lutego 2024

Co zrobić z Tomaszem Sakiewiczem?

 

      Gdy Jarosław Kaczyński wspomniał najpierw coś o zasługach TV Republika dla polskiej wolności, a następnie zapowiedział, że owa telewizja to zdecydowanie za mało i sytuacja wymaga stworzenia czegoś naprawdę potężnego, przyszły mi do głowy trzy rzeczy. Pierwsza to taka, że owa zapowiedź jest dość dziwna dlatego że, wydawałoby się, zamiast inwestowania w coś absolutnie nieznanego, o wiele bardziej sensowne byłoby dofinansowanie istniejącego już medium i tu akurat rozpoczęcie pracy na rzecz zagarnięcia całego rynku. Druga myśl to taka, że nie ma absolutnie możliwości, by, nawet jeśli Prezes poważnie myśli o wejściu na ów medialny rynek, udało się stworzyć alternatywę dla tego, co już sobie zapewniło bezpieczną pozycję. No i wreszcie myśl trzecia: Nie ma najmniejszych wątpliwości, że gdy ową zapowiedź usłyszeli Tomasz Sakiewicz i bracia Karnowscy, musieli oni wszyscy dostać absolutnie najcięższej cholery.

      Przyszły mi do głowy te trzy myśli i już chwilę po tym poszedłem nieco dalej i – zamiast zadręczać się losem Tomasza Sakiewicza, braci Karnowskich i tego wszystkiego co się wokół ich biznesów w ostatnich latach zdążyło sobie znaleźć wygodne miejsce –  zacząłem się zastanawiać, w jaki to sposób Jarosław Kaczyński chce stworzyć dla tego czegoś alternatywę. No i jedyne co mi przyszło do głowy, to odkupienie od Solorza Polsatu. Ot tak!

        Czy to jest możliwe, że Prawo i Sprawiedliwość jest w stanie zebrać odpowiednią sumę i czy Solorz w ogóle jest w stanie się na ten niezwykły deal zgodzić, tego oczywiście nie wiem, ale, szczerze powiedziawszy, niczego mądrzejszego wymyślić już dziś nie potrafię. Bo jeśli nie to, to innej drogi nie widzę. Widzę natomiast, że mimo sytuacji dalece niepewnej i najpewniej kompletnie nierealnej, Tomasz Sakiewicz przynajmniej i zgromadzone wokół niego towarzystwo – powtórzę to bardzo chętnie – dostało na tę zapowiedź ciężkiej cholery. Wspominałem już wcześniej o owej reakcji, ale nigdy nie podejrzewałem, że oni z tym czymś wyjdą w sposób aż tak całkowicie otwarty. Tymczasem na swoim podkaście ( czy jak to się współcześnie nazywa) na YouTubie wystąpił sam Rafał Ziemkiewicz – człowiek jak najbarziej biznesowo związany z Telewizją Republika –  i ogłosił, że pomysł Prezesa jest do bani, bo, przede wszystkim, w dzisiejszych czasach telewizji nikt nie ogląda, jako że ludzie mają Internet, a poza tym jest przecież... TV Republika. Więc po co to w ogóle ruszać?

       A skoro to nie kto inny jak Rafał Ziemkiewicz zadał nam owo pytanie, to ja się bardzo chętnie zgłaszam do tego, by udzielić na nie króciutkiej odpowiedzi. Otóż po pierwsze, Telewizja Republika, podobnie jak „Gazeta Polska”, Kluby Gazety Polskiej i diabeł jeden wie, czym Tomasz Sakiewicz się jeszcze zajmuje, stanowią jego wyłączną własność i to on, a nie Jarosław Kaczyński jest tego czegoś właścicielem. A tym sposobem, jeśli Tomasz Sakiewicz osobiście uzna, że dość już ma tego Kaczora, bo na jego miejsce ma przygotowanego kogoś innego, to może tę wiadomość ogłosić w jednej chwili, i na nią zareaguje cała prawicowa Polska, włącznie oczywiście z braćmi Karnowskimi i tym wszystkim czym oni z kolei zarabiają na życie. Mało tego. Jeśli „Gazeta Polska”, a za nią Telewizja Republika ogłoszą, że to oni i ich nominaci od dziś zabierają się za Polskę i jej przyszłość, to od tego momentu wszystko to co znaliśmy pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość przechodzi do historii. A zatem, należy zakładać, że to co Jarosław Kaczyński aktualnie planuje, a od czasu do czasu też nam zapowiada, jest doskonale przemyślane.

   Przy braku TVPInfo, dzień w dzień oglądam Telewizję Republikę i co słyszę? Dokładnie to samo co słyszałem 11 stycznia w Warszawie podczas demonstracji na rzecz przywrócenia Polakom Polskiej Telewizji i, przy okazji, uwolnienia z aresztu posłów Wąsika i Kamińskiego. Mianowicie wrzask: „Każde polskie serce pika, gdy nadaje Republika!”. Ale co mi chodzi po głowie, gdy oglądam jedyną dziś dostępną telewizję podającą prawdę, czyli Telewizję Republikę, i między kolejnymi informacjami muszę raz za razem oglądać czy to reklamę tygodnika „Do Rzeczy”, czy też kolejną „Gazety Polskiej”, a na dodatek numer konta, na który mam przesyłać wsparcie na rzecz tak zwanego „wolnego słowa”? Otóż przepraszam bardzo, ale ja już wolę coś wrzucić do puszki dla tego oszusta Owsiaka.

      A zatem, jesteśmy dziś w sytuacji, gdy Jarosław Kaćzyński zapowiedział utworzenie, jak rozumiem, autentycznie polskiej prywatnej telewizji, która będzie stanowiła zaplecze dla tego co może nastąpić już niedługo, czyli dla powrotu rządów prawa wraz ze sprawiedliwością. A to, biorąc pod uwagę wszystko to co się wokół nas dzieje, jest wiadomością bardzo pozytywną. Bo nawet jeśli wyzwolenie nie nadejdzie tak szybko, jak byśmy tego oczekiwali, to jest szansa, że przynajmniej wszystkich tych cwaniaków, którzy tak naprawdę nigdy nie uczynili dla Polski nic dobrego, uda się postawić do pionu.



      

niedziela, 3 października 2021

Rafał Ziemkiewicz, czyli moje polactwo



Wczorajsze doniesienia, z mojego przynajmniej punktu widzenia, zostały zdominowane przez dwa wydarzenia. Pierwsze to takie, że w Warszawie odbyła się impreza pod nazwą „Męski Różaniec”. Od razu muszę się tu zastrzec , że nie mam nic przeciwko temu, byśmy wszyscy – w tym oczywiście i ja sam, gdy wreszcie uda mi się przemóc swoją gnuśność – odmawiali różaniec jak najczęściej. Jednak gdy czytam o różańcu jako akcji społecznej, która ma przede wszystkim coś – choćby nie wiadomo jak pozytywnego – zademonstrować, to wiem że owo wydarzenie zostanie w jednej chwili wykorzystane przez ludzi, którym różaniec w ręku zdarza się trzymać dopiero od paru lat, natomiast dziś uznali, że właściwie, czemu nie, skoro można coś na tym ugrać.

Więc oto odbyła się owa impreza, a do Sieci trafiło zdjęcie, na których obok całej kupy ludzi, klęczących z pobożnie złożonymi dłońmi na, jak się domyślam, warszawskim Krakowskim Przedmieściu, widzę Jana Pospieszalskiego, który, w odróżnieniu od reszty, wprawdzie klęczy, ale ręce trzyma z tyłu, ewidentnie pozując na bohatera islamskiej egzekucji. Patrzę na to zdjęcie i, znając najświeższą aktywność rzeczonego Pospieszalskiego, wiem w czym rzecz, a owa rzecz napełnia mnie wyłącznie obrzydzeniem i pogardą.

I to jest pierwsza z dwóch informacji dnia. Druga natomiast to ta, że Rafał Ziemkiewicz wraz żoną udali się do Wielkiej Brytanii, by zawieźć tam córkę – która, jak rozumiem, sama by tam sobie nie poradziła – by ta rozpoczęła tam swoje studia na Oxfordzie, i z powodów dotychczas oficjalnie nie ujawnionych ojciec tego dziecka został po wyjściu z samolotu zatrzymany i oddany do dyspozycji brytyjskich służb. Gdy piszę ten tekst, w Sieci dominuje histeria, której głównym przesłaniem jest to, że Ziemkiewicz nie został wpuszczony do Wielkiej Brytanii ze względu na swoje politycznie niepoprawne poglądy i że w związku z tym – tu zacytuję red. Stanisława Janeckiego ze stajni Karnowskich – Polska powinna Brytyjczykom „zrobić z dupy jesień średniowiecza”.

Otóż ja wiem, jakie Rafał Ziemkiewicz ma kłopoty z Wielką Brytanią. Wiem też, że ich początek bierze się stąd, że kilka lat temu grupa polskich lewaków spędzających czas na emigracji zadenuncjowała Ziemkiewicza na policję, informując, że Ziemkiewicz to znany faszysta, a ci, jak to oni, natychmiast oczywiście zareagowali i Ziemkiewicza potraktowali z przysłowiowego buta... no i ów but tam gdzie miał pozostać, to już pozostał. Natomiast, kiedy dziś słucham żali wypowiadanych przez towarzystwo w ten czy inny sposób związane z Ziemkiewiczem i jego dróżkami, przypominam sobie jego niesławną książkę zatytułowaną „Polactwo” i myślę sobie, że może dziś, gdy on jest tak fatalnie sekowany przez rząd Jej Wysokości z powodu rzekomej nieprawomyślności, a tak bardzo mu zależy na tym, by od czasu do czasu pojechać do Wielkiej Brytanii, niech się zwróci do Radosława Sikorskiego – z którym, mam dziwne przekonanie, jest po imieniu – i go poprosi, by się tam za nim wstawił, przedstawiając jako dowód jego dobrych intencji, wspomnianą książkę.

A ja, gdyby trzeba było jakoś pomóc, przypomnę swój tekst jeszcze z roku 2009. Powinien wystarczyć.

 

 

 

      Kiedy dowiedziałem się, że Ziemkiewicz wydał książkę na temat naszych wad narodowych, wiedziałem na sto procent, że to jego „Polactwo” odniesie wielki sukces. Raz, że książki Ziemkiewicza w ogóle cieszą się dużą sympatią czytelników, a dwa – i to dla nas jest akurat dziś najważniejsze – że wśród wielu polskich wad narodowych, jest jednak i ta, którą w pełni gotów jestem potwierdzić i z bólem serca zaakceptować. Otóż znaczna część obywateli – do których w sposób oczywisty należy sam Ziemkiewicz – z niezwykłą przyjemnością lubi opowiadać i słuchać jacy to my Polacy jesteśmy beznadziejni. Z tym naturalnie zastrzeżeniem, że mamy tu zawsze na myśli Polaków z drobnymi wyjątkami. Wiedziałem więc, że książka którą Ziemkiewicz – Polak wyjątkowy – pisze w takiej intencji i do tak stargetowanej grupy wyjątkowych Polaków, musi mu przynieść chwałę. No i przyniosła.

      Dlaczego w stosunku do książki Ziemkiewicza, zatytułowanej „Polactwo”, czuję wyłącznie wstręt? Oczywiście dlatego, że uważam ją za książkę bardzo niedobrą, fatalnie napisaną, intelektualnie niechlujną i nieuczciwą, krotko mówiąc – głupią. Ziemkiewicz wymyślił sobie, że Polacy mają wady narodowe, uznał, że to właściwie jest bardzo ciekawy temat na kolejne parę groszy, a następnie doszedł do wniosku, że jeśli on zapisze swoje na ten temat refleksje na 400 stronach, to akurat będzie w sam raz. I napisał.

      I teraz załóżmy, że Polacy mają dziesięć wielkich narodowych wad. Ziemkiewicz wspomina, jeśli pominąć całą tę jego sofistykę, którą ta jego książka wręcz cuchnie, o zaledwie paru. Ale niech będzie dziesięć. Jak długo można pisać o dziesięciu wadach narodowych? Przez 50 stron? Sto? No… na pewno nie przez 400. Ziemkiewicz napisał książkę na 410 stron, udowadniając wyłącznie jedno: że Polacy zachowują się czasem bardzo nieładnie, a czasem nieładnie mniej. I że wszystkie inne narody również zachowują się bardzo nieładnie, a czasem mniej. Tyle tylko, że kiedy on o tym pisał – na tych 410 stronach – to wszystkie te swoje przykłady objaśniał w jeden sposób. Że kiedy Polacy zachowują się nieładnie, to jest to „polactwo”, a kiedy Niemcy, albo Francuzi, albo Włosi zachowują się podobnie, to też jest to „polactwo”. I to jest oczywiście narodowa tragedia.

       Więc to jest jeden powód, dla którego o Ziemkiewiczu i o jego książce myślę źle. Drugi powód, jeszcze ważniejszy, to ten, że ja uważam stan umysłu, który zaprezentował Ziemkiewicz, za okropnie sztubacki. Pamiętam jak kiedyś, kiedy jeszcze dzieci pisały do siebie listy w systemie Pen Pal i trzeba się było jakoś zaprezentować, to nieodmiennie pojawiał się następujący opis: „Cenię przyjaźń, nienawidzę faszyzmu i głupoty”. Z czasem, gdy stopniowo zniknęły listy papierowe, troszkę zniknął też ów faszyzm, to pozostała przyjaźń i głupota. Tyle że one są już obecne w wypowiedziach ludzi dorosłych. Najczęściej artystów – aktorów i piosenkarzy. Jeśli zapytać Piotra Rubika, albo dziennikarza telewizyjnego Kubę Wojewódzkiego, czy jakąś Małgorzatę Foremniak, co oni lubią, albo czego nie lubią, to najczęściej – o ile któryś z nich nie postanowi zażartować – pojawia się ów stary tekst: „Bardzo cenię przyjaźń, nienawidzę głupoty”. Ziemkiewicz wspiął się nieco wyżej. On dodaje: „Głupoty i polactwa”.

       I teraz jest tak, że za Ziemkiewiczem idzie cała kolejka jego fanów, którzy strasznie są z siebie dumni jeśli mogą powiedzieć odważnie i dobitnie: „Nienawidzę tego naszego polactwa!” A mnie okropnie boli fakt, że wśród nich jest mnóstwo ludzi bardzo wrażliwych, bardzo patriotycznych, bardzo w gruncie rzeczy dumnych z tego, że urodzili się właśnie tutaj, a może nawet i właśnie teraz, tyle że z jakiegoś dla mnie niepojętego powodu nie są w stanie dojrzeć, jakie to jest okropne dojść do tego punktu, kiedy z poczuciem pełnego intelektualnego sukcesu będzie się dumnie wypowiadało to właśnie słowo: ‘polactwo’. I już nawet nie chodzi o to, że ci wszyscy, którzy nienawidzą głupoty, sami są często głupi jak para starych butów, ani o to, że ci wszyscy, którzy wyciągają swoje polskie paluchy na Polskę i krzyczą „polactwo!” sami w sposób najbardziej dobitny owo „polactwo” uosabiają. Dla mnie akurat myślą absolutnie nie do zniesienia jest to, że wielu z moich kolegów używa tego określenia „polactwo”, nie czując jak fatalnie się tym samym znaleźli.

      Ale jest jeszcze jedna, bardzo niezwykła, kwestia. Wspomniane „polactwo” pojawiło się przy okazji robotniczych protestów. Ja oczywiście wiem, że związek zawodowy Sierpień 80, to jest bardzo podejrzana ekipa. Ja bardzo poważnie biorę pod uwagę, że oni są najzwyczajniej w świecie podstawieni. Że te ich okupacje to zwykły humbug, który ma na celu wyłącznie zneutralizowanie prawdziwego gniewu i prawdziwej ludzkiej rozpaczy. No ale to jest jedynie teoria. Oficjalnie sprawa wygląda tak, że jest kryzys, rząd jest absolutnie, ewidentnie i skandalicznie niekompetentny, Polska upada, ludzie tracą pracę, banki wysyłają na rodziny egzekutorów należności, wielu Polaków nie wie jak będą żyć następnego dnia. I generalnie jest spokój. „Polactwo” chodzi pokornie do pracy, kiedy zadzwoni pan ankieter z OBOP-u, grzecznie powie mu, że popiera Platformę Obywatelską, na ulicy nie dość że nie widać rozruchów, to ludzie na ogół są dla siebie uprzejmi i w miarę grzeczni. Tyle że związkowcy z Sierpnia 80 okupują biura poselskie przedstawicieli rządu, a reżimowa policja ich stamtąd usuwa. A to na tle okrzyku ludzi mądrych: „POLACTWO!!!!!”

      Wczoraj Jarosław Kaczyński miał konferencję prasową w Łapach, gdzie Polska ludziom dała tak w łeb, że aż dziw, że nie było słychać w całym kraju. Czy coś się dzieje? Czy „polactwo” odstawiło jakiś kompromitujący cyrk? Jakoś nie słyszałem. Natomiast wciąż słyszę wrzask: „POLACTWO!!!!!!” No i chichot, że Kaczyński się przejęzyczył i zamiast „Prawo i Sprawiedliwość” powiedział „Platforma Obywatelska”.

      Ludzie tracą pracę. Ja tak dokładnie nie wiem, co to znaczy stracić pracę. Przyznaję, że miałem dwa momenty w swoim życiu, że przez chwilę poczułem zapach tej chwili i mimo że to była tylko chwila, domyślam się jak to jest kiedy to nie jest chwila, ale coś dłuższego. Jak się zachowuje człowiek, który się dowiaduje, że właśnie przyszła pora na niego. Niedawno dwa razy słyszałem o ludziach, którzy zastrzelili siebie i swoje rodziny w Ameryce. Czasem słyszę o najróżniejszych demonstracjach w Paryżu, może nie bezpośrednio spowodowanych utratą pracy, ale jakoś tam kłopotami z egzekwowaniem od państwa należności. Płoną wówczas samochody, niszczone są sklepy, a przez całe miasta przelatuje jeden wrzask: „ANARCHIA!!!”. Przepraszam bardzo, czy to jest „polactwo?” A jeżeli to nie jest „polactwo”, to mam rozumieć że „polactwem” jest to, że „polactwo” nie bierze spluwy i nie morduje swojej żony i dzieci z rozpaczy, albo nie wychodzi na ulicę i nie rozpieprza wszystkiego w drobny mak?

      Dziś w „Rzeczpospolitej” znajduję znakomity tekst prof. Krasnodębskiego zatytułowany „Cudownie odzyskana reputacja”, gdzie Krasnodębski pisze tak: „Jedynie stoczniowcy nie dostroili się do świątecznych nastrojów. Nie są w stanie zrozumieć, że jeśli nikt nie chce kupować budowanych przez nich statków, to nikt nie będzie do nich dopłacać z podatków, kosztem nas wszystkich. Wtedy nie stać by nas było ani na SUV, ani na grilla, nie mówiąc już o wieszakach z drewna wiśniowego, sprowadzanych prosto z Londynu. Zupełnie inaczej jest z przedsiębiorstwami europejskimi, które mają znaczenie systemowe. Te mogą i powinny być wspierane przez rządy, zwłaszcza ważnych krajów. W Niemczech przez pewien czas zastanawiano się intensywnie, czy Opel jest takim przedsiębiorstwem, ale ponieważ należy do GM, wynik namysłu był negatywny. Co innego bank Hypo-RealEstate, który być może zostanie znacjonalizowany. Volkswagena na szczęście już od 1937 roku nacjonalizować nie trzeba. W Polsce nie ma żadnych firm ‘systemowych’. I to nie dlatego, że należą do zagranicznych właścicieli. Po prostu, gdy w Polsce upadnie jakaś firma, to ma to takie znaczenie dla systemu światowego kapitalizmu, jak upadek cukrowni czy zakładów naprawczych taboru kolejowego w Łapach. Cukru od tego nie zabraknie, pociągów też. Miejmy nadzieję, że LOT, PKP i inne przedsiębiorstwa po swoim koniecznym upadku przejdą w bardziej sprawne ręce. Pocieszające jest to, że odżyły dziedziny, w których Polacy nadal się sprawdzają. Wrócili na przykład na szparagowe plantacje w Niemczech. W pracy u bauera Polacy są bezkonkurencyjni i tak tradycyjnie w nią wdrożeni, że nawet firma senatora Tomasza Misiaka nie musi robić im szkoleń”.

      Polacy. Spokojne, na ogół bardzo przyjaźnie usposobione społeczeństwo w środku Europy. Mądre jak większość, głupie jak większość. Pracowite jak większość, leniwe jak większość. Trochę naiwne. Dopiero wchodzące w świat talentów i sukcesów. Przez całe dziesiątki lat pod ruskim, albo niemieckim butem. Bez swojego państwa przez ponad sto lat. Z tej niewoli odrodzone ze swoim językiem, swoją wiarą i z tą swoją łagodnością. Niektórzy mówią, że jeszcze ze szczególną gościnnością. I teraz za to wszystko, muszą Polacy znosić ten oskarżycielsko wyciągnięty w ich stronę paluch Rafała A. Ziemkiewicza i to czarne słowo: „POLACTWO”. A obok tego palucha, ten niespokojny szmerek…

       I dalej mi się już nie chce pisać. Bo się poczułem naprawdę fatalnie.

 

A teraz, by całą dzisiejszą kwestię zamknąć, chciałbym zapewnić, że ja doskonale wiem, w jakim stanie znajduje się aktualnie Wielka Brytania, gdy chodzi o problem, z jakim mamy dziś do czynienia. Mam znajomych, którzy tam mieszkają i oni mi mówią, że tam panuje nieustanna atmosfera strachu przed tym, że sąsiad, znajomy, czy osoba zupełnie obca, zadenuncjują nas na policję pod byle pretekstem, w tym akurat wypadku związanym z tzw. polityczną poprawnością, a policja natychmiast, bez pytania o wyjaśnienie, weźmie nas za pysk i jesteśmy praktycznie skończeni. Mówię o atmosferze, którą można nazwać kulturą permanentnego donosicielstwa, jako obywatelskim i prawnym obowiązku. Taka jest od wieków Wielka Brytania, ale rzecz w tym, że w moim głębokim przekonaniu, Rafał Ziemkiewicz, wybierając się tam po tam jak został stamtą już raz wyrzucony, doskonale wiedział na co się naraża i tak naprawdę tego co się stało całym sercem wyczekiwał. Po co? Diabli go wiedzą, ale nie wykluczam, że po to, by podbić sprzedaż swoich książek, a może też stworzyć odpowiedni grunt pod kolejną. W końcu, on ledwie co wyznał, że jest przede wszystkim pisarzem, a nie politykiem.



 



 

piątek, 25 września 2020

Kiedy Rafał Ziemkiewicz spali kukłę Ursuli von der Leyen?

 

      Gdyby ktoś nie wiedział, a uważam że takich wśród nas jest bardzo wielu, żyje wśród nas człowiek o nazwisku Robert Bąkiewicz i proszę sobie wyobrazić, że piastuje on urząd prezesa tak zwanej Roty Marszu Niepodległości, oraz redaktora naczelnego portalu Media Narodowe, a mówiąc krótko, to on właśnie stoi za organizacją dorocznego, wielotysięcznego Marszu Niepodległości, który każdej jesieni przechodzi przez Warszawę. Do owego Marszu Niepodległości nie mam najmniejszych zastrzeżeń, a to z dwóch względów. Przede wszystkim, gdybym mieszkał w Warszawie, lub gdyby ów marsz odbywał się w Katowicach, to ja z największą radością brałbym w nim udział. Poza tym, abstrahując już od swoich osobistych emocji, znam wiele osób, które w owym wydarzeniu biorą udział, wiem że to jest dla nich ważne święto i w ten sposób nie widzę najmniejszego powodu, by się tu w jakikolwiek sposób wcinać. Z drugiej jednak strony, kiedy sobie uświadamiam to właśnie, kto stoi za pomysłem oraz organizacją owego marszu w formie jaką znamy, to ogarniają mnie bardzo poważne wątpliwości i myślę sobie, że  może jednak, nawet gdybym miał okazję, to bym został w domu.

         Zanim przejdę do sedna – a ono dopiero się pojawi – pokażę może kto to taki ów Bąkiewicz. Pierwszy raz o nim usłyszałem podczas którychś z warszawskich targów książki od któregoś ze znajomych patriotyczno-niepodległościowych działaczy i powiem szczerze że był to przekaz w najlepszym dla Bączkiewicza wypadku szyderczy. Później jeszcze parokrotnie to nazwisko wracało – podkreślam że w rozmowach z osobami, które w owym marszu regularnie biorą udział – a Bąkiewicz tam zawsze był traktowany co najmniej z pobłażaniem. W końcu postanowiłem sprawdzić osobiście, co to za człek i oto na co trafiłem:



       Kiedy już sobie to wyjaśniliśmy, chciałbym przejść do wspomnianego sedna. Otóż, jak pewnie wiemy, Rafał Ziemkiewicz, który tu ostatnio przeżywał swój comeback, po pięciu latach dzielnego, wbrew wielu zapewne jednocześnie realizowanym interesom, służenia polactwu zorganizowanemu pod skrzydłami władzy Prawa i Sprawiedliwości, postanowił się ostatecznie określić, z hukiem ogłosił swoją pryncypialność i ruszył w drogę, na której już nikt nie będzie mu mówił co ma robić i co gadać. Jak już wspomniałem, o geście Ziemkiewicza większość z nas z pewnością słyszała, a ja sobie myślę, że zapewne, podobnie jak ja, część z nas zastanawiała się, dokąd się w tej nowej sytuacji Ziemkiewicz się uda. Ja osobiście obstawiałem, że to będzie Onet, który jak wiemy zbiera wszelkie ochłapy, z tego jednak co zdążyłem zauważyć, on tam jako znany homofob, faszysta i antysemita, trafił na czarną listę, a skoro tak, to zapewne wszystkie inne, dotychczas wydawałby się zaprzyjaźnione drzwi zostały przed nim zamknięte, no I w tej sytuacji jedyne co pozostało temu geniuszowi to zwrócenie się w stronę Bąkiewicza i reprezentowanego przez niego towarzystwa.    

      Pierwszy ruch był skromny i polegał na ostrożnym pojawieniu się w internetowej audycji niejakiego Roli, jednak w kolejnym Ziemkiewicz nabrał JUŻ większej odwagi i postanowił uderzyć prosto do Bąkiewicza. Ponieważ jednak uznał go za reprezentującego zbyt wysoki urząd, Ziemkiewicz dał o sobie znać na Twitterze, przekazując dalej komentarz Bączkiewicza na temat Trzaskowskiego. Trzaskowski coś powiedział, Bączkiewicz to złośliwie skomentował, wszystko w sumie bez najmniejszego znaczenia, natomiast, owszem, Ziemkiewicz przede wszystkim wlazł na profil Bączkiewicza, trafił na jego bon moty i podał je dalej, jak rozumiem z sugestią, że to jest coś co zasługuje na powszechną uwagę.

       Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż, gdyby ktoś nie wiedział jak ten system działa, Twitter to z jednej strony polityczni celebryci, a z drugiej masa taka jak my. Gdy chodzi o Ziemkiewicza, on od lat należy do owych celebrytów, co sprawia, że jego profil obserwuje ponad 200 tys. osób, podczas gdy on się interesuje zaledwie 261 kontami. Oznacza to zatem, że owe 261 to albo znajomi Ziemkiewicza, albo ludzie na których mu zależy. Ale to też oznacza, że  Ziemkiewicz nie jest szczególnie wyrywny, by zwracać uwagę na pierwsze lepsze tweety. Na Bączkiewicza jednak uwagę zwrócił i co jeszcze ciekawsze uznał za stosowne pokazać mu że jest gotowy. Niech nam się bowiem nie zdaję, że on tę parę złośliwości ze strony Bączkiewicza pod adresem Trzaskowskiego uznał za warte swojej uwagi. Mowy nie ma. Tu chodziło o samego Bączkiewicza i ewentualną ofertę.

      Oferta, owszem, nadeszła w postaci następującego tweeta: „Panie Ziemkiewicz, zapraszamy więc do Mediów Narodowych”.

      A więc to już wiemy. Po pięciu latach dzielnego zadawania szyku w sztandarowej audycji TVP Info „W tyle wizji”, gdzie nie wytrzymali tacy cwaniacy jak redaktor Warzecha czy artysta estradowy Skiba, przyszła kolej na Ziemkiewicza. Smutne jest to, że podczas gdy w przypadku tych dwóch poszło czy to o poglądy czy towarzyskie zobowiązania, to gdy chodzi o Ziemkiewicza o wszystkim zadecydował jakiś nędzny sponsoring ze strony hodowców norek, nutrii, czy szynszyli.

       Czy było warto? Gdy chodzi o mnie, jak najbardziej. Bez Ziemkiewicza w TVP ja się będę czuł równie dobrze jak bez czapki z lisią kitą, a kto wie, czy nie lepiej. Gdy chodzi natomiast o niego, będzie miał to na co zasłużył. Stanowisko felietonisty w portalu medianarodowe.pl.

 

 

 

sobota, 19 września 2020

Mijają lata, a Rafał Ziemkiewicz wciąż dopilnowuje Jarosława Kaczyńskiego

 

W ramach mojej dwudniowej krucjaty mającej na celu wdepnięcie w ziemię wszelkiej pamięci po politycznym zaangażowaniu Rafała Ziemkiewicza, chciałbym wrócić do tekstu tym razem już nie z roku 2008, ale do trzy lata późniejszego, opublikowanego już po katastrofie w Smoleńsku, a podobnie jak w poprzednim wypadku dotyczącego publicystycznej myśli bohatera naszych dzisiejszych refleksji. Ktoś mnie zapyta, czemu ja nie napiszę czegoś nowego, czemu nie skomentuję bieżących zachowań tego przybłędy, a w moim pojęciu, owszem, mamy do czynienia ze zwykłym przybłędą. Otóż nie będę się zajmował dzisiejszym Ziemkiewiczem z tej prostej przyczyny, że on po tych wszystkich latach nie dał mi żadnego powodu, by powiedzieć o nim coś więcej niż mówiłem 12, 8, 4, czy 3 lata temu, a szczególnie gdyby to miała być uwaga, że on oszalał. Przecież dziś to jest wciąż to samo ponure nieszczęście, o którym już zostało powiedziane wszystko i nie ma sposobu, by uznać, że on kogokolwiek dziś jest w stanie w jakikolwiek sposób zainspirować do nowych przemyśleń.

Natomiast, owszem, nic nie zaszkodzi pokazać, w jaki sposób Rafał Ziemkiewicz, odkrywając dziś że Jarosław Kaczyński zwariował, udowadnia jedynie, że jedyne co on przez te wszystkie lata zmienił w swoim oglądzie rzeczywistości, to to, że zauważył inteligentnie jak cholera,  że to co można było kupić za sto złotych w roku 2008, dziś wymaga znacznie więcej. A zatem, tym razem chciałbym przedstawić tekst, jaki napisałem w reakcji na zachowania owego dziwnego człowieka jeszcze w roku 2011.

 

 

Gdy ostatni raz pisałem tu – nie wspominałem, ale pisałem – o Rafale Ziemkiewiczu, nie czyniłem sobie żadnych postanowień. A więc ani nie obiecywałem, że „z tym panem” już nie mam ochoty mieć nic wspólnego, ani też nie zapowiadałem, że przy najbliższej okazji znów sobie pogadamy. Mój ostatni kontakt z Ziemkiewiczem w żaden sposób nie przypominał tego, co czułem, gdy pisałem o Marku Migalskim czy Ludwiku Dornie, a mianowicie owej determinacji, by już nigdy więcej nie wchodzić na te tereny. Ziemkiewicz mi tu już bardziej przypomina Adama Michnika, któremu też kiedyś poświęciłem kilka tekstów i jakoś bez szczególnych emocji pisać przestałem. I, jak widać, dość dobrze sobie bez jego towarzystwa radzę.

Nie sądziłem przy tym jednak, że do niego jeszcze wrócę. W końcu, cokolwiek by o nim mówić, on nie jest osobistością na tyle skomplikowaną, żeby wywoływać akurat we mnie regularne refleksje, choćby nawet i raz na rok. A tymczasem, proszę. Oto się okazuje, że wprawdzie on sam nie jest nikim szczególnie inspirującym, natomiast przez to, że reprezentuje niezwykle inspirujące środowisko, od czasu do czasu udaje mu się wskoczyć na podium. Właśnie wskoczył.

W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” – a gdzieżby indziej, nieprawdaż? – Rafał Ziemkiewicz opublikował średnio długi tekst, już na pierwszej stronie dziennika anonsowany tytułem: „Patrioci niezadowoleni z Kaczyńskiego”, a w rzeczywistości, jak się okazuje po bliższym przyjrzeniu, zatytułowany „Patrioci dopilnują Kaczyńskiego”. Jeśli ktoś myśli, że teraz nastąpi seria cytatów i polemik, myli się głęboko. Nie będzie ani cytatów ani polemik. Ziemkiewicz, tak jak to już miało tu miejsce kilka razy, dostanie w nos, a reszta, to będą refleksje co do kwestii o wiele wyżej od Ziemkiewicza postawionych. Dla porządku jednak trzeba będzie przynajmniej streścić główną myśl wspomnianego tekstu. Otóż twierdzi ów mędrzec, że w odruchu ogólnonarodowego żalu po śmierci prezydenta Kaczyńskiego, środowisko prawicowe w Polsce bardzo się zaktywizowało, i dzięki autentyczności i emocjonalnej intensywności stworzonego przez siebie ruchu, mogło się włączyć z sukcesem w budowę wolnej Polski, tyle że politycy Prawa i Sprawiedliwości, w obawie przed utratą monopolu na bycie antyreżimową opozycją w Kraju, każdy najmniejszy odruch oddolnego patriotyzmu niszczą przy użyciu najbardziej brutalnych środków. Czy jest tam coś jeszcze? No, trochę jest. I są to właściwie rzeczy, za które Ziemkiewiczowi można by było nawrzucać nie raz i nie trzy, ale – jak już powiedziałem – pozostaniemy przy tym co jest, a więc przy głównej myśli owego tekstu.

Czy Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście, jak twierdzi Ziemkiewicz, trzyma swoją ciężką łapę na rozwoju niezależnej obywatelskiej aktywności, czy jest na nią otwarte, czy może zachowuje w stosunku do niej pozycję obojętną – nie wiem. Mam co do tego pewne podejrzenia, ale powiedzmy, że jednak nie wiem. To co natomiast wiem, i to wiem zbyt dobrze, by zachować tu umiar, wdzięk i typową dla siebie elegancję, to to, że Rafał Ziemkiewicz, załamując ręce nad monopolizacją sceny politycznej w Polsce, a zwłaszcza nad monopolizacją prawej jest strony, przekracza wszelkie faktyczne i potencjalne granice bezczelności. To co on tu wyprawia jest tak bezczelne, że domaga się już nie słów, lecz czynów. Rafał Ziemkiewicz, w swoim tekście w „Rzeczpospolitej” przedstawia analizę polskiej sceny politycznej, polskiego systemu partyjnego i wewnętrznej organizacji polskich struktur partyjnych, porównując je do systemu PRL-owskiego, i wylewa z siebie słowa rozpaczy, jak to ów system niszczy polskie szanse, a ja się zastanawiam, czy on naprawdę ma nadzieję, że nikt, choćby średnio zorientowany obserwator polskiej sceny publicznej, nie wie, jak wygląda struktura organizacji medialnej, której Ziemkiewicz jest prominentnym przedstawicielem? Czy to możliwe, żeby Rafał Ziemkiewicz aż tak moralnie i intelektualnie się stoczył, żeby robił to co robi, i nie wiedział, co to jest za dzieło?

Środowisko dziennikarskie reprezentowane przez Rafała Ziemkiewicza stworzyło system tak zwanego „wolnego obiegu myśli obywatelskiej”, w którym całość sceny została podzielona na dwie części – z jednej strony wolny głos dla chamów, a więc „Gazetę Polską”, a z drugiej wolny głos dla inteligencji, czyli „Rzeczpospolitą”. To co Polak pragnący silnej, wolnej i uczciwej Polski, w ramach swojego prawa do informowania i bycia informowanym, dostał wyłącznie te dwie grupy, a jeśli jeszcze liczy na to, że ktoś mu da coś jeszcze, musi być kompletnie nieprzytomny. Polska opinia publiczna, reprezentowana przez media, została podzielona i rozparcelowana w taki sposób, że gdyby na podobnej zasadzie miał działać polski system partyjny, organizacje międzynarodowe musiałyby uznać to za zwykły faszyzm.

Wszyscy pamiętamy, jak na początku lat 90. środowisko późniejszej Unii Wolności planowało polską scenę polityczną zorganizować w taki sposób, że po jednej stronie będą zreformowani komuniści, a po drugiej koncesjonowani demokraci. Zreformowani komuniści będą stanowili wieczną – oczywiście jak najbardziej konstruktywną – opozycję, natomiast koncesjonowani demokraci będą rządzili jako tzw. Solidarność. Wstęp oczywiście do jednej i drugiej grupy będzie jak najbardziej wolny, tyle że odbywać się będzie na zasadzie kooptacji. A więc, każdy będzie miał prawo zostać członkiem, pod warunkiem że zostanie zaproszony. Podobnie, tyle że – czasy są gorsze, więc i ich dzieci są gorsze – znacznie brzydziej, sprawa ma się z tą częścią naszego życia publicznego, które dziś jest reprezentowane między innymi przez Rafała Ziemkiewicza. Ta sfera jest sferą całkowicie zamkniętą, zaspawaną, i na dodatek opieczętowaną. Mamy dwie redakcje i grupę dziennikarzy, którzy prędzej zgodzą się dobrowolnie oszaleć, niż dopuszczą do tego, by którykolwiek z nich musiał oddać choćby centymetr terenu komuś spoza środowiska. Mamy sytuację, gdzie całość popularnej demokratycznej opinii reprezentowana jest przez może dziesięciu dziennikarzy i prędzej Jarosław Kaczyński i Donald Tusk podzielą się władzą z jakimś lokalnym członkiem partyjnej młodzieżówki, niż Tomasz Sakiewicz, czy Paweł Lisicki zgodzą się zamieścić w swoich gazetach tekst kogoś spoza towarzystwa. Rafał Ziemkiewicz, współtwórca i beneficjent tego układu, przychodzi na to wszystko i zaczyna coś gadać o braku demokracji w partiach.

Mają więc oni – nasi prawicowi, niezależni i wolni publicyści – swoje forum i swoje interesy, ale nawet wtedy, zamiast przynajmniej zająć się sobą i nie wtrącać się do czegoś, co do nich już na pewno nie należy, oczywiście są niezwykle czujni i równie niezwykle wrażliwi na każdy nieprzyjazny gest skierowany w ich stronę. Przecież już nawet na tym blogu, mieliśmy okazję czytać komentarze nadesłane przez niektórych z nich, w których mieli oni czelność pokazywać nam, gdzie jest nasze miejsce i co mamy z tym miejscem robić. To przecież tu miało miejsce kultowe już wystąpienie jednego z tych mędrków, Łukasza Warzechy, w którym poinformował on mnie osobiście, że on jest pilotem boeinga, a ja zaledwie kierowcą traktora. To przecież nie gdzie indziej, jak na pewnym zakolegowanym blogu uznał za stosowne powymądrzać się sam Rafał Ziemkiewicz, mniej więcej w tej samej sprawie. I teraz on właśnie daje sobie prawo, żeby ponarzekać na traktowanie polskich patriotów przez partyjnych baronów. Co za chamstwo!

Tyle dobrego, że załatwiając sobie swoje codzienne interesy, Rafał Ziemkiewicz wskazał na bardzo ważny problem. Oczywiście nie on pierwszy i tym bardziej nie on jedyny. Wbrew temu co jemu i jego kolegom się wydaje, w dzisiejszej sytuacji, kiedy polska opinia publiczna rozwija się, a wręcz kwitnie, wbrew wysiłkom bandy drżących o swoją pozycje uzurpatorów, wszystko – dosłownie wszystko – co każdy z nich mógłby kiedykolwiek wymyślić, czy powiedzieć, zostało wymyślone i powiedziane dużo wcześniej. Ale problem jest. Mam tu na myśli najprawdopodobniej agenturalne działania na rzecz rozbicia tego ruchu, który powstał po kwietniu 2010 roku. Wydawałaby się, że nikt dziś nie ma wątpliwości, że smoleńska katastrofa nie tylko uaktywniła znaczną część polskiego społeczeństwa, ale również wszystkie możliwe siły antypolskiej agentury. Jest to coś tak oczywistego, że trudno sobie wyobrazić, by ktoś w miarę rozsądny nie wiedział, jak w takich sytuacjach System działa. Przecież to są zachowania obserwowane nawet na poziomie najbardziej podstawowym. Jeśli jest gdzieś pożar, to natychmiast, obok strażaków z wiadrami i sikawkami, pojawiają się złodzieje, kombinujący, jak by tu tych strażaków, i przy okazji kogoś jeszcze, okraść. Tu musiało się wszystko odbyć dokładnie w taki sam sposób. W następstwie katastrofy w Smoleńsku i gwałtownego wzrostu społecznej świadomości, uaktywniły się też wszystkie te siły, które na takie sytuacje znają tylko jeden sposób – wbić się w tłum i wszystko rozpieprzyć. Powstanie tak zwanego PJN jest tu tylko, fakt, że atrakcyjnym, ale tylko tych działań przykładem. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość i jego władze zdają sobie z tego sprawę, to chwała im za to. Podobnie jak nikt by im tego nie wybaczył, gdyby dla jakichś durnych wyobrażeń o demokracji i wolnej politycznej działalności wolnego obywatela, oni dopuścili do tego, by w ciągu kolejnych miesięcy powstało kilkanaście super-patriotycznych ugrupowań, a każde z nich z Lechem Kaczyńskim i Prawem i Sprawiedliwością i Solidarnością w nazwie, podpierających się pamięcią o świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego, i uzyskując odpowiednią pozycję, wystawiło swoje kandydatury do w wyborach Parlamentu.

Ziemkiewicz główną tezę swojego artykułu opiera na niedawnym wydarzeniu z Wrocławia, gdzie jakiś czas temu rozpoczęła działalność grupa pod nazwą „Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego”, a więc pod dokładnie tą samą nazwą, jakie wcześniej, jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej w roku 2010 posiadały społeczne komitety poparcia na rzecz prezydentury właśnie Jarosława Kaczyńskiego. Z powodów mi nie do końca znanych, ale chyba dość oczywistych, przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zwrócili się do aktywistów owego projektu, by sobie jeśli chcą działali, lecz by nie używali w tej działalności nazwy Komitetu. Ziemkiewicz oczywiście strasznie się pieni, że oto mamy do czynienia z polactwem w najgorszym już wydaniu, a więc wydaniu pisowskim, gdzie dla partyjnych celów niszczy się marzenia o Polsce. A ja się zastanawiam, czy on wie, jak jest, czy nie wie? Jeśli wie, to mamy do czynienia ze zwykłym geszefciarzem i nie ma o czym gadać. Jeśli nie wie, to jest zwyczajnym durniem. Bo durnie trzeba być, żeby przy tych wszystkich doświadczeniach, jakich byliśmy niemymi świadkami przez tyle ostatnich lat, nie wiedzieć, jak działa System, zwłaszcza w miesiącach przedwyborczych. Trzeba być durniem, żeby myśleć, że widząc jak społeczeństwo zaczyna się organizować wokół prawdy, prawa i sprawiedliwości, System położy uszy po sobie i pójdzie na piwo.

Ja jednak uważam, że Ziemkiewicz wie. On jest zbyt doświadczoną figurą na tej scenie, by nie wiedzieć. A w tej sytuacji, pozostaje już tylko jedna zagadka. Czy on się zachowuje jak się zachowuje, ponieważ wie, że jest zwykłym nieudacznikiem, w polityce mu się nic nie udało i – dopóki przywódcą i symbolem niepodległej Polski będzie Jarosław Kaczyński, którego Ziemkiewicz tępi od zawsze – już prawdopodobnie nic mu się nigdy nie uda, i to jest już pewnie ostatni moment, żeby się czegoś uczepić, czy może chodzi o to, że on działa z jeszcze większym wyrachowaniem. Na zimno i bez emocji. Bez większych ambicji i bez większych idei. I tu z kolei, mam podejrzenia, że to drugie rozwiązanie może być prawdziwe. Jak mówię, od czasu gdy Ziemkiewicz przestał być rzecznikiem prasowym UPR-u i poszedł na tak zwane swoje, w polityce nie odniósł jakiegokolwiek sukcesu. Wszystko co udało mu się tam osiągnąć, to popyskować od czasu do czasu, to tu to tam. Natomiast, nie da się ukryć, że odniósł bardzo duży sukces osobisty i finansowy. Ziemkiewicz jest dziś prawdopodobnie najbardziej poczytnym politycznym komentatorem obok Łysiaka – też, tak się dziwnie składa, jak najbardziej, naszego człowieka na tym wilkowisku – tyle że o ile Łysiak, jak mi mówią, jest pisarzem wybitnym, Ziemkiewicz pisze jak ostatnia szmata. Powieści Ziemkiewicza – mówię o powieściach, jego publicystyka, to zwyczajne standardowe dziennikarstwo – to syf najgorszy. Jak to się stało, że ktoś tak beznadziejny odniósł taki sukces? Nie jestem tego w stanie zrozumieć. Kuczok, Pilch, Chutnik, Kuryluk – cała ta banda pluszowych misiów reżimu – sprawa jest dla mnie jasna. Tam droga jest prosta. Ale Ziemkiewicz? Ten wojownik i zimny kontestator? Taki sukces? On akurat, przy takim sukcesie, musi być zwyczajnie dobry. Problem w tym, że nie jest.

 

Minęło dziewięć lat i niech mi kto powie, że ten tekst się zdezaktualizował.




 

 

 


piątek, 7 sierpnia 2020

O samotnej Oli i gumowych oczach starszych panów


      Miałem wprawdzie na dzisiejszy dzień trochę inny plan, ale stało się coś, co zmieniło nieco bieg spraw i pomyślałem sobie, że może pokontynuuję nieco wczorajszy temat. Zanim jednak przejdę do sedna, chciałem się podzielić pewnym wspomnieniem. Otóż mam szkolnego jeszcze kolegę, który na początku lat 90-tych postanowił pójść w tak zwaną działalność i otworzył miejscowy punkt fotograficzny. Ponieważ zawsze interesował się fotografią i miał tu pewne umiejętności, interes ruszył. Niestety, niedługo po tym, jak grzyby po deszczu, zaczęły się pojawiać supermarkety, a potem galerie handlowe, klienci w sposób naturalny zaczęli wybierać opcję finansowo bardziej korzystną, no i mój kolega zaczął się pogrążać w kryzysie. Jakby tego było mało, z nieznanych mi powodów, został przepędzony z domu przez żonę i dzieci, i ostatecznie znalazł się na tak zwanym  lodzie. Rozmawialiśmy na ten temat trochę, więc mu powiedziałem, że jako człowiek inteligentny, przystojny – swoją drogą przystojny jak jasna cholera – a i poza tym w ogóle towarzysko nadzwyczaj atrakcyjny, powinien sobie znaleźć jakąś kobietę i rozpocząć nowe życie. A on mi odpowiedział mniej więcej tak: „No wiesz, myślałem o tym. Mam tu w punkcie pracownicę, taką Olę, bardzo fajną dziewczynę i pomyślałem, że może spróbuję wybadać, jak się mają sprawy po jej stronie. A więc któregoś dnia zapytałem: ‘Pani Ola, czy ma pani chłopaka?’ A ona mi na to: ‘Panie Wojtku, niech pan sobie wyobrazi że nie mam i to jest coś okropnego. Ja już mam 24 lata i nigdy nie miałam chłopaka. Ja jestem tak zdesperowana, że jestem gotowa nawet pójść za starego’”.
      Słysząc te słowa mojemu koledze z liceum zaświeciły oczy i serce zaczęło mu bić szybciej, gdy w tym momencie owa Joasia postanowiła rzecz uściślić: „Może mieć nawet i 30 lat”.
      Gdy chodzi o mnie i mojego szkolnego kumpla – podczas tej rozmowy mieliśmy chyba po lat 55, a w tym roku i on i ja przechodzimy na emeryturę – przyznaję, że owa historia postawiła mnie na nogi do tego stopnia, że dziś, kiedy mi jakieś dziecko ustępuje miejsca w tramwaju, nawet nie mrugnę okiem. I oto pojawia się temat, który zaczepiłem troszeczkę w związku z wybrykami paru upadłych gwiazd, ale który też wyznacza pewien bardzo istotny cywilizacyjny trend. Ale też gdy myślałem, że to co wczoraj napisałem wystarczy, wyskoczył niespodziewanie sam Rafał Aleksander Ziemkiewicz, a więc człowiek już 55-letni i dokonał swoistego coming outu. Otóż we wczorajszym telewizyjnym programie „W tyle wizji” pojawił się temat żeńskiej piłki nożnej i gdy wydawało się, że w sumie temat jak temat, sprawę spróbował skomentować wspomniany Ziemkiewicz i z chytrym uśmiechem zapowiadając, że za chwilę wygłosi coś politycznie bardzo niepoprawnego, powiedział co następuje:
      „Ja nie oglądam piłki nożnej, ale na ten moment, kiedy się koszulkami wymieniają, bardzo chętnie włączę”.
      Otóż jest tak, że każdy z nas pewnie zna określenie „lubieżny staruszek”. Przyznam szczerze, że nigdy nie traktowałem go poważnie i widziałem w nim pewien fałsz. Trochę przez to, że trudno mi było uwierzyć, by ktoś kto jest faktycznie staruszkiem miał w ogóle w głowie seks, ale też dlatego, że ja w życiu nie spotkałem staruszka, który by w jakikolwiek sposób ową lubieżność demonstrował. Natomiast, owszem, widziałem wielu takich, czterdziestolatków, pięćdziesięciolatków, sześćdziesięciolatków, którzy pozując na o wiele młodszych niż faktycznie są, oglądają się za młodymi piłkarkami, a niekiedy nawet próbują nawiązać rozmowę. I to nigdy nie są staruszkowie, ale właśnie ludzie w wieku Rafała Ziemkiewicza, który publicznie deklaruje, że gdy chodzi o cycki, to on jest zawsze chętny, a którym nawet do głowy nie przyjdzie podejrzewać, że to ich właśnie ów nieznany poeta miał na myśli, gdy tworzył pojecie „lubieżnych staruszków”.
        Obejrzałem wypowiedź red. Ziemkiewicza wraz ze swoją córką, i wiecie Państwo, jak ona na nią zareagowała? Otóż z miejsca oświadczyła, że ile razy ona ogląda męską koszykówkę, to za każdym razem jak piłka trafia do kosza, to ona widzi penisa wbijającego się w – jak to zgrabnie określają feministki – cipkę. Mam nadzieję, że żartowała. Z Ziemkiewicza.


      

wtorek, 17 września 2019

Moje polactwo raz jeszcze


        Jak już się tu parokrotnie przyznawałem, mam w sobie jakąś skazę, która każe mi od czasu do czasu oglądać program telewizyjny „W tyle wizji”. Czemu jestem wobec tej nędzy aż tak bezbronny, nie umiem powiedzieć. Faktem jest, że raz na jakiś czas przed godziną 22 przełączam pilota na 15 kanał, a tam... daję słowo, że dobrze gdy na mnie czekają redaktorzy Janecki i Wolski, bo wszystko co niżej, z poziomem najniższym w osobach Doroty Łosiewicz i Krzysztofa Fausette, to już wyłącznie najbardziej ponura żenada.
      Ale jest tam też ktoś, kto, przyznaję zupełnie bez zbędnych awantur, stanowi moją obsesję dosłownie od pierwszego tekstu zamieszczonego na tym blogu, czyli Rafał Ziemkiewicz, i z powodu, którego choćby na swój własny użytek nie jestem w stanie określić, to on właśnie z całej tej smutnej załogi mnie najbardziej dręczy. Doszło wręcz do tego, że pewnego wieczoru, zirytowany jego bezczelnością, postanowiłem, że się ostatecznie skompromituję, zadzwonię tam i go zmuszę do debaty, jednak, jak się można było spodziewać, moje wysiłki poszły na nic.
      O co poszło? Otóż Rafał Ziemkiewicz, co należy tu wyraźnie podkreślić, bardzo dziś gorliwy adwokat Dobrej Zmiany, a którego wcześniejsze występki każdy szanujący się obserwator polskiej polityki zna aż nazbyt dobrze, uznał za stosowne pochwalić się, że on do dziś jest bardzo dumny ze swojej książki zatytułowanej „Michnikowszczyzna”. A ja w tej sytuacji postanowiłem, że tam zadzwonię i zapytam, jak on się dziś czuje, gdy chodzi o inną jego książkę, wydaną jeszcze w roku 2007, pod nadzwyczaj interesującym tytułem „Polactwo”. Jak już wspomniałem, do rozmowy nie doszło, natomiast ja wciąż, wręcz obsesyjnie, oczekuję od Rafała Ziemkiewicza, który dziś dorabia w publicznej telewizji, udając jednego z głównych emisariuszy zwycięskiej Polski, by mi powiedział, jak on wobec swojego paszkwilu na Adama Michnika pozycjonuje swój nieco wcześniejszy paszkwil na polskość.
      Wiem że odpowiedzi na to pytanie raczej już nie uzyskam, natomiast to co dziś mogę zrobić, to przypomnieć swój dawny tekst, jeszcze z roku 2009 i zaapelować do tych wszystkich z nas, którzy szczerze życzymy Polsce jak najlepiej, by uważali na tych przebierańców.


      Wśród reakcji na moje dwa ostatnie wpisy, dotyczące sposobu w jaki reżim potraktował protestujących właśnie przeciwko owemu reżimowi ludzi, oprócz zwyczajowych wyrazów solidarności i – równie zwyczajowych – głosów pogardy i dla mnie i dla protestujących, pojawiły się wypowiedzi nie kwestionujące mojej opinii na temat zepsucia, jakiemu uległa partia rządząca i środowiska z nią związane, natomiast wyrażające niechęć do czegoś, co już od pewnego czasu w powszechnej świadomości funkcjonuje jako „polactwo”. Najbardziej ogólnie rzecz ujmując, chodzi o to, że w opinii moich znajomych, postawy społeczne przejawiające się w paleniu opon i kukieł, okupowaniu lokali, rzucaniu przedmiotami w policję, czy – generalnie – robieniu tzw. zadymy są, nie dość że manifestacją kompletnego braku szacunku dla prawa i publicznego ładu, to na dodatek są najbardziej rażącym symbolem tego, co jest naszą polską hańbą i wstydem. W wielu wypowiedziach, które znalazłem w komentarzach pod moimi wpisami, niezależnie czy pochodziły one od osób politycznie mi bliskich, czy bardzo obcych, nieodmiennie znajdowałem sugestię, że prawa należy przestrzegać, policja powinna awanturników karać, a społeczeństwo – jeśli tylko chce być społeczeństwem nowoczesnym i sumiennym – winno umieć na tego typu zdarzenia patrzeć spokojnie i obiektywnie.
       Ale to są tylko opinie dotyczące generalnie zachowań społecznych i ładu publicznego. Tu jednak – jak już wspomniałem – pojawiła się kwestia owego „polactwa”, czyli czegoś co jest rzekomą kwintesencją naszych narodowych wad i naszej historycznie uzasadnionej marności. Skąd wiem, że to o to tu musi chodzić? Stąd mianowicie, że sama nazwa „polactwo”, tak jak ją powszechnie dziś rozpoznajemy, pochodzi z książki Rafała Ziemkiewicza, którą wielu czytało, wielu komentowało, a którą ja również – z trudem bo z trudem – ale swego czasu zmęczyłem. Wiem zatem, o czym myślą ludzie, którzy z refleksjami Ziemkiewicza się utożsamiają, kiedy w stosunku do Polski i Polaków używają tego szczególnego określenia. Kiedy im się coś w ich otoczeniu, lub w bardziej szerszej skali, bardzo nie podoba, niezwykle chętnie objaśniają to coś, całą winę zwalając na nasze polskie łajdactwo, głupotę, pieniactwo, ciemnotę, zabobon, zawiść, fanatyzm, niechlujstwo, zakłamanie, nasz brak talentów, nasz śmieszny patriotyzm – cokolwiek, do wyboru do koloru. Byle to było taaaaaakie polskie.
       Kiedy dowiedziałem się, że Ziemkiewicz wydał książkę na temat naszych wad narodowych, wiedziałem na sto procent, że to jego „Polactwo” odniesie wielki sukces. Raz, że książki Ziemkiewicza w ogóle cieszą się dużą sympatią czytelników, a dwa – i to dla nas jest akurat dziś najważniejsze – że wśród wielu polskich wad narodowych, jest jednak i ta, którą w pełni gotów jestem potwierdzić i z bólem serca zaakceptować. Pewna znaczna część obywateli – do których w sposób oczywisty należy sam Ziemkiewicz – z niezwykłą przyjemnością lubi opowiadać i słuchać, jacy to my Polacy jesteśmy beznadziejni. Z tym naturalnie zastrzeżeniem, że mamy tu zawsze na myśli Polaków z drobnymi wyjątkami. Wiedziałem więc, że książka którą Ziemkiewicz – Polak wyjątkowy – pisze w takiej intencji i do tak stargetowanej grupy wyjątkowych Polaków, musi mu przynieść chwałę. No i przyniosła.
      Dlaczego w stosunku do książki Ziemkiewicza, zatytułowanej „Polactwo”, czuję wyłącznie wstręt? Oczywiście dlatego, że uważam ją za książkę bardzo niedobrą, fatalnie napisaną, intelektualnie niechlujną i nieuczciwą, krotko mówiąc – głupią. Ziemkiewicz wymyślił sobie, że Polacy mają wady narodowe, uznał, ze to właściwie jest bardzo ciekawe, a następnie doszedł do wniosku, że jeśli on zapisze swoje na ten temat refleksje na 400 stronach, to akurat będzie w sam raz. I napisał. I teraz załóżmy, że Polacy mają dziesięć wielkich narodowych wad. Ziemkiewicz wspomina, jeśli pominąć całą tę jego sofistykę, o zaledwie paru. Ale niech będzie dziesięć. Jak długo można pisać o dziesięciu wadach narodowych? Przez 50 stron? Sto? No… na pewno nie przez 400. Ziemkiewicz napisał książkę na 410 stron, udowadniając wyłącznie jedno: że Polacy zachowują się czasem bardzo do bani, a czasem mniej. I że wszystkie inne narody również zachowują się bardzo do bani, a czasem mniej. Tyle tylko, że kiedy on o tym pisał – na tych 410 stronach –  to wszystkie te swoje przykłady objaśniał w jeden sposób. Że kiedy Polacy zachowują się do bani, to jest to „polactwo”, a kiedy Niemcy, albo Francuzi, albo Włosi zachowują się to bani, to też jest to „polactwo”. Tragedia!
       Więc to jest jeden powód, dla którego o Ziemkiewiczu i o jego książce myślę źle. Drugi powód, jeszcze ważniejszy, to ten, że ja uważam stan umysłu, który zaprezentował Ziemkiewicz, za okropnie sztubacki. Pamiętam jak kiedyś, kiedy jeszcze dzieci pisały do siebie listy w systemie Pen Pali trzeba się było jakoś zaprezentować, to nieodmiennie pojawiał się następujący opis: „Cenię przyjaźń, nienawidzę faszyzmu i głupoty”. Z czasem, jak stopniowo zniknęły listy papierowe, troszkę zniknął też ten faszyzm, natomiast pozostała przyjaźń i głupota. Tyle że one są już obecne w wypowiedziach ludzi dorosłych. Najczęściej artystów – aktorów i piosenkarzy. Jeśli zapytać Piotra Rubika, albo dziennikarza telewizyjnego Kubę Wojewódzkiego, czy jakąś Małgorzatę Foremniak, co oni lubią, albo czego nie lubią, to najczęściej – o ile któryś z nich nie postanowi zażartować – pojawia się ten stary tekst: „Bardzo cenię przyjaźń, nienawidzę głupoty”. Ziemkiewicz wspiął się nieco wyżej. On dodaje: „Głupoty i polactwa.
      I teraz jest tak, że za Ziemkiewiczem idzie cała kolejka jego fanów, którzy strasznie są z siebie dumni jeśli mogą powiedzieć odważnie i dobitnie: „Nienawidzę tego naszego polactwa!” A mnie okropnie boli fakt, że wśród nich jest mnóstwo ludzi bardzo wrażliwych, bardzo patriotycznych, bardzo w gruncie rzeczy dumnych z tego, że urodzili się własnie tutaj, a może nawet i właśnie teraz, tyle że z jakiegoś dla mnie niepojętego powodu nie są w stanie dojrzeć, jakie to jest okropne dojść do tego miejsca, kiedy się będzie z poczuciem pełnego intelektualnego sukcesu, dumnie wypowiadało to właśnie słowo: „polactwo”. I już nawet nie chodzi o to, że ci wszyscy, którzy nienawidzą głupoty, sami są często głupi jak para starych butów, ani o to, że ci wszyscy, którzy wyciągają swoje polskie paluchy na Polskę i krzyczą „polactwo!” sami w sposób najbardziej dobitny to „polactwo” uosabiają. Dla mnie myślą absolutnie nie do zniesienia jest to, że wielu z moich znajomych używa tego określenia „polactwo”, nie czując jak fatalnie się tym samym znaleźli.
      A jest jeszcze jedna, bardzo niezwykła, kwestia. To „polactwo” pojawiło się przy okazji robotniczych protestów. Ja oczywiście wiem, że związek zawodowy Sierpień 80, to jest bardzo podejrzane towarzystwo. Ja bardzo poważnie biorę pod uwagę, że oni sa najzwyczajniej w świecie podstawieni. Że te ich okupacje to zwykły humbug, który ma na celu wyłącznie zneutralizowanie prawdziwego gniewu i prawdziwej ludzkiej rozpaczy. No ale to jest jedynie teoria. Oficjalnie sprawa wygląda tak, że jest kryzys, rząd jest absolutnie, ewidentnie i skandalicznie niekompetentny, Polska upada, ludzie tracą pracę, banki wysyłają na rodziny egzekutorów należności, wielu Polaków nie wie jak będą żyć następnego dnia i generalnie jest spokój. „Polactwo” chodzi pokornie do pracy, kiedy zadzwoni pan ankieter z OBOP-u, grzecznie powie mu, że popiera Platformę Obywatelską, na ulicy nie widać nie dość że rozruchów, to ludzie na ogół są dla siebie uprzejmi i w miarę grzeczni. Tyle że związkowcy z Sierpnia 80 okupują biura poselskie przedstawicieli rządu, a reżimowa policja ich stamtąd usuwa. A to na tle okrzyku ludzi mądrych: „POLACTWO!!!!!”
      Wczoraj Jarosław Kaczyński miał konferencję prasową w Łapach, gdzie Polska ludziom dała tak w łeb, że aż dziw, że nie było słychać w całym kraju. Czy coś się dzieje? Czy ‘polactwo” odstawiło jakiś kompromitujący cyrk? Jakoś nie słyszałem. Natomiast wciąż słyszę wrzask: „POLACTWO!!!!!!” No i chichot, że Kaczyński się przejęzyczył i zamiast „Prawo i Sprawiedliwość” powiedział „Platforma Obywatelska”.
       Ludzie tracą pracę. Ja tak dokładnie nie wiem, co to znaczy stracić pracę. Przyznaję. Miałem dwa momenty w swoim życiu, że przez chwilę poczułem zapach tej chwili. Domyślam się więc, jak to jest kiedy to nie jest chwila, ale coś dłuższego. Jak się zachowuje człowiek, który się dowiaduje, że właśnie przyszło na niego. Niedawno dwa razy słyszałem o ludziach, którzy zastrzelili siebie i swoje rodziny w Ameryce. Czasem słyszę o najróżniejszych demonstracjach w Paryżu, może nie bezpośrednio spowodowanych utratą pracy, ale jakoś tam kłopotami z egzekwowaniem od państwa należności. Płoną wówczas samochody, niszczone są sklepy, a przez całe miasta przelatuje jeden wrzask: „ANARCHIA!!!”. Przepraszam bardzo, czy to jest „polactwo?” A jeżeli to nie jest „polactwo”, to mam rozumieć, ze „polactwem” jest to, że „polactwo” nie bierze spluwy i nie morduje swojej żony i dzieci z rozpaczy, albo nie wychodzi na ulicę i nie rozpieprza wszystkiego w drobny mak?
      Dziś w Rzeczpospolitej znajduję znakomity tekst prof. Krasnodębskiego zatytułowany Cudownie odzyskana reputacja, gdzie Krasnodębski pisze tak: „Jedynie stoczniowcy nie dostroili się do świątecznych nastrojów. Nie są w stanie zrozumieć, że jeśli nikt nie chce kupować budowanych przez nich statków, to nikt nie będzie do nich dopłacać z podatków, kosztem nas wszystkich. Wtedy nie stać by nas było ani na SUV, ani na grilla, nie mówiąc już o wieszakach z drewna wiśniowego, sprowadzanych prosto z Londynu. Zupełnie inaczej jest z przedsiębiorstwami europejskimi, które mają znaczenie systemowe. Te mogą i powinny być wspierane przez rządy, zwłaszcza ważnych krajów. W Niemczech przez pewien czas zastanawiano się intensywnie, czy Opel jest takim przedsiębiorstwem, ale ponieważ należy do GM, wynik namysłu był negatywny. Co innego bank Hypo-RealEstate, który być może zostanie znacjonalizowany. Volkswagena na szczęście już od 1937 roku nacjonalizować nie trzeba. W Polsce nie ma żadnych firm ‘systemowych’. I to nie dlatego, że należą do zagranicznych właścicieli. Po prostu, gdy w Polsce upadnie jakaś firma, to ma to takie znaczenie dla systemu światowego kapitalizmu, jak upadek cukrowni czy zakładów naprawczych taboru kolejowego w Łapach. Cukru od tego nie zabraknie, pociągów też. Miejmy nadzieję, że LOT, PKP i inne przedsiębiorstwa po swoim koniecznym upadku przejdą w bardziej sprawne ręce. Pocieszające jest to, że odżyły dziedziny, w których Polacy nadal się sprawdzają. Wrócili na przykład na szparagowe plantacje w Niemczech. W pracy u bauera Polacy są bezkonkurencyjni i tak tradycyjnie w nią wdrożeni, że nawet firma senatora Tomasza Misiaka nie musi robić im szkoleń”.
      Polacy. Spokojne, na ogół bardzo przyjaźnie usposobione, społeczeństwo w środku Europy. Mądre jak większość, głupie jak większość. Pracowite jak większość, leniwe jak większość. Trochę naiwne. Dopiero wchodzące w świat talentów i sukcesów. Przez całe dziesiątki lat pod ruskim, albo niemieckim butem. Bez swojego państwa przez ponad sto lat. Z tej niewoli odrodzone ze swoim językiem, swoją wiarą i z tą swoją łagodnością. Niektórzy mówią, że jeszcze ze szczególną gościnnością. I teraz za to wszystko, muszą Polacy znosić ten oskarżycielsko wyciągnięty w ich stronę paluch Rafała A. Ziemkiewicza i to czarne słowo: „POLACTWO”. A obok tego palucha, ten niespokojny szmerek…
      I dalej mi się już nie chce pisać. Bo się poczułem naprawdę fatalnie.



Miałem już tę ostatnią zbiórkę zamykać, ale może jeszcze dziś bardzo proszę wszystkich tych, którym powyższy tekst umilił dzień o wsparcie pod adresem Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, ewentualnie, a jeśli ktoś jest za granicą, to przez  paypalowy adres k.osiejuk@gmail.com. A  ja ze swej strony obiecuję, że będę Państwa zabawiał dopóki mi sił starczy.  

     

czwartek, 5 września 2019

Co Rafał Ziemkiewicz myśli na temat ptasiego mleczka


Możliwe, że to się już wcześniej wydało, ale z pewną – nie dużą, ale pewną – regularnością oglądam program telewizji TVP Info zatytułowany „W tyle wizji”, a tam niekiedy pojawia się nie kto inny, jak Rafał Ziemkiewicz. Otóż niedawno stało się tak, że ów Ziemkiewicz pochwalił się przed kamerami, że on jest nadzwyczaj dumny ze swojej książki, w której zniszczył Adama Michnika, wydanej pod odważnym bardzo tytułem „Michnikowszczyzna”. Ponieważ ja Ziemkiewicza znam z różnych zachowań, a nie tylko tych, o których on lubi wspominać, postanowiłem, że zadzwonię tam i zapytam go, czy on jest również dumny ze swojej książki zatytułowanej „Polactwo”, gdzie zaatakował nie Michnika, ale tych, których ów Michnik ma w odwiecznej pogardzie, czyli nas. Jak się należy spodziewać, całe to dzwonienie poszło na marne, natomiast ja wciąż mam w głowie to pytanie: Jak się dziś czuje wobec tego, co sobie o Polsce i Polakach myślał przed laty ten, który dziś jest traktowany przez wielu, jako pierwszy patriota i przyjaciel Dobrej Zmiany.
W tej sytuacji chciałbym przypomnieć pewien swój tekst, sprzed wielu, wielu lat i zaproponować chilę refleksji w temacie podstawowym: Jak długo my jeszcze będziemy pozwalać na to, by oni nas mieli za idiotów?

     

      Jak już tu kiedyś pisałem, pani Toyahowa tego bloga praktycznie nie czyta. Nie dlatego, że to o czym ja piszę, jej nie interesuje, choć, kto wie? Może czasem chodzić i o to też. Jej problem z tym blogiem jednak jest przede wszystkim taki, że te teksty są za długie, a ona nie ma serca, żeby się skupiać na jednym długim tekście, o ile to nie jest jakaś książka, najchętniej z historią Polski w tle. A zatem, gdybym miał prowadzić jakieś badania nad uczestnictwem Toyahowej w tak zwanej blogosferze, to jestem pewien, że okazałoby się, że ona znacznie częściej na przykład zagląda na stronę coryllus.pl, niż tu.
      Jest jednak typ blogów, które ona odwiedza nagminnie. Mam na myśli tak zwane blogi kulinarne. Z tego co słyszę, ich jest bardzo dużo, a ich autorki – bo to są głównie dziewczyny – z reguły dzielą się z czytelnikami przepisami na przeróżne ciasteczka, desery, torciki i takie tam. Często przepisy te są ozdabiane zdjęciami, niekiedy bardzo pięknie podanymi, i wówczas, oprócz samej radości z czytania, jest też na czym zawiesić oko.
      Niedawno poinformowała mnie Toyahowa o zdarzeniu, które przeleciało jak meteoryt przez nasze media i ostatecznie się rozproszyło w codziennym zgiełku. Otóż autorka jednego z owych ciasteczkowych blogów, niejaka Iwusia, zamieściła u siebie swój przepis na coś, co się popularnie nazywa „ptasie mleczko” i natychmiast otrzymała pismo od prawnika reprezentującego firmę „Wedel”, w którym właściciele „Wedla” żądają od niej, by – ponieważ „ptasie mleczko” to nie jest zwyczajna, popularna nazwa, lecz znak towarowy – obok tego swojego „ptasiego mleczka” umieściła znak ®. Dla większego efektu pozwolę sobie zacytować tu fragment pisma, jakie „Wedel” wysłał do owej Iwusi:
„Wobec powyższego, w imieniu Lotte Wedel, zwracam się do Państwa z prośbą o uszanowanie praw mojego Mocodawcy i niezwłoczne zamieszczenie przy przepisach kulinarnych umieszczonych na Państwa stronie i posługujących się znakiem ‘PTASIE MLECZKO®’ notki o następującej treści: ‘Oznaczenie słowne ‘PTASIE MLECZKO ®’ stanowi zarejestrowany znak towarowy chroniony na rzecz Lotte Wedel sp. z o.o.’ oraz symbolu ® przy nazwie PTASIE MLECZKO lub, alternatywnie, niezwłoczne usunięcie przepisów kulinarnych posługujących się znakiem towarowym ‘PTASIE MLECZKO®’ z Państwa strony.”
      Reakcja autorki bloga była szybka i oddająca firmie Lotte Wedel wszelką satysfakcję. Ona się tak przestraszyła tym listem, że w jednej chwili, najpierw oznaczyła nazwę „ptasie mleczko” znakiem ®, następnie przepis na to swoje ptasie mleczko usunęła z bloga, a w końcu usunęła z niego wszystkie pozostałe przepisy.
      Jak czytam dziś w Internecie, wszystko skończyło się dobrze. Kiedy strona z przepisami zniknęła, w Sieci podniosła się lekka wrzawa, i ostatecznie właściciele Lotte Wedel wycofali się ze swoich pretensji, przyznali, że ich poniosło, no i wszystko zakończyli odpowiednimi przeprosinami. A ja nie wiem, jaki jest dalszy los bloga tej jakiejś Iwusi i jej przepisów. Kiedy piszę ten tekst, próbuję tam zajrzeć, ale wygląda na to, że poza imieniem Iwusia, tam jest kompletnie pusto i że po przepisach nie pozostał nawet ślad. A zatem, mogę się domyślić, że kiedy ona dostała to pismo, jej strach był tak wielki, że ona nawet nie zachowała zawartości tego bloga, a teraz jest jej trudno to wszystko co tam było, odpowiednio odtworzyć. No ale nie wiem. W sumie, i tak nie moja to sprawa. Ja słodyczy raczej nie jem.
      Ktoś się być może zastanawia, jak to się stało, że Toyahowa w ogóle mi opowiedziała o tej Iwusi. Otóż było tak, że to ja zacząłem, a mianowicie najpierw opowiedziałem o tym, co się przydarzyło wspomnianemu już wcześniej, a jej dość bliskiemu, Coryllusowi. A było tak, że do Coryllusa dotarła informacja, że tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyniki sondy, jaką przeprowadził wśród zaprzyjaźnionych patriotów w temacie „Dlaczego jesteś dumny z Polski?”, i w ramach owej sondy zabrał głos Rafał Ziemkiewicz i powiedział co następuje: „Jestem dumny z sarmatyzmu, z kultury i cywilizacji, można by rzec rozproszonej, sieciowej – bez centrów i prowincji, opartej na równości zaścianków”. Dotarła do Coryllusa ta informacja, i on, swoim zwyczajem, dostał szału. Dlaczego? Przede wszystkim oczywiście dlatego, że on ma zwyczaj reagować wybuchowo na wszelkie przejawy nieprawości, no a poza tym przez to, że miał do owego wybuchu pełne prawo. Bo o co chodzi? Znów muszę coś opowiedzieć.
      Otóż jakiś czas temu do Coryllusa zwrócili się przedstawiciele polskiej patriotyczno-konserwatywnej prawicy z prośbą by on im udostępnił parę swoich tekstów na temat polskiego sarmatyzmu, jako przykładu skutecznej organizacji sieciowej, bo oni planują zorganizowanie bardzo poważnej dyskusji, z udziałem tak wybitnych głów, jak choćby głowa Rafała Ziemkiewicza, i chcieliby te jego myśli w tej swojej dyskusji wykorzystać. Chodzi o myśli, nie o samego Coryllusa – on w końcu, jak by to powiedzieć, jeszcze nie całkiem dorósł, by móc debatować z komentatorami tej klasy co Ziemkiewicz – natomiast, jeśli można, teksty by się przydały. Ponieważ Coryllus, jak wiemy, jest bezpośrednim potomkiem wspomnianych sarmatów, odpowiedział patriotom, żeby się od niego odpieprzyli, a jego tekstów nawet nie próbowali ruszać, bo ich poszczuje psami. Patrioci na to wzruszyli ramionami i pierwszym efektem tego aktu obojętności na pohukiwania jakieś niedorobionego sarmaty, była właśnie wspomniana wyżej wypowiedź Ziemkiewicza, w której on wyraża swój podziw dla polskiego zaścianka, jako „można by rzec” – rozumiecie: „można by rzec” – skutecznej organizacji sieciowej.
      A więc mamy do czynienia z najbardziej chamską i bezwzględną kradzieżą intelektualną. Chamską, bo dokonaną przez kogoś kto ma wszelkie możliwości – i obowiązki przy okazji – by prowadzić samodzielną publicystykę na najwyższym poziomie, a bezwzględną, bo przeprowadzoną wobec kogoś, kto nie ma absolutnie żadnych szans i możliwości by się skutecznie obronić. Ale jest tu coś jeszcze. Otóż, jak wie każdy z nas, Rafał Ziemkiewicz znaczną część swojego zawodowego i finansowego sukcesu wyniósł z publikowania tekstów bardzo agresywnie zwalczających polski sarmatyzm i polski zaścianek. Jego dwie opasłe książki „Polactwo” i „Czas wrzeszczących staruszków”, to nic innego jak jeden wielki paszkwil na ten niezwykły skarb, jakim jest tradycja polskiego sarmatyzmu. Czemu Ziemkiewicz swego czasu wywijał owym antysarmackim sztandarem? Odpowiedź jest prosta. Dlatego, ze taka była przez całe lata moda. Kiedy w latach 90-tych do życia budziło się coś, co niektórzy mieli nadzieję, że będzie wolną i niepodległą Polską, było w bardzo dobrym tonie twierdzić, że wszystko by szło jak po maśle, gdyby nie te nasze narodowe przywary. Ten polski zaścianek, ten polski sarmatyzm, i to polskie, wręcz patologiczne, awanturnictwo i pieniactwo. Czy coś się od tego czasu zmieniło. Przyznam, że nie wiem. Osobiście nic nie zauważyłem. Mógłbym sądzić, że linia została zachowana. Dziś jednak widzę, że chyba coś przeoczyłem. A podpowiada mi to wolta, jaką właśnie uczynił Ziemkiewicz, kiedy na pytanie za co kocha Polskę, odpowiada bez mrugnięcia okiem, że za wrzeszczących staruszków.
      Opowiedziałem więc tę historię pani Toyahowej, a ona, jak to ona, wzruszyła ramionami i powiedziała, że przecież to jest zupełnie normalne. Po jaką cholerę oni swego czasu uruchomili te wszystkie blogi? Wyłącznie po to, by mieć darmowy rezerwuar tematów i myśli. Przecież to jest oczywiste. Od czasu jak są blogi, ani Ziemkiewicz, ani jego kumple nie muszą spędzić już ani jednej minuty nad zastanawianiem się, co by tu napisać i na jaki temat. Wszystko mają podane jak na tacy. I kto im podskoczy? No i wtedy mi opowiedziała historię owej Iwusi, jej czekoladek i jej upadku.
A ja już się tylko zastanawiam nad jednym. Kiedy Coryllus opisał swoją przygodę z Ziemkiewiczem, nagle pojawił się pod tym jego tekstem komentarz kogoś, kto się zarejestrował w Salonie specjalnie z tej okazji, i podpisał jako Hefalump. W komentarzu tym ów strejndżer wyraził zdziwienie, że ktoś taki jak Coryllus w ogóle istnieje. Że on nigdy wcześniej nie miał okazji natknąć się na ten nick, na ten blog i te idiotyczne teksty. Hmmm… I myślę sobie teraz, że głupio bardzo postąpiła pani Iwusia, likwidując swoje przepisy. Ona otrzymawszy to pismo od „Wedla” miała zmrużyć w teatralnym geście oczy i zapytać: „Wedel? A to ciekawe! Ptasie mleczko? A to nie ja to wymyśliłam? Bardzo dziwne”.




piątek, 12 lipca 2019

O Wołyniu, pamięci i zapominaniu raz jeszcze


Blog, na którym się niemal każdego dnia spotykamy, prowadzę od ponad już dziesięciu lat i powiem uczciwie, że te lata nie zawsze były łatwe. A łatwe nie były głównie z tego powodu, że ja chyba nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie zapracowałem sobie aż na tylu wrogów. Oczywiście, był to też czas, kiedy spotkało mnie też wiele radości, niemniej nie mogę zapomnieć też tego, że niemal od pierwszego dnia dla wielu stałem się niemal wrogiem publicznym. I niech nikomu nie wydaje się, że ów podział przebiegał po tradycyjnej linii politycznej. Nic podobnego. Powiem wręcz, że kiedy spoglądam na miniony czas z dzisiejszej perspektywy, widzę, że tak naprawdę najwięcej złych słów zostało w moim kierunku wypowiedzianych ze strony nie klasycznego lewactwa, ale  tak zwanych „naszych”. Jak mówię, od niemal pierwszego dnia, jak się tu zacząłem dzielić swoimi refleksjami.
       Otóż był początek roku 2008, a więc roku pierwszego, a ja napisałem tekst na temat rzezi wołyńskiej i całego tego ciężaru, jaki musi polskie państwo nosić na swoich barkach do dziś, jeśli chce zachować tego wszystkiego sens, i wydaje mi się, że to wtedy właśnie wszystko się zaczęło. Dziś, jak wiemy, męczymy się, jak zawsze, z ową nieśmiertelną kwestią Wołynia, a ja chciałbym przypomnieć swój tekst z tamtych lat. Bardzo jestem ciekawy, jak to będzie tym razem.

      Myślałem, że po tych kilku dniach zupełnie jałowego roztrząsania, z jednej strony ogromu ukraińskich zbrodni popełnionych wobec Polaków ma Wołyniu, a z drugiej rzekomego tchórzostwa, koniunkturalizmu, czy może tylko głupoty Prezydenta, kiedy wszystkie już chyba słowa, po wszystkich stronach tej debaty, zostały powiedziane, przyjdzie czas na milczenie.
      Nic podobnego. Dzisiejsza „Rzeczpospolita” na pierwszej stronie informuje o tym, że kombatanci Wołynia są rozgoryczeni postawą Lecha Kaczyńskiego, na drugiej publikuje komentarz Rafała Ziemkiewicza, też w tonie ciężkiego rozgoryczenia, a wewnątrz numeru, zamieszcza wkładkę z chirurgicznie wręcz precyzyjną analizą ukraińskiego mordu.
     Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że swoje już miałem okazję powiedzieć i prawdopodobnie nic nowego nie wymyślę, ale z drugiej strony jest faktem, że wszyscy już swoje zdążyli powiedzieć, włącznie ze wspomnianym Ziemkiewiczem, który wcześniej już swoje poglądy wyraził w tej samej „Rzeczpospolitej” w tekście na dodatek bez porównania bardziej obszernym niż dziś, a mimo to wszyscy gadają, jak nakręceni. Więc ja pozwolę sobie raz jeszcze, tym razem – obiecuję – może krócej.
      Wśród osób zajmujących się sprawą barbarzyńskiego mordu, pojawiają się dwa rodzaje emocji. Jeden to ten, gdzie obsesyjnie wręcz powraca się do opisywania męki polskich ofiar okrucieństwa UPA, z jednoczesnym wymuszaniem na Ukrainie uczciwego nazwania tej części swojej historii po imieniu, a następnie potępienia wszystkiego, co za nią stoi. Z drugiej strony z kolei, mamy ludzi, którzy nadal, z – dla mnie nie do końca zrozumiałym – upodobaniem wbijają do naszych serc te straszne obrazy, a jednocześnie zapewniają, że przyjaźń z Ukrainą nie powinna być ani podważana, ani zagrożona, bo przecież UPA, to nie wszyscy Ukraińcy.
      Uważam, że w jednym i w drugim sposobie myślenia, obecny jest pewien bardzo ciężki błąd, a boję się, że oprócz błędu, pewna bardzo nieprzyjemna intencja. O jakim błędzie myślę? Otóż, w moim najszczerszym mniemaniu – co zresztą bardziej lub mniej otwarcie, przyznają wszyscy uczestnicy debaty – nie ma sensownej możliwości, żeby Ukraina kiedykolwiek zgodziła się zakwestionować tę swoją straszliwą historię. Może, jak powtórnie kiedyś wpadnie w łapy Rosji, to dla jakich swoich nieistotnych w tej chwili ciemnych interesów, Rosja każe Ukraińcom oficjalnie potępić zbrodnie UPA i oni oczywiście to a chęcią zrobią. Póki Ukraina jest wolna, nie ma takiego sposobu.
      Ten błąd jest ściśle powiązany z kolejnym. Otóż rzeczy polega na tym, że jeśli Ukraina nie zmierzy się uczciwie ze swoją – choćby i jednorazową – podłością, to właśnie przez fakt, że nawet jeśli UPA to nie cała Ukraina, to jest to wystarczająco duża i wpływowa część Ukrainy, żeby sprawa została uznana za zamkniętą. Zapominanie o tym, to, jak mówię, błąd, natomiast to, co nazywam brzydką intencją, to właśnie to detaliczne rozgrzebywanie tej męki sprzed 65 lat. Bo o co chodzi? Czyżby zamiar był taki, żeby ludziom przedstawić prawdę? Przepraszam bardzo, ale ci, których prawda, w tym ta prawda, w ogóle interesuje, mieli okazję tę prawdę poznać wielokrotnie. Ja osobiście pamiętam, że już jako małe dziecko – a nie byłem wychowywany w środowisku super patriotycznym – wiedziałem, że Ukrainiec, to ktoś, kto uzbrojony jest najczęściej w widły. Sami komuniści zresztą, przez wiele lat, być może ze względu na pamięć o Świerczewskim, o tym Ukraińcu z widłami nie dawali zapomnieć.
      Sam Rafał Ziemkiewicz pisze w swoim oryginalnym artykule:
"Tym, co wyróżnia rzezie na Wołyniu spośród wszystkich znanych historii zbrodni etnicznych, jest niewiarygodne bestialstwo zbrodniarzy. Ani stalinowskie NKWD, ani hitlerowskie Einsatzgtruppen nie popisywały się osobistym okrucieństwem. Rezuni OUN-UPA oraz innych nacjonalistycznych formacji wydawali się natomiast znajdować w nim szczególne upodobanie".
      No i sprawa jest zupełnie jasna. Nikt, nigdy, w takim stopniu nie zaprzeczył temu, czym jest w potocznym rozumieniu człowiek, jak nasi bracia Ukraińcy. Skoro jednak wszyscy o tym wiemy, to po co wyciągać te fotografie i prosić specjalistów od spraw wołyńskich o kolejne relacje, z zastrzeżeniem, że dobrze by było, gdyby może relacje te były jak najbardziej plastyczne? To nazywam nieładną intencją.
      Ale oczywiście wciąż możemy pytać dlaczego? Dlaczego? Dlaczego właśnie oni? Dlaczego? Częściowo na to pytanie odpowiada pewien bloger:
„Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana, ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na Kresach, to uznała że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci których nie będzie można wymordować sami uciekną za Bug. To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni”.
      Dlaczego mówię, że jest to wyjaśnienie tylko częściowe? Bo ono odpowiada tylko na moje pytanie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy. Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni. Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to bardzo prymitywne i głupie: bo tak.
      Ale jeżeli ‘bo tak’, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że szatan sobie Ukraińców bardzo upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeżeli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na część pamięci.
       Jeżeli nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.
      I jeśli nie wezmą, prezydent Kaczyński zdecydowanie powinien odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.
       A nie wezmą. Bo pani premier Tymoszenko – owszem – bez najmniejszego wysiłku może spuścić swoje śliczne oczy nad śmiercią Bronisława Geremka i powiedzieć, że jest jej bardzo przykro, ale na tym jej możliwości współczucia się kończą. I w tej zupełnie nowej sytuacji, prawdopodobnie większość tych, dla których sprawa Wołynia jest jedynym miernikiem ludzkiego patriotyzmu z jednej strony, a skuteczności polskiej polityki międzynarodowej z drugiej, będzie usatysfakcjonowana. A pan red. Rafał Ziemkiewicz nie będzie musiał pisać tak ciężkich głupstw, jak to, które mu się przydarzyło w dzisiejszej „Rzepie”, gdzie w jednym zdaniu, z tylko sobie znanych powodów, popadając w kłamstwo zupełnie niezwykłe, pisze, niemal explicite, że w imię pojednania z Ukrainą Polska jest gotowa „zapomnieć” i przyjąć „ukraińską wersję” historii.
       Piszę, że Ziemkiewicz kłamie. Ale może być też tak, że nie kłamie. Może on faktycznie wierzy, że dopóki prezydent Kaczyński nie posadzi prezydenta Ukrainy, panią premier Ukrainy, oraz przewodniczącego ukraińskiego parlamentu przed sobą, nie pokaże im dodatku do dzisiejszej „Rzepy” wraz z odpowiednią kolekcją zdjęć i nie każe im trzem złożyć pod każdym z nich swoich podpisów, to tym samym zarówno zapomina, jak i uznaje.
        Ale wówczas nie potrafię uwierzyć, że to ten sam Ziemkiewicz, który w jednym ze swoich gorszych okresów, uznał za stosowne napisać i wydać książkę pod zajebistym wręcz tytułem „Polactwo”.







Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...