Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Śpiewak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Śpiewak. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 września 2023

Plazma napada - część druga i ostatnia

 

Jak nam powszechnie wiadomo, wybory – jak to potwierdzają obie strony politycznej sceny – najważniejsze od roku 1989, już za niespełna dwa miesiące, i przy tej okazji każdy z nas szuka sposobu by znaleźć to coś, co będzie można przekuć w zwycięstwo, albo przynajmniej dodać to jedno słowo, które to zwycięstwo przybliży. A ja, krążąc w ten czy inny sposób wokół dzisiejszego tematu, przypomniałem sobie parokrotnie tu wspominany fragment wypowiedzi dziś już zmarłego prof. Pawła Śpiewaka, w którym ten przedstawił porażającą wręcz prognozę rządów Platformy Obywatelskiej po ewentualnie wygranych wyborach jesienią 2011 roku. A owe słowa brzmiały tak:

„[Jeśli PO wygra jesienne wybory], ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą. Ja się [tego] nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

[...]

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami”.

       Przypominałem ową wypowiedź człowieka przez całe nasze współczesne czasy związanego zarówno emocjonalnie jak i politycznie z obozem dziś podpisującym się ośmioma gwiazdkami, natomiast przyznaję, że całości owej wypowiedzi – z dzisiejszego punktu widzenia nie do przecenienia – nie pamiętałem i przypominac sobie szczególnej ochoty nie miałem. Dziś jednak, zupełnym przypadkiem temat tamtej diagnozy wrócił, a ja odnalazłem w Sieci treść całej wypowiedzi ś.p. Profesora i uznałem, że ona jest warta przypomnienia i ze względu na jej niebywały wręcz cynizm, ale też na diagnozę właśnie. Diagnozę, która dziś, w ocenie aktualnej sytuacji politycznej Kraju, może być dla nas wręcz kluczowa.

       Oto przed nami cała rozmowa, jaką 8 stycznia 2011, w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, dla dziennika „Rzeczpospolita” przeprowadził z prof. Śpiewakiem red. Robert Mazurek. Gorąco zapraszam do uważnej lektury i zachęcam serdecznie wszystkich, którzy mają swój rozum, by go użyli, bo on się nam dziś przyda jak rzadko kiedy.

       Przy okazji, obiecuję, że o ile nie nastąpią jakieś szczególne i nieoczekiwane zdarzenia, dzisiejszy tekst zostanie tu już aż do po wyborach.

 

 

Rz: W co, po dziesięciu latach istnienia Platformy Obywatelskiej, wierzy Donald Tusk?

Paweł Śpiewak: Tusk jest konsekwentny, głosząc, że Platforma nie może trzymać się żadnej stałej idei, programu. I ta zasada jest realizowana. Platforma Obywatelska to wielki wehikuł władzy i do tego jest Tuskowi potrzebna.

Niewiele jak na wyznanie wiary. Myślałem, że powie pan o liberalizmie, modernizacji… Tusk nie wierzy w nic z tego, co mówi?

Myśli, że PiS to zagrożenie dla Polski, ta jej gorsza część, której się boi. Ta nienawiść wobec Prawa i Sprawiedliwości, skądinąd wzajemna, jest autentyczna, głęboka i co ważniejsze, uzasadniona. Nie ufa im i już nigdy nie zaufa.

W Platformie nie ma żadnej autentycznej idei?

Platforma Obywatelska jest zawsze po tej części Polski, która jest względnie optymistyczna, zadowolona i widzi zmiany na lepsze. Tyle tylko, że to nie zakłada istnienia żadnej stałej ideologii, to raczej nadążanie za dominującymi stylami myślenia. Jeśli istotnie są dwie Polski, to PO jest właśnie jedną z nich.

Jaka to Polska, poza tym, że zwycięska, bo jej się udało?

To Polska indywidualistyczna, czyli zgodna z mentalnością większości Polaków. To Polska, która wierzy w rynek, a jej podstawowym kryterium etycznym jest sukces rodziny. Każdy z nas nauczył się, że w sytuacjach trudnych nie ufamy instytucjom państwa, bo te nie działają, ale szukamy dojść, załatwiamy to na własną rękę.

Rządy PO nie przeorają więc świadomości Polaków, jak rządy Thatcher przeorały mentalność Brytyjczyków?

Zdecydowanie nie. One wręcz są skonstruowane na tej zasadzie, by wzmocnić w Polakach to, co w nich już jest, czyli tę skłonność do indywidualizmu, rodzinności, obchodzenia świata i instytucji, popierają etos dawania sobie rady, pewnej specyficznej przedsiębiorczości gdzieś między kompetencją a cwaniactwem. Polityka Donalda Tuska sankcjonuje i afirmuje taką postawę.

Nie wymagamy od Polaków, tylko ich chwalimy?

Dowartościowuje ich, mówiąc, że przy wszystkich naszych wadach w gruncie rzeczy jesteśmy OK, jesteśmy fajni. I na tym polega sukces Tuska. To polityka nie tyle wymagań, ile akceptacji.

I sekret jego popularności? Bo kto nie lubi słuchać miłych rzeczy…

Nawet jego unikanie niepopularnych reform w tym się mieści. Tusk wybrał taki model uprawiania polityki i odnosi w nim sukcesy. Doceniam podwyżki dla lekarzy i nauczycieli, ale czy stworzył coś innego? Nic mi o tym nie wiadomo…

Niczego nie dokonał?

Z pewnością nie zbudował nowych instytucji państwa. Bo jeśli sukcesy odnosi Urząd Komunikacji Elektronicznej, to dzięki sile jego szefowej Anny Streżyńskiej, która jest silna siłą poprzedniej epoki. W końcu była mianowana za PiS. To dobry przykład, bo widać, że potęga tej instytucji nie płynie z decyzji Tuska, z jego chęci autonomizacji poszczególnych sfer życia, ale jest spadkiem po Kaczyńskim.

Skąd ta programowa mimikra PO?

Tusk doskonale odczytuje stan napięć społecznych i doskonale pamięta, że na hasłach ideologicznych zawsze przegrywał: tak było w 1993 roku i tak było później. I dlatego sądzi, że ten typ myślenia jest nikomu niepotrzebny i niczemu nie służy.

W USA regularnie wygrywa prezydent z silnym przekazem: tacy byli Reagan, Clinton, nawet młody Bush czy Obama. A my jesteśmy inni niż reszta świata, nie chcemy żadnej idei?

W Polsce jest partia bardzo silnego przekazu – to Prawo i Sprawiedliwość. Nawet jeśli teraz trudno ten przekaz zdefiniować, to w takiej aurze psychologicznej jest coś takiego, co każe patrzeć na PiS jak na ugrupowanie ideowe.

Przecież ten brak programu nie jest od zawsze.

Pamiętam, jak w 2005 roku Rokita obraził się na Tuska, że nie ma żadnych dokumentów programowych, że są puste szuflady. Ja uważałem, że to katastrofa, a Tusk w ogóle się tym nie przejął, bo uznał, że to w ogóle nie jest ważne.

A co było ważne?

Zdobycie władzy. Formułował zasadę, że partia nie może być ideologiczna, nie może wykluczać ludzi.

Do tego stopnia, że dziś w PO mieszczą się i Marian Krzaklewski, i Danuta Huebner.

Tam może się znaleźć każdy. Ikoną PO jest dziś Ewa Kopacz, która z równym powodzeniem mogłaby być w Samoobronie. Pani Gronkiewicz-Waltz raz była z Wałęsą, potem przeciw niemu i właściwie mogłaby być w każdej partii, ale wszyscy ci ludzie spotkali się właśnie w PO.

Więc liczy się tylko władza? Tak oskarżać można wszystkich.

Nie oskarżam, wszak celem polityka jest zdobycie władzy. Sam premier nie jest przejęty hasłami programowymi i od lat mówił: „Po co programy, skoro wyborcy i tak tego nie czytają”. Przekonywał, że ludziom wystarczają hasła, obrazy, przywódcy, a posiadanie programu to ozdobnik życia politycznego. I w 2007 roku Platforma, dochodząc do władzy, nie miała, realnie rzecz biorąc, żadnego programu.

Tusk miał rację. Ludzie nie czytają programów wyborczych.

I z nich nie rozliczają. Minister wojny ogłasza, że będzie dowodził połową Afganistanu, a po dwóch latach okazuje się, że nie dowodzi nawet własnym obozem wojskowym. I nic. PO mówiła, że należy ułatwić życie przedsiębiorcom. Po trzech latach okazuje się, że nic w tej dziedzinie nie zrobiono i nikt nie ma pretensji.

To akurat wynik słabości mediów, środowisk opiniotwórczych i opozycji, które nie potrafią rozliczyć rządzących.

Po części tak, nikt tego nie robi. Po trzech miesiącach rządzenia Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że jesteśmy gotowi na reformę służby zdrowia. Mijają trzy lata, a w ministerstwie wciąż trwają prace nad tą reformą. Tak samo jest z koncepcją budowy dróg i tak naprawdę z każdą inną sprawą. Ta partia nie ma pomysłów.

Mało to optymistyczne.

Sądzę, że ta bezprogramowość jest założona. To część koncepcji oportunizmu wyborczego głoszącej, że najważniejsze jest, byśmy wygrali wybory, a dokonamy tego, pokazując się jako ludzie przyjaźni, życzliwi. I do oczekiwań wyborczych dobieramy przywódców, hasła i pomysły, a robimy tylko to, czego ludzie chcą.

Skąd wiemy, czego chcą?

Tu kłania się nadmierna wiara w socjologię zakładająca, że jeśli zbadamy oczekiwania społeczne, to będziemy wiedzieć, co wyborcom mówić. I jeśli z badań wynika, że ludzie lubią sytuacje konfliktu, to konstruujemy im świat z konfliktem. Boją się PiS? To w roli głównego oponenta obsadzamy PiS, czyniąc go alibi dla nas. W tej koncepcji kandydaci do parlamentu mają się podobać i nie mogą być trudni, konfliktowi.

Co obiecywała Polakom Platforma, kiedy powstawała?

Przede wszystkim zmianę jakości polityki – miało nie być partyjniactwa, dominacji partyjnego języka. Kandydaci mieli pochodzić z terenu, a nie z nominacji szefów w Warszawie, stąd pomysł na prawybory. Pojawiały się też hasła wrogie politykom, słynne słowa Tuska o „walce z klasą próżniaczą”… Chcieli nie być klasyczną partią, a bardziej ruchem społecznym spoza Warszawy, i to się jakoś udało. Ale, paradoksalnie, przy tak często głoszonej niechęci do partii, PO stała się jedną z najlepiej zorganizowanych i najbardziej scentralizowanych maszyn do rządzenia państwem. Jej statut jest tak skonstruowany, że trzy, cztery osoby mają pełnię władzy, a główne skrzypce gra jeden. Jest on nie tylko liderem partii, ale jej twarzą i zwierciadłem. To w nim mamy się przejrzeć, by wiedzieć, jaki jest choćby Waldy Dzikowski czy ktokolwiek inny.

Tak jest wszędzie. PiS też ma twarz Kaczyńskiego.

Owszem, ale jeżeli można powiedzieć, że coś jest wszędzie, to w Platformie jest to bardziej. Kiedy PO startowała w wyborach 2001 roku, i tak wszyscy wiedzieli, że wygra SLD.

A jednak politycy PO mieli poczucie silnej przegranej. Sondaże były lepsze i liczono na dużo więcej niż to 12 procent.

Może, ale wtedy od PO nie wymagano fajerwerków programowych. W 2005 roku PO program już miała i był to program jawnie liberalny z podatkiem liniowym. Szczerze mówiąc, ja tego liberalizmu tam nie dostrzegałem. Trzy razy piętnaście, czyli cały podatek liniowy, to była koncepcja Zyty Gilowskiej i ona przetrwała w partii siłą bezwładu. Już nikt podatku liniowego nie traktował w PO serio, ale jakoś nikt nie potrafił powiedzieć, że to już nieaktualne.

Może jak na pana oczekiwania to za mało, ale w 2005 roku PO określała się jako partia liberalna, tyle że niektórzy do słowa liberalizm dodawali konserwatyzm.

Byłem wtedy wewnątrz Platformy Obywatelskiej i naprawdę nie przypominam sobie żadnego konsekwentnego myślenia liberalnego. Mało tego, Tusk, a zwłaszcza Rokita, powtarzali, że my nie jesteśmy partią liberalną. Za wszelką cenę starali się odkleić od tradycji KL-D, które im ciążyło.

Panu, zadeklarowanemu liberałowi, nie żal, że PO od tego odeszło?

To naturalne, że czuję się politycznie osierocony, ale też w Polsce nie ma miejsca na poważną, silną partię, która byłaby jednocześnie liberalna światopoglądowo i gospodarczo. Doszło do rozszczepienia i jeden liberalizm, ten światopoglądowy, poszedł w stronę lewicy, a drugi – gospodarczy – do konserwatystów. I tego już się nie da zszyć. Może sobie istnieć taka partia ostentacyjnie liberalna, ostatnio próbował tworzyć ją Palikot, ale nie ma na nią zapotrzebowania społecznego.

Liberalizmu nie ma i nie będzie. A co z modernizacją, o której PO ciągle mówiła?

Platforma od początku była usytuowana w nurcie modernizacyjnym, ale też trochę na kontrze wobec elit, z nutą antyestablishmentową. Bo w 2005 roku była antykorporacyjna, a establishment zżymał się na hasła w rodzaju „Nicea albo śmierć”. Dodajmy do tego bardzo silny język antykomunistyczny i będziemy mieli oblicze tej partii sprzed kilku lat. A dziś? Nawet program modernizacyjny dałoby się przedstawić jako ideę. Tusk mógłby powiedzieć: „Chcę być Kazimierzem Wielkim, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił z szerokopasmowym Internetem pod każdą strzechą”. Ale nawet tego nie ma. Jednocześnie udało mu się ten program, a raczej język, zawłaszczyć. Każda następna partia, która przyjdzie i powie: „modernizacja”, nie zostanie wysłuchana. Przecież jeśli ktoś ogłosi, że chce budować żłobki, to ludzie odpowiedzą, że przecież Tusk też chce żłobków, mówił o tym. „Wy chcecie modernizacji nauki, a my to robimy” – zawsze może w podobny sposób odpowiadać.

Porozmawiajmy o samym Tusku. Ma szansę dwukrotnie wygrać wybory, przejść do historii. Jak chciałby się w niej zapisać?

To bardzo dobre pytanie, które też mnie nurtuje. Być może on to sobie tłumaczy w ten sposób, że pierwsza dekada naszej niepodległości to był czas rewolucji, wyzwalania i odbudowania państwa, dekada druga to okres tworzenia instytucji, umocowania Polski w Unii Europejskiej, w NATO, a teraz przyszedł czas na wyzwania modernizacyjne.

Ale nie zostawia pan na nim suchej nitki.

Tusk dziś jest człowiekiem potwornie zmęczonym i wypalonym rządzeniem, stąd jego nieustanne poirytowanie. Niech pan sobie wyobrazi takie życie: przez dwa tygodnie przed wyjazdem do Kopenhagi na szczyt w sprawie redukcji CO2 człowiek uczy się o ochronie środowiska, wraca zmęczony, a tu jakiś pożar, bo mu policja staje, bo trzeba łatać deficyt budżetowy. Może i on osobiście ma jakieś pomysły, ale zarazem czuje czy wie, że obecne państwo jest bezsilne wobec wyzwań najbliższego dziesięciolecia.

To po co mu to wszystko? Gdybym nie miał poczucia żadnej misji, to rzuciłbym to wszystko w cholerę.

Sam zadaję dziś pytanie: jaki był sens tego platformerskiego udziału we władzy przez ostatnie cztery lata, poza osiągnięciem sytuacji, że Donald Tusk, jako szef tego ogromnego aparatu partii, jest jego niewolnikiem i musi spełniać jego postulaty? Nie może zrezygnować, bo ten aparat go potrzebuje, bez niego wszystko by stracił.

Ale jakie on osobiście cele sobie stawia?

Może i za tymi ustawami o szkolnictwie wyższym czy systemie zdrowotnym ma jakąś wizję, ale chyba nauczył się, że państwo jest bardzo trudno zmienić. Rząd ma w gruncie rzeczy niewielki wpływ na zachowania ludzkie, ich decyzje.

I stąd ten minimalizm Tuska? Nie robię, bo i tak niewiele mogę?

Pragmatyzm jest silniejszy niż wszystko inne. Każdy rząd po Buzku w gruncie rzeczy niewiele robił.

Nie, żeby wszystko robił dobrze, ale rząd Kaczyńskiego…

Ale co on takiego zrobił poza ustanowieniem nowej instytucji kontrolnej czy porządkami w służbach specjalnych? Owszem, zmienił naszą wrażliwość na przykład na korupcję, ale instytucje pozostały niezmienione. I w tym sensie wciąż aktualne pozostaje to wezwanie z lat 2004 – 2005, że to państwo potrzebuje radykalnej zmiany. Potrzebujemy IV Rzeczypospolitej tak samo jak wtedy.

Dawno nikt nie wzywał do budowy IV Rzeczypospolitej.

Nie skupiajmy się na haśle, ale na projekcie zmiany państwa, który ono firmowało. Dziś widać jeszcze wyraźniej, jak bardzo jest potrzebne to potrząśnięcie i zbudowanie nowej struktury życia społecznego. I to w każdym wymiarze. Ta wizja sześć lat temu była prosta i nawet miała prawo do pewnej nieodpowiedzialności politycznej, dlatego że wtedy była potrzeba idei. Dziś trzeba by to dokładniej dopracować.

Nie ma potrzeby, bo nikt już nie chce budować IV RP. Co dziś buduje Platforma?

Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że Polską nie wszędzie rządzą ludzie Platformy Obywatelskiej.

A kto?

Sporo mają do powiedzenia ekonomiści i eksperci skupieni wokół Jana Krzysztofa Bieleckiego, a tam platformersów nie ma. Tak samo nie ma ich wielu w otoczeniu Tuska w Kancelarii Premiera. Trzecią grupą, która, realnie rzecz biorąc, rządzi Polską, są wiceministrowie, i dopiero tam znajdzie się kilku polityków PO, jak i ludzi PSL, ale jest też wielu pozapartyjnych fachowców.

Trudno sobie wyobrazić PO bez Tuska. Co jeśli rzeczywiście spełni swoje zapowiedzi i odejdzie w 2015 roku?

Dziś jedyną osobą, która mogłaby przejąć po nim Platformę Obywatelską, jest Grzegorz Schetyna, ale czy człowiek, który w polityce jest od 20 lat, może wnieść jakąś nową jakość? Nie wiem.

To może ktoś inny, młodszy?

W całej Platformie nie widzę ani jednej osoby, która reprezentowałaby jakiegoś nowego ducha, dyskusję, która się tam toczy. Ta partia nie ma dziś żadnej takiej potencji. To już nawet PZPR wytwarzał jakieś antyciała, kontrelity, budował skrzydła, a Platforma jest monolitem bez wyrazu.

W 2007 roku żaden program nie był PO potrzebny, bo wyzwalała kraj spod pisowskiej okupacji.

Teraz też się użyje PiS, do czegoś się przyda.

A co będzie, jak wygrają?

Gdyby Tuskowi zadać pytanie: co dalej, to pewnie mówiłby o trudach rządzenia, a nie o tym, co trzeba zrobić. W ciągu trzech lat rządów nie wygłosił żadnego samodzielnego przemówienia. Oczywiście miał długie exposé, które było nudnym referatem, zlepkiem pobożnych życzeń.

Jeśli PO wygra jesienne wybory…

To ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą.

Obawia się pan tego?

Ja się nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

Jak miałby funkcjonować?

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami.

 


 

sobota, 19 listopada 2022

***** *** ****** *****

 

      Przeleciała wczoraj przez media informacja, że „447 intelektualistów, artystów, dziennikarzy i polityków” wystosowało list otwarty wzywający wszystkie ugrupowania opozycyjne do stworzenia wspólnej listy wyborczej, co daje jedyną szanse na pokonanie w nadchodzących wyborach Zjednoczonej Prawicy.  Wspomniana informacja pojawiła się i niemal natychmiast rozpłynęła we mgle setek innych mniej lub bardziej istotnych doniesień, a ja sobie pomyślałem, że jeśli po tamtej stronie dochodzi już do takiej desperacji, która zmusza tych ludzi by się odwoływać do dawno już wyszydzonej metody „listu intelektualistów” to znaczy, że cała ta ich gadka o tym, że już za rok Kaczyński, Morawiecki i Duda zostaną zakuci w kajdany i wrzuceni do lochów, jest funta kłaków warta... i że oni sami to bardzo dobrze wiedzą.

       Czemu tak? Otóż powód jest zawsze ten sam. Otóż ile razy oni wystosowują ów „list intelektualistów” tyle samo razy pokazują, jak fatalnie małe mają zasoby. W minionych czasach być może bywało lepiej, ale dziś mamy 447 osób, które zostały albo namówione, ale zmuszone, do złożenia swojego podpisu i kogo tam mamy? Cytuję:

prof. Leszek Balcerowicz; dziennikarz Seweryn Blumsztajn; b. szef ABW, gen. Krzysztof Bondaryk; b. szef KRRiT Jan Dworak; satyryk, opozycjonista w czasach PRL Jacek Fedorowicz; opozycjonista w PRL Władysław Frasyniuk; historyk prof. Andrzej Friszke, pisarz Józef Hen, reżyserka Agnieszka Holland; opozycjonistka i więźniarka polityczna PRL Ewa Hołuszko; aktorka Krystyna Janda; aktorka Maja Komorowska; b. poseł Krzysztof Janik; b. poseł i b. minister Ryszard Kalisz; b. poseł Krzysztof Król; socjolog, prof. UW Ireneusz Krzemiński; b. minister Waldemar Kuczyński; aktor Olgierd Łukaszewicz; reżyser Krzysztof Materna”.

      20 osób? Chyba nawet nie tyle. Dwadzieścia rozpoznawalnych tu i ódzie osób formułujących publiczny apel by jebać PiS? Możliwe. A co z resztą? Diabli wiedzą. Jak sądzę, są to przede wszystkim znajomi znajomych, najczęściej pracownicy naukowi licznych uniwersytetów, plus ewentualnie Zbigniew Hołdys, którego, o ile się orientuję, w informacjach medialnych nie uwzględniono, i Lech Wałesa, który aktualnie odkuwa się finansowo w Stanach Zjednoczonych. I to jest ów ruch, który w sytuacji gdy, jak słyszymy od rana do wieczora niamal każdego dnia, Jarosław Kaczyński wraz za swoim politycznym projektem powoli zdycha, zwołuje ostatnie już chyba pospolite ruszenie.

       Czytam informację na temat tego apelu, a tam, nie uwierzą Państwo, przede wszystkim tytuł „Będzie nas 10 milionów”, a dalej:

Polska pod rządami prawicy została całkowicie zdewastowana zarówno w wymiarze gospodarczym, systemowym, jak duchowym, a także stała się zakładnikiem czy wręcz własnością jednej formacji politycznej i ideologicznej. Stąd konieczna jest wielka zmiana. Do tego, by móc przeprowadzić niezbędne reformy zaczynając od odbudowy porządku prawnego, po stworzenie silnej, odpartyjnionej gospodarki, potrzebna jest jedna lista wyborcza. Jest politycznym i moralnym nakazem, by partie opozycyjne zdołały ową wspólną listę wyborczą powołać i odnieść zdecydowane zwycięstwo nad PiS. To zwycięstwo jest z pewnością możliwe. Jednolity blok wymaga jeszcze jednego: ruchu obywatelskiego, wsparcia licznych, niezależnych środowisk zawodowych, społecznych. Władza musi wrócić do ludzi i stać się dla nich przejrzysta. Program powstanie i będzie wiarygodny, gdy będą stać za nimi realne społeczne siły, doświadczenia zawodowe i intelektualne wielu poważnych grup społecznych oraz opinia publiczna. Tym bardziej oczekiwane, im bardziej autokratyczna i antyobywatelska władza buduje się na naszej bezsilności i frustracji" - uważają sygnatariusze. W ten sposób myśli wiele Polek i Polaków. Wzywamy wszystkich do wzajemnego porozumienia, wspólnej listy wyborczej partii demokratycznych, do tworzenia ruchu obywatelskiego tak, jak to było przy tworzeniu Sierpniowej Solidarności”.

      To jest oczywiście tylko odpowiednio skrócony fragment znacznie większej całości, ale on robi takie wrażenie, że nie znalazłem sposobu, by się nie zastanowić, kto tak naprawdę zainicjował cały ten geszeft, no i być może był też autorem całości. I oto, proszę sobie wyobrazić, jak się dowiaduję, za tym wygłupem stoi nie kto inny jak największy intelektualista z nich wszystkich, znany nam skądinąd, Paweł Śpiewak, profesor oczywiście.

        W tej sytuacji zatem, chciałbym tu powrócić do czegoś, co stanowi dla mnie od lat swego rodzaju obsesję, a mianowicie kompletnie zlekceważona przez nasz polityczno-medialny świat, wypowiedź tego samego, wspomnianego przed momentem prof. Pawła Śpiewaka, poczyniona przez niego w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych roku 2011 – które, jak pamiętamy, wygrała jeszcze Platforma Obywatelska, skazując Polskę na kolejne cztery lata najstraszniejszych cierpień – gdzie ów mędrzec, zwiastując kolejne zwycięstwo Donalda Tuska i jego ferajny, oświadczył co następuje:

Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. [...] Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć”.

        Jebać was ruskie kurwy!

   


 

 

poniedziałek, 20 lipca 2020

O miękkim despotyzmie Prawa i Sprawiedliwości


Oczywiście, dziś pierwszym tematem wydaje się być zatrzymanie przez CBA Sławomira Nowaka. Nie napiszę jednak na ten temat ani jednego słowa, bo po pierwsze przez mój zbyt osobisty stosunek do tego byka – strasznie się ostatnio przywiązałem do okreśenia autorstwa mistrza Młynarskiego – który sprawiłby że ów tekst byłby zbyt emocjonalny, a przez to możliwe, że mało ciekawy. Po drugie, jedynia pani sędzia wie, jakie będą jego dalsze losy, a nie muszę wspominać, że mój stosunek do owej pani sędzi jest równie osobisty. W tej sytuacji mogę bezpiecznie przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Bardzo proszę.

        Teraz kiedy już możemy spokojnie patrzeć jak rząd Prawa i Sprawiedliwości wspólnie z Prezydentem prowadzą Polskę po tych tak okropnie pokręconych ścieżkach zarówno tu w Polsce jak i w przestrzeni międzynarodowej, muszę przyznać, że był moment, kiedy naprawdę bardzo się bałem. Ale przyznam się do czegoś jeszcze. Otóż ja nie tyle drżałem na myśl, że prezydentem zostanie ktoś taki jak Rafał Trzaskowski – w końcu wciąż czuję w gardle cztery lata z Bronisławem Komorowskim, a więc człowiekiem jeszcze gorszym – ale mój lęk brał się stąd, że nie miałem najmniejszej wątpliwości, że przegrana Dudy uruchomi po zwycięskiej stronie taką falę agresywnej nienawiści, że Polska tego zwyczajnie nie wytrzyma. Bałem się, że przez owo szaleństwo dojdzie w Polsce do takiego kryzysu, politycznego i gospodarczego, że znów – Polska tego nie wytrzyma. A więc bałem się o Polskę.
      Również zwycięstwo Andrzeja Dudy raduje mnie nie tyle ze względu na niego, ale – powtórzę to raz jeszcze – ze względu na Polskę. Wiem dziś bowiem, że te co najmniej trzy lata, jakie przed nami, dają nam nową szansę, jakiej dotychczas jeszcze nie mieliśmy. Ale jest jeszcze coś co sprawia, że czuję się wręcz fantastycznie. Otóż nigdy wcześniej nie czułem takiej satysfakcji, jak dziś, gdy słyszę to wycie, jakie rozległo się po tamtej stronie. Powiem skąd ta satysfakcja. Otóż do dziś pamiętam słowa Pawła Śpiewaka, prominentnej postaci Platformy Obywatelskiej, dziś jednego z największych obrońców Konstytucji, które wypowiedział przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi w roku 2011:
Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. [...] Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć”.
       Platforma tamte wybory wygrała, a myśmy wszyscy przez kolejne cztery lata mieli okazję patrzeć, jak wprowadzane są w życie te wszystkie rozwiązania, które Paweł Śpiewak uznał za „jakieś miękkie”. Dziś myślę, że nadszedł bardzo dobry moment, bym mógł powiedzieć tym wszystkim wyjcom: Ja wiem, że dziś po zwycięstwie Andrzeja Dudu i prawdopodobnym zwycięstwie Zjednoczonej Prawicy za trzy lata będziemy mieli parlament, rząd, prezydenta, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, Rzecznika Praw Obywatelskich, TVP i Polskie Radio. Będziemy mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć.
        Boicie się? I tak ma być. Wreszcie przyszło i na was. Potraktujcie to jako swój osobisty czyściec.


 

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Jak się nazywa ta zaraza?


Już wkrótce ukaże się kolejne wydanie tygodnika „Warszawska Gazeta” z moim nowym felietonem, a tymczasem wszystkich tych, co z dowolnych powodów do tego fantastycznego pisma dostępu nie mają, zachęcam do czytania mojego ostatniego tekstu.     


      Temperatura tak zwanego politycznego sporu, a w rzeczywistości najbardziej klasycznego sporu cywilizacyjnego, jakiego jesteśmy niemymi świadkami od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość objęło w kraju władzę nie spada, a wręcz przeciwnie, wydaje się, że zmieniła się w ciężką gorączkę, która miejscami przechodzi w zwyczajne majaczenie. Wszyscy pamiętamy czasy, gdy bywało naprawdę ciężko, choćby w latach 2005-2007, czy w miesiącach bezpośrednio po Smoleńskiej Katastrofie, jednak tego co się wyprawia dziś, wydaje się, że ludzkie oko dotychczas nie widziało, a ucho nie słyszało. Pisarka Nurowska publicznie ogłasza, że ulepiła sobie laleczkę voodoo symbolizująca posła Piotrowicza i wbija w nią szpilki modląc się dla niego o szybki i ostateczny wylew, reżyser Holland przyznaje, że ona w młodości w ten sposób zamordowała dwie osoby, filozof Środa opowiada o swoim uczestnictwie w sabatach czarownic, a na deser, gitarzysta i piosenkarz estradowy Hołdys informuje, że on ze swoja rodziną rozmawia wyłącznie przez „szyfrowany telefon”. Mało tego, wspomniana wcześniej prof. Środa opowiada jak to towarzysząc umierającej piosenkarce Korze w jej ostatnim tchnieniu rozpaliła przed jej domem „szamańskie” ognisko w nadziei, że jej przyjaciółka nawet jeśli umrze, to nie umrze.
       Poza tym, to co zawsze, czyli grupki oszalałych z rozpaczy nad deptaną Konstytucją mieszkańców Warszawy kierujący najbardziej wulgarne bluzgi w stronę ochraniających publiczną przestrzeń polcjantów, kandydat Trzaskowski deklarujący, że jako nowy prezydent Stolicy jako swój podstawowy cel przyjmie pozbawienie władzy Prawo i Sprawiedliwość, no i Komisja Europejska szykująca się do zadania ostatecznego ciosu faszyzmowi.
       A ja już się tylko zastanawiam dlaczego rząd polski nie wpadł jeszcze na pomysł, by ruszyć z ogólnopolską kampania billboardową, na którym będzie jeden tylko tekst:
       Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć. [Paweł Śpiewak 2011]”
      Ktoś powie, że ja sobie stroję żarty. Że to niemożliwe, żeby kto jak kto, ale Paweł Śpiewak powiedział coś podobnego. To musi być jakiś fejk. Otóż nie. Te słowa, wobec nadchodzących wyborów, zostały wypowiedziane przez Śpiewaka w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w roku 2011 i można powiedzieć, że on wszystko znakomicie przewidział.To się autentycznie dało przeżyć, o czym świadczy fakt, że w końcu daliśmy im w kość. I to jak!
      Tylko skąd nagle to oburzenie? To musi być jakaś egzotyczna zaraza.

Książki tam gdzie zawsze. Jeśli komuś zależy, to sobie z pewnością poradzi.

sobota, 31 grudnia 2016

Gdy dobra materia zadusiła złego ducha

     Przed nami ostatni dzień mijającego nam szczęśliwie roku, a ja pomyślałem, że zaryzykuję pewien eksperyment. Najpierw jednak kilka słów wprowadzenia. Otóż przez polityczne zawirowania, jakich doświadczamy w ostatnich tygodniach, część z nas uległa pewnemu, w moim przekonaniu, całkowicie nieuzasadnionemu wahnięciu nastroju, w obawie, że to, co nam w minionym czasie dostarczało tylu radosnych przeżyć, może w jednej chwili runąć, a to przez to, że politycy opozycji postanowili okupować salę plenarną Sejmu i to do czasu aż ostatni z nich oszaleje i zostanie objęty specjalistyczną opieką. Tymczasem ja nie dość, że pozostaję w stałym przekonaniu, że to co się akurat dzieje, w każdym swoim wymiarze, jedynie potwierdza fakt, że zmiana władzy, jaka się dokonała w roku 2015, stanowi zaledwie początek zmian będących jej konsekwencją, których skali nie jesteśmy w stanie przewidzieć i których my akurat w żadnym wypadku nie powinniśmy się obawiać, to w dodatku wierzę głęboko w to, że ile razy tracimy z pola widzenia podstawową prawdę, że zło ostatecznie musi przegrać, zwyczajnie grzeszymy. Prowadzę tego bloga od ośmiu już lat mam nadzieję, że większość z nas zdążyła się zorientować, że to co niektórzy nazywają naiwnością, gdy idzie o mnie, stanowi zwykłą wiarę w zwycięstwo dobra nad złem, no i w konsekwencji w to, że, jak pięknie powiedział Poeta, wystarczy się nieszczęściu „odejrzeć, jak gdy artysta, który mierzy swego kształt modelu”, by ono pierzchnęło. A daję słowo, że było ciężko. Niektórzy z nas do dziś pamiętają rok 2011, kiedy zbliżały się wybory parlamentarne i w wypowiedzi dla Roberta Mazurka w „Rzeczpospolitej” znany nam aż nazbyt dobrze prof. Paweł Śpiewak powiedział co następuje: „Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. […] Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. […] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”
      I to jest dobry moment, by przejść do właściwej części dzisiejszej notki. Otóż każdy pamięta rok jeszcze wcześniejszy, 2010, no i jego ostateczne zamknięcie, kiedy wielu z nas, pozostając całkowicie nieświadomymi tego, co nas spotkało, w całkowitej beztrosce udawało się na zabawy sylwestrowe, no a myśmy tu się zamartwiali owym „końcem świata”. Ja natomiast 31 grudnia 2010 roku opublikowałem na tym blogu tekst napisany wspólnie z naszym dobrym księdzem Rafałem Krakowiakiem, który wówczas miał nam dawać nadzieję, no a który dziś, na fali owej radości, którą wszyscy czujemy, pozostaje wyłącznie świadectwem czasów.
     A zatem, proszę, zajrzyjmy w tamtą ciemność i spróbujmy się zastanowić, jak to jest z tym, co się wydaje ostateczne, a tak naprawdę nie jest nawet chwilą. Dziękuję wszystkim za miniony rok, za stałą obecność, za cenne komentarze, no i wreszcie kupowanie książek. Jestem pewien, że z obopólną korzyścią. Do siego!

      Kończy się ten straszny rok i wypadałoby go jakoś podsumować. Pewne próby, naturalnie już się na tym blogu pojawiły, i jeśli tylko opierać się na tym, co tu zostało powiedziane, wygląda na to, że minione 12 miesięcy, to tak naprawdę tylko ta straszna zbrodnia 10 kwietnia i wszystko, co w związku z nią nastąpiło. Nie ma znaczenia ani rząd, ani prezydent, ani zima, ani powodzie, ani pociągi… Nic. Wszystko, cokolwiek się przez ten rok zdarzyło, traci swoje znaczenie wobec tego nieszczęścia z 10 kwietnia, i tej straszliwej profanacji, jaka nastąpiła w kolejnych miesiącach.
       Są tacy, którzy mówią, że poza wyeliminowaniem Lecha Kaczyńskiego z podstawowej rozgrywki, System zanotował na swoim koncie jeszcze jedno osiągnięcie. Otóż – pomijając sprzyjającą pogodę, a więc powodzie i śnieżyce – udało się osiągnąć stan, kiedy to całą uwagę opinii publicznej skutecznie odwrócono od dramatycznego i zawstydzającego stanu rządów, koncentrując publiczną uwagę albo na samej katastrofie, ewentualnie na przepychankach o pamięć po pomordowanych w tamtej mgle.
      Stoimy w obliczu końca roku – tego strasznego, bezprecedensowego roku – i nawet jeśli na moment w świadomości publicznej pojawia się nazwisko jednego z ministrów, z sugestią, że jego los pozostaje wielką narodową zagadką, nikomu nic nie grozi. Ani mordercom, ani idiotom. Jest tylko ten krzyż i ta pamięć przerzucana z rąk do rąk, jak gorący – nomen omen – kartofel.
      Niedawno cytowałem tu Jadwigę Staniszkis, która twierdzi, że sytuacja, w jakiej znalazła się Polska jest w pewnym sensie wyjątkowa nawet nie przez to, ze ktoś jednym gestem zamordował nam prezydenta plus dziesiątki czołowych postaci życia publicznego, a Polska nawet nie drgnęła, ale przez to, że jej losy są od paru lat w rękach bandy fuszerów, ludzi modelowo niekompetentnych i skorumpowanych do szpiku kości,. a społeczeństwo robi wrażenie, jakby całe to nieszczęście ich nie dotyczyło. Staniszkis tłumaczy, że jeśli nie ma pewnych mechanizmów społecznej samokontroli, to dopóki nie wydarzy się katastrofa, ludzi można oszukiwać w nieskończoność. Przy ich bardzo aktywnej zresztą współpracy.
      Dziś cały dzień krąży po publicznej przestrzeni wiadomość, której prawdziwości, jak się zdaje, zaprzecza już tylko wyłącznie sam zainteresowany, a więc rząd, że za kilka lat w Polsce dojdzie do takiego krachu systemu emerytalnego, że znaczna część społeczeństwa zostanie wręcz fizycznie unicestwiona. Sytuacja ta, według nadchodzących do nas informacji, jest bezpośrednim wynikiem, z jednej strony realnej nieudolności rządu, a z drugiej oczywistego już dla wszystkich koncentrowania całego procesu rządzenia krajem na walce o, z jednej strony wyeliminowanie ze sceny politycznej wszelkiej liczącej się opozycji, a z drugiej o doraźne utrzymanie sondażowego poparcia, a więc tak naprawdę o nieoddanie władzy. Oglądam dzisiejsze wydanie sztandarowego programu wysłanego przez System na odcinek codziennej propagandy, i wśród żartobliwych komentarzy na temat tego, jak to premier Tusk sobie nie radzi z materią, uderza mnie wysłany przez jednego z obywateli esemes o następującej treści: „Pozdrowienia dla mojej Gosi – rozkoszosi”. Czy jakoś tak. Straszne. Jeśli się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z autentycznym horrorem.
      Ktoś kiedyś – jestem pewien, że nawet nie przeczuwając trafności tego wynalazku – ukuł epitet ‘lemingi’, kierując go w stronę ludzi, którzy dali się zwieść najbardziej prymitywnej propagandzie i którzy oddali swoje wszystkie emocje i całe serca projektowi z gruntu fałszywemu, czy wręcz, jak się okazuje dziś, zbrodniczemu. Dlaczego lemingi? Nie wiem. Nie ja byłem autorem tego żartu, ale domyślam się, że chodziło ów symboliczny wręcz pęd owych zwierząt do samounicestwienia.
      Myślę, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, by przedstawić tu pewną historię, jak najbardziej autentyczną. Otóż w mieście Łodzi opowiada się anegdotę o jednym ze słynnych Lodzermenschów, XIX-wiecznym królu bawełny, bajecznie bogatym Izraelu Kalmanowiczu Poznańskim. Ówże Poznański wybudował sobie pałac, który w zamyśle miał swoim przepychem przewyższać wszystko, co inni łódzcy przemysłowcy wybudowali, bądź mieli wybudować.   Ostateczny efekt choć imponujący – dzięki m.in. nasyceniu obiektu dużą ilością żyrandoli i dywanów – nie do końca zadowolił Izraela, ponieważ pałacowi brakowało tego czegoś, co jest nie tylko bogate, ale przede wszystkim niepowtarzalne, jedyne w świecie, ekstrawaganckie i z nóg powalające.
      Dla pognębienia swoich konkurentów i ku podziwowi gawiedzi, postanowił więc Poznański, by podłogę pałacowej sali balowej (ok. 500 m. kw.) wyłożyć złotymi rublówkami. W tym momencie, w życiu tego, zdawało się, wszechmocnego człowieka, pojawił się problem. Problem ów nie dotyczył oczywiście kwestii finansowych, lecz był jak najbardziej natury politycznej. Jeśli bowiem wyłoży się posadzkę rublowymi monetami, to tym samym albo będzie się deptać, obecne na owych monetach oblicze miłościwie panującego cara, albo też w tak niecny sposób potraktuje się wizerunek rosyjskiego orła z dwiema głowami. Izrael Kalmanowicz obawiał się, że ta niezręczna sytuacja może doprowadzić do oskarżenia go o obrazę majestatu, oraz niekorzystnie wpłynąć na jego handlowe stosunki z olbrzymim rosyjskim rynkiem. Dlatego też, nie chcąc porzucać swego wspaniałego pomysłu, i nie chcąc też narażać się na wyżej wymienione nieprzyjemności, zapytał rosyjskich urzędników – niektórzy mówią, że zapytał listownie samego cara – w jaki sposób posadzkarze mają owe monety układać: awersem do góry, czy może rewersem?
      Uzyskał odpowiedź, której Salomon by się nie powstydził: ani awersem, ani rewersem, lecz na sztorc. Poznański z odpowiedzi bardzo się ucieszył i swój projekt wprowadził w fazę realizacji. Niestety natrafił nagle na opór materii, lub inaczej mówiąc, praktyczne wymogi życia, które były tak wielkie, że musiał ze swego pomysłu zrezygnować. Okazało się bowiem – być może powiedział mu to jeden z tych prostych posadzkarzy – że ustawione na sztorc rublówki spowodują na tyle duże nierówności podłogi, iż kłopot będzie nawet z chodzeniem po niej, nie mówiąc już o tańczeniu. Oprócz tego, owych ustawionych na sztorc monet będzie trzeba zorganizować tak wiele, że wszystko wskazuje na to, iż pod ich ciężarem podłoga zbudowanej na piętrze sali, po prostu się zarwie.
       Przytaczam tę anegdotę, ponieważ jest ona – jak sądzę – niezłą ilustracją tych wszystkich zjawisk, z którymi ostatnio mamy wielokrotnie do czynienia, a o których fragmencie wspomniałem wyżej. Owe zjawiska dotyczą ludzi z tzw. sfery publicznej, którzy coś w Polsce znaczą, albo wydaje im się, że coś znaczą. Ludzie ci mają dość duży potencjał, który zawdzięczają swoim rzeczywistym zaletom, bądź też – delikatnie rzecz ujmując – „sprzyjającemu splotowi okoliczności”, gdzie być może słowo „splot” jest najważniejsze. Owi ludzie mogą być bardzo bądź średnio utalentowanymi artystami, zatroskanymi o bezpieczeństwo obywateli, oraz o los chorych i emerytów państwowymi urzędnikami, bardzo niezależnymi i wnikliwymi ekspertami, oddającymi hołd bohaterom parlamentarzystami i samorządowcami, a nawet twardymi, zdecydowanymi, trzymającymi krótko podwładnych przywódcami. Ci wszyscy ludzie – podobnie jak ongiś Izrael Poznański – mają lepsze bądź gorsze pomysły na siebie samych, tzn. na to jak się zaprezentować, jak się sprzedać, a nawet na to, jak być pożytecznym.
      Niestety, tym wszystkim dobrym ludziom towarzyszy świadomość, że choć wiele znaczą, to jednak istnieją w świecie tacy – jak ongiś car, czy ruski urzędnik – którzy znaczą jeszcze więcej i z tego powodu warto zdobyć ich przychylność, albo przynajmniej dołożyć wszelkich starań, by się im nie narazić. Owi „znaczący więcej”, są po prostu silniejsi – co nie znaczy, że mądrzejsi – i z tej właśnie racji oni decydują, czy wspomniane wyżej pomysły dobrych ludzi na siebie samych będą zaakceptowane, czy też – nazwijmy to tak – wyśmiane.
      Ci, którzy „znaczą więcej” to dysponenci kija i marchewki, z którymi (z ich interesami, znajomościami, powiązaniami, wrażliwością, upodobaniami itp.) trzeba się liczyć jeśli się chce zaistnieć, a po zaistnieniu marchewkę konsumować.
      Z jednej strony, w życiu publicznym mamy więc do czynienia z agresywną prezentacją rzeczywistych, bądź domniemanych, rokujących nadzieję na społeczny aplauz cech, prezentacją dokonywana przez ludzi, których znaczenie jest tak naprawdę fasadowe, a z drugiej strony są rzeczywiste, nie-fasadowe interesy, znajomości, powiązania, wrażliwość i upodobania tych „znaczących więcej”, oraz wytyczona przez nich dość płynna granica, której z tych czy innych względów (znanych niektórym, a może i krewnym i znajomym owych ‘niektórych’) nie może przekroczyć nawet najbardziej społecznie wrażliwy urzędnik, niezależny ekspert, czy twardy przywódca.
      W ciągu minionych kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu lat mogliśmy się przekonać, że pomysły ludzi, którzy wiele znaczą, oraz tych, którzy znaczą jeszcze więcej, dały efekt dla Polski dość opłakany. Nagromadzenie głupoty, marnotrawstwa, niesprawiedliwości i zwykłej złej woli jest niekiedy tak duże, że albo „chodzić się już nie daje”, albo wręcz wszystko „grozi zawaleniem”.
      Oczywiście, fasada – nie bacząc na opór materii – mówi, że wszystko jest super, a ci, którzy „znaczą więcej” z zasady nic nie mówią (chyba, że się zdenerwują, bo wtedy gadają o dzikim kraju i o tym, by odpieprzyć się od ich pieniędzy i ich znajomych), bo też z zasady opłakany stan TEGO KRAJU niewiele ich obchodzi.
      Gdzieś w tym wszystkim zniknęli nam posadzkarze. Oni na razie dość posłusznie wykonują najgłupsze nawet projekty. Ale rozsądek w nich zwycięży. I wcześniej czy później powiedzą: Tak nie można! To jest głupie! To jest niesprawiedliwe! To jest złe! I choć podobno – jak niedawno sugerowała prof. Staniszkis – ludzie postępują w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem dopiero wówczas, gdy wyczerpią już wszelkie inne możliwości, to jednak mimo wszystko mam mocną nadzieję, że już wkrótce skończy się czas fasady, ale także tego, co znajduje się poza fasadą.


Jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji czytać tekstów naszego kochanego księdza Krakowiaka, zachęcam do kupowania książki z listami od Zyty Gilowskiej, gdzie i dla niego znalazło się godne miejsce. Do nabycia tu

niedziela, 6 maja 2012

Żydokomuna, czyli jak zrobić geszeft na Polakach

Otrzymałem ostatnio prezent od pewnego kolegi. Książkę. Książka jest gruba i przez to, że ma wyraźną czerwoną okładkę i duży czarny tytuł, rzuca się w oczy. Tak się składa, że u nas w domu książek jest bardzo dużo. Tak się składa, że właściwie w każdym pokoju, choćby i w kuchni, są półki, a na tych półkach leży pełno książek. Książki się przez te półki przelewają, i nie ma już dla nich miejsca, a więc one leżą na stole, na biurku, na pianinie, na szafie, na komodzie, czasem na podłodze – wszędzie. Czasem się zastanawiam, po ciężką cholerę myśmy tyle tego nazbierali i odpowiedzi nie znajduję. Fakt pozostaje faktem. Te książki nas zalewają.
No i teraz, na domiar złego, dostałem właśnie ten prezent. Ową grubą, czerwoną książkę, z wielkim czarnym tytułem i teraz, wśród wszystkich innych książek, leży i ona, i czeka aż znajdziemy też dla niej miejsce. Leży sobie albo na stole, albo na stoliku, albo na komodzie, i ile razy ktoś przychodzi na wizytę, ona mu natychmiast wpada w oko – bo, jak mówię, jest gruba, no i ma tę wielką, czerwono-czarną okładkę – i reakcja jest zawsze jedna: uniesione brwi, ironiczny uśmiech, i dyskretna zmiana tematu. O co chodzi? Oczywiście nie o te kolory, lecz o ów wielki czarny tytuł: „Żydokomuna”.
Moja reakcja jest również zawsze taka sama, a więc wzruszenie ramion i krótka informacja: „Śpiewak. Paweł Śpiewak”. I wtedy – niemal zawsze – każdy z naszych inteligentnych znajomych bierze książkę w ręce ponownie, zagląda raz jeszcze – tym razem uważniej – na okładkę, i z mądrą miną zaczyna przerzucać kartki. Bo tym razem już sprawa jest czysta. To nie jest jakieś toruńskie gówno. To sam Paweł Śpiewak. Człowiek z samego Krakowa. I to nie z tamtego Krakowa, ale z Krakowa tego.
Przeczytałem tę książkę, i już wiem, dlaczego Paweł Śpiewak ją napisał. Otóż on ją napisał prawdopodobnie w podwójnym celu. Pierwszy, bardzo ważny, żeby poinformować wszystkich zainteresowanych, że z jego naukowych badań wynika, że czegoś takiego, jak żydokomuna w ogóle nigdy w Polsce nie było. I to wcale nie najbardziej dlatego, że u nas nie było Żydów, lub że Żydzi nie wstępowali zbyt chętnie w szeregi partii komunistycznej, ani też nawet nie dlatego, że to nie Żydzi właśnie tworzyli trzon kierownictwa komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ależ nie. To akurat jakoś się tam potwierdziło, natomiast zdaniem Śpiewaka nie mamy prawa mówić o żydokomunie, bo każdy Żyd, który zostawał się komunistą, natychmiast wyrzekał się swojego żydostwa. A więc, jeśli działo się coś złego, to nie przez Żydów, lecz przez zwykłych tępych komunistów, którzy Żydami być nie chcieli.
To powód pierwszy, dla którego Śpiewak wydał tę książkę. Ważny, jednak, jak sądzę, nie najważniejszy. A zatem nim się nie będę w ogóle tu zajmował. Zwłaszcza że się na tym kompletnie nie znam, a myślę również, że z pewnością lepiej będzie, jak na ten temat Śpiewak porozmawia sobie z Michnikiem. Mogą nawet tę debatę przeprowadzić w wielkim basenie z kisielem. Znacznie ważniejsza wydaje się w tym wypadku bowiem chęć, by tę „Żydokomunę” sprzedać i coś tam na niej zarobić. A zatem, powody są, jak zwykle, bardzo podstawowe i naturalne, natomiast jak idzie o egzotykę, ona jest już drugorzędna. Czy ja mam do Śpiewaka pretensje, że on myśli o pieniądzach? Ależ w życiu! Ja sam, na przykład, ostatnio zwłaszcza, o pieniądzach myślę nieustannie, a więc wszystko świetnie rozumiem. A więc pretensji nie mam. Dlaczego jednak myślę, że Śpiewak ostatnio bardzo potrzebuje podreperować swoją sytuację finansową? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wrócić do okładki.
Oto przed mną duża czerwona okładka, wielki gruby napis „Żydokomuna” i gdzieś w kącie, maleńkimi literkami napisane nazwisko autora. Moim zdaniem, ten rodzaj wystawy jest wręcz rewolucyjny. Podejrzewam, że zgadzając się na to, by jego książka – przypominam, poświęcona udowadnianiu, że coś takiego jak żydokomuna to głupi mit – miała taki tytuł i taką okładkę, Paweł Śpiewak otworzył bardzo szeroko drzwi do czegoś całkowicie nowego. Mam bowiem bardzo silne podejrzenie, że już niedługo, taki Dawid Warszawski na przykład wyda książkę pod tytułem „Pod żydowskim butem”, Seweryn Blumsztajn coś, co zatytułuje „Pejsy unurzane w polskiej krwi”, a Lejb Fogelman wspomnienia zatytułowane sprytnie i po prostu „Żydowskie zbrodnie”. Wydadzą ci państwo te swoje ksiązki, wystawią je w księgarniach w całej Polsce, a jak ktoś będzie na tyle nieprzytomny, by za nie zapłacić żywą gotówką, przeczyta sobie, że to tylko taka ironia, bo tak naprawdę najgorsi byli Polacy.
Za Żydami pójdą oczywiście komuniści z przejściowymi kłopotami finansowymi, i taki Leszek Miller dajmy na to napisze coś pod tytułem „PRL - czas zbrodni i pogardy”, a Czesław Kiszczak wyda wywiad rzekę i nada jej tytuł „Zabijałem w imię czerwonej gwiazdy”.
I kiedy oni wszyscy się wreszcie odkują, otrzepią swoje spracowane dłonie i otworzą flaszkę za zdrowie tego głupiego Polactwa, na które, jak się okazuje, zawsze można było liczyć.

Jak wiemy, moja poprzednia książka nie była zatytułowana „Lizanie cipki”. Przygotowuję kolejną, i ona też będzie zatytułowana w sposób bardziej adekwatny. Czy to mi da jakieś pieniądze? Mam nadzieję, że tak. Bo jeśli nie – to po mnie. Póki co, proszę o wsparcie. Każde, a ja obiecuję, że pozostanę uczciwy do końca. Dziękuję.


środa, 29 czerwca 2011

Prawda przeciwko przemocy

Każdy normalnie myślący człowiek, który miał okazję zapoznać się ze sposobem w jaki operuje System i jego służby, mógł się spodziewać, w jaki sposób System zareaguje na dzisiejszą prezentację wyników prac zespołu Antoniego Macierewicza. Oczywistość tej reakcji była tak prosta, a jej kształt tak jednoznacznie parszywy, że ja osobiście, na przykład, nie widziałem nawet powodu, by ryzykować tu jakikolwiek kontakt. A mimo to, w pewnym momencie trafiłem na jedno jedyne zdanie, które padło wcale nie koniecznie z ust najbardziej brudnych, a mimo to przekaz jaki ono niosło wystarczył mi za wszystko, co mnie minęło i ma nadzieję, że już ominie. Mówię o ustach Pawła Śpiewaka.
Otóż podczas którejś z audycji, jaką System przygotował dziś dla obywateli, Paweł Śpiewak wyraził opinię, że zajmowanie się katastrofą Smoleńską świadczy ni mniej ni więcej, jak tylko o braku szacunku dla powagi tamtej śmierci. Że on, kiedy słucha całego tego „gadania” o katastrofie, czuje niesmak i zażenowanie, bo ma wrażenie że grzebanie w tym wraku jest zwyczajnie nieprzyzwoite. No i jak już wspomniałem – dowodzi braku szacunku dla samych ofiar smoleńskiej katastrofy.
To jest, jak mówię, zaledwie jedno słowo, stanowiące odpowiedź na informacje, jakie na temat tego co się zdarzyło 10 kwietnia zeszłego roku przedstawił dziś Antoni Macierewicz z Zespołem. Ale ja, nawet nie słuchając tego jazgotu już dłużej, wiem świetnie co tam się dziś musi dziać. A więc z całą pewnością najpierw zabrał głos Stefan Niesiołowski, i ogłosił, że Macierewicz to człowiek chory. Jestem pewien, że wystąpił też któryś z drobnych posłów Platformy Obywatelskiej i powiedział, że ten raport to stek kłamstw. Niewątpliwie, redaktorzy TVN-u zaprosili do studia eksperta lotniczego Tomasz Hypkiego, który z wyżyn swojego autorytetu zakomunikował, ze raport Macierewicza to bzdura i amatorstwo, a przyczyną katastrofy był błąd pilotów. Oczywiście na pewno też dziś się pojawił w telewizorze płk Klich, który po raz kolejny pochwalił ruski raport, jako jedyną pełną i właściwą ocenę katastrofy. Ja nawet nie oglądając dziś telewizji wiem na pewno, że dziś znów w studio telewizyjnym pojawili się – jako politycy bezpośrednio nie uczestniczący w sporze PiS-u z Platformą, a więc obiektywni – Stanisław Ciosek i Leszek Miller, by też dorzucić swoje trzy grosze na ten temat. Domyślam się też, że już się musiały ukazać pierwsze głosy na temat tego, że jedna czy dwie informacje podane przez Antoniego Macierewicza, to ewidentna nieprawda, i choć, jak to już nie raz bywało, za parę dni okaże się, że owszem, i one stanowią prawdę, dziś jeszcze i jutro o tym przypadku rzekomego fałszerstwa będzie się jeszcze toczyła bardzo gorąca dyskusja.
Nie oglądam dziś telewizji, bo wiem, że nie ma po co. Wszystko co tam się dzieje, mam przed oczami. I słyszę świetnie, jak Tomasz Sianecki, czy któryś z redaktorów Faktów, przygotowuje na zakończenie programu lekki felieton na temat tego jakie mamy rodzaje ksiąg. Że są księgi białe i czarne i grube i cienkie, i że są księgi gości i księgi, a wszystko po to, by na koniec zażartować, że lepiej by było, gdyby Polacy, zamiast białych ksiąg czytali księgi zapisane literkami, bo z tego by mieli więcej pożytku.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to jest bardzo oczywisty strzał w ciemno, i może się okazać, że przeszarżowałem. Że tam dziś wszystko wygląda inaczej. Jednak mam poczucie, że i tym razem się nie mylę. Że jak o nich idzie, to wiem akurat wszystko. I to wiem bardzo dobrze. Kim oni są i co potrafią, wiem dokładnie tak samo dobrze, jak to, że 10 kwietnia 2011 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na Prezydenta Rzeczpospolitej Lecha Kaczyńskiego. I że był to zamach skuteczny. I że ów zamach był wcześniej bardzo starannie planowany i przygotowywany przez złych ludzi i w Polsce i w Rosji. Przez jednych bardziej, przez innych mniej świadomie, jak idzie o szczegóły i sam cel. Ale wiem to na pewno. Że prezydent Lech Kaczyński, jego żona, jego przyjaciele, piloci, generałowie, wszyscy ci ludzie, których los tamtego dnia rzucił w to przeklęte miejsce – zostali z zimną krwią przez jednych wystawieni na śmierć, a przez drugich z równie zimną krwią zamordowani. I to po prostu wiem.
Ale wiem też coś jeszcze. Nie ma takiej możliwości, by prawda o tym co się wtedy stało, została skutecznie ukryta. Ona prędzej czy później zostanie ujawniona, a następnie oficjalnie przyznana. A jeśli to się stanie, to z całą pewnością wszyscy ci, którzy dziś biorą udział w tej akcji – akcji prowadzonej pod hasłem ‘Przemoc przeciwko prawdzie’ – zostaną ukarani. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że widzę bardzo wyraźnie, że oni też to wiedzą. I to prawdopodobnie wiedzą to znacznie lepiej ode mnie, czy od kogokolwiek z nas. Wiedzą to i aż piszczą ze strachu. Ale tu już nie stanie się nic, co im pozwoli uratować skórę. Dopóki żyją ci wszyscy, dla których wyjaśnienie tego, co się wtedy stało i to co się dzieje przez te wszystkie miesiące, pozostaje sprawą życia lub śmierci. Bo wbrew temu co powiedział dziś Paweł Śpiewak – człowiek o duszy tak czarnej jak czarna jest sprawa, której broni – tego właśnie domagają się ci, których dziś wciąż tak bardzo opłakujemy.

Wszystkich którym spodobał się powyższy wpis, bardzo proszę, by w ramach swoich możliwości wspomagali ten blog, a przez niego i moją rodzinę. Dziękuję.

niedziela, 9 stycznia 2011

Przepraszam, czy ktoś kogoś może chce wyeksmitować?

Gdyby ktoś mnie spytał, czy biorę pod uwagę ewentualność, że obecna władza, pod kierunkiem Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego – wraz z odpowiednim zapleczem w postaci Krzysztofa Bondaryka, czy kto to tam teraz ma oko na to, żeby się wszystko gładko kręciło – dla utrzymania władzy weźmie nas za mordę, powiedziałbym raczej, że pewnie nie. Obawiam się wprawdzie, że za tą odpowiedzią nie stoi jakiś szczególnie wnikliwy ogląd sytuacji, lecz mój wrodzony optymizm, jednak mimo to, wciąż myślę, że oni nie zdecydują się na użycie siły w takim stopniu, byśmy to musieli odczuć bardziej fizycznie. Mam podejrzenie, że nawet w przypadku ludzi tak bardzo bezideowych i zepsutych jak oni, trzy lata władzy, to trochę mimo wszystko za mało, by dojść do takiego poziomu pewności siebie, gdzie można tu nam urządzić Rosję. I nie ma tu nic do rzeczy kwestia demokracji, czy jej braku. Dla nich, jak wiemy, to jest bez znaczenia. Mam wyłącznie nadzieję, że skoro oni są zbyt gnuśni, zbyt tchórzliwi, a przez z to zbyt mało zdeterminowani, by spróbować się podlizać komuś takiemu jak Leszek Balcerowicz, to tym bardziej nie będzie ich stać na to, by sprawić przyjemność Pawłowi Śpiewakowi.
Skąd mi przyszedł nagle do głowy ten Śpiewak? Otóż stało się tak przez wywiad, jakiego w weekendowej Rzeczpospolitej ten mędrzec udzielił Robertowi Mazurkowi. W swojej wypowiedzi, poza kompleksowym – nawet nie tyle krytykowaniem, co krytycznym opisem – rządów Platformy Obywatelskiej i osobiście Donalda Tuska, Śpiewak podkreśla trzy kwestie. Pierwsza jest taka, że Donald Tusk, jako człowiek całkowicie bezideowy, w swojej publicznej działalności kieruje się wyłącznie wręcz histeryczną w wiarą w potęgę skutecznego oszustwa. Druga taka, że dla niego główną siłą napędową jest z jednej strony pragnienie władzy, a z drugiej nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego. Trzecia natomiast, że owa nienawiść, jest jak najbardziej zrozumiała i uzasadniona. Dlaczego? Tego Śpiewak nie wyjaśnia. Widocznie w środowisku, w którym on się obraca, fakt że nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego jest uzasadniona, stanowi aksjomat.
Jak mówię, poza tymi trzema uwagami, całość wypowiedzi Śpiewaka stanowi już tylko bardzo solidne dokumentowanie informacji, że dla Donalda Tuska jedynym sposobem na życie jest dążenie do władzy i traktowanie ludzi jak bezmyślnych durniów. Dopiero pod sam koniec, zresztą na wyraźnie powtarzane życzenie Mazurka, Paweł Śpiewak przedstawia swoją prognozę odnośnie tego, co się wydarzy, kiedy – co dla wszystkich oczywiste – Platforma Obywatelska po raz kolejny wygra wybory, a Donald Tusk zostanie ponownie premierem. Tu muszę skorzystać z cytatu:
Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem”.
Tak oto bez mrugnięcia swoim profesorskim okiem, Paweł Śpiewak prognozuje przyszłość dla kraju, w którym przyszło mu mieszkać. Ktoś pewnie się teraz spodziewa, że ten obraz zostanie uzupełniony jakąś mocną oceną takiej sytuacji. I będzie miał rację. Na pytanie Mazurka, czy ta wizja go nie niepokoi, Śpiewak powiada:
Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”.
I to, moim zdaniem stanowi nową, niezwykle ciekawą jakość. Otóż Paweł Śpiewak, w tym swoim intelektualnym geście, przewiduje, że jeśli Platforma Obywatelska zdobędzie pełnię władzy, zapanuje powszechny strach już nawet nie na poziomie życia społecznego, lecz na poziomie samego państwa. Posuwa się on nawet do tego, że tego strachu nie sugeruje, lecz wręcz opisuje go przy pomocy konkretnych słów o bardzo konkretnych znaczeniach. Mówi Śpiewak, że kiedy Platforma Obywatelska przejmie całość władzy, całe polskie państwo padnie u jej stóp właśnie w strachu i poczuciu, że oto nastał czas liczenia się z każdym słowem, każdym gestem, każdym ruchem, jakie płyną z tamtej strony. Paweł Śpiewak wie, że kiedy następne wybory wygra Donald Tusk i jego ludzie, życie publiczne w Polsce zejdzie do poziomu Rosji. No, prawie Rosji. Zdaniem Pawła Śpiewaka, aż tak źle nie będzie, bo nikt nikogo nie będzie mordował. Skąd on to wie? Stąd, że tak myśli. On zna ludzi, którzy będą tworzyć przyszłą władzę, i jemu się nie wydaje, żeby to byli jacyś krwiopijcy. Mówiąc precyzyjnie, on w to nie wierzy. A ponieważ nie ma w nim tej wiary, to również nie ma w nim tego strachu. Będzie więc gites.
Tego akurat już Paweł Śpiewak nie mówi, ale z całości tej wypowiedzi, wynika też wyraźnie, że on osobiście w najbliższych parlamentarnych wyborach odda swój głos na Platformę Obywatelską. Z pewnością jednak nie na Prawo i Sprawiedliwość, bo jak to już zostało powiedziane na początku, nienawiść do „tej gorszej części PiS-u” ma swoje praktyczne uzasadnienie, a wraz z nim odpowiednie konsekwencje.
Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która domaga się wyjaśnienia, właśnie w związku z tą „uzasadnioną nienawiścią”. Zapewnia nas Śpiewak, że z tego co mu wiadomo o ludziach Platformy, oni, kiedy już zastraszą całe państwo, można się spodziewać, że „powstrzymają się przed społecznie ryzykownymi decyzjami”. Nie bardzo jednak wiadomo, co Śpiewak ma na mysli, kiedy wspomina o tych „decyzjach”. O jakie to może chodzić decyzje? Czy o jakieś drastyczne podniesienie podatków, czy sprywatyzowanie służby zdrowia, lub szkół, czy może wprowadzenie ustawy, że Polacy powinni jedynie umieć się podpisać i liczyć w podstawowym zakresie. A może on nie wierzy w to, że Donald Tusk nagle postanowi wytłuc fizycznie jedną część społeczeństwa, bo mu tak wyjdzie taniej. Cokolwiek by to było, to jedno już wiemy. Można wierzyć, że ani to, ani to, ani tamto się nie wydarzy.
Jednak mnie osobiście, martwi bardzo ów przysłówek „społecznie”. No bo jeśli „społecznie”, to ja bym chciał wiedzieć, czy też „politycznie”. A na ten temat u Śpiewaka nie ma ani słowa. Więc ja wciąż nie wiem, czy kiedy już nastąpi czas owej miękkiej dyktatury, co się stanie na przykład z Jarosławem Kaczyńskim, czy choćby ze mną i z moimi dziećmi, które Kaczyńskiego lubią, a więc niewykluczone, że się kwalifikują do wspominanej „uzasadnionej nienawiści”
W innym miejscu wspomnianego wywiadu zapewnia nas Śpiewak, że Donald Tusk w swojej doktrynie rządzenia skupiony jest na realizowaniu społecznych oczekiwań, tak jak on je rozumie. A więc, nie należy się spodziewać, że on wprowadzi jakiekolwiek rozwiązania, które się ludziom nie spodobają. Ale czy Donald Tusk problem PiS-u, i w ogóle moherów, zakwalifikuje jako kwestię społeczną, czy polityczną? I z jakimi konsekwencjami? Jeśli polityczną, to, jak wnoszę ze słów Śpiewaka, droga wolna. Ale jeśli – na zasadzie, by do polityki się w ogóle nie mieszać, bo jest obrzydliwa – społeczną, to czy może w taki oto sposób, by społeczeństwu trzeba czasem w ramach igrzysk rzucić coś na ząb? No i coś co może jest jeszcze bardziej interesujące. Co Paweł Śpiewak i jego koledzy sądzą na temat obu rozwiązań? Stawiam sobie to pytanie, bo z takim Tuskiem, czy nawet z całym Systemem, jakoś sobie może poradzimy, ale dobrze by było wiedzieć, jaka jest aktualna kondycja tak zwanego społeczeństwa i jego elit. Bo, ze zacytuję poetę – dla was to igraszka; nam chodzi o życie.
Każdy kto czyta to co się pojawia na tym blogu już od lat, wie, że my tak tu sobie czasem gadamy, a tak naprawdę wiemy, że wszystkie słowa zostały już dawno wyczerpane. Że właściwie – jak to mówią starzy Polacy – nie ma o czym gadać. Że wszystko wiadomo. A my tylko powtarzamy te stare zaklęcia, żeby nie zapomnieć. A więc, te dzisiejsze uwagi na temat Pawła Śpiewaka i moralnego, intelektualnego i czysto ludzkiego stanu, w jakim on się znalazł, nie mają znaczenia poza tą naszą codzienną satysfakcją. Jest jednak coś, w tym samym wydaniu Rzeczpospolitej, czego nie można przegapić, zwłaszcza, że tkwi, jak ten bonus, tuż obok syku Pawła Śpiewaka. Dosłownie obok. Otóż Anne Applebaum publikuje tam swój felieton na temat sytuacji na Węgrzech. I, naturalnie, przede wszystkim oficjalnie potwierdzając fakt, że Węgry jak najbardziej zachowują podstawowy system europejskiej demokracji, pisze tak:
Jednak w ostatnich miesiącach Węgry stanowią przykład, jak krucha może być demokracja. Jeśli zmorą Białorusi jest nie dość popularny przywódca, na Węgrzech jest nią przywódca zbyt popularny – a w każdym razie mający za dużą większość – który może zmieniać prawo w celu zachowania władzy, bez uciekania się do przemocy”.
Applebaum nie pisze akurat, czy ta sytuacja ją martwi, ani tym bardziej, czy ją niepokoi. Może to wynikać z tego, że jej strach jest oczywisty, ale też może i z tego, że ona nie mieszka na Węgrzech, lecz w Polsce, pod opiekuńczymi skrzydłami miękkiej dyktatury dobrych ludzi z Sopotu i okolic. Z treści jednak całego artykułu, wynika, że to co się dzieje na Węgrzech Annie Applebaum się bardzo nie podoba. Z kolei – choć oczywiście on też nie opowiada nam o Węgrzech, lecz o Polsce, i w związku z tym nie wiemy, co o sytuacji demokracji na Węgrzech sądzi – mamy wiele powodów, by podejrzewać, że gdyby Paweł Śpiewak nie mieszkał dziś w Polsce, lecz własnie na Węgrzech, to nie byłby już aż tak nonszalancki. Powiem więcej. Możemy mieć wręcz pewność, że on by się tam posrał ze strachu. Zwyczajnie by się posrał. W sensie jak najbardziej dosłownym.
Wciąż, jak większość nas wie, my tak sobie tu rozmawiamy – bardziej sami ze sobą, niż z nadzieją, że ktoś nas usłyszy. Jest jednak coś, co trzeba powiedzieć głośno i z tą właśnie intencją, by te słowa dotarły gdzie trzeba. Jest mianowicie tak, że od pewnego czasu wielu z nas dostrzega, że wraca PRL, tyle że w wersji nieco sparodiowanej, co wcale przy tym nie oznacza, że weselszej. I nie chodzi o to tylko, że, podobnie jak w PRL-u, zaczynamy wsiadać i wysiadać z pociągów przez okna. Ten PRL czuć właściwie z każdej strony, dzień i noc. I teraz pojawia się problem społeczeństwa. Jak na tę szczególną reaktywację PRL-u reaguje społeczeństwo? Wydaje mi się, że dokładnie tak samo, jak w tamtych czasach – a zatem dokładnie tą samą rezygnacją i pozorną obojętnością. Ludzie, jak wiemy, są tylko ludźmi, a więc dziś są tacy, a jutro już nagle zupełnie odmienieni. I odwrotnie. W związku z tym, nie wiedząc oczywiście, jak będzie, możemy liczyć na to, że ten letarg nagle pęknie z hukiem.
A co jeśli idzie o elity, a więc ludzi pokroju Pawła Śpiewaka i Anny Applebaum? Oni się już nie zmienią. Oni, jak można się było przekonać już dawno, a dziś tylko tę wiedzę z każdym dniem tylko potwierdzać, są całkowicie zakleszczeni. Albo w swojej historii z tym ich całym kulturowym i cywilizacyjnym bagażem, albo w tym czymś, co tak trudno nazwać, ale co ich tak fatalnie determinuje, i z pewnej perspektywy, czyni z nich potwory. Na nich nie można już liczyć. Jeśli dojdzie do ostatecznych decyzji i ostatecznych rozwiązań, nie będziemy ich ani przekonywać, ani edukować, ani zmieniać. I gdybym, jeśli mogę się pokusić o refleksję już całkowicie osobistą, miał im życzyć czegoś dobrego, to być może tylko to, by – jak prognozuje Jarosław Maria Rymkiewicz – zanim Polacy zaczną odzyskiwać niepodległość, oni sobie spokojnie umarli. Żeby ta śmierć była łagodna i cicha, i żeby ich przyłapała jeszcze zanim to oszustwo, które oni tak aktywnie przez lata budowali, i z którego sa dziś tak bardzo zadowoleni, wyjdzie na wierzch.
I niech oni te moje życzenia potraktują jako ostatni dobry gest pod ich adresem z mojej strony. Więcej już nie będzie.

PS. I jeszcze jedno. Gdyby ktoś chciał skierować do mnie pretensję, że ja, podejmując dyskusję z kimś takim jak Śpiewak, go tylko dowartościowuję, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że ja ze Śpiewakiem nie dyskutuję. Ja mu przekazuję pewną wiadomość. Jeśli natomiast dzięki temu, on się poczuje dowartościowany, to Bóg z nim.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...