Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronislaw Komorowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronislaw Komorowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 stycznia 2012

Moskwa - Pietuszki. Warszawa - Moskwa.

Kiedy jeszcze w zeszłym tygodniu wszyscy emocjonowaliśmy się wybrykiem pewnego pułkownika ze stajni prezydenta Komorowskiego, aniśmy się pewnie nie spodziewali, że sprawa ta pohula sobie po medialnej rzeczywistości przez parę dni i zginie w gąszczu innych, mniej czy bardziej ważnych, czy choćby tylko ciekawych zdarzeń. To jest fascynujące – a jednocześnie właściwie jak najbardziej straszne – jak bardzo postać owego pułkownika przez te wszystkie dni stała się kompletnie nieistotna. Przecież nawet gdyby się nagle okazało, że on od tej dziury w policzku nagle zwariował, czy choćby i nawet umarł, dziś już nie obejdzie to niemal nikogo. Więcej – obawiać się należy, że dziś nikt już nawet nie pamięta, co to za jeden ten Przybył.
No bo zastanówmy się. Jeszcze tydzień temu wszyscyśmy debatowali, co to się stanie z gen. Parulskim. Czy on zostanie zdymisjonowany, czy sam odejdzie, czy może dostanie jakąś inną robotę? Okazało się, że nie stało się nic. I czy cokolwiek to zmieniło? A czy gdyby jego tamtego dnia jasny szlag trafił? Czy może to miałoby dla nas jakiekolwiek znaczenie? Zero. Byłoby dokładnie tak samo jak jest dziś. A więc Edmund Klich mówiłby to co mówi dziś, Stefan Niesiołowski podobnie, a treść telefonów do „Szkła Kontaktowego” nie zmieniłaby się ani o jotę. Ani w jedną, ani w drugą stronę.
A może wszystko dopiero przed nami? Tyle że cóż to zmieni w naszej sytuacji, że gen. Parulski zostanie usunięty ze stanowiska, a na jego miejsce zostanie posadzony ktoś, kogo nazwiska dziś jeszcze nawet nie znamy? Co zmieni w sytuacji, w której tkwimy od wielu już bardzo lat, jeśli za parę dni dowiemy się, że płk. Przybył wcale się nie chciał zabić i tak naprawdę nawet sobie w ten policzek nie strzelił, tylko ktoś głośno zamknął drzwi, a nam wszystkim się zdało, że to był huk wystrzału? W jaki sposób nasza sytuacja ulegnie poprawie, lub pogorszeniu, jeśli prezydent Komorowski nagle zwariuje, zapomni o swoich zobowiązaniach, i jednak uniesie się takim gniewem na to co się wydarzyło, że wszystkich tych prokuratorów powywala ze stanowisk? Nie stanie się nic.
Przepraszam bardzo, ale co się zmieni, jeśli on nagle ogłosi, że ponieważ prokurator Seremet nie potrafi zapanować nad interesem, jego miejsce zajmie od jutra pani Anna Komorowska, a jak komuś to nie pasuje, to on w tej sprawie zorganizuje specjalną konferencję prasową, na której prof. Nałęcz wszystko wyjaśni. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że jeśli coś tego typu jeszcze nie nastąpiło, to wcale nie dlatego, że ktoś tu uważa, że tak nie wypada. Tu w tej chwili już chodzi wyłącznie o brak pomysłów. Lub o ich nadmiar. W końcu co by szkodziło, żeby Tusk z Komorowskim nagle się zamienili miejscami – jak Putin z Miedwiediewem – i Premier przeniósł się na Krakowskie Przedmieście? Wyrzucą nas za to z Unii. Jakiś bloger się wścieknie i nawróci? Nie żartujmy.
A może coś się zmieni, jeśli nagle zarówno wojskowi prokuratorzy, jak i telewizja TVN24, a obok tego wszystkiego, politycy Platformy Obywatelskiej, nagle oświadczą, że są bezpośrednie dowody na to, że gen. Błasik jednak nie mógł być w kabinie pilotów, by na nich naciskać, bo przez cały ów tragiczny poranek w alkoholowym upojeniu spał na kolanach innego pijaka – Kaczyńskiego i że w tej sytuacji oni wszyscy serdecznie panią Błasikową przepraszają? Jak mówię – zero. Najwyżej ekspert Hypki powie: „A nie mówiłem?”
Nie zmieni się nic. A przede wszystkim nic nie zmieni faktu absolutnie porażającego, że oto właśnie, po raz pierwszy chyba z taką wyrazistością, zostało nam pokazane, że kraj, w którym się urodziliśmy, spędziliśmy nasze życie i pokochaliśmy jak matkę, to już w praktyce Rosja. I o tym dziś chcę mówić. O tym, że Polska to już Rosja.
Już w chwilę po tym jak ów Przybył się podobno postrzelił, cała nasza przestrzeń publiczna została wypełniona debatą na temat tego, kto w tym wszystkim jest ten dobry, a który to ten zły. Czy Seremet to jednak, jak by nie było, nominat prezydenta Kaczyńskiego, a Pasionek to jego ukryty druh. Czy może to jednak Przybył jest dobry, a Pasionek nie lubił Parulskiego z powodów osobistych, bo ten się przyjaźnił z Seremetem, którego Przybył nie znosi jeszcze ze szkoły? Czy te bilingi to zwykła zasłona, mająca przykryć prawdziwy problem zamachu w Smoleńsku, czy może, jak idzie o Smoleńsk, wszyscy panowie zgadzają się całkowicie, tyle że poszło o jeden konkretny numer telefonu i wszyscy na wszystkich się obrazili? No i oczywiście, co to teraz będzie? Czy Parulski będzie w stanie współpracować z Seremetem, i czy Seremet będzie tego chciał? No i kogo poprze Komorowski?
No i co powie Tusk? Co powie Premier, kiedy wróci z urlopu? Czy przeprosi? I kogo? Panią Błasik, czy może pułkownika Przybyła?
A ja wciąż mam przed oczyma tamtą scenę sprzed tygodnia, kiedy to ten Przybył najpierw podskakuje sobie wesoło, by za chwilę z równym weselem przestrzelić sobie policzek, i w tym momencie, zupełnie, jakby im ktoś coś nasypał do dzbanka z kawą, w zwolnionym tempie, na sali pojawiają się ci dziennikarze, i ten jakiś Jurek, i wszyscy znudzeni jak cholera wyjmują swoje telefony i aparaty fotograficzne, znów jakgdyby ktoś im powiedział, że tu gdzieś się coś ciekawego wydarzyło, tylko nie za bardzo wiadomo, jak ciekawego, no i przede wszystkim – gdzie. Dziewczyny, zamiast normalnie piszczeć i biegać w kółko, poprawiają sobie włosy i nieprzytomnie rozglądają się po scenie, jakby chciały się spytać: „Juuuurek? A co się staaaało?”
Oto konferencja prasowa jakiegoś bardzo ważnego prokuratora – konferencja i prokurator na tyle ważni, że trzeba ich pokazywać na żywo – nagle prokurator wszystkich wyrzuca z sali, otwiera okno, żeby kula nie odbiła się o szybę i kogoś, nie daj Boże, nie zabiła, strzela sobie w łeb. Później nagle okazuje się, że zamiast tego, trafia go w policzek, a później się okazuje, że on miał na pieńku z gangami, że za tę jego ocaloną głowę źli ludzie wyznaczyli milion złotych, czy może dolarów, nagrody, że Prokuratura Wojskowa prowadziła cały szereg śledztw mających na celu rozbicie mafii, która oplotła Polskę od morza po Tatry, od Niemiec po Białoruś, no i że teraz, kiedy Seremet tak fatalnie potraktował tych rycerzy, gangsterzy tryumfują. Patrzymy na tę niedokończoną konferencję prasową, słuchamy kolejnych komentarzy, czekamy, co powie Prezydent, dowiadujemy się, że Prezydent uznał sprawę za standardową i nie wartą szczególnej uwagi, a ja już wiem, że prawdopodobnie jutro Parulski i Seremet wystąpią na wspólnej konferencji prasowej, a Przybyłę albo zamknie się w zakładzie, albo mu się zmieni tożsamość i obejmie ochroną świadków, Donald Tusk wróci z kolejnego urlopu i ponownie spotka się z tym staruszkiem, którego kiedyś zapomniał zabrać na obiad. No i go jeszcze raz przeprosi. W końcu, to przepraszanie ostatnio dobrze stoi na giełdzie.
I to jest właśnie to, co nazywam Rosją. Wszyscy strasznie denerwujemy się, że ten nasz biedny samolot rdzewieje w smoleńskim błocie, a Rosjanie nam mówią, żeby się od niego odpieprzyć, bo to jest ich sprzęt i nam nic do niego. Poza tym, jak się okazuje, oni tam będą nad nim budować jakiś poważny dach. Ze szkła i stali. A ja dziś jestem niemal pewien, że gdyby on jakimś cudem nagle wrócił do Polski, to przede wszystkim ta banda durniów przez pół roku by go trzymała gdzieś na jakimś wysypisku śmieci, nie mogąc ustalić, co z nim zrobić, potem by go gdzieś zabrali, pod drodze pogubili kawałki, a wreszcie by się okazało, że ktoś go ukradł i policja z prokuraturą prowadzą dochodzenie, kto? Następnie by się okazało, że te kawałki ukradła artystka Nieznalska, żeby zrobić jakąś fantastyczną instalację, a sąd by ją z tej kradzieży uniewinnił, tłumacząc, że to był taki gest artystycznej ekspresji. A my wszyscy byśmy patrzyli tępo na to wszystko, ani nic nie rozumiejąc, ani nawet nie chcąc nic zrozumieć, a kiedy to nasze znudzenie osiągnęłoby stan krytyczny, to komuś by znów zorganizowano konferencję prasową ze strzelaniną w roli głównej, a Monika Olejnik zaprosiłaby Janusza Palikota, żeby wyraził na ten temat swoją opinię.
Bo – strasznie mi przykro to mówić – nie jest tak, że tam jest Rosja, tu jest Polska, a między jedną a drugą, kręcą się jacyś źli ludzie, którzy chcą nas sprzedać i wpuścić tu ludzi jeszcze gorszych. Tę parę scen z konferencji prasowych tych kosmitów, i wszystko to, co się dzieje przez każdy kolejny dzień, przez każdą kolejną sekundę każdego dnia, pokazuje nam już jak najwyraźniej, że to już są właśnie ci gorsi. To są już ci absolutnie najgorsi. Niedawno ktoś mi kazał rzucić okiem do Internetu i obejrzeć sobie filmik, na którym Grzegorz Miecugow, w studio telewizyjnym, najwyraźniej kompletnie pijany i półprzytomny, próbuje coś powiedzieć i nikt nie wie, co, bo to ani jednego słowa nie można zrozumieć, ani też doczekać się kolejnego zdania, a my już wiemy, że to przecież zaledwie początek. Włączamy telewizor, i powinniśmy już mieć świadomość, że tam dziś już się może zdarzyć wszystko. Albo ktoś się schleje, albo przyniesie świński łeb do studia, albo zacznie strzelać z pistoletu – do siebie lub do innych – a jak już nabierze pewności, że na obywatelach to już nie robi żadnego wrażenia, pojawi się załoga bardziej wyszukana i odstawi nam coś, co znaliśmy dotychczas wyłącznie ze sceny w „Peweksie” w Mistrzu i Małgorzacie.
Bo to już jest właśnie Rosja. Tydzień temu – a może to było wczoraj? – jakiś ważny prokurator podobno postrzelił przed kamerami i, jak nam mówią, akurat badają go psychiatrzy. TVN go broni, „Gazeta Wyborcza” atakuje. Niezależna blogosfera twierdzi, że ani się nie postrzelił, ani nie jest w szpitalu, tylko chodziło o to, żeby ktoś coś tam mógł na spokojnie załatwić. Ale czemu tak? A któż to może wiedzieć? Robią i wiedzą, co robią. A robią co robią. Niedługo Tusk wróci z wakacji to nam opowie. Już chyba wspominałem o Tusku? I cóż z tego? Co to zmienia? Mogę jeszcze raz powtórzyć: Tusk wciąż na urlopie, ale Graś powiedział, że niedługo wróci.
Rosja, moi państwo. To jest Rosja.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie tego typu teksty w wydaniu papierowym, zachęcam do kupowania książki o siedmiokilowym liściu, która jest dostępna tuż obok, u góry po prawej, ale również – nieco taniej – w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3-maja. Jednocześnie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy dotychczasowy gest wszystkim bardzo dziękuję.

czwartek, 17 lutego 2011

O śmiesznych niemieckich żartach i o policji myśli

Może jest to związane ze zbliżającą się rocznicą smoleńskiej masakry, a może jest jakoś tak, że w szumie wydarzeń, przychodzą przeróżne rzeczy do głowy, ale stało się, że zacząłem sobie wspominać czasy, kiedy to prezydent Lech Kaczyński jeszcze żył, a jego straszna śmierć wyłącznie kołatała się w najbardziej czarnych umysłach. Przypominam więc sobie dni, kiedy to jacyś Niemcy opublikowali w jakiejś swojej gazecie jakiś tekst, w którym napisali, że Lech Kaczyński jest kartoflem, a jego brat, ponieważ nie ma żony, śpi z mamą.
Śmiechu oczywiście było co niemiara, a ów kartofel stał się nawet częścią popkulturowego wystroju polskiej przestrzeni publicznej. Doszło nawet do tego, że w drobniejszych sklepikach z pamiątkami, pojawiły się przypinki i koszulki z zabawnie stylizowanymi kartoflami. Ponieważ jednak Niemcy to jak by nie było Niemcy, dowcip z mamą okazał się szczęśliwie zbyt wulgarny nawet jak na – jak wiemy pokaźne – możliwości naszej klasy inteligenckiej, więc pozostał tylko ów kartofel. No a skoro kartofel, to i cała reszta. W tym wypadku, między innymi informacja – najpierw wrzucona ot tak sobie, nawet nie wiadomo, przez kogo, a następnie już tylko powtarzana od ucha do ucha – że nasz prezydent cierpi na chroniczną sraczkę.
Ktoś mi powie, że przywiązuję zbyt dużą wagę do plotek i drobnych medialnych złośliwości. Że jeśli przyjrzeć się Polakom od strony statystyki, taki TVN24 ogląda zaledwie kilka procent społeczeństwa, a połowa z tej gromadki nawet nie interesuje się polityką. A więc to co powie Grzegorz Miecugow, czy tym bardziej jakiś Knapik czy Pochanke, nie ma najmniejszego znaczenia dla kształtowania publicznej opinii. I pewnie będzie miał rację, tyle że tak to się jakoś dzieje, że z tych kilku procent, po pewnym czasie – drogą typu ‘podaj dalej’ – robi się procent dwadzieścia, albo trzydzieści, i tego już zwalczyć nie sposób. Choćby dlatego, że tego, jak to się stało, że ta bania aż tak mogła urosnąć, możemy się wyłącznie domyślać.
A to że urosła to fakt potwierdzony jak najbardziej empirycznie. Bo oto wystarczyło spojrzeć na satyryczny rysunek reżimowego żartownisia Andrzeja Mleczki, który swego czasu uzyskał zasłużoną popularność, a dziś jest do kupienia wraz z całą kolekcją innych dowcipów w jak najbardziej publicznych miejscach. Wspominałem zresztą już o nim na tym blogu. Oto jedzie sobie czarna limuzyna, na limuzynie powiewa biało-czerwona chorągiewka, a żeby już nikt nie miał wątpliwości, kto tą limuzyną jedzie, zza szyby wystaje czubek głowy jakiegoś grubaska. Żart polega na tym, że limuzyna ciągnie za sobą ubikację na kółkach.
Kiedy Lech Kaczyński jeszcze z nami był, wspólnym wysiłkiem nie tylko Andrzeja Mleczki, ale i wielu jego politycznych przyjaciół zarówno z kręgów artystycznych, jak i dziennikarskich, udało się opinii publicznej zasadzić w głowach informację, że polski prezydent cierpi na cały szereg przeróżnych dolegliwości, poczynając od wspomnianego żołądka, a kończąc na mózgu. A żeby dopełnić tego śmiesznego obrazu, dołożono do tego jeszcze alkoholizm. Dziś Lech Kaczyński oczywiście już nie żyje, ale społeczeństwo – a przynajmniej jego szczególna część – jak najbardziej.
Niedawno media pokazały scenę, jak prezydent Komorowski wchodzi z kanclerz Merkel i prezydentem Sarkozym do pięknej pałacowej sali i, nie czekając na swoich gości, siada na najbliższym fotelu. Przez pewien czas krążyła opinia, że Bronisław Komorowski jest akurat niezdrowy, więc, żeby się nie wywrócić, musiał usiąść, która następnie została wyparta przez inną – że to są tylko takie debiutanckie koty za płoty, które nawet najlepszym się zdarzają, a ostatecznie pojawił się oficjalny komunikat, że z Prezydentem wszystko dobrze, natomiast to co się stało, było wynikiem szczególnej uważności Bronisława Komorowskiego, który – w odróżnieniu od tych dwojga ciamajdów, jak tylko usłyszał polecenie, żeby siadać – usiadł. Natomiast oni się zagapili.
Tymczasem wczoraj, również w telewizji, pokazano zdjęcie, na którym widać wyraźnie, że cały rękaw marynarki Komorowskiego jest mokry od potu. Do tego obrazka dodano informację, że ten spocony rękaw świadczyć może o chorobie Bronisława Komorowskiego. Wprawdzie chwilę później pokazał się prawdziwy lekarz – ciekawostką może być to, że to osobisty lekarz Leszka Millera – i powiedział, że akurat tego dnia było niezwykle gorąco i ten mokry rękaw nie jest niczym interesującym. A ja sobie myślę, że nawet jeśli do opinii publicznej dotarła plotka o tym, że Komorowski jest chory, to w najgorszym wypadku może tu chodzić o zwykłą, standardową chorobę krążenia. A zatem to, co ma wielu z nas, w tym nawet i ja. Konsekwentnie więc, nawet jeśli mamy dziś patrzeć na Bronisława Komorowskiego, jak na człowieka chorego, to nie ma mowy ani o Alzheimerze, ani o pijaństwie, ani o zwykłym skretynieniu, a więc o czymś co może w nas budzić rozbawienie i pogardę.
Ponieważ ja Komorowskiego nie lubię i mam ochotę się z niego nieustannie nabijać - a poza tym, jakoś mnie ostatnio nudzi moje wieśniactwo, i potrzebuję się trochę intelektualnie odchamić – postanowiłem, nie zważając na fakty, uznać, że z tym sercem to jakaś poważna zmyłka. Że jak idzie o serce, to Komorowski jest zdrów jak Andrzej Lepper albo jego kumpel Ryba. Albo premier Putin. On z całą pewnością nażarł się czegoś niezdrowego i się na ten rękaw wyrzygał. A że w ogóle jest on słabo przytomny, nawet tego nie zauważył. Co do tego numeru z krzesłem, to też na pewno nie poszło o to, że on usiadł, bo się zasapał, i poczuł, że mu siada serce. Ja – owszem, tak czasem robię. Podobnie wielu z nas pisowców. Ale nie on. Moim zdaniem, Prezydent usiadł, bo mu się chciało kupę i już nie potrafił ustać. Planowałem nawet w tej sprawie zadzwonić do Szkła Kontaktowego i powiedzieć, jak to naprawdę było. Jednak w tym samym momencie uprzedziła mnie jakaś pani, powiedziała coś brzydkiego o ojcu Janusza Palikota, i Grzegorz Miecugow poinformował ją, że jeśli w imieniu pana Janusza do niego zadzwoni prokurator i poprosi o numer telefonu tej pani, to on mu go przekaże niezwłocznie.
No więc pomyślałem sobie, że może za wcześnie na żarty. W tej sytuacji chyba się jeszcze chwilę wstrzymam. Poczekam aż do władzy wróci terror Jarosława Kaczyńskiego i wówczas spróbuję sobie trochę prawo połamać.

czwartek, 3 lutego 2011

Grzech nie jest chorobą, a zło to nie pech

Kiedy Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Onetu przypomniał, jak to jeszcze przed smoleńską katastrofą, Bronisław Komorowski przez swoją małość, dziecięcą złośliwość i tępą małostkowość wysłał na ostateczną śmierć między innymi Grażynę Gęsicką i Aleksandrę Natalii Świat, jak się można było spodziewać, System podniósł wrzawę jak najbardziej adekwatną do siły owej refleksji. Mam wręcz wrażenie, że choć już oczywiście wcześniej oczywiście Kaczyński był traktowany przez mainstream jak najczarniejsza zaraza, poziom ataku po tej wypowiedzi podniósł się raptownie i już tylko pędzi w górę.
I, jak mówię, reakcja ta, choć naturalnie boli, wcale nie dziwi. Nie ma bowiem nic gorszego jak zaapelować złu do sumienia. A więc, mówiąc krótko, dotknąć tego zła palcem, a później tym palcem je przebić. A to właśnie zrobił Kaczyński. Przebił zło swoim palcem i ukazał mechanizm.
Mogło się jednocześnie wydawać, że z naszej strony słowa Jarosława Kaczyńskiego o moralnej odpowiedzialności Komorowskiego zostaną przyjęte ze zrozumieniem. W końcu, kto jak kto, ale my świetnie wiemy, że zło to nie złudzenie, nie przypadek, ani też nie żart. Zło to grzech i występek i nic go nie jest w stanie wymazać poza właśnie owym pełnym pokory przyznaniem – że zło to grzech i występek. A zatem, jeśli przez nasze zaniedbanie, nasze lenistwo, głupotę, czy nienawiść uruchomimy proces, na którego końcu jest już tylko nieszczęście, nie ma takiej możliwości, żebyśmy mogli wznieść oczy ku niebu i zawołać: „A to pech!” Pech bowiem to tylko pech, i nasze dobre chęci, czy nawet przenikliwość, nie mają tu nic do rzeczy. Dziś jednak stoimy nie wobec pecha, lecz wobec zła, które rodzi wyłącznie zło. I często o wiele szybciej i o wiele bardziej niespodziewanie, niż można było wcześniej sądzić. Gdyby Bronisław Komorowski miał albo rozum, albo sumienie – wiedziałby o czym jest mowa.
A więc sądziłem i ja, że jeśli ktoś przyjdzie do nas i przedstawi krytykę tego co Jarosław Kaczyński powiedział o małostkowości marszałka Komorowskiego, twierdząc na przykład, że w końcu nie jesteśmy w stanie oceniać świata na zasadzie co by było gdyby, i w dodatku jeszcze formułować na tej podstawie moralnych ocen, to będzie to ktoś albo skrajnie naiwny, lub nieuczciwy, ewentualnie sam grzeszny jak sto diabłów. W końcu jest oczywiste, że Kaczyński, wspominając o tamtym niskim geście Komorowskiego, nie spekulował co by było gdyby – bo tego nie wiemy i wiedzieć już nie jesteśmy w stanie – nie czynił kalkulacji, a zaledwie stwierdził fakt. Że gdyby Komorowski nie był człowiekiem złym i gnuśnym, zarówno Grazyna Gęsicka i Aleksandra Natalii Świat by żyły. Nie powiedział ani słowa więcej ponad to, że gdyby nie jego grzech, one by zapewne żyły. I to wydawało się takie oczywiste.
Dziś czytam rozmowę, jaką Wirtualna Polska przeprowadziła z Zuzanną Kurtyka, wdową po zamordowanym w Smoleńsku prezesie IPN. I otóż w pewnym momencie, zapytana o wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego w sprawie zbrodniczej małostkowości Bronisława Komorowskiego, pani Kurtyka mówi tak:
"Faktycznie, jest w tych słowach dużo przesady. Dlatego, że w ten sposób można by zweryfikować los każdej osoby, która znalazła się tamtego dnia w tupolewie. Gdybym na przykład ciężko zachorowała, to mój mąż by nie poleciał. Pewnego fatum czasem nie da się odwrócić i trzeba się z nim pogodzić.”
A ja sobie pomyślałem, że skoro Zuzanna Kurtyka – osoba tak przecież doświadczona, a przez to nieskończenie od nas mądrzejsza – nie dostrzegła różnicy między złym losem, a dotknięciem zła, co mają powiedzieć inni? Co mają wiedzieć ci, co w ogóle nie wiedzą nic? Lub wiedzą, tylko że sami są tym złem przeżarci tak, że już tylko brną. Czego można się spodziewać po nich? W tej sytuacji, przy całym szacunku dla wszystkich tych, którym szacunek się należy, piszę te słowa i pragnę powtórzyć raz jeszcze.
Grzech nie jest pechowym zbiegiem okoliczności i też nie jest chorobą. A jeśli Bronisław Komorowski jest chory, to zdecydowanie ani na czarne serce, ani na szarą duszę, ani na brudne sumienie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...