Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawska Gazeta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawska Gazeta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 maja 2021

Jest dobrze - nie ruszać

Dla "Warszawskiej Gazety" piszę regularnie i, bez jednego piątku, przerwy od siedmiu już lat, a widząc jak ów tygodnik z każdym rokiem ewoluuje w stronę pozycji, z którymi ani się nigdy nie utożsamiałem ani też utożsamiać nie zamierzam, dochodzę do wniosku, że ów mój felieton, niezmiennie wyróżniany przez Piotra Bachurskiego stałym miejscem oraz tradycyjną ekspozycją, stanowi tam już prawdopodobnie jeden z ostatnich śladów czegoś, co osobiście lubię nazywać prostą przytomnością umysłu. I powiem szczerze, że z każdym też kolejnym rokiem zachodzę w głowę, jakim to cudem przyrody Bachurski mnie stamtąd jeszcze nie pogonił na zbity pysk. Biorę tu pod uwagę dwie możliwości, z których oczywiście żadna może nie być prawdziwa. Pierwsza to ta, że Moje teksty, zgodnie z tym co on mi wielokrotnie już powtarzał, on bardzo to co ja piszę i sposób w jaki to robię  lubi i szanuje. Druga jest taka, że moja obecność – i to obecność za każdym razem bardzo wyróżniana – stanowi dla niego swego rodzaju alibi.

W tej sytuacji pozostaje jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia. Otóż zwłaszcza ostatnio spotykam się z pełnymi pogardy zarzutami, że ja się zadaję z jednoznacznie kompromitującym mnie towarzystwem i czemu ja owo towarzystwo, uporczywie toleruję? Tu odpowiedź jest znacznie prostsza. Otóż przede wszystkim dlatego, że Piotr Bachurski był jedynym poza Coryllusem wydawcą, który przez te wszystkie lata zaproponował mi współpracę i w tym czasie ani razu mnie nie potraktował bez szacunku. Ale też przez to, że skoro on o mnie każdego dnia walczy – a tego że walczy, jestem pewien na sto procent – to mi zwyczajnie nie wypada go potraktować z góry. Kolejny powód jest taki, że z tego co mi wiadomo, dziś "Warszawska Gazeta" każdego tygodnia czytana przez jakieś 100 tys. Polaków, a możliwość docierania do nich z przekazem takim jak poniższy, jest dla mnie nadzwyczaj cenna. No i wreszcie być może powód najważniejszy. Otóż ja bym się naprawdę wstydził, gdybym nagle znalazł się na pensji u Tomasza Sakiewicza, braci Karnowskich, czy – by już nie wchodzić na poziomy  najniższe – jakiegoś Roli. W porównaniu z całą resztą tak zwanym mediów prawicowych, ja w "Warszawskiej Gazecie" czuję się ja na bardzo przyjemnej imprezie.


       Możliwe że są tu osoby, dla których wciąż tematem dnia jest pozycja Borysa Budki w strukturach Platformy Obywatelskiej, czy wysiłki podejmowane przez marszałka Grodzkiego na rzecz odsunięcia w jak najbardziej odległą przyszłość kwestii związanych z jego osobistą chciwością, moim jednak zdaniem to co powinno dla nas wszystkich stanowić temat numer jeden, to przedstawiona właśnie przez Prawo i Sprawiedliwość prezentacja programu związanego z robieniem nam Polakom dobrze.

        Osobiście, przyznam zupełnie szczerze, od paru już lat, widząc jak miłościwie nam panująca władza nie wykonuje żadnych wrogich mi gestów, nie za bardzo zwracam uwagę na kolejne komunikaty wydawane przez owej władzy przedstawicieli. Muszę jednak przyznać, że przy okazji ledwo co zorganizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość prezentacji tego wszystkiego co nas w najbliższej przyszłości czeka, poświeciłem nieco uwagi owym obietnicom, i z jednej strony uznając, że nie mam najmniejszego powodu by w nie nie wierzyć, a z drugiej widząc jak w jednej niemal chwili pojawiły się bardzo konkretne pretensje, że to co proponuje rząd, to kolejny krok na drodze prowadzącej do ostatecznego upadku polskiego narodu, spod którego się już nigdy nie podniesiemy, uznałem że nie pozostaje mi nic innego jak zwyczajnie zareagować.

      A zatem reaguję. Otóż mija sześć lat od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość – złośliwie nie wspominam o Zbigniewie Ziobrze, a już zwłaszcza Jarosławie Gowinie – odzyskało Polskę z rąk gangów i nie wydaje mi się, by wśród nas – a mówiąc „nas” mam na myśli całość społeczeństwa – znalazła się choć jedna osoba gotowa uczciwie stwierdzić, że jej codzienny los się nie poprawił. I nie mam tu na myśli obrazu dostarczanego nam przez codzienną propagandę, ale o jak najbardziej realne bytowanie, oraz – co wcale nie najmniej ważne – zewnętrzne owego bytowania okoliczności.  Jestem głęboko przekonany, że żaden z nas, choćby najbardziej wrogo nastawiony do obecnej władzy, nie byłby w stanie zupełnie uczciwie stwierdzić, że jego życie niezmiennie tonie w owej beznadziei minionych lat. Wręcz przeciwnie, nie wierzę w to, że wśród nas znajdzie się choć jedna uczciwa osoba, która będzie gotowa stwierdzić, że od roku 2015 życie jego i jego bliskich, ale też wszystko to co ich otacza, nie przeżyło autentycznego odrodzenia.

       Z powodu bardzo zaawansowanego wieku, pamiętam bardzo dobrze koniec roku 1989, kiedy w moim mieście pojawił się pierwszy wielkopowierzchniowy, jak od razu mogliśmy się zorientować niemiecki, sklep o przedziwnej nazwie „Future 2”, i nie wiem jak inni, ale ja wówczas po raz pierwszy w życiu zobaczyłem jak w tak zwanym realu wygląda kokos oraz ananas. To była faktyczna zmiana, dziś natomiast mam wrażenie, że to co Polska przeżywa w tych dniach, to wydarzenie o randze podobnej do owej, jaką niektórzy z nas doświadczyli wtedy, w roku 1989. Jedyna realna różnica to ta, że dzisiejsza jest jak najbardziej prawdziwa.




piątek, 10 kwietnia 2020

O kadencji Prezydenta w oku ludzi złych i gnuśnych


Minęły nam trzy kolejne dni kazań naszego drogiego księdza Rafała Krakowiaka, skądinąd znanego nam tu pod ksywką Don Paddington, i choć weszliśmy właśnie w Wielki Piątek i pewnie wypadałoby się obejść bez mięsa, dziś jak najbardziej mięso, a więc mój felieton z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” – pisany jeszcze w miniony poniedziałek, ale wciąż bardzo na temat – który czekał na swój czas i tak długo za długo.
Przy okazji, chciałbym powiedzieć, że jest to okazja równie dobra jak każda inna, by podziękować naszemu wspaniałemu komentatorowi Orjanowi za inspirację i za to, że zgodził się swój tak naprawdę tekst podpisać imieniem Toyah. A zatem, bardzo proszę.        


        Wydaje się, że pod właśnie nam zakomunikowaną i jakże szczęśliwą nieobecność Jarosława Gowina musimy sobie powiedzieć parę rzeczy, które wydają się być całkowicie zlekceważone. Otóż w całej dyskusji na temat terminu oraz sposobu przeprowadzenia wyborów niebezpiecznie pomija się element podstawowy, a mianowicie kwestię kadencji. Rzecz w tym, że dziś absolutnie podstawową sprawą jest niedopuszczenie do wakatu na funkcji Prezydenta RP, który może automatycznie zaistnieć z chwilą upływu kadencji Andrzeja Dudy, a więc 5 sierpnia o godz. 24:00. Przez utratę ciągłości władzy, Polska stanie się wówczas niezdolna do sprawowania każdej czynności, do której potrzebny jest udział prezydenta, takiej jak choćby przyjmowanie ustaw, co realnie prowadzi do zablokowania prawa. Oznacza to także niezdolność Polski do wykonywania funkcji i jej czynności międzynarodowych, uzupełniania kadr sędziowskich, kadr najwyższego dowództwa wojskowego i tym podobnych. I wreszcie, last but not least, od tej chwili Polska jest pozbawiona konstytucyjnego uprawnienia do organizowania jakichkolwiek nowych wyborów. Tego braku nie da się zalepić platfusią śliną, klejem i dyktą, a w szczególności nie da się awaryjnie podstawić kogoś, kto będzie pełnił funkcję prezydenta, bo wprawdzie Konstytucja przewidziała rozwiązania na wypadek śmierci prezydenta, lecz już nie braku wyboru przed upływem kadencji. Nie pojawi się więc nawet niejaki interrex.
      W tej sytuacji istnieje tylko jedno wyjście awaryjne, choć technicznie dysponuje nim wyłącznie Andrzej Duda jako człowiek, a nie jako Prezydent. Polega ono na tym, że dzień przed końcem kadencji prezydent Andrzej Duda składa rezygnację i w ten sposób, zgodnie z zapisami Konstytucji, funkcję Prezydenta obejmuje lege artis marszałek Witek, po to by w ciągu 14 dni ogłosić wybory w terminie do 60 dni, czyli gdzieś z początkiem października 2020 roku. Pan Andrzej Duda spokojnie sobie do tych wyborów staje jako prywatny obywatel i oczywisty zbawca suwerenności Rzeczypospolitej i jej Konstytucji, zgnojonej i zamienionej w durny cyrk przez platfusiarnię. Innej drogi konstytucyjnej nie będzie, a więc ratunek zależeć będzie od osobistego poświęcenia się tzw. Adriana.
      Jak już wspomniałem, szczęśliwie nie musimy już wysłuchiwać doradczego głosu ministra Gowina, warto jednak skomentować choć w paru słowach jego propozycje. Otóż nie ma możliwości, by obywatel dobrowolnie zrzekł się biernego prawa wyborczego i to na dwa lata naprzód. Nie można też obywatela zmusić środkami prawnymi (poza wyrokiem w pewnych sprawach kryminalnych), żeby przyjął obowiązek dwuletniego przedłużenia kadencji, a w zamian za te dwa lata utracił czynne prawo wyborcze. Wydając mu taki zakaz Polska, stoczy się poniżej podstaw demokracji.
      Z drugiej strony, ponieważ my już mamy konstytucyjne czynne prawo do głosowania korespondencyjnego, to biorąc pod uwagę zasadę równości wyborów, a spuszczając z wodą platfusi jazgot, trudno występować przeciwko obdarzeniu tym prawem wszystkich posiadających czynne prawo wyborcze. A zatem, wbrew apokaliptycznym nastrojom, przed nami cały wachlarz możliwości, z bardzo jasną i radosną perspektywą.




niedziela, 26 stycznia 2020

Ale za to niedziela będzie dla nas!


        Jak się właśnie dowiedziałem, na okładce najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety” znalazły się zdjęcia 18 polskich posłów do Europarlamentu, którzy w niedawnym głosowaniu opowiedzieli się przeciwko Polsce, a redakcja „Warszawskiej” uznała za stosowne opatrzyć tę prezentację tytułem „Antypolskie polityczne szmaty”. Jak ja się o tym dowiedziałem? Ktoś powie, że odpowiedź jest oczywista. Ponieważ od lat jestem członkiem redakcji owego tygodnika, powinienem wiedzieć, co się tam wyprawia. Otóż tym razem było inaczej. Zanim bowiem zdążyłem się osobiście zapoznać z tym akurat wydaniem, trafiłem na twitterowy komentarz niedawno tu wspominanej Sylwii Spurek, której legitymacyjne zdjęcie znalazło się na wspomnianej wystawie, a w którym to komentarzu Spurek ze zgryźliwą ironią o niej wspomniała i, jakby tego było mało, wrzuciła skan owej okładki.
        Przyznam uczciwie, że w tym momencie zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że przeżywając w Brukseli najpiękniejsze dni swojego życia, Spurek poświęca swój czas, by czytać „Warszawską Gazetę”, a po drugie, że ona w ogóle czuje konieczność komentowania faktu, że redakcja akurat tej gazety, której profil jest powszechnie znany, uznała za stosowne nazwać Spurek szmatą. Gdyby ktoś z mojego otoczenia kiedykolwiek nazwał mnie szmatą, w dodatku antypolską i bez przymiotnika „polityczną”, to ja bym oczywiście się oburzył, natomiast gdyby tym kimś była telewizja TVN24, czy „Gazeta Wyborcza”, albo nawet tygodnik „Sieci”, to ja bym na to coś zwyczajnie splunął, a jeśli nie, to ewentualnie bym się ucieszył, że ci których od lat tępię, o mnie mówią i to w dodatku źle.
      Zapytałem więc Spurek na twitterze, czy ona się tak oburza, bo została nazwana szmatą, czy dlatego, że szmatą nazwała ją „Warszawska Gazeta”. Spurek sie oczywiście nie odezwała, natomiast zareagował nieznany mi internauta, który zwracając się bezpośrednio do Spurek, zaapelował do niej, by mi wytoczyła sprawę o zniesławienie.
     I to jest coś co mnie autentycznie zainteresowało. Co mają w głowie niektórzy z nich, że wpadają na tego typu pomysły? Jak oni muszą być dziś zdesperowani – i już nie mówię o Spurek, która kompletnie bez sensu dostaje cholery na okładkę jednego z tygodników – ostatniego ratunku szukając już tylko w skorumpowanych sądach, licząc na to, że one będą nas wsadzać za kraty już tylko za to, że zechciało nam się odezwać?  Byłoby to straszne, gdyby w gruncie rzeczy nie pocieszające. Nie powinniśmy się bowiem zdziwić, jeśli już niedługo poradnie leczenia nerwic, których i tak jest już coraz więcej, staną się głównym źródłem zarobków owej bezrobotnej masy niedorobionych psychologów.
      A my? Co z nami? My, tak jak dotychczas, będziemy  siedzieć na tej ławeczce, kopać w zamyśleniu jakiś zbłąkany kamień i dzielić się z innymi tym, co nam chodzi po głowie. Oto więc mój najnowszy felieton dla wspomnianej „Warszawskiej Gazety”.

      Mieliśmy tu już w zeszłym tygodniu marszałka Grodzkiego, ale ponieważ nieszczęścia chodzą parami, musimy się znów z nim męczyć. Otóż, kiedy ów dziwny mąż, ogłosił że wedle poważnych zagranicznych ośrodków medialnych, jest on najpotężniejszą osobą w polskiej opozycji, i jemu się należy natychmiastowy awans w strukturach  Platformy Obywatelskiej, znaczna część opinii publicznej uznała, że ów biedny człowiek oszalał i w tej chwili należy już tylko czekać aż on zacznie biegać w kółko po Warszawie, machać rękoma i wrzeszczeć: „Jestem chirurgiem i wiem czym jest skromność i pokora”. Niestety, a może dla nas wszystkich, na szczęście, wspomniany Grodzki postanowił pójść za ciosem i ogłosić kolejną sensację, a mianowicie, że niejaka Nancy Pelosi, przewodnicząca amerykańskich demokratów, w drodze do Jerozolimy na ruski event związany z wyzwoleniem niemieckiego obozu w Auschwitz, postanowiła zahaczyć o Polskę, głównie po to, by jak najbardziej prywatnie spotkać się z Grodzkim i wypytać go o to, co się w tej cholernej Polsce dzieje. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do rangi zapowiadanego zdarzenia, marszałek Grodzki poinformował media, że rzeczona Pelosi jest najpotężniejszą kobietą na świecie, tuż za powoli znikającą niemiecką kanclerz Merkel, a więc biorąc pod uwagę fakt, że Grodzki, co już zostało wspomniane, jest najpotężniejszą osobą wśród polskiej opozycji, owo spotkanie stanie się wydarzeniem na skalę światową.
       Przy okazji ostatnich awantur związanych z walką o odzyskanie przez polskie państwo wymiaru sprawiedliwości z rąk skorumpowanych sędziów i półprzytomnych z nienawiści polityków, głos zabrały również moralne autorytety, w tym profesorowie prawa i nie tylko, i wszyscy udowodnili, że gdy chodzi o poziom intelektualnego upadku, skaliste dno nie jest już dłużej zajmowane przez reklamy maści na ból pleców, czy past do zębów, ale polityczne analizy samozwańczych autorytetów. A w tej sytuacji, musimy poważnie rozważyć taką możliwość, że w ostatecznym rozrachunku, marszałek Grodzki, zwłaszcza gdy przewodnicząca Pelosi, faktycznie poda mu rękę, a może nawet szepnie mu do uszka parę czułych słówek, może w rzeczy samej stanąć na czele owego hufca polskich zdrajców.
      Jest jednak pewien całkiem świeży problem. Otóż całkiem niedawno zgłosił się kolejny świadek korupcyjnych zachowań profesora doktora Grodzkiego, tym razem jednak nie poszło już o głupie 500 dolarów, czy równie śmieszne tanie tak zwane koniaki z Pewexu, ale aż o 7 tysięcy złotych, w dodatku wytargowane z początkowych dziesięciu patyków. Co ciekawe, opowieść wspomnianego świadka, jeśli założymy, że mamy całkiem naturalne sposoby rozróżniania zmyśleń od prawdy, stanowi najprawdziwszą prawdę i kiedy już przyjdzie do ostatecznej rozprawy, nie będzie sposobu, by ją zakwestionować. I wówczas marszałkowi Grodzkiemu pozostanie już tylko żyć wspomnieniem tej krótkiej chwili, kiedy to jego rozpoznawalność w polskiej polityce rosła w tempie geometrycznym.
      O ile oczywiście nie okaże się że wpływy tych wszystkich cudacznych profesorów nie są większe niż nam się wydawało. 

        

sobota, 21 września 2019

Redaktorzy niezłomni kontra psia kupa


Skoro mamy sobotę, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wrzucić tu mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Zwłaszcza że on w żaden sposób nie odstaje od tego, z czym mamy do czynienia na co dzień.

       Nie mam pojęcia, jakie dziś, kiedy piszę ten tekst, interesy reprezentuje gazeta „Super Express”, ponieważ nieustanna zamiana politycznych ról między niemieckim Springerem, a obywatelem szczycącym się owym niezwykłym nazwiskiem Benbenek sprawia, że zaczynam tracić orientację. Zwłaszcza że czym bardziej zbliża się czas wyborów, tym bardziej wśród tego dziwnego towarzystwa zaczyna się kotłować. Otóż ostatnio trafiłem na nadzwyczaj ciekawy tekst zamieszczony we wspomnianym „Super Expresie”, a dotyczący jeszcze tak niedawno pierwszej nadziei Koalicji Obywatelskiej, czyli Donalda Tuska, którego celem, jak się zdaje, było przywrócenie do społecznej świadomości dawnego mitu o wielkości tego człowieka. Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia w tym temacie „Super Express”:
      „Gruntownie przygotował się do spaceru z psem córki, a gdy zaszła potrzeba, uratował sopocki chodnik przed zapaskudzeniem”.
       Gdybyśmy wciąż nie wiedzieli, o co chodzi, wystarczy sięgnąć do kolejnego źródła naszej obywatelskiej wiedzy, a więc prowadzonego przez braci Karnowskich portalu wpolityce.pl, a tam uzyskamy wszelkie potrzebne informacje:
     „Jak widzimy na zdjęciach z przechadzki ‘Króla Europy’, Tusk wyszedł na spacer z córką i jej psem Portosem.
      Pies postanowił zapewnić Tuskowi chwilę nieprzyjemnego wysiłku. Były premier musiał schylić się po psi stolec, który Portos zostawił na chodniku.
      Tusk miał ze sobą foliowy woreczek, w który zebrał odchody pupila. Nieprzyjemny pakunek zabrał ze sobą do domu i wyrzucił do własnego śmietnika.
      To już druga tego typu historia w tabloidach na temat polityków związanych z PO. Niedawno promowano obywatelską postawę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która też posprzątała po swoim psie”.
      Każdy z nas, kto wie, czym jest gazeta „Super Express”, oraz pierwszy prawicowy portal internetowy wpolityce.pl, może tu się poczuć skonfudowany. Gdy chodzi o „Super Express” zdziwień, jak sądzę, nie ma. Szedł Donald Tusk na spacer z psem, pies się zesrał, Tusk kupę zebrał do woreczka i chwała mu za to. Czy tu jest jakieś ukryte przesłanie? Nie sądzę. Są psy, są kupy, są woreczki, a jeśli w tym jest coś ciekawego, to wyłącznie obraz Donalda Tuska ową kupę zbierającego. Mnie natomiast o wiele bardziej intryguje to, jaki powód mieli bracia Karnowscy, by ową informację zamieścić na swoim portalu, którego misją, w odróżnieniu od „Super Expressu”, jest coś o wiele większego, niż epatowanie czytelników kupą w rękach ludzi o znanych nazwiskach. Czemu oni, pośród tych wszystkich informacji o przywódczych problemach Schetyny, o prześladowaniu Nalaskowskiego i o Tomaszu Lisie wspierającym internetowych hejterów, uznał za pożyteczne poinformować nas o kupie, którą zrobił pies córki Donalda Tuska, z ową wisienką w postaci „obywatelskiej postawy” Kidawy Błońskiej, której pies również się posrał. A wszystko to z owym szyderczym mrugnięciem odnośnie prasy brukowej.
      Jesteśmy dziś w stanie wojny i to wojny strasznej, którą szczęśliwie wygrywamy. Mam nadzieję, że tego zwycięstwa nie odbierze nam banda idiotów, których intencje, jak dotychczas, są bardzo głęboko ukryte.





Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Szczegóły są dostępne pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
     

sobota, 13 lipca 2019

Szwab, czyli o złym naśladownictwie


Dziś może na ten deszczowy dzień zaproponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Może będzie dobrze.

       Nie mam pewności, jak to się wszystko zaczęło, czy to może któryś z tych cymbałów, przycisnął złą literkę na klawiaturze, czy może, to ktoś z tak zwanych „prawych” buszujących po Twitterze dopuścił się dowcipnej prowokacji. Faktem jest, że przedstawiciele „totalnej opozycji” wykazali się tu wyjątkowym gapstwem i od kilku dni cała Polska jeździ po niej jak po łysej kobyle.
      O co poszło? Otóż ostatnio, kiedy wspomniana opozycja jeździ po kraju, zachęcając Bogu ducha winnych ludzi, by pomogli im odsunąć od władzy Dobrą Zmianę, na Twitterze pojawił się tag zatytułowany „TwójSzwab”, którym zupełnie nieświadomi tego, co czynią, politycy Platformy Obywatelskiej z przyległościami, zaczęli oznaczać swoje propagandowe kawałki.
       Dziś, jak mówię, cała Polska drze z Platformy przysłowiowego łacha, a jakby tego było mało, za tego „szwaba” wzięły się też prawicowe media, z TVPiS na czele i nie ma dnia, ani godziny, by gdzieś tam ktoś sobie na nim nie poużywał. Nie wiem, jak to długo jeszcze będzie wałkowane, ale czy to potrwa chwilę, czy jeszcze parę tygodni, czy już za parę dni Polska o tym całym „szwabie” zapomni, czy przez najbliższe lata na Schetynę, czy Tuska będziemy wołali „Twój Szwab”, tak czy inaczej mnie się to nie podoba. Dlaczego? Już tłumaczę.
     Otóż jeszcze kilka lat temu, kiedy praktycznie wszystkie media głównego nurtu, zarówno te papierowe, elektroniczne, jak i tak zwane społeczne, a za nimi cała kultura popularna, były w lewicowo-liberalnych rękach, propagandowa metoda zaobserwowana w omawianym wypadku, była niemal w stałym użyciu, tyle że z wektorem skierowanym w prawą stronę politycznej sceny. Na czym ona polegała? Otóż na tym właśnie, że brało się jakiś nic nie znaczący drobiazg, robiło się z niego temat i wałkowało się go tak długo, aż w końcu wystarczyło jedno krótkie i mocne hasło, by każdy przeciętny obywatel reagował na jego dźwięk ślinieniem się. Pamiętamy te znaki wszyscy bardzo dobrze: „Borubar”, „Roker Perejro”, „wieśmak”, „kaczka”, „małpka”, „sraczka”, czy nawet niezapomniane „debeściaki” i z pewnością też wielu z nas doskonale pamięta jakie spustoszenia w psychice tak wielu ludzi uczyniła ta straszna manipulacja. Że przesadzam? To proszę choćby sobie przypomnieć ów rysunek Andrzeja Mleczki, na którym widzimy prezydencką limuzynę, która ciągnie za sobą budkę z napisem toi-toi i zastanowić się, jakie warunki musiały być spełnione, by ten żart mógł być w ogóle zrozumiany. No i co trzeba było zrobić, by te warunki zapewnić tak by ostatecznie fani Mleczki mogli krzyknąć: „Zesrał się ten idiota!”
      A więc nie podoba mi się bardzo to, że prawicowe media dziś z takim zapałem korzystają z tamtych metod i tamtego dorobku. I jeśli ma się okazać, że Platforma Obywatelska ostatecznie zniknie ze sceny politycznej tylko dlatego, że ludziom będzie się kojarzyła ze „szwabem”, to właściwie jest mi wszystko jedno.



Przypominam, że w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl są do kupienia moje książki, w tym ta najnowsza, o języku angielskim, jako zabójczej broni Imperium. Jeśli ktoś sobie życzy dedykację, to zapraszam do siebie. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com.

sobota, 27 kwietnia 2019

O tym jak Dobra Zmiana pomogła nauczycielom osiągnąć skaliste dno


Obiecywałem już parokrotnie że z tematem szkolnych strajków kończę, i w pewnym sensie była to prawda, rzecz natomiast w tym, że jeszcze mamy dwa felietony z
Warszawskiej Gazety”, które zwyczajowo zamierzam tu zamieścić. A zatem tych, którzy są tematem zainteresowani średnio, proszę o zrozumienie, a pozostałych o uwagę.


       Trudno jest mi oczywiście powiedzieć, jaka będzie sytuacja w dniu, gdy Czytelnicy
będą czytać te słowa, gdybym jednak miał sugerować jakąś odpowiedź, zaryzykowałbym zdanie, że przewodniczący Broniarz już się zdąży wycofać na z góry upatrzone pozycje, a wyciśnięci jak szmata do podłogi nauczyciele zostaną odesłani do codziennej roboty. Czy to rozwiązanie mnie cieszy? Powiem uczciwie, że gdyby ktoś mnie spytał o moją ewentualną reakcję w momencie, gdy strajk się dopiero zaczynał, odpowiedziałbym pewnie, że upadek
protestu przy jednoczesnym triumfie nadzwyczaj aroganckiej władzy, potraktowałbym jako i swoją porażkę. Czemu tak? Odpowiedź jest prosta: otóż przez minione trzy lata nie zdarzyło
mi się doświadczyć ze strony Dobrej Zmiany tak potężnej fali kłamstw, i to kłamstw wybitnie bezczelnych, z jaką ona wyruszyła na wojnę z nauczycielami, gdy ci ogłosili swój protest. Ktoś więc zapyta, skąd moje wahania – czy, kto wie, czy nie ich kompletny brak – dzisiaj? Tu odpowiedź też jest prosta. Żeby ją jednak w pełni przedstawić, pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie.
      Rzecz mianowicie w tym, że im dłużej ów strajk trwa i im bardziej widzę z
jednej strony zaangażowanie po stronie strajkujących szkół najgorszego autoramentua  a z drugiej nadzwyczajną zupełnie desperację strajkujących nauczycieli w demonstrowaniu swojego zidiocenia, tym bardziej dochodzę do wniosku, że wszystkie te kłamstwa, te obelgi kierowane w stronę nauczycieli, w żaden sposób nie stanowią części debaty ani ze środowiskiem, ani tym bardziej z przewodniczącym Broniarzem, ale mają tylko jednego adresata, mianowicie aktualny oraz ewentualny elektorat Prawa i Sprawiedliwości. To nieustanne machanie nauczycielom przed nosem ową kompletnie wirtualną „średnią”, ta gadka na temat kolejnej transzy podwyżek, jeśli w jakikolwiek sposób miała dotrzeć do nauczycieli, to tylko po to, by oni – jeśli tylko potrafią – zrozumieli, że w swoich oczekiwaniach są bez jakichkolwiek szans, a już szczególnie w kompletnie chorej nadziei, że to oni właśnie posłużą jako taran w akcji obalania popularnego rządu.
      To drugie zresztą wymaga naszej szczególnej uwagi. Otóż w ostatnich dniach, bez mrugnięcia okiem, z bezczelnie kamienną twarzą, premier Szydło zaproponowała nauczycielom „250 zł za 90 minut pracy więcej”. A moim zdaniem, owa oferta, w rzeczywistości znacząco obniżająca nauczycielskie pensje, mogła mieć tylko jeden skutek. Dla każdego umiejącego rachować nauczyciela, tworzyła tylko jedną wiadomość: „W tej wojnie
jesteście nikim, a więc mordy w kubeł”.
      To wszystko każe mi wycofać moje wcześniejsze pretensje pod adresem rządu. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że to jest wojna, w której nie bierze się jeńców. Oni wiedzą lepiej niż ktokolwiek z nas, że jeśli pozwolą sobie na chwile słabości, stracą wszystko, i to nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla Polski. A gdy chodzi o środowisko z natury im wrogie i nie rokujące jakichkolwiek nadziei na opamiętanie, nie mogą sobie pozwolić na
jakąkolwiek litość.



Jak zawsze przypominam, że mam u siebie pewną ilość egzemplarzy swojej nowej książki o języku angielskim, jako zabójczej broni Imperium wymierzonej przeciwko światu. Zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 12 kwietnia 2019

Czy prawicowa cenzura to cenzura dobra


Jak już wspominałem, „Warszawska Gazeta” została wycofana z kiosków „Ruchu” ze względu na zadłużenie, jakie owa przez lata gnuśności wypracowała w stosunku do biznesu red. Bachurskiego. W tej sytuacji, jak się domyślam, znaczna część Polski została odcięta od owego tygodnika, a przy okazji moich felietonów, w związku z tym postaram się swoje kolejne teksty publikować tu już w piątek. Dziś sprawa dość nietypowa, bo odpowiedź na pretensje Czytelnika, a przy okazji dość poonura refleksja ogólna. Zapraszam.       


       W styczniu tego roku minęło 6 lat, jak regularnie co tydzień zamieszczam w „Warszawskiej Gazecie” swój felieton. Od roku 2013 wiele się zmieniło, gdy chodzi o mnie jednak, jedna rzecz pozostała bez zmian. Otóż ja niezmiennie wyznaję ową zasadę, wyrażona kiedyś przez Wojciecha Młynarskiego: „Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza”. Mało tego. Ja ani przez moment nie pomyślałem, że ponieważ to co piszę może się komuś nie spodobać, to ja tym razem może spuszczę z tonu.
       Jak ta moja postawa jest odbierana? Doświadczenie mi podpowiada, że źle nie jest. Owszem, od czasu do czasu słyszę, że część Czytelników poczuła się rozczarowana tym, czy owym, jednak generalnie większych pretensji nie słyszę, a z różnych kontaktów osobistychdomniemuję, że są też osoby, które na kolejny mój felieton czekają z życzliwością.
        Jest przy tym wszystkim coś, co uważam za rzecz absloutnie unikalną w polskiej przestrzeni medialnej. Otóż pan Piotr Bachurski nigdy, ani jednym słowem, nie zasugerował, bym którykolwiek z moich tekstów wycofał, lub bym w nim zmienił choćby jedno słowo... przepraszam... RAZ się zdarzyło, że zostałem ZAPYTANY, czy ze względów procesowych ZECHCIAŁBYM zmienić jedno słowo. A przecież nie mam wątpliwości, że punktów, w których red. Bachurski z chęcią by się ze mną pospierał, jest bardzo dużo. A mimo to, jak mówię, on nigdy nie zażądał ode mnie, bym się zamknął. O czym to świadczy? O tym mianowicie, że „Warszawska Gazeta” jest wydawnictwem prawdziwie wolnym i niezależnym.
         Bywa też odwrotnie. Aż nazbyt często czytam w „Warszawskiej Gazecie” teksty, których z przeróżnych względów nie lubię. Raz tylko byłem tak oburzony, że napisałem polemikę, którą naturalnie Bachurski mi opublikował. Poza tym, nigdy nawet nie pisnąłem, zakładając, że mnie nic do tego. A już nawet do głowy mi nie przyszło, by zaapelować do Piotra Bachurskiego: „Czy autorzy takich określeń powinni zaszczycać grono komentatorów Państwa Tygodnika, którego jestem sympatykiem?”
        A z taką właśnie kwestią zwrócił się do Redakcji czytelnik, któremu  nie spodobał się mój felieton o dwóch post-peerelowskich redaktorach sportowych, Włodzimierzu Szaranowiczu oraz Dariuszu Szpakowskim. O co poszło? Oczywiście wspomniany Czytelnik zastrzega, że „bez wątpienia każdy ma niezbywalne prawo do wyrażania sympatii lub antypatii wobec osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej, w tym i dziennikarzy”, jednak już dalej pokazuje wyraźnie, że owo „każdy” dotyczy tylko tych, którzy mają poglądy, które mu nie przeszkadzają.
         Osobiście tego rodzaju postawę uważam za najgorszą; znacznie gorszą niż to, gdybym ja nagle oszalał i napisał felieton sugerujący, że Lech Wałęsa to wielki polski bohater. W takiej bowiem sytuacji, to byłby tylko głupi pogląd, który każdy mógłby bezlitośnie wyszydzić. Owo zdanie jednak o „zaszczycaniu grona komentatorów”, to powód do niepokoju. Jeśli bowiem część z nas zaczyna tęsknić za porządną prawicowo-konserwatywną cenzurą, to chyba czas szeroko otworzyć oczy i uszy.


Moja nowa książka schodzi nad podziw dobrze. W ciągu paru tygodni sprzedaliśmy niemal 100 egzemplarzy i nic nie wskazuje na to, by się to miało zatrzymać. Przypominam przy tym, że mam u siebie kilkanaście egzemplarzy i tej, ale też paru innych tytułów, a zatem gdyby ktoś był zainteresowany zakupem wraz z osobistą dedykacją, zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.


piątek, 22 marca 2019

Jak kochać i jednocześnie nienawidzić Dobrą Zmianę?


Jak już chyba miałem okazję tu wspominać, w związku z tym, że zbankrutowany „Ruch” winien jest Piotrowi Bachurskiemu ciężką kasę i nie zamierza płacić, ten zdecydował się zrezygnować z ich usług i w związku z tym „Warszawska Gazeta” – dziś najlepiej sprzedawany polityczny tygodnik po „Sieci” oraz przed „Do Rzeczy” – przestała być dostępna w kioskach „Ruchu”. Proszę więc szukać „Warszawskiej” gdzie indziej, tymczasem specjalnie z myślą o tych, którym się nie uda, zamieszczam tutaj swój najświeższy felieton.

      Pytają mnie od czasu do czasu znajomi oraz czytelnicy, dlaczego nie potrafię się zdecydować, czy popieram Prawo i Sprawiedliwość, czy mam ich już serdecznie dość. A ja przyznaję, że owe pytania są jak najbardziej usprawiedliwione, bo w rzeczy samej mój stosunek do partii, której wciąż jestem członiem i z którą nie widzę najmniejszego powodu, by się rozstawać, jest nadzwyczaj ambiwalentny. W czym rzecz? Otóż ja przede wszystkim, nawet na najdalszym politycznym horyzoncie, nie widzę bliskiego mi politycznego środowiska, które nie tylko miałoby praktyczną możliwość przejęcia władzy, ale które, przy jakimś cudownym wybryku losu, byłoby w stanie realizować ów gospodarczy oraz cywilizacyjny program uczciwiej i skuteczniej od dzisiejszego PiS-u. I dlatego trzymam się, póki on jeszcze ma się dobrze, Jarosława Kaczyńskiego i nie widzę powodu, by cokolwiek tu zmieniać.
      Z drugiej strony, przyznaję, że nie ma dnia, bym nie dostawał autentycznej cholery na to, co wyprawiają zarówno nasze media, jak i nasi politycy z trzeciego, drugiego, ale też jak najbardziej pierwszego rzędu. Przyznaję, że żadne ostatnio publiczne wystąpienie i żaden ich wybryk nie wstrząsnęło mną tak jak to, co zrobił Marek Suski, porównując swoją sytuację finansową z tym, z czym żyje polski nauczyciel, niemniej nie oszukujmy się – ów wygłup to zaledwie odprysk tego, z czym musimy się męczyć od co najmniej trzech lat i co najprawdopodobniej ma przed sobą świetlaną przyszłość. A zatem, podobnie jak wcześniej, tu też nie widzę najmniejszego powodu, by się wycofywać i udawać, że się nic nie dzieje. I stąd te moje ciągłe wybuchy, które wielu, jak podejrzewam, również czytelników „Warszawskiej Gazety”, traktuje jako atak, który musi ostatecznie coś w moim stosunku do Prawa i Sprawiedliwości zmienić. Otóż nic z tego. Gdybym miał bardziej graficznie opisać swoje podejście do problemu, powiedziałbym, że ono jest jak stosunek ojca do dziecka, które raz za razem robi coś okropnie głupiego i nie ma sposobu, by to z niego wykorzenić, a z drugiej strony jest tak, że to jest wciąż dziecko, w które się chce wierzyć i jest wciąż wystarczająco dużo dobrych chwil, które tę wiarę podtrzymują.
      Oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś, oglądając ten, jak zawsze wręcz nie do zniesienia, „Dziennik Telewizyjny” we współczesnej odsłonie, trafiłem na informację, która była dla mnie całkiem nowa i nieoczekiwana. Oto, jak się okazuje, ledwo co wyrwane z łap Donalda Tuska i tej jego ferajny spod ciemnej gwiazdy polskie porty morskie dramatycznie zwiększają swoje zyski, z 17 mld zł. w roku 2015 do ponad 40 mld zł. w roku 2018, wpłaconych do krajowego budżetu. Przepraszam bardzo, ale póki nie nastąpi jakaś globalna kompromitacja, to choćby ta jedna wiadomość, obok tak zwanej „piątki Kaczyńskiego” pozwala mi w nich walić jak w kaczy kuper, wciąż z ojcowskim uśmiechem na twarzy.

piątek, 11 maja 2018

Czy Polska przestaje być żartem?

Właściwie to zostało nam jeszcze parę dni, ale ponieważ sprawy się dzieją bardzo szybko, już dziś przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Ja wiem, że jest ostatnio tendencja, by raczej przedstawiać naszą sytuację jako tragiczną, ale myślę, że tym bardziej nie zszkodzi, jeśli ja spróbuję pokazać, że zmienia się całkiem dobrze.       


     Muszę zupełnie uczciwie przyznać, że katyński pomnik, o który ostatnio wybuchła tak straszna awantura, bardzo mi się nie podoba, i to z dwóch względów. Po pierwsze, uważam, że jest on wyjątkowo paskudny, zarówno pod względem estetycznym, jak i artystycznym. To jest, moim zdaniem bardzo brzyski pomnik. Po drugie, i to jest chyba nawet ważniejsze, jestem głęboko przekonany o tym, że jeśli chcemy promować w świecie naszą wielkość, najgorszą metodą jest pokazywanie owemu światu, jak to strasznie zostaliśmy przez ów świat potraktowani i jak bardzo przez to ucierpieliśmy. Nie da się bowiem głosić chwały narodu inaczej, jak tylko opiewając jego zwycięstwo.
     Z drugiej strony jednak – i to, mam nadzieję, dla wszystkich jest sprawą oczywistą – uważam, że w obecnej sytuacji, kiedy to jakiś lewacki prowokator, człowiek, który w sposób zupełnie jasny obsesyjnie Polski i Polaków nienawidzi, wspólnie ze swoimi biznesowymi partnerami, próbuje usunąć ten pomnik, postawa zarówno polskich władz jak i amerykańskiej Polonii zasługuje na nasze pełne poparcie, a co więcej, szczególnie w obliczu tego, co się dzieje w tych dniach i co ma się wydarzyć w najbliższy weekend, na najwyższe wyrazy uznania.
     O co mi chodzi? Otóż mam wrażenie, że jeszcze nigdy w swojej naszej najnowszej historii Polska nie zademonstrowała tak wielkiej determinacji, by w pełni skutecznie pokazać swoim wrogom, że nadszedł najwyższy czas, by oni zrozumieli, że łatwo już było i teraz będzie już tylko gorzej. Oczywiście, nie mam złudzeń, że to, co Polska przedstawiła w tym tygodniu, to dopiero początki i upłynie jeszcze dużo czasu, zanim oni zorientują się, że faktycznie będzie się trzeba wobec nas inaczej ustawić, no ale, jak mówię, pierwszy krok został zrobiony.
     I mogę wszystkich zapewnić, że to wcale nie są powodowane chwilowymi emocjami złudzenia. To że to się dzieje naprawdę, możemy wszyscy zaobserwować już od pewnego czasu na własne oczy. Wystarczy że się rozejrzymy wokół siebie, byśmy zrozumieli, że oto nadszedł czas, kiedy Polska jako symbol i znak stała się po raz pierwszy chyba w swojej historii częścią kultury popularnej, tak jak brytyjska flaga, czy tak zwany American Dream. Jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji obserwować, jak bardzo samo choćby słowo „Polska” przestało być jedynie nazwą.
     Oglądałem niedawno amerykański show telewizyjny, w którym jedna z największych dziś ichniejszych gwiazd, James Corden, zorganizował bieg sprinterski, w którym z jednej strony udział wziął Usain Bolt, a z drugiej on sam, plus wszyscy autorzy jego programu – producent, muzycy, kamerzyści, scenograf, scenarzysta, reżyser… I proszę sobie wyobrazić, że nagle, wśród nich wszystkich widzimy jednego z nich w koszulce z polskim orłem i napisem „Polska”. Pojawia się tam nawet jego nazwisko… i oto niespodzianka: to nie jest w żaden sposób polskie nazwisko. I niech mi teraz ktoś powie, że to nie jest Dobra Zmiana.



Książki, jak zawsze, są w pełnej ofercie w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Gorąco i szczerze polecam.


niedziela, 18 lutego 2018

Urodziny, czyli czemu Diabeł chodzi do kościoła

      Mija luty 2018 roku, a więc miesiąc, kiedy będziemy obchodzić dziesiątą rocznicę prowadzenia przeze mnie tego bloga, siłą rzeczy więc wpadam w nastrój bardziej refleksyjny niż zwykle i próbuje sobie wszystko, co już za nami, poukładać w jakimś porządku. Parę dni temu wpadłem w dość ponury nastrój, zdając sobie nagle sprawę z tego, że tak naprawdę dwa największe publiczne sukcesy, jakie przez te lata udało mi się odnieść, były związane z wytropieniem podstępnej obecności Diabła, najpierw na krakowskim festiwalu Unsound, a następnie w internetowym projekcie pod tytułem Kraina Grzybów. Dziś jeszcze sobie przypominam tak zwaną „Rozmowę z Pawłem”, gdzie opowiedzieliśmy o tym, jak ówczesny sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego z oczywistym rozmysłem i pełna konsekwencją niszczył jego kampanię roku 2010, a tekst zrobił takie wrażenie, ze został wręcz w całości opublikowany na oficjalnej stronie Prawa i Sprawiedliwości. No ale przede wszystkim, to jednak była sprawa wybitnie lokalna, a poza tym ewidentnie wpleciona w akcję niszczenia wszystkiego co pozostało po Kluzik, Migalskim, Poncyliuszu i całym tym szemranym towarzystwie, podczas gdy o festiwalu Unsound w kontekście mojej notki pisano i w „New York Timesie”, „Guardianie”, czy „Los Angeles Timesie”, gdzie autor osobną część swojego tekstu poświęcił mojej osobie. 
      Przypomniała mi się tamta historia, a z nią coś, na co chyba wcześniej nie  zwracałem tu uwagi, a co dziś, z perspektywy tych 10 lat, sprawia, że mam powód do pewnej satysfakcji. Otóż rzecz polega na tym, że tekst, który wywołał tamtą burzę nie był napisany z myślą o tym blogu, ale stanowił mój kolejny felieton do „Warszawskiej Gazety”. Poczatkowo wprawdzie zastanawiałem się, czy nie warto by było dać go tu, ale uznałem, że sprawa jest na tyle ważna, że „Warszawska Gazeta” zapewni mu szerszy odbiór, a ja go tu i tak powtórzę, no i on ukazał się najpierw w „Warszawskiej Gazecie”. Kiedy wybuchła pamiętna afera, pamiętam że od razu poinformowałem o tym Piotra Bachurskiego, a on, proszę sobie wyobrazić, zamruczał z satysfakcją i powiedział, że to jest zrozumiałe, bo „Warszawska” ma bardzo dużo czytelników i bardzo duży zasięg.
       Dziś, po latach, ja tę prawdę świetnie znam, czytając choćby rankingi najpopularniejszych tygodników ukazujących się w Polsce, gdzie „Warszawska Gazeta” zajmuje piąte miejsce tuż za „Sieciami” braci Karnowskich, ale też – po latach właśnie – widzę wyraźnie, że sprawa owego ponurego festiwalu, tak jak ją przedstawiłem, zyskała wymiat globalny nie dzięki artykułowi w „jednym z polskich prawicowych tygodników”, lecz dzięki donosowi „jednego z prawicowych blogerów”. To bowiem nie nazwa „Warszawskiej Gazety” była powtarzana w tych wszystkich gazetach od Nowego Yorku po Helsinki, lecz moje nazwisko, i to nie wydawcy „Warszawskiej Gazety” grożono procesem za rozbicie festiwalu, ale prawicowemu i ultrakatolickiemu blogerowi.
      Oto więc tekst, który ukazał 9 października 2015 roku w „Warszawskiej Gazecie” i najwidoczniej ani pies z kulawą nogą, ani diabeł ze złamanym rogiem, nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi, co – chciałbym to stanowczo podkreślić – w żadnym wypadku nie tyle świadczy o „Warszawskiej Gazecie”, co o tych 10 latach, o których tu będę wspominał w najbliższym czasie z prawdziwą satysfakcją.


      Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
      Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
      A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż można by się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
      Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
      Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki i przypominam, że być może najlepszą z nich „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można kupićbezpośrednio u mnie, wraz z dedykacją. Proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


piątek, 2 lutego 2018

Być jak towarzysz Targalski

Przedstawiam dziś swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety” i od razu uprzedzam, że jeśli po jego przeczytaniu komuś przyjdzie do głowy zawołać do mnie z satysfakcją „Widzisz?”, to ja odpowiedź mam gotową: „Owszem widzę” i do tego samego zachęcam wszystkch.

   Słynnej książki Kani i Targalskiego o resortowych dzieciach nie przeczytałem, ale miałem ją w ręku i chętnie powiem, czemu ona mi się nie podoba. Otóż jest to książka zła tak samo, jak złe są książki typu: „100 najsławniejszych wampirów”. A one są złe, bo kiedy już przebrniemy przez tytuł i zaczniemy szukać owych wampirów, to okaże się, że ich tak naprawdę było pięcioro, czy sześcioro, a te 250, czy 400 stron druku są wypełnione jakimiś nędznymi insynuacjami, od których można się zanudzić na śmierć.
    I taka dokładnie jest książka duetu Kania – Targalski. Na te 20, 50, czy 70 nazwisk, zainteresować nas mogą trzy, czy cztery, a reszta to jest już tylko sam papier, gdzie jedynym realnym zarzutem pod adresem tych ludzi jest to, że ich ojciec był partyjnym sekretarzem, albo żona urodziła się w Rosji, albo oni sami należeli do PZPR, a cała reszta to czysta retoryka.
      Dlatego też, kiedy w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety”, znalazłem tekst podpisany przez Piotra Strumieńskiego i anonsowany przez Redakcję na pierwszej stronie tytułem: „Tajemnica Czabańskiego” i leadem „Tylko u nas! Szef Rady Mediów narodowych Krzysztof Czabański to resortowe dziecko wychowane w lokalu Służby Bezpieczeństwa”, a następnie zajrzałem do właściwego już tekstu, z prawdziwym bólem stwierdziłem, że to co zrobił Strumieński jest oparte dokładnie na metodzie  znanej z twórczości wspomnianych Targalskiego i Kani. Swoją drogą, ciekawe, że sam autor tego dziwnego tekstu, już na samym początku, jakby autoszyderczo, pisze: „Cofnijmy się głębiej, do rodziców, tak jak uczy towarzysz Jerzy Targalski”.
      Tym razem więc cofa się „towarzysz” Strumieński, i czego się dowiadujemy? Tego mianowicie, że ojciec Czabańskiego był ciężkim alkoholikiem i ubeckim kapusiem, znienawidzonym przez żonę i syna, którzy przy pierwszej okazji go zostawili, a sam Krzysztof Czabański przez pewien czas nawet się do niego nie przyznawał. Co zatem Strumieński ma na młodego Czabańskiego? Przede wszystkim to, że on w młodości był czerwony i należał do partii i dalej nic. Kompletnie nic. Nawet kiedy komentuje jego odejście z PZPR, musi się uciec do bardzo nieczystej manipulacji pisząc: „Z partii Czabański wystąpił dopiero w 1980 roku, kiedy Solidarność była już prężną i ogólnopaństwową organizacją”. A reszta jest jeszcze gorsza, bo tam już tylko Strumieński z niezrozumiałym uporem powtarza przezwisko „Czabanescu”, które nawet nie wiadomo, czy jest prawdziwe, ale za to ładnie sugeruje rzekomą współpracę. „Czabański w aktach inwigilacyjnych SB pojawiał się nader rzadko, ale nie ma śladu żadnej współpracy ze służbami PRL”, pisze Strumieński, a czytelnik może tylko pokiwać w zadumie głową i mruknąć pod nosem: „A to cwaniak z tego Czabanescu”.
      Szkoda bardzo, że taki tekst ukazał się akurat w „Warszawskiej”, zwłaszcza parę dni po tym, jak Cezary Gmyz w TVP Info ostrzegł Polskę, by unikała nas, jak ruskiej zarazy.

Niezmiennie zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Wszystkie są dostepne w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.

  

czwartek, 25 stycznia 2018

Gdy przy korycie robi się za ciasno

            Szczerze powiedziawszy, ile razy zdarzy mi się kupić tygodnik o zmiennej nazwie „Sieci” i „W Sieci” i w efekcie, wręcz z automatu, nie mogę się powstrzymać, by bandę tych cwaniaków potraktować dokładnie tak, jak oni sobie na to zasłużyli, obiecuję sobie, że to już po raz ostatni. Kwestia honoru. To jednak, że ja tu sobie coś obiecuję, nie oznacza oczywiście nic i wynik owego mojego braku zdecydowania jest taki, że te niemal już dziesięć lat na tym blogu, gdy rozmawiamy o prawicowych mediach, wciąż nam mijają w atmosferze graniczącej albo z rozbawieniem, albo z rozpaczą, a najczęściej, jako główni animatorzy owych emocji, występują albo albo Witold Gadowski, albo Łukasz Warzecha, albo Rafał Ziemkiewicz, albo Jan Pietrzak, albo Krzysztof Feusette, albo Tomasz Sakiewicz… można wymieniać, krótko mowiąc, tak zwani „niepokorni dziennikarze”.
           Dziesięć lat to szmat czasu i można się przyzwyczaić. Tak jak do wszystkiego.  Efektem owego przyzwyczajenia jest akceptacja, która wynika prosto z uznania, że tak jak jest, jest normalnie i inaczej już nie będzie. Podobne zresztą zjawisko obserwujemy na poziomie znacznie szerszym, a więc obejmującym w ogóle wszystko to co się dzieje w dzisiejszym świecie i nas absorbuje przez ten jeden kolejny dzień i ani chwili dłużej. Ktoś coś ukradł? Ktoś kogoś zabił? Gdzieś ktoś się ostatecznie skompromitował kłamstwem nie do opisania? I cóż z tego? Taki to jest świat i naprawdę nie ma możliwości, byśmy się pochylali nad każdym podobnym zdarzeniem i traktowali je jak jakąś sensację.
          Kupiłem jakiś czas temu wspomniany tygodnik „Sieci” – jak już tu pisałem, chodziło o zdjecie na okładce przedstawiające Witolda Gadowskiego przebranego za wojennego korespondenta – przeczytałem rozmowę, jako bracia Karnowscy przeprowadzili z Gadowskim, niechybnie głównie po to, by podać nam namiary na adres pod którym można wpłacać pieniądze na jego nowy film, uznałem, że szkoda moich słów, by się tą nędzą zajmować, ale oto dziś przy śniadaniu sięgnąłem po to coś i wszedłem na stronę, na której zwyczajowo swoimi przemyśleniami dzieli się poeta Wencel. I oto, proszę sobie wyobrazić, tym razem wprawdzie Wenclowi nie przyszło nic ciekawego do głowy – co rozumiem – jednak w zamian za to – czego już zrozumieć jest mi naprawdę ciężko – uraczył on nas parodią Zbigniewa Herberta w postaci trzech swoich wierszy. Bez komentarza, bez słowa wyjaśnienia, bez żadnej dodatkowej refleksji. Trzy wiersze, zajmujące mniej więcej tyle samo miejsca na stronie, co zdjęcie ich autora, a z których fragment jednego (daję słowo, że wybrany przeze mnie na chybił trafił) brzmi tak:
            
            Najważniejsze – przetrwać: nie dać się
            złamać wychłodzić zagłodzić nie gardzić
            zupą z korzeni ani nadgniłą cebulą

            nie tracić ducha: szeptem powtarzać
            dziecięce modlitwy imiona wszystkich
            świętych i strofy z „Pana Tadeusza”

            gimnastykowac się o świcie rzeźbić
            krzyżyki i szachy z drewna pocieszać się
            wzajemnie: co nas nie zabije, to nas…

      A więc tak to działa. Mamy najważniejszy prawicowy tygodnik, który, obok TVP Info, gdy chodzi o media, stanowi publiczną twarz Dobrej Zmiany, a każdemu średnio przytomnemu obserwatorowi wystarcza chwila, by zauważyć, że i tu i tam nie chodzi o nic innego, jak się uczepić tego koryta i nie zważać już na nic, tylko na to, co tam jest w środku i jak zrobić, żeby nikt się nie wrył tam przed nas.
      Jak zdarza mi się to dość często, oglądałem wczoraj wieczorny program TVP Info „Zawsze po 20” i kiedy już przestał żartować syn Janusza Rewińskiego, na ekranie pojawił się Cezary Gmyz i ostrzegł wszystkich, by bardzo uważali na dziennikarzy piszących w takich pismach jak „Warszawska Gazeta”, bo oni tam, przedstawiając się jako polscy patrioci, tak naprawdę realizują interesy ruskiej agentury. Ponieważ to było również do mnie, jako do kogoś kto od kilku już lat co tydzień we wspomnianej „Warszawskiej Gazecie” publikuje swój felieton, chciałem dziś powiedzieć, że może rzeczywiście – o czym nie wiem – ja faktycznie piszę na zlecenie Putina, jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by przy tym atakować papieża Franciszka, prezydenta Dudę, czy samego prezesa Kaczyńskiego, zarzucając im, że każdy z nich, razem i osobno, występują przeciwko Ojczyźnie, Kościołowi i Honorowi, czemu ostatnio ci ciekawi ludzie wyjątkowo często i z autentycznym zaangażowaniem się oddają.
        A gdyby ktoś mi zarzucił, że ja zaledwie odbijam piłeczkę i mówię, że to nie ja, lecz oni, chciałbym zapewnić wszystkich, że ani mi w głowie zarzucać Gmyzowi, że za jego postępowaniem stoją jakieś niedobre związki. Nic podobnego. Tu chodzi wyłącznie o to, że według najnowszych, jak najbardziej oficjalnych danych, wydawana przez Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”, gdy chodzi o wielkość sprzedaży, wyprzedziła właśnie zarówno „Gazetę Polską”, jak i „Do Rzeczy” i dziś zajmuje piątą pozycję na liście najpoluparniejszych tygodników w Polsce, przegrywając zaledwie o włos ze wspomnianymi wierszami Wencla.
        Naprawdę trudno się dziwić. To prawda jest dobra, a kłamstwo złe i tego nie zmieni nic. To jest czysta fizyka. Można tylko dostawać cholery.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie.

           

wtorek, 9 stycznia 2018

Guy Verhofstadt, człowiek ze szparą

      Wszystko zaczęło się tak, że Piotr Bachurski, człowiek, dla którego od lat ze stałą satysfakcją pracuję, poprosił mnie, bym przetłumaczył z języka angielskiego, a następnie opracował z myślą o „Warszawskiej Gazecie”  tekst holenderskiego dziennikarza śledczego, niajakiego Arno Wellensa dotyczący korupcji wśród najbardziej prominentnych polityków Unii Europejskiej. Zadanie wykonałem najlepiej jak umiałem i oto, jak widzę, ów tekst się właśnie ukazał, choć z nienanych mi powodów, został przez redakcję zmieniony i podpisany nieznanym mi nazwiskiem. A ja, mówiąc szczerze, póki to, co mi Bachurski za tę robotę obiecał, dostanę – a wszystko wskazuje na to, że dostanę – nie mam nic przeciwko temu. A co już najlepsze, ponieważ mam ten swój blog i tu akurat wolno mi publikować, na co mam ochotę, dziś przedstawiam to, co na samym początku tego przedsięwzięcia wysłałem Bachurskiemu, a co nastepnie gdzieś przepadło. Po tych kilku dniach debaty na temat kultury wysokie i niskiej, nie zaszkodzi. Bardzo proszę.



      Od czasu jak Bruksela postanowiła pójść na wojnę z rządem Prawa i Sprawiedliwosci, a faktycznie z Polską, a już zwłaszcza gdy brutalność stosowanych przeciwko nam metod przekroczyła wszystkie rozsądne granice, zaczęliśmy podejrzewać, że za tym musi stać coś znacznie większego, niż jakieś zobowiązania brukselskich urzędników w stosunku do ich polskich politycznych przyjaciół, czy owo szczególne ideologiczne zacietrzewienie, którego możliwości znamy od lat i to nie tylko tu u nas w Europie. Coraz częściej to tu to tam zaczęły się pojawiać podejrzenia, że tam musi być coś jeszcze i kto wie, czy to nie owe stare jak świat pieniądze, i to pieniądze naprawdę niemałe. I oto, proszę sobie wyobrazić, holenderski dziennikarz śledczy, Arno Wellens, ujawnił szokujące wręcz fakty dotyczące biznesowej działalności znanego nam ostatnio aż nazbyt dobrze Guya Verhofstadta, oraz parlamentarnej grupy o nazwie „Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy”, której Verhofstadt jest aktualnym liderem. Jak się okazuje, wspomniany Verhofstadt otrzymuje dodatkową pensję w wysokości 190 tysięcy euro za swoją pracę dla dwóch belgijskich miliarderów planujących przejęcie wydobycia gazu łupkowego na Ukrainie i to z tego właśnie powodu, jak twierdzi Wellens, uruchomiona została dla Ukrainy szybka ścieżka wejścia do Unii Europejskiej. Finansowe perspektywy związane z owym dealem są tak wyraźne, że Unia Europejska nawet nie próbuje ukrywać swoich związków ze skorumpowanymi politykami, czy nikiedy wręcz z gangsterami, które w drastycznych przypadkach wiążą się nawet z bezpośrednim finansowaniem owych interesów. 
     Rzecz w tym, że niedawno przyjęte traktatowe uzgodnienia dotyczące transatlantyckiego partnerstwa w dziedzinie handlu i inwestycji (tak zwany TTIP) mają gwarantować, że nowo powiększona Unia będzie miała jednolite przepisy dotyczące ochrony środowiska, takie same jak obowiązujące w USA, które pozwolą na tak zwane „szczelinowanie”, czyli znaczące zwiększanie odwiertu.
     Oto Wellens zwraca uwagę na wyjątkowo histeryczną reakcję Verhofstadta na formułowane ostatnio coraz częściej przez Grecję zamiary opuszczenia Unii Europejskiej. Pisze Wellens: „Skąd ta histeria, Guy? W Parlamencie Europejskim jest wielu przeciwników Grexitu, jednak trudno znaleźć wypowiedzi o takim ladunku agresji, jak to ma miejsce w Pańskim przypadku. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że utrata Grecji nie stanowiłaby powszechnego nieszczęścia. W końcu grecka gospodarka to zaledwie 2% tego co produkuje Europa i, podobnie jak sama Grecja, naprawdę nie stanowi jakoś szczególnie poważnego problemu dla Europy”. A mimo to, Verhofstadt się piekli. Dlaczego?
      Pisze Wellens, że mija osiem lat od czasu, jak Grecja uruchomiła zapisane jej przez europejskich urzędników reformy na rzecz walki z kryzysem, generalnie bez jakiś szczególnie widocznych sukcesów, a tymczasem, podczas gdy rozmowy w sprawie Grexitu mają się jak najlepiej, holenderski rząd już zapowiedział chęć przyjęcia do Unii Europejskiej nie tylko Ukrainy, ale również Mołdawii, której przedstawiciel, lokalny gangster, już od pewnego czasu prowadzi swoje brudne interesy w Holandii właśnie. Znów może oddajmy głos Wellensowi: „Naprawdę trudno jest ujrzeć jakikolwiek sens w walce prowadzonej przez Verhofstaddta i jego politycznych partnerów o to, by poszerzyć Unię Europejską o takie kraje jak Ukraina, czy Mołdawia, przy jednoczesnym grożeniu palcem Grecji, a więc państwu znajdującemu się w znacznie lepszej kondycji, zarówno politycznie, jak i gospodarczo, od takiej choćby Mołdawii. Prezydent Varoufakis musi doskonale znać stojące za tym interesy, skoro z takim spokojem prowadzi swoje negocjacje”.
      A więc, o co tu tak naprawdę chodzi? Zdaniem Wellensa, o wspomniane wcześniej łupki. Szczególnie wschodnia Ukraina jest bogata w ów cenny surowiec. Wydobywając gaz, upłynniając go przez chłodzenie, a nastepnie transportując go w tankowcach z Półwyspu Krymskiego, Europa mogłaby mieć wyjątkowo bogate źródło energii. No ale aby to uzyskać, nie zaszkodziłoby, by Półwysep, podobnie jak Bosfor było częścią UE.
       Dwie europejskie firmy chcą odgrywać wiodącą rolę w eksploatacji. Pierwsza z nich to Exmar, belgijska firma transportowa z jedną z największych na świecie flot tankowców przygotowanych na transport płynnego gazu. Drugi to francuski Suez, ale o nim za chwilę. Exmar jest własnością rodziny Saverys, znajdującej się na siódmym miejscu najbogatszych belgijskich rodzin z majątkiem netto około 1 miliarda euro. Głowa rodziny,  Nicolas Saverys, znajduje się na liście dyrektorów wykonawczych w firmie, podobnie jak jego dwie córki. Ale oto nagle widzimy, że na liście dyrektorów niewykonawczych pojawia się znane nam tak dobrze nazwisko Guya Verhofstadta, z roczną pensją 60 tysięcy euro. No i teraz spójrzmy więc dalej. Oto prezesem zarządu w firmie jest niejaki Philippe baron Bodson. Wcześniej pełnił on funkcję szefa giganta energetycznego Suez, który następnie połączył się z belgijską firmą Tractebel. Ta ostatnia firma chce również rozpocząć wydobycie na Ukrainie, wyraźnie deklarując swoje zamiary na stronie internetowej firmy. Kombinacja Suez-Tractebel jest w dużej mierze dzieckiem byłego unijnego komisarza do spraw przemysłu i energii, Etiènne Davignona. Francuska firma była w przeszłości podejrzewana o kontakty z belgijskim rządem. W roku 2011, z pominięciem parlamentu, poprosili oni rząd o gwarancję „stabilnych ram prawnych i podatkowych”. Premier obiecał zrobić wszystko, co możliwe, choć oczywiście nie za darmo. List, w którym stwierdził swoje intencje, oraz jednocześnie oczekiwania w stosunku do zarządu Suezu, wyciekły do ​​gazety „Le Soir”, i okazało się, że pod listem podpisany jest nie kto inny jak… tak, tak – Guy Verhofsdadt. A czyje nazwisko figuruje tam, jako wiceprezesa Suezu? Oczywiście Davignona.
       Inną spółką o dużych udziałach w Suezie jest firma inwestycyjna Sofina, należąca do rodziny Boël, kolejnej dynastii belgijskich plutokratów, której majątek wart jest nawet dwukrotnie więcej od rodziny Saverysów. Gdy przyjrzymy się liście nazwisk stanowiących niewykonawczy zarząd Suezu, ujrzymy tam prawdziwe „who is who”, gdy chodzi o naważniejszych belgijskich banksterów, i okazuje się, że i tam potrafił dla siebie znaleźć miejsce Guy Verhofstadt z roczną pensją dwukrotnie wyższą, niż ta otrzymywana w Exmar, a więc 130 000 euro rocznie. Tak więc, jak pisze Wellens: „Ilekroć słyszymy, jak Verhofstadt podbija bębenek rządając coraz więcej Europy, więcej federalizmu i więcej władzy dla Brukseli (zwłaszcza gdy chodzi o prawa do wydobycia), pamiętajmy, że jest on na pensji u najbogatszych rodzin Królestwa, na łączną sumę 190 000 euro rocznie, a te mają doprawdy wiele powodów, by chcieć uzyskać prawa do prowadzenia wydobycia w przyszłych państwach członkowskich”.
       Jest dobra okazja, by powiedzieć coś więcej na temat wspomnianego Davignona. Oto swego czasu był on szefem Generale Maatschappij, firmy założonej przez króla belgijskiego w XIX wieku, w celu uprzemysłowienia nowo powstałego państwa. GM kontrolował ponad połowę belgijskiej gospodarki, zarządzając największymi ubezpieczycielami i największym bankiem, Generale Bank, później przemianowanym na Fortis, a następnie BNP Paribas Fortis, który do dziś jest najważniejszym udziałowcem francuskiego Suezu. Od roku 1989 do 2001 był Davignon jego prezesem, a jako taki, automatycznie członkiem organizacji występującej pod nazwą European Round Table of Industrialists. Obecnie współprzewodniczy on tak zwanemu Okrągłemu Stołowi Dialogu Biznesu UE - Japonia, jest prezesem Paul-Henri Spaak Foundation, prezesem EGMONT – Królewskiego Instytutu Stosunków Międzynardowych, przewodniczącym CSR Europy, przewodniczącym Europejskiej Akademii Biznesu, no i wreszcie, last but not least, przewodniczącym konferencji Bilderberg i szefem Komitetu Kierowniczego Grupy. Co więcej, to on właśnie był autorem pomysłu, by na jedną z organizowanych przez Grupę konferencji zaprosić Christine Lagarde i porozmawiać o Grecji. A jeśli w tym momencie pojawią się zarzuty, że zaczynamy wchodzić na poziom konspiracyjnych obsesji, weźmy pod uwagę, że Davignon nawet nie próbuje się kryć ze swoimi działaniami. Krótko mówiąc, od początku lat 90-tych Davignon, wspólnie z najbogatszym Belgiem, Albertem Frèree, praktycznie rządzą krajem.
      Davignon dobrze dogaduje się z Verhofstadtem, o czym świadczy choćby słynna fotografia, na której panowie gawędzą sobie miło z samym Jacquesem Delors, przewodniczącym komisji przez dziewięć lat i architektem traktatu z Maastricht, który doprowadził do przyjęcia euro. Oprócz swojej aktywności biznesowej, Davignon kieruje zespołem ekspertów „Przyjaciele Europy”, który ma na celu promowanie UE wśród obywateli państw członkowskich. Tak już na marginesie, na liście fundatorów znajdujemy Spirosa Latsisa, najbogatszego człowieka w Grecji i właściciela Eurobanku, kluczowego instrumentu w programie umożliwiania uchylania się od płacenia podatków przez bogatych Greków. W szczytowym momencie kryzysu jego bank otrzymał od Brukseli 5,3 miliarda euro wsparcia z funduszy pomocowych, czemu bez watpienia wątpienia pomogła mu jego przyjaźń z Barroso. Jego syn, Paris Latsis, właśnie sprzedał swoją finansowaną ze środków ratunkowych rezydencję w Beverly Hills za marną sumę 15 milionów euro. Prominentnym „przyjacielem Europy” jest również Marietje Schaake, szefowa frakcji pro-TTIP w Parlamencie Europejskim. Jak to formułuje Wellens, „nic dziwnego, że Verhofstadt jest przywódcą gangu eurofili”. No i jeszcze słowo o Latsisie, i to wcale nie najmniej ważne. Otóż jest on także największym udziałowcem Hellenic Petroleum, największego koncernu energetycznego w Grecji, a także właścicielem CMM Shipping, firmy specjalizującej się w żegludze LNG, z bardzo wygodnym dostępem do pól  wydobycia łupków na Ukrainie.
      Ponieważ Latsis przenosi swoje osobiste posiadłości z Grecji do Szwajcarii, niezaleznie od tego, czy poniesie stratę, czy odwrotnie, osiągnie zysk, miejmy na uwadze, że podatków nie będzie płacił Grecji. Latsis w ogóle unika płacenia podatku jak ognia, natomiast z pewnością może złożyć wniosek o odszkodowanie w Grecji, niezaleznie oczywiście od hojnych dofinansowań ze strony swojego banku. I tu pozwólmy sobie na niezwykle celny komentarz Wellensa: „Może Schaake i Verhofstadt powinni to omówić podczas najbliższej popijawy. Ów labirynt belgijskiego kumoterstwa stanowi miłe tłem emocjonalnego wybuchu Verhofstadts w parlamencie, a także może wyjaśnić kilka wyraźnych zwrotów w prowadzonej przez niego polityce”.
       Weźmy na przykład jego stanowisko w sprawie Libii. Zainspirowany względnym sukcesem powstania przeciwko Ben Ali w Tunezji, Verhofstadt, występując oficjalnie jako przewodniczący ALDE, wyraził chęć dalszej integracji i bardziej zdecydowaną politykę zagraniczną. Parę miesięcy wcześniej Verhofstadt był pierwszym szefem rządu, który przyjął Kadafiego z pełnymi wojskowymi honorami. Herman van Rompuy, również członek FOE, były premier Belgii i jeden z najwazniejszych ludzi w Brukseli, robi dokładnie to samo. Jednego dnia jest twoim przyjacielem, drugiego najgorszym wrogiem, byleby tylko Unia Europejska rosła w siłę. Jednego dnia błagał o interwencję w sprawie Arabskiej Wiosny, ale za to rok wcześniej z uśmiechem pozował z Khadaffim na zdjęciach. Znów oddajmy głos Wellensowi: „I tak moglibyśmy opowiadac bez końca, by wreszcie podsumować to wszystko ową piekną wspólną fotografią Verhofstadta z najwazniejszymi belgijskimi plutokratami”.
      I jeszcze jedna rzecz, która dzis wciąż jeszcze funkcjonuje nieco w charakterze pogłoski, ale niewykluczone, ze przyjdzie czas, kiedy wszystko wyjdzie na wierzch. Oto kiedy był on jeszcze na pensji w Suezie, Verhofstadt przyjął nielegalny prezent, prawdopodobnie o charakterze finansowym, choć pełne dane nie są znane. Z kolei w 2007 r. próbował zostać pośrednikiem między Suezem a Gazpromem, otwarcie współpracując z Putinem na rzecz ewentualnej fuzji. Jak słusznie zauważa Wellens, „politycy nie powinni się angażować w interesy międzynarodowych korporacji, tyle że akurat gdy chodzi o energię, ona jest tak samo sednem polityki, jak wszystko inne”. A tu intencje Verhofstadta były jasne: ścisłe powiązanie z Gazpromem, przy którym Belgii przypadła by rola centralnego ośrodka przepływu energii w Europie. Wygląda jednak na to, że coś, co na początku robiło wrażenie jak najlepsze, o czym świadczą wciąż dostępne wspólne zdjęcia Verhofstadta z Putinem, ostatecznie coś nie wypaliło, bo już rok później Verhofstadt był widziany, jak podburzał tłum podczas ukraińskiego Majdanu.
     No i już na sam koniec, jeszcze jeden cytat z Wellensa: „I to już wszystko na dziś. A skoro już widzimy, jak wielu i jak wybitnych graczy zebrało się przy stole, zastanówmy się, czy istnieje może jakiś związek tego wszystkiego z administracją Obamy? Yes, we can! Przyglądajmy się uważnie temu co przed nami”.
     Tyle zatem Wellens. A co to wszystko znaczy dla nas tu w Polsce? Pewnie tyle samo, co dla innych europejskich społeczeństw. Póki co, tak jak nam radzi Wellens, miejmy ich na oku, choćby i wtedy, gdy oni zaczynają na nas wrzeszczeć w sprawie wycinki Puszczy Białowieskiej. Może się nagle bowiem zdarzyć, że wśród tych drzew ujrzymy samego Etiènne Davignona.

Tyle Arno Wellens. Jeśli natomiast ktoś ma ochotę na Osiejuka, zachęcam do odwiedzania ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie kupujemy jego, czyli moje książki.





poniedziałek, 25 września 2017

Do czego służy Niemcom Wojciech Cejrowski?

Dziś proponuję, byśmy sobie poczytali mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. On oczywiście nie zmieni w najmniejszym stopniu pozycji zajmowanej przez tego dziwnego człowieka w publicznej przestrzeni, niemniej nie ma nic gorszego, jak milczeć, podczas gdy trzeba krzyczeć.

Jestem pewien, że gdyby zapytać któregokolwiek z czytelników „Warszawskiej Gazety”, kim jest Wojciech Cejrowski, nie znalazłaby się jedna osoba, która by zapytała: „Cej… co?”. Rzecz w tym, że są niewątpliwie w Polsce ludzie, którzy nie wiedzą, kim jest Maryla Rodowicz, czy zmarły niedawno Grzegorz Miecugow, że już nie wspomnę o Janie Pietrzaku, czy Jerzym Urbanie, natomiast to kim jest Wojciech Cejrowski, wie każdy. Czemu tak się stało, powiem szczerze, nie wiem, natomiast wiem na pewno, że tak jest. Wojciech Cejrowski to, pomijając prezydenta Andrzeja Dudę, prezesa Jarosława Kaczyńskiego, czy premier Beatę Szydło, najbardziej rozpoznawalna osoba w Polsce.
Jak wygląda sytuacja poza granicami, tego również nie wiem, stało się jednak tak, że niedawno udzielił on wywiadu niemieckiej sieci ARD, gdzie ogłosił, że ponieważ Szczecin nigdy nie był polskim miastem, on jest gotów Niemcom ów Szczecin oddać, pod warunkiem, że oni zaproponują odpowiednią cenę. Wystąpienie Cejrowskiego – mimo że, jak wiemy, tematów do dyskusji mamy dużo za dużo – spowodowało pewien rwetes, z tego jednak co zdążyłem zaobserwować, wynika, że, jak zawsze, większość z nas poświęca swoją uwagę temu, co w ogóle nie ma znaczenia, a więc kwestii, czy Szczecin jest polski, czy niemiecki, natomiast najwyraźniej nikt dotychczas nie zadał pytania w tym wypadku najbardziej istotnego, a więc kim jest Wojciech Cejrowski. Byłoby bowiem nadzwyczaj ciekawe dowiedzieć się, czy to był pierwszy raz, jak niemieckie media zwróciły się do niego o komentarz, czy może on dla nich regularnie komentuje bieżące wydarzenia. Osobiście uważam, że jakąkolwiek uzyskamy odpowiedź na nasze pytanie, nie zmieni to faktu, że Wojciech Cejrowski jest dla niemieckich mediów kimś absolutnie szczególnym.
Przyjmijmy jednak wersję dla niego najbardziej korzystną, a więc tę, że Niemcy dotychczas o istnieniu Cejrowskiego nie mieli bladego pojęcia, natomiast przy okazji debaty na temat ewentualnych wojennych reparacji przeprowadzili odpowiednią kwerendę i ktoś im zaproponował: „Słuchajcie, idźcie do Cejrowskiego, a on wam powie, co chcecie”. Jeśli tak było, to dalszy ciąg już znamy. Oni do niego poszli, podsuneli mu pod twarz mikrofon, a on – mając świadomośc tego, że nic go od wielu, wielu lat nie ogranicza – wyskoczył z tym Szczecinem.
Dziś efekt jest taki, że ponieważ Cejrowski jest powszechnie kojarzony – nieważne, czy słusznie, czy nie – z Prawem i Sprawiedliwością, propaganda Systemu idzie w tym kierunku, by pokazać światu, że dzisiejsza władza w Polsce, dla bieżących korzyści politycznych, jest gotowa oddać Niemcom część swojego terytorium. Ktoś powie, że to, o czym sobie rozmawia Cejrowski z Niemcami jest bez znaczenia, bo i tak wszystko jest już dawno zdecydowane. No i ja tu jestem gotów się zgodzić. To faktycznie jest bez znaczenia. Problemem pozostaje, co zrobić z Cejrowskim. A to pytanie czeka na odpowiedź od wielu lat i nadszedł dobry moment, by sobie na nie odpowiedzieć.

A nasze książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam z całego serca.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...