Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orwell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orwell. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2015

Z ostatniej chwili: Nasi przejęli Ministerstwo Prawdy

Przeczytałem wczoraj gdzieś w sieci, że na prawicowym i szalenie patriotycznym portalu niezależna.pl ukazało się następujące oświadczenie:
„Przepraszamy, że opisując Pana Piotra Pytlakowskiego w książce‘Resortowe dzieci. Media’, naruszyliśmy jego dobra osobiste, sugerując niezgodnie z prawdą, że odbywał zastępczą służbę wojskową w szpitalu MSW, sugerując, że do obsługi procesu zabójców Jerzego Popiełuszki został wyznaczony przez SB i odszedł z dziennika ‘Życie’ na skutek opublikowania przez ten dziennik artykułu ‘Wakacje z agentem’. Oświadczamy, że treści zawarte na okładce nie odnoszą się do Pana Piotra Pytlakowskiego. Oświadczamy, że nie była naszym celem sugestia, jakoby ojciec Piotra Pytlakowskiego Jerzy Pytlakowski kiedykolwiek współpracował z gestapo”.
Całość podpisana jest: „Wydawca - Fronda PL. sp. zoo. i Autorzy Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz”.
Przyznaję, że o książce „Resortowe dzieci. Media” wcześniej, owszem, słyszałem wielokrotnie, jednak ponieważ dotychczas jej nawet nie miałem w ręku, a Pytlakowskiego z dużym trudem kojarzę, trudno jest mi powiedzieć, jak to tam naprawdę z tym człowiekiem było, no ale myślę, że skoro Kania, Targalski i ten jakiś Marosz są w opublikowanym w portalu niezależna.pl oświadczeniu aż tak jednoznaczni, należy z tego rozumieć, że po pierwsze, Pytlakowski nie odbywał służby wojskowej w szpitalu MSW, po drugie, do obsługi procesu zabójców księdza Popiełuszki nie został wyznaczony przez SB, po trzecie, z dziennika „Życie” nie odszedł w związku z publikacją artykułu „Wakacje z agentem”, i wreszcie, że ojciec Pytlakowskiego nie współpracował z gestapo, a zatem pisząc to wszystko, czemu dziś zaprzeczają, oni wszyscy kłamali, jak bure suki.
Może też być oczywiście tak, że każde słowo wypowiedziane przez Kanię, Targalskiego i Marosza, to szczera prawda, tyle że sądy w Polsce są niesprawiedliwe i w tej swojej niesprawiedliwości całą naszą trójkę zmusiły do poświadczenia nieprawdy. Jeśli jednak taka jest sytuacja, to z nimi jest jeszcze gorzej. Ja na przykład, gdyby ktoś mnie zmuszał do tego, by przepraszać za to, że powiedziałem prawdę, a następnie kłamać, mówiąc, że prawda tak naprawdę była nieprawdą, wolałbym zdechnąć, niż się prawdy wyprzeć. Z tego co wiem, Kani, Targalskiemu i Maroszowi zdychać nikt nie kazał.
A zatem przyjąć muszę, że Pytlakowski, przynajmniej w zakresie, jaki Kania, Targalski i Marosz wyznaczyli na rzecz swoich rozważań, jest czysty jak złoto. Natomiast oni, razem i osobno, uświnieni tak, że ja nie bardzo widzę sposobu, jak i czym by ich można było umyć.
Proszę zwrócić uwagę na fakt niezwykle moim zdaniem znaczący. Kania, Targalski i ten jakiś Marosz, nie napisali, że Pytlakowski coś tam kiedyś nabroił donosząc na kolegów ze studiów, co akurat dziś już jest praktycznie nie do sprawdzenia. Oni na temat Pytlakowskiego podają całą kupę bardzo konkretnych informacji, włącznie z tą, że jego ojciec był konfidentem gestapo i okazuje się, żadna z nich nie jest prawdziwa. Z oświadczenia podpisanego przez całą trójkę wynika niezbicie, że każde słowo, jakie oni napisali na temat Pytlakowskiego to bezczelne kłamstwo. A zatem myślę, że dobrze by było wiedzieć, czemu oni to zrobili? Czy oni coś źle przeczytali, albo niedokładnie usłyszeli, czy może to wszystko, co napisali, to prawda, tyle że nie dotycząca Pytlakowskiego, ale kogoś zupełnie innego, czy może wreszcie ktoś ich wszystkich celowo wprowadził w błąd, po to, by oni Pytlakowskiego zgnoili, no i w ten sposób siebie i cała ideę, jak stoi za tego typu publikacjami, skompromitowali? A może oni od początku wiedzieli, że to wszystko, co oni piszą, to nieprawda, ale ponieważ cechuje ich chroniczna beztroska, a Pytlakowskiego za coś tam nienawidzą, postanowili mu dosolić? Może być różnie. Faktem jest jednak to, że dziś publikują na portalu Sakiewicza to oświadczenie i ogłaszają, że to, co napisali w tej swojej książce, to stek kłamstw.
Jak mówię, książki „Resortowe dzieci. Media” nie czytałem, czytać nie zamierzam i na ile siebie znam, czytać jej już nie będę. Ponieważ jednak piszę dziś ten tekst, pomyślałem sobie, że przynajmniej wklepię ten tytuł w wyszukiwarce i zobaczę, co mi się tam pokaże. I proszę sobie wyobrazić, że jej już kupować nie trzeba, ona jest w całości dostępna w Internecie, i to nawet razem z okładką, a ja jakimś kompletnym cudem rzuciłem okiem na czwartą stronę owej okładki i oto co tam znalazłem:
„Książka jest zatwierdzona przez Ministerstwo Prawdy. Książkę polecają: ‘Gazeta Polska Codziennie’, ‘Gazeta Polska’, niezależna.pl, ‘W Sieci’, wpolityce.pl, ‘Republika’. Tę książkę możesz kupić w Księgarni Ludzi Myślących”.
Nie mam pojęcia, ilu z czytelników tego bloga czytało kiedykolwiek klasyczną dziś już powieść George’a Orwella „Rok 1984”, a tym bardziej nie umiem zgadnąć, ilu z nas rozpoznaje ową frazę „ministerstwo prawdy”. Możliwe, że znaczna większość, czy wręcz wszyscy, na wszelki wypadek jednak przypomnę, że owe Ministerstwo Prawdy, w świecie tak obrazowo przedstawionym przez Orwella, to symbol niewyobrażalnego, najstraszniejszego, bezlitosnego kłamstwa; kłamstwa chyba nigdy wcześniej i już nigdy później z takim talentem nie przedstawionego. U Orwella owo Ministerstwo Prawdy produkuje kłamstwo dokładnie tak samo, jak Ministerstwo Miłości produkuje cierpienie i śmierć. A jedno i drugie stanowią takie samo szyderstwo, jak ów Wielki Brat, który rzekomo ma tylko za zadanie uważać, by nikomu z nas włos nie spadł z głowy. Więc ja jeszcze raz czytam ten bon mot Kani, Targalskiego i Marosza i już tylko się smutno zastanawiam, czemu oni nie napisali, że to szczególne dzieło otrzymało imprimatur od Wielkiego Brata. No czemu? Czyż to nie byłby dobry żart? Czy to dopiero nie byłoby szyderstwo najwyższych lotów?
Zbliżam się już do końca tej dzisiejszej notki, a przed sobą mam przede wszystkim wydawnictwo Fronda, tuż obok Kanię, Targalskiego i Marosza, no a dalej tych wszystkich, którzy za nich poświadczają i ich działania autoryzują, a więc Sakiewicza, Karnowskich, Terlikowskiego z Wildsteinem i diabli wiedzą, kto tam akurat z nimi dziś trzyma sztamę. Stoją oni przede mną i łżą z podniesionym czołem, a gdyby mi przyszło do głowy się oburzać, to zaczynają rechotać i mi mówią, żebym zamknął ryja, bo oni tu przyszli prosto z Ministerstwa Prawdy. A ja już wiem, że moje ostatnio coraz mocniejsze podejrzenia, że, kto jak kto, ale ci akurat, wszystko co robią, robią w pełnej przytomności umysłu, były od początku w pełni uzasadnione.
Nie łudźmy się. Do tej roboty gap nigdy nie przyjmowano.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupić moje wszystkie książki, w tym osobiście przeze mnie przygotowany wybór felietonów z tego bloga. W dwóch wydaniach, pierwszym pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu” i drugim, wciąż jeszcze bardzo świeżym, i zatytułowanym „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Szczerze i uczciwie polecam.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

O potędze oryginału - refleksja optymistyczna

Oglądam w telewizji obrazki z kolejnych już powodzi, i w głowie mam wciąż niedawną wypowiedź Tadeusza Mazowieckiego o tym, że Donald Tusk powinien wszystko to, czym się standardowo zajmuje każdy rząd, zawiesić na kołku, i skupić się na wojnie z Prawem i Sprawiedliwością. Pisałem tu niedawno, że, jak się zdaje, za tą wypowiedzią musi stać bardzo silne przekonanie Mazowieckiego, że państwo tak czy inaczej jakoś funkcjonować będzie, i siłą rozpędu i staraniem lokalnych urzędników, natomiast to co się w tej chwili liczy najbardziej, to jest zachowanie władzy, a walka o to powinna być pierwszym obowiązkiem reżimu. Myślę sobie o tej niezwykłej wypowiedzi i odnoszę wrażenie, że ona w gruncie rzeczy ani przez chwilę nie była nikomu do niczego potrzebna, a już zwłaszcza tym do których była w pierwszym rzędzie adresowana. Jest bowiem tak, że od samego początku rząd Donalda Tuska zajmuje się wyłącznie prowadzeniem kompleksowych starań właśnie o to, by każdy kolejny dzień pozwolił mu zachować władzę, i to nie przez tak zwane dobre rządzenie, ale przez utrzymywanie społeczeństwa w przekonaniu, że jedyne co Polsce jest w tej chwili potrzebne, to z jednej strony strach przed najgorszym, a z drugiej pragnienie stabilizacji.
Też niedawno zwróciłem uwagę na to niezwykłe podobieństwo planu, jaki w sposób oczywisty konstytuuje działania rządu Donalda Tuska do sytuacji opisanej przez Orwella w jego powieści Rok 1984. Jeśli ktoś akurat nie wie, o czym mówię, to wyjaśniam. Tam akurat szło o to, że władza obmyśliła sobie, że dla bezpiecznego i skutecznego kontrolowania społeczeństwa, trzeba temu społeczeństwu wmówić, że kraj znajduje się w stanie ciągłej wojny. I że choć tej wojny tak na co dzień nie widać, bo władza stara się, by ludzie mieli maksimum poczucia stabilizacji, to ona z całą pewnością się toczy, z całą pewnością jest bardzo krwawa, i z całą też pewnością musi trwać aż do ostatecznego zwycięstwa, które swoją drogą i tak nigdy nie nadejdzie. Wojna jest oczywiście kompletną fikcją, a jednocześnie jedyną rzeczywistością i faktycznie jedynym usprawiedliwieniem całej nędzy całego tego świata, w którym ludziom przyszło żyć. No i jest jeszcze ów Starszy Brat, który o wszystko zadba i wszystkiego dopilnuje. To zatem jest Orwell i doskonały plan utrzymania władzy na zawsze. Z rozklejającymi się papierosami i wypadającymi zębami z jednej strony, a z kipiącą nienawiścią do tego, który nam chce te papierosy zabrać, a resztki zębów powybijać z drugiej. Co to ma wspólnego z tym co mamy dziś w Polsce? Jestem pewien, że każde słowo wyjaśnienia z mojej strony będzie tu zbędne. Opowiem więc anegdotę. Wczoraj mój syn znalazł na jednym z forów w Sieci takie zdanie: „Kiedy dowiedziałem się o powodzi w Bogatyni, chciałem jakoś pomoc, ale kiedy sprawdziłem wyniki ostatnich wyborów, pomyślałem sobie, że niech oni się zgłoszą po pomoc do prezydenta, którego sobie wybrali”. Co to z kolei ma do rzeczy? Nic. Chodzi tylko o gest. Dla chwili satysfakcji.
Jest jak najbardziej oczywistym faktem to, że rząd Donalda Tuska jest rządem całkowicie nieudanym. Że to z czym mamy do czynienia od trzech już lat, to kompletna i modelowa porażka. Co do tego zgadzają się nawet najbardziej oddani zwolennicy status quo. Pomijając oczywiście ludzi kompletnie zaczadzonych, dla których Tomasz Arabski może być równie dobrze urzędnikiem na służbie u zmarłego prezydenta, jak i jakimś serialowym aktorem, a śp. ks. Henryk Jankowski ofiarą PiS-owskiej nienawiści, każdy zwykły uczestnik życia publicznego wie, że Donald Tusk jest bardzo złym premierem, a jego rząd jest rządem jeszcze gorszym. Nawet najbardziej radykalni przeciwnicy powrotu do władzy Jarosława Kaczyńskiego przyznają to jednoznacznie. Ze rząd Donalda Tuska, przez minione trzy lata nie uchronił się przed jakąkolwiek porażką i nie zanotował na swoim koncie ani jednego znaczącego sukcesu, z wyjątkiem tego jednego – że wciąż bezpiecznie utrzymuje władzę. Wiedzą coraz bardziej powszechną jest również to, że obecny rząd polskie państwo – a więc administrację, wojsko, policję, wymiar sprawiedliwości, szkolnictwo powszechne i wyższe, służbę zdrowia – doprowadził nawet nie do upadku, ale je najzwyczajniej w świecie polikwidował. Mówią o tym media, rozmawia o tym ulica, przyznaje to bez dyskusji większość polityków i tak zwanych ekspertów. Donald Tusk i jego ekipa zlikwidowała to, co po tylu latach ruskiego zniewolenia pomaleńku zaczynało się odbudowywać. A ostatnio – prawdopodobnie z tej desperacji spowodowanej poczuciem, że nawet tę nędzne możliwości są już na wyczerpaniu – wyzbywa się naszej suwerenności i sprawy przekazuje w ręce Rosjan. I to nie jest opinia. To są fakty. I jestem przekonany, że jeśli ktoś temu będzie zaprzeczał, to wyłącznie po to by mi powiedzieć jedno – że Kaczyńscy są straszni! Straszni!!!
Pozostaje jedno bardzo istotne pytanie: dlaczego rząd Platformy Obywatelskiej jest tak straszliwie zły i niekompetentny? Jak to się stało, że wśród tylu jakoś tam przecież przygotowanych do rządzenia ludzi, nie udało się znaleźć choćby tych kilkunastu w miarę zdolnych urzędników, którzy potrafiliby stworzyć coś choćby na poziomie rządu Leszka Millera, czy jeszcze wcześniej – Jerzego Buzka? Przecież – ktoś powie – to jest wręcz niemożliwie, żeby, pomijając niektóre państwa afrykańskie, osiągnąć taki poziom bezwładu rządzenia. Szejnfeld, Rostowski, Pitera, Kopacz, Miller, Hall – oczywiście można przyjąć, że oni są po prostu słabi. No ale słabi aż tak??? Zdarzają się przecież słabe rządy. Wspomniałem już i Millera i Buzka. Jeśli ktoś chce, można do tego dołożyć właściwie wszystkie pozostałe rządy nowej RP. Niech nawet będzie tak, jak chcą niektórzy, że najgorszy z nich wszystkich był rząd Jarosława Kaczyńskiego. To jednak przynajmniej był rząd. W przypadku Donalda Tuska i jego ministrów, nie mamy jednak do czynienia z rządem w sensie tradycyjnym. To jest jakieś przedziwne ciało, które wyłącznie pełni obowiązki. To jest coś, co zostało ukonstytuowane wobec polecenia, żeby coś tam jednak mimo wszystko było i robiło wrażenie.
A zatem, jak to się stało? Uważam, że za tym szczególnym zjawiskiem stoi coś, co można nazwać czystą fizyką. To z fizycznego właśnie punktu widzenia nie mogło się udać. Każde ludzkie działanie, jeśli ma być skuteczne w stopniu choćby podstawowym, musi się opierać na intencjach, nawet jeśli tylko częściowo, pozytywnych. Jeśli ktoś chce zbudować dom, musi mieć w zamiarze to, że chce zbudować dom, a nie tylko, by przepychem tej budowy pognębić sąsiada. Jeśli ktoś komponuje utwór muzyczny, musi mieć na celu stworzenie choćby strzępów melodii, czy jakiejś harmonii, a nie tylko dźwięków, które będą skutecznie burzyły ludzki spokój, lub budziły agresję. Wreszcie, nie można stworzyć dzieła sztuki, jeśli plan polega tylko na tym, żeby na przykład na krzyżu powiesić ludzkie jądra, a całość zatytułować „Wolność”, „Miłość”, lub „Życie”. Wszystko bowiem co dotychczas stworzył człowiek, a co z kolei tworzyło jego historię, zawsze związane było z rozwojem jego człowieczeństwa, a nie z tego człowieczeństwa degeneracją.
Rząd Donalda Tuska został zbudowany na jednym tylko fundamencie – na nienawiści, a więc na czymś co z samej zasady nie jest w stanie nic zbudować. Od samego początku jego początkiem i końcem miała być tylko czysta nienawiść. Ktoś o wyjątkowo przewrotnym umyśle zadecydował, że ponieważ celem jest wyłącznie władza, trzeba tak zorganizować proces rządzenia, by każda decyzja i każdy projekt, które ta decyzja ma realizować, były nieustannie wzmacniane społeczną operacją utrzymywania w ludziach ciągłego poczucia strachu i nienawiści. Nie satysfakcji, nie zabawy, nie dobrobytu, nie nadziei na lepsze czasy, nawet nie starej peerelowskiej obojętności, ale wyłącznie tych dwóch emocji – strachu i nienawiści. To – tak zaplanowany proces rządzenia – nie mogło się udać. Jak mówię, z powodów czysto fizycznych. Postępu nie można bowiem budować tylko na destrukcji. Ale jest jeszcze coś znacznie dla nas ważniejszego. Wyłącznie na destrukcji nie można też zbudować skutecznego systemu represji, który ów plan utrzymania władzy mógłby skutecznie wesprzeć.
Pamiętam jak kiedyś oglądałem w telewizji reportaż o mieście Newark w stanie New Jersey. Komentarz był taki, że jeszcze dawno temu, w latach pięćdziesiątych, Newark było miastem tak wspaniale się rozwijającym, że pod względem urody mogło nawet zagrozić Nowemu Jorkowi. I wtedy zostało opanowane przez mafię, która uznała, że przez terror wymusi porządek, odpowiednio ochroni publiczne interesy, i w efekcie o całość zadba znacznie skuteczniej, niż legalna władza państwowa. I w ten sposób rozpoczął się proces praktycznej likwidacji miasta, ale też wraz z nim proces upadku gangów. Dlaczego? Dlatego, że gangi może i miały pieniądze, może i miały plan, może nawet i miały zdolnych, chętnych do pracy ludzi, ale nawet jeśli miały praktyczną możliwość zmuszenia miasta do działania, to nie potrafiły już zmusić go do posłuszeństwa. Choćby z tego względu, że nawet cały arsenał karabinów, pistoletów, noży i granatów był wciąż zbyt mały, aby podporządkować sobie całe miasto. A w tej sytuacji, miasto powiedziało – dziękuję.
Co innego Orwell. Co innego rok 1984, i w pewnym sensie sowiecki komunizm. Tam wszystko oczywiście było niemal tak samo. Strach, terror nienawiść i destrukcja. Przy tym jednak przynajmniej jedna część systemu była objęta szczególną, bardzo pozytywną starannością, a mianowicie modelową dbałością o bezawaryjność aparatu przymusu. U Orwella aparat przymusu działał idealnie, a na jego czele stali ludzie absolutnie najwybitniejsi. A więc tam System wygrał. W Związku Sowieckim to się niemal udało, a Orwell to jednak mimo wszystko tylko literatura.
A Donald Tusk? Nie żartujmy. Kończę tekst bardzo późno w nocy. Właśnie wróciłem z moimi dziećmi z Off Festiwalu. Między innymi występował tam zespól z Danii o nazwie Ravonettes. Fajna muzyka. Bardzo dobry zespól. Całkowicie, wręcz bezczelnie, skopiowany z Sonic Youth. Wyszedłem po dziesięciu minutach. W końcu można napić się piwa.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...