Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Kukiz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Kukiz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2020

Kukiz vs. Kazik - nokaut w piątej


      Nie mam najmniejszego pojęcia, ilu z czytelników tego bloga interesuje się polską piosenką popularną, a tym samym, ilu z nich zainteresuje się też tym, co mam zamiar tu dzisiaj przedstawić, na tyle mocno by znieść tę notkę od początku do końca, no ale bywa i tak, że trzeba sobie stawiać pewne wyzwania. Podobnie zresztą było ponad już dziesięć lat temu, kiedy napisałem zatytułowany po prostu „Kukiz” i który jako jeden z pierwszych tu umieszczonych obciął liczbę  tego bloga sympatyków o połowę. O co poszło? Otóż wówczas jeszcze nie polityk, ale  zaledwie wyjątkowo nieudany artysta estradowy Paweł Kukiz, uznawszy, że patriotyzm zaczyna być w cenie, nagrał piosenkę o dwóch ruskich żołnierzach, chlejących nad zwłokami polskich oficerów, których osobiście chwilę temu zastrzelili. Piosenka ta, ponieważ przede wszystkim na poziomie czysto muzycznym przypominała wcześniejszy przebój tego samego Pawła Kukiza, w którym on wyszydzał jedną z najpiękniejszych pieśni eucharystycznych, a przy tym nawet nie ukrywała tego, że jej autor jest głęboko przekonany, że cokolwiek by przedstawiał, to przed sobą i tak ma bandę idiotów, którzy kupią wszystko, co im się przedstawi, zrobił na mnie takie wrażenie, że napisałem tamten tekst, w którym Kukiza zmieszałem z błotem. Pozwolę sobie tu przypomnieć owego tekstu najbardziej istotny fragment:       
      „Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści na Polskę, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
      Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem.
       Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, że i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
       No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej”.
      To było już dziesięć lat temu z górą i sprawa dotyczyła artysty wyjątkowo miernego. Każdy kto choć trochę interesował się polską muzyką rozrywkową, wiedział że na tle tego, z czym mieliśmy do czynienia przynajmniej przez minione 40 lat Kukiz akurat to było kompletne zero. Mało tego, on był  zerem nawet na tle wykonawców, którzy okupowaliby ową zerową pozycję, gdyby nie Kukiz właśnie. A zatem, jeśli ja się w ogóle zajmowałem wówczas Kukizem, to nie przez to, że on mnie interesował jako artysta estradowy, ale wyłącznie przez tego Rymanowskiego i TVN. Sam Kukiz jako artysta już wówczas był dla mnie dokładnie nikim.
        Czemu więc dziś po latach, w czasie gdy on nie to nawet że nie jest popularnym piosenkarzem, ale nawet jako polityk, pomaga już tylko Kosiniakowi-Kamyszowi w utrzymaniu się na politycznej scenie, postanowiłem o nim wspomnieć? Otóż on mi tu dziś służy wyłącznie jako ów dawny punkt zero. A stało się tak, że pokazał się nam w tych dniach nie kto inny, jak artysta Kazimierz „Kazik” Staszewski, i zamiast zaimponować nam swoim kolejnym artystycznym gestem, postanowił machnąć na tę całą sztukę ręką i się zwyczajnie, pardon me french, zesrać.
       Muszę przyznać, że gdy chodzi o polskich artystów estradowych, to ja mam zaledwie kilku, których toleruję, by nie powiedzieć – podziwiam. Są to przede wszystkim Wojciech Młynarski, Marek Grechuta, Polanie, Chochoły, wczesna Siekiera, Skaldowie, Dezerter ze swoją piosenką „Jestem głupi mam pierdolca”, Ewa Demarczyk, Republika, no i wreszcie ostatnio ów Kazik, czy to indywidualnie, czy ze swoim projektem o nazwie Kult. Dla mnie Kazik, choć jako jeden z nas, po prostu przeciętny bałwan, jednak jako artysta znaczył od zawsze naprawdę coś. A zatem, jeśli dziś wspominam Kukiza, a jednocześnie Kazika, to wyłącznie po to, by pokazać, że kiedy Kukiz spadał z poziomu zespołu Piersi, czy nawet Aya RL, który swoją drogą nie był nawet jego projektem tylko pewnego zdolnego Rosjanina, to tak naprawdę ów upadek był taki sobie. Jeśli jednak idzie o Kazika, to tu każda możliwa kompromitacja ma znaczenie potrójne. I nie chodzi nawet o to – choć tu, owszem, jego fani mają powody, by się zamartwiać – że on od pewnego czasu zdecydowanie traci dotychczasową energię. To samo akurat spotkało nawet kogoś tak wielkiego jak zespół Led Zeppelin. Rzecz natomiast w tym, że Kazik, co mieliśmy okazję niedawno zaobserwować, stoczył się nawet poniżej poziomu dotychczas zajmowanego przez Pawła Kukiza z jego zaangażowanymi społecznie kawałkami. Mało tego. On się stoczył poniżej Kukiza również na poziomie czysto muzycznym. Mało i tego – on od Kukiza zwyczajnie zgapił, a tym sposobem udowodnił, że stał się zwykłym tanim plagiatorem i dziś szoruje po dnie.
        Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja nie mam pretensji do obywatela Kazimierza Staszewskiego, że on nie lubi Prawa i Sprawiedliwości. To mnie akurat obchodzi najmniej, a poza tym, nie wykluczam, że już jutro mu się odwidzi i uzna, że ten Kaczor to jednak prawdziwy mistrz. Polityczne poglądy Kazika obchodzą mnie w stopniu żadnym. To co mnie natomiast martwi, to fakt, że jeden z moich absolutnie topowych polskich artystów, artystycznie właśnie, stoczył się poniżej Pawła Kukiza. A to jest naprawdę wydarzenie.
       Kazik, jako artysta, miał mnóstwo możliwości, by wyrazić swój stosunek do ogólnie rzecz biorąc polityki. I robił to wielokrotnie w sposób absolutnie mistrzowski, by wspomnieć choćby takie piosenki jak z jednej strony „Lewy Czerwcowy”, czy z drugiej „Wałęsa dawaj moje 100 milionów”, czy wreszcie „12 groszy”. I oto nagle dziś, kiedy wychodzimy z tej dziwnej pandemii, on nagrywa piosenkę o tym, że Jarosław Kaczyński poszedł na cmentarz. No ale niech będzie i to. Niech będzie, że to jest coś choć w części tak  potężnego, jak choćby ów „Lewy czerwcowy”. Tymczasem co my tu mamy? Parodię Kukiza we własnej osobie, z jego osobistymi talentami, jego gnuśnością i jego rzekomym cwaniactwem.
       Wspomniałem już na początku tej notki, że Kukiz nawet nie miał za bardzo z czego spadać, a jeśli mu poświęciłem swój dawny tekst, to tylko dlatego, że czułem wtedy jakiś poważniejszy smród, który nam zresztą towarzyszy do dziś. Gdy chodzi o Kazika, śmierdzi już tylko upadek kogoś, kto dawał nadzieję na to, że co by się nie działo, to pozostaje sztuka. Dziś okazuje się, że sztuki nie ma. Jest już tylko cień Kukiza.
       Jest jednak coś, co osobiście odbieram jak znak bardzo pozytywny. Otóż to, że oni postanowili walczyć na takim poziomie, to znaczy, że innego albo nie znają, albo nie mają do niego dostępu. A skoro tak, to należy podejrzewać, że po raz pierwszy od nie wiem jak dawna oni stracili to, co się nazywa „pop”. I teraz już nawet Zenek w Zakopanem ich nie uratuje.





sobota, 19 sierpnia 2017

Paweł Kukiz, czyli wieczna reaktywacja

Wczoraj na portalu tvn24.pl znalazłem informację, że gdzieś w Polsce interweniujący policjanci trafili na grupę lokalnej hołoty, która doprowadzili ich do stanu, gdzie jeden z nich zmuszony został do wyciągnięcia broni. Ponieważ całe zdarzenie było najpewniej prowokacją, a kolega jednego z żuli nagrał całą scenę komórką i film wysłał nastepnie do TVN-u, pojawiła się informacja, że oto mamy czasy, gdzie pisowska policja straszy niewinnych ludzi bronią. Portal tvn24.pl zwrócił się z prośbą o opinie w tej sprawie do posła Pawła Kukiza, a ten oświadczył co następuje: „Wierzyć się nie chce… Nie wiem, o co tam chodziło, więc oceniać nie będę (kto miał rację a kto nie, etc), ale całe to zdarzenie świadczy o tym, że Państwo wciąż jest teoretyczne. Panie Zieliński... Przed wojną minister za PP odpowiedzialny to po takich ‘akcjach’ - od Wrocławia zaczynając - w łeb by sobie strzelił. A nawet po wojnie partyjni koledzy z PZPR Piotrowicza odpowiedzialni za Milicję zmuszeni byliby do dymisji w trybie natychmiastowym. A Pan trwa. Na naszą zgubę. Prędzej czy później zapłacicie za to, co zrobiliście z Polską Policją. POPiSowa cenę”. W tej sytuacji ja po razam kolejny muszę zakłócić narracje tego bloga i wspomnieć tekst, a właściwie dwa, skomponowane w jeden wspólny, teksty jeszcze sprzed lat, na temat Pawła Kukiza właśnie. Z nadzieją, że ten dziwny człowiek dostanie wreszcie w ryj w taki sposób, że się raz na zawsze zamknie, a naród ze wstydem się zorientuje, jak się dał fatalnie nabrać. Polecam.


      W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
      Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
       Uderzające było podobieństwo owego przeboju do tego, co on odstawił pare lat wcześniej, a więc do piosenki o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, gdzie przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by stara kościelna pieśń „Pan Jezus już się zbliża”, brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Przede wszystkim identyczny był sam pomysł muzyczny. Zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta kolejna, to jarmarczne parodie gdzie Kukiz korzystał z identycznych środków. Wprawdzie za drugim razem, zamiast organów, słyszeliśmy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem.
      Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, że i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
      No ale i to nie było najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, było to, że do promowania piosenki o pijanych enkawudzistach, podobnie jak wcześniej o pijanym księdzu, zaangażowała się telewizja TVN24, która najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tym występem, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia.
     Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
     Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy ów dziwny pan zaatakował tak skutecznie polską wiarę, polska religijność i polski Kościół, a więc de facto Polski, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Jednak ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi – przyznaję to z prawdziwą przykrością – miał w sobie pewien estradowy poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno wspomnianą piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
      I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

„Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki
”.
       Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
       Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
       A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
       Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwilę temu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich ksiażek. Księgarnia znajduje się pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, a tam, panie – cuda i wianki.


sobota, 16 kwietnia 2016

Pan Kukiz już się zbliża - repryza

Dziś po raz kolejny wspominamy Pawła Kukiza, swego czasu zdolnego muzyka i aspirującego polityka, który pewnego dnia zobaczył karuzelę, wskoczył na nią i natychmiast z niej zleciał. Przed nami drugi odcinek, w postaci notki jeszcze z roku 2014 pod tytułem „Pan Kukiz już się zbliża”. Zapraszam:

W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy Kukiz, w celu zaatakowania polskiej wiary, polskiej religijności, polskiego Kościoła, w więc de facto Polski, napisał i rozpowszechnił w publicznej przestrzeni osobistą parodię eucharystycznej pieśni „Pan Jezus już się zbliża”, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi, i tak – przyznaję to z prawdziwa przykrością – miał w sobie pewien artystyczny poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

„Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki
”.

Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwilętemu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.

Zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

piątek, 15 kwietnia 2016

Kukiz - ostatnie wejście smoka

Miałem na dziś zupełnie inne plany, jednak wczorajszy widok Pawła Kukiza gratulującego sobie z Ryszardem Petru owego – historycznego już w pewnym sensie – „zwycięstwa”, zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłem najbliższe dni poświęcić właśnie jemu, Pawłowi Kukizowi, i przypomnieć dwa swoje starsze już teksty. Pierwszy z nich, zatytułowany po prostu „Kukiz” już dziś. Wrzesień 2009 roku. Jak ten czas leci!

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOko zgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo.
Oczywiście, wrzutki, o których piszę mają swoje wady. Choćby to, że tematy już gotowe, muszą poczekać. Ale to jest drobiazg. Jak trzeba, niech czekają. Szczególnie gdy ich bohaterem jest ktoś, lub coś, co nawet nie do końca zasługuje, by się tu znaleźć. Dziś, mam na głowie piosenkarza Pawła Kukiza. Piszę ‘piosenkarza’, choć nie do końca mam przekonanie, że to jest dobre określenie. Kukiz jest niewątpliwie byłym piosenkarzem, zdaje się, że w pewnym momencie swojej kariery, jak na polskie warunki, dość zdolnym. Jest też aktorem z doskoku, kompletnie nieudanym, no i przede wszystkim tzw. niedzielnym autorytetem. Co mam na myśli, mówiąc o ‘niedzielnych autorytetach’? Chodzi mi i pewną, niewielką grupę, głównie popowych artystów, którzy przez ogólnokrajowe media wykorzystywane są, od czasu do czasu, do załatwiania bieżących spraw, o których przeciętny obywatel ani nie ma pojęcia, ani tego pojęcia mieć nie powinien. Są to tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Krzysztof Skiba, Kora Jackowska, Liroy, czy właśnie Paweł Kukiz, którzy wprawdzie nie mają pojęcia o niczym, oprócz tego – być może – gdzie można kupić najlepszy towar w mieście, ale za to są wyszczekani i zawsze gotowi do tego, by przyjść do telewizyjnego studia i powiedzieć to co trzeba.
Paweł Kukiz jest oczywiście bardzo typowym przedstawicielem tego środowiska, z jedną jednak różnicą. O ile oni wszyscy są pozbawieni nawet śladu jakichkolwiek innych umiejętności, poza ględzeniem, Kukiz zachował jakąś szczątkową wersję tego, co się nazywa twórczością estradową. A w zawiązku z tym, kiedy on się pokazuje publicznie, to przynajmniej czasami oprócz tego, że gada co mu każą, śpiewa, co uważa za bezpieczne, a może nawet i korzystne. Pamiętamy go wszyscy sprzed lat, kiedy już był tylko byłym muzykiem, ale wciąż dopiero początkującym komentatorem, kiedy zyskał wielką, ogólnonarodową sławę piosenką zaczynająca się od słów „Ksiądz proboszcz już się zbliża”. Były artysta Kukiz, wymyślił sobie swój akt w ten sposób, że, korzystając z melodii kościelnej piosenki eucharystycznej, śpiewanej przez pobożne polskie dzieci podczas ich Pierwszej Komunii, stworzy zupełnie nowy utwór, który wyszydzi Kościół, jako środowisko pijaków i złodziei. Pomysł Kukiza bardzo zgrabnie się wpisał w ówczesną atmosferę bardzo agresywnego antyklerykalizmu i przyniósł mu wielką sławę i zapewne bardzo duże pieniądze.
Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a w wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem. Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, ze i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej.
Żeby nie pozostawiać najmniejszej wątpliwości co do tego, o czym chcę dziś mówić. Nie chodzi mi specjalnie o to, że władze wykorzystuję kulturę pop do swoich nędznych interesów. W końcu, to się dzieje cały czas. Pamiętamy pewnie wciąż, jak w czasach kiedy Jerzy Buzek jeszcze nie był wielkim, wspaniałym, poważnym europejskim polityka o najszlachetniejszej w świecie siwiźnie, ale Buzkiem, z którego szydziło każde dziecko, Krzysztof Skiba, wówczas jeszcze muzyk, a nie polityczny komentator, podczas któregoś z koncertów dowcipnie wypiął na Premiera swój spasiony tyłek. To jest na tyle bzdura, że dziś nawet nie warto Skiby pytać, czy on, w swoim niezależnie myślącym łbie, wciąż uważa Buzka z kogoś, komu można tylko pokazać dupę. Ani nie ma po co, ani nie ma jak. W końcu nawet, gdybym go spotkał na ulicy, to co mi to da, że się napnę? Przecież to głupek.
I taki to jest ten nasz los. Los ludzi, otoczonych z jednej strony przez zakłamanych polityków, dziennikarzy, socjologów, politologów, psychologów, a z drugiej strony przez wynajmowanych przez nich tandeciarzy, których jedynym sukcesem i zasługą jest to, że w tych smutnych wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy władze stanu wojennego, w celu uwiarygodnienia swojej zbrodni, znaleźli się w odpowiednim miejscu, a umieli trochę grać na jakimś instrumencie. Jednych i drugich, zresztą, z kolei, wynajętych przez kogoś stojącego znacznie wyżej, tyle że, jeśli idzie o to, kto to taki, to nam już akurat nic do tego. A po co to wszystko? Tu nam akurat też nic do tego.

Przypominam, że w księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books są do nabycia moje książki. Szczerze zachęcam.

niedziela, 31 maja 2015

Ruch umarł, niech żyje ruch, czyli kto kogo rucha

Ledwo co Andrzej Duda został Prezydentem Rzeczypospolitej, a już zaczęły się rozmowy na temat tego, co dalej, i jak widać aż nazbyt jasno i wyraźnie, jesień musi przynieść przetasowania, jakich dotychczas nie mieliśmy raczej okazji oglądać. „Newsweek” publikuje sondaż, wedle którego Prawo i Sprawiedliwość niesione na fali sukcesu Dudy uzyskuje poparcie w wysokości 36 procent, Platforma Obywatelska spada na procent20, natomiast między nimi pojawia się nagle Paweł Kukiz ze swoim tak zwanym „obywatelskim” projektem. Zjawia się ów Kukiz – co dziwne, akurat w momencie, gdy od czasu ogłoszenia wyników wyborów pies z kulawą nogą go nie widział żywego ni martwego – a my stajemy na baczność i zaczynamy spekulować, jak to będzie fantastycznie, kiedy to PiS wraz z – póki co, nawet formalnie nie zdefiniowanymi – ludźmi Kukiza obejmie w Polsce władzę.
Przepraszam bardzo, ale gdyby nawet przyjąć, że ja ostatnio oszalałem i uznałem, że Paweł Kukiz to w istocie rzeczy jest najbardziej odpowiedni partner do naprawiania Polski z upadku, do którego nas doprowadzili ludzie Platformy, nie bardzo jestem w stanie sobie wyobrazić, jak owa „Drużyna Pierścienia” miałaby wyglądać. Proszę bowiem spojrzeć, jak – gdyby przyjąć, że rzeczywiście cokolwiek z „projektu Kukiz” wyjdzie – można przewidywać dalszy rozwój wypadków. Otóż, kiedy już Kukiz wróci z wypoczynku, przełamie swoją jak się zdaje całkowicie naturalną gnuśność, zamieści na swoim blogu przynajmniej jeden komentarz i zabierze się za prowadzenie kolejnej kampanii, będzie musiał się zabrać za budowanie w całej Polsce tak zwanych struktur. A musimy pamiętać, że struktury to nie tylko pieniądze, ale i ludzie, a tych ludzi powinno się zgłosić naprawdę niemało. Do tej roboty więc będzie musiał Paweł Kukiz wynająć sobie osobę obrotną, ambitną, odpowiednio zdolną, która się tym wszystkim zajmie, ale ponieważ rozumiem, że on już kogoś takiego ma, zakładam też, że owe struktury powstają i już zaczynają przyjmować członków. Nie wykluczam nawet, że to z tego powodu, że był bardzo zajęty, Paweł Kukiz nie miał czasu, by się stawić przedwczoraj w pałacu w Wilanowie. Z tych wszystkich osób, które zadeklarowały swoją obywatelską, bo przecież nie broń Panie Boże partyjną aktywność, trzeba będzie stworzyć w każdym okręgu listy kandydatów do parlamentu – listy, jak rozumiem, naprawdę mocne – i je następnie zarejestrować.
A ja się zastanawiam, kogo Kukiz znajdzie na tyle dobrego i zdolnego do poprowadzenia odpowiedniej kampanii, kto ostatecznie pozwoli mu zdobyć tyle dużo głosów, by ostatecznie przekroczyć ów pięcioprocentowy próg i wejść do parlamentu? No ale też chciałbym wiedzieć, kto się ostatecznie znajdzie na tych listach. Jak znam życie, powstaną te struktury, zaczną się zgłaszać ludzie, każdy będzie chciał otrzymać jak najlepsze miejsce na liście… i kto się tam znajdzie? Ja naprawdę nie chcę być dziś złośliwy, ale nie mogę się powstrzymać: Kuba Wojewódzki? Kulomiot Majewski?
Ja pamiętam, jak odbywał się nabór do nowopowstałego Ruchu Palikota, pierwszego tak zwanego „antysystemowego” projektu w nowej Rzeczypospolitej… wróć! Drugiego, tak naprawdę, bo pierwszym, jak pamiętamy, była Polska Partia Przyjaciół Piwa, tyle że wtedy, o ile dobrze sobie przypominam, próg wyborczy był bardzo niski, lub w ogóle go nie było. A zatem, startując z pozycji kogoś, kto wreszcie zrobi porządek z dyktaturą Kościoła w Polsce, pod niezwykle nośnym hasłem powszechnej apostazji, Palikot zebrał w każdym miejscu kraju najbardziej znanych antyklerykałów, homoseksualistów, lesbijki, transwestytów, czy wreszcie zwykłych starych esbeków, a ci którzy albo byli znani z telewizji, albo mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by sobie kupić pierwsze miejsca na liście, stworzyli dziś już nieistniejący klub. No ale wtedy też z jednej strony był ten Palikot ze swoimi pieniędzmi i sponsorami z pieniędzmi jeszcze większymi, z drugiej owa antykościelna dzicz, a więc przynajmniej na dobry początek, jakoś się im udało.
Dziś po nich zostało już tylko smutne wspomnienie, ale ja chciałbym przede wszystkim wiedzieć, jacy ludzie zgłoszą się do Pawła Kukiza z prośbą, by on ich umieścił na czołowych miejscach list wyborczych, ilu ich tam będzie, no a przede wszystkim, co oni zaoferują, by on spojrzał na nich przychylnym okiem. Co to będą za ludzie? Co ich będzie łączyło poza przekonaniem, że największym złem jest tak zwana „partiokracja” i że tylko JOW-y mogą zaprowadzić w Polsce prawdziwą władzę ludu? Czy to będą osoby wierzące, czy wręcz przeciwnie? Czy to będą polscy patrioci, czy tacy, dla których Polska jest zaledwie pustym dźwiękiem? Czym dla nich okaże się być Smoleńsk i wszystko to, co się z nim wiąże? No i, co wcale nie najmniej ważne, czy znajdzie się tam jakiś znany gej w rodzaju pisarza Witkowskiego? Przepraszam bardzo, ale czemu nie? W końcu każdy głos się liczy, a Wojewódzki z Witkowskim są w stanie nazbierać ich odpowiednio dużo. A jeśli do tego dojdzie sam Zbigniew Hołdys? On, jestem pewien, też nie ma nic przeciwko JOW-om no i nienawidzi tego partyjnictwa. Zwłaszcza ostatnio.
To są te moje myśli, jakimi troszkę żyję w ostatnich dniach. Ja wiem, że one mogą robić nieco wrażenie niepoważne, ale proszę nie dać się zwieść – dziś nie ma czasu na żarty. Jak mówię, nadchodzi wiatr.

Wszystkim, którzy ostatnio kupili moje książki dziękuję i gratuluje dobrego wyboru, a przy okazji zachęcam pozostałych do odwiedzania sklepu pod adresem www.coryllus.pl. Wszystko czego potrzebujecie, jest tam i tylko tam.

środa, 27 maja 2015

Paweł Kukiz, czyli jak się nadziać na własny łokieć

Wybory wreszcie się skończyły, a ja, pomijając oczywistą radość i satysfakcję z faktu, że Andrzej Duda tak pięknie usunął z naszego kosmitę, zanotowałem dwie bardzo istotne dla mnie fakty. Pierwszy z nich to ten, że, jak widać wyraźnie, sprzyja nam zarówno ziemia, jak i niebo, a skoro tak, to przyszłość widzę bardzo kolorowo. Drugi natomiast to ten, że problem Pawła Kukiza dla nas zdechł w sposób całkowicie naturalny i jednoznaczny, a najlepszym dowodem na to były wyniki badań, z których się dowiedzieliśmy, że ów rzekomo strasznie patriotycznie pobudzony elektorat, to niemal w połowie zawiedzeni wyborcy Palikota i Platformy, a cała reszta to ci, dla których Duda, to mniejsze zło. A skoro tak, to chyba nie muszę tłumaczyć, czym dla mnie dziś jest Kukiz.
Jest jednak jeszcze coś, co mi kazało uznać, że z tego Kukiza nie dość, że nie będzie dla nas żadnego pożytku, to jeszcze nie będzie żadnego pożytku dla nikogo. Otóż, jak pewnie część z nas zdążyła zauważyć, niedoszły prezydent Kukiz założył w Salonie24 kolejne – obok dotychczasowego PKukiz – konto, sygnowane tym razem już pełnym imieniem i nazwiskiem, nie wiadomo po jaką cholerę zamieścił na nim pięć notek, pod którymi otrzymał ponad tysiąc komentarzy i na które odpowiedział zaledwie jeden raz, blogerowi Amsternowi, a co szczególnie zabawne, zrobił to nie sam, lecz paluszkiem swojego asystenta, w taki oto sposób:
„Paweł jest na zasłużonym urlopie, proszę wierzyć, że będzie odpowiadał. Ci co znają go np: z facebooka, wiedzą to doskonale. Sam odpowiada. Musi odpocząć i nauczyć się serwisu. Cierpliwości”.
Ponieważ, jak już wcześniej zaznaczyłem, Paweł Kukiz na salonie24 urzęduje od dawna, i to w dodatku, z tego co osobiście miałem okazję zauważyć, radzi sobie z tą podobno niezwykle skomplikowaną materią bardzo dobrze, muszę założyć, że powyższy komentarz to najzwyklejszy na świecie kant, na który jeśli ktokolwiek może dać się nabrać, to jego adresat, czyli bloger Amstern. A skoro tak, to ja z tego wyciągam następującą sekwencję wniosków:

1. Paweł Kukiz to klasyczny figurant;
2. Projekt „Kukiz” to zwykła prowokacja, która nie wypaliła i z której nic już nigdy nie będzie;
3. Sam Kukiz, jeśli on faktycznie bierze jakikolwiek udział w tej hucpie, jest typem tak dramatycznie gnuśnym, że nawet jeśli do jesieni z tego czegoś coś się faktycznie jeszcze wykluje, to coś w wyborach do parlamentu nie przekroczy progu wyborczego.

A w tej sytuacji wszystko wskazuje na to, że jedyną partią, jaka zaliczy owe przepisowe 5 procent poza PiS-em będą Balcerowicz z Petru, i to też jedynie po to, by kiedy świat zacznie nam wymyślać, że Kaczory z Dudą zaprowadziły w Polsce dyktaturę, miał jeden argument mniej.

Zapraszam oczywiście wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Napięcie okołowyborcze zaczyna nas z pewnością powoli opuszczać, więc cóż przyjemniejszego na nadchodzące słoneczne dni, niż dobra książka na chłodny wieczór.

poniedziałek, 11 maja 2015

Paweł Kukiz, czyli Mars napada

Proszę więc sobie wyobrazić, że jakiś czas temu moja młodsza córka bardzo późnym wieczorem polazła do parku ze swoimi znajomymi, żeby tam sobie posiedzieć i poczuć nastrój wiosny. Ja osobiście, mimo że mam już niemal 60 lat, w mój park o tej porze dotychczas się nie zapuszczałem, no ale ponieważ moje dziecko to jest taka dziewczynka, która w piątej klasie szkoły podstawowej tak rozjuszyła parę swoich nauczycielek, że po dwóch miesiącach w dzienniku miała 30 jedynek, ona naprawdę mało czego się boi. Poszli więc tam w trójkę i oto w pewnym momencie dosiadł się do nich jakiś ponury obywatel i zaczął im opowiadać o swoim życiu, w większości związanym na zmianę z pobytem w więzieniu i z działalnością przestępczą. Tak więc siedzieli oni sobie w czwórkę i gawędzili, i w pewnym momencie obywatel-przestępca wspomniał coś na temat polityki i zadeklarował, że on się polityką nie interesuje, na wybory nie idzie „bo to wszystko jedna banda”.
Wtedy to właśnie kolega córki zapytał „A Kukiz?”, na co ich nowy kumpel zareagował mniej więcej tak: „Kukiz? Mówisz mi o człowieku, który na Jarocinie rzucił się ze sceny w tłum i zleciał prosto na ryj, bo nikt go nie złapał? I to jest ktoś, kto chce być prezydentem? Stary, to ja już faktycznie wolę tego Dudka”.
Ja na Jarocinie byłem raz, tyle że bardzo przelotnie i na ten temat, poza paroma drobnymi anegdotami, mam bardzo mało do powiedzenia. Znam natomiast wczesną twórczość Kukiza i jego rosyjskiego kumpla Czerniawskiego, i choć oczywiście nie mam sposobu by wiedzieć, czy historia przyniesiona mi z parku przez moje dziecko jest prawdziwa, czy nie, jestem w stanie sobie bardzo dobrze wyobrazić scenę, kiedy to Kukiz postanawia się artystycznie rzucić w zgromadzoną publiczność… i spada w ten piach. Przepraszam bardzo, ale jak by nie patrzeć, to jest czynnik decydujący. Ja wprawdzie widziałem w necie program „Kropka nad i”, gdzie Paweł Kukiz dyskutował z Pawłem Olszewskim z Platformy i tego Olszewskiego, jak to ci durnie lubią określać, „zmasakrował”, jednak jeśli ktoś tu ma jakieś oryginalne myśli chciałbym zapewnić: Olszewski to głupek. Jego akurat „zmasakrować” potrafiłoby nawet małe dziecko. „Zmasakrować” kogoś takiego jak Olszewski naprawdę nie jest wielką sztuką. Natomiast tu mamy wymiar zupełnie szczególny. Rzucić się w tłum i spać na mordę się nie zdarza. Żeby odstawić coś takiego trzeba talentu wyjątkowego. Mniej więcej na miarę zespołu Aya R.L.
I to są moje refleksje, gdy chodzi o Pawła Kukiza. Czemu jego? Otóż wczoraj dostaliśmy szacunkowe wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich, a ja, ciesząc się oczywiście z sukcesu Andrzeja Dudy i z porażki prezydenta Komorowskiego, myślę sobie, że tak naprawdę prawdziwa moja radość sprowadza się do tego, że ów Kukiz pozostał na tych 20 procentach i to jest wszystko na co jego było kiedykolwiek stać.
Każdy kto oglądał wczorajsze wystąpienia Kukiza, miał zapewne też okazję zwrócić uwagę na wręcz rewolucyjne szaleństwo, jakim się on popisał w pierwszym po ogłoszeniu wyników wyborów wystąpieniu, tylko po to, by już chwilę później, w rozmowie z Monika Olejnik, nie oglądając się zupełnie na to, co zostawił za sobą, oświadczyć ni mniej ni więcej jak to, że jeśli idzie o współpracę z Systemem, to on stoi „jasny i gotowy”.
Obejrzałem wczoraj oba wystąpienia Pawła Kukiza i powiem szczerze, że to, co zobaczyłem, przekroczyło tak naprawdę moje najgorsze podejrzenia, gdy chodzi o tego kosmitę. A w tej sytuacji ja mam już do niego tylko jedno przesłanie, i niech mi wszyscy wybaczą ów knajacki styl, ale w końcu nie ja wymyśliłem tę okazję: Panie! To coś Pan osiągnął wczoraj, to szczyt. Dalszego ciągu nie będzie. Do końca roku, politycznie przestaniesz Pan istnieć dokładnie tak samo, jak wiele lat temu przestałeś Pan istnieć, jako artysta estradowy. I dzięki Bogu, bo kogoś takiego jak Pan, świat naszej polityki nie widział. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, już nawet Palikot budził większe zaufanie. A zatem – spieprzaj dziadu!
I to jest bardzo poważny koniec tej notki.

Jak zwykle serdecznie zachęcam do kupowania moich książek. Wszystkie są dostępne pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69.

poniedziałek, 4 maja 2015

Pan Kukiz się zbliża, czyli ostatnia prosta

Wkraczamy w ostatni tydzień przed wyborami, i z tego co widzę, na Bronisława Komorowskiego w obecnej chwili – poza może niektórymi starszymi już bardzo ludźmi, którzy jeszcze z czasów PRL-u zachowali w głębi serca przekonanie, że jakakolwiek by ona nie była, władza to jednak władza i lepiej z nią nie zadzierać – głosować nie zamierza już nikt. W dodatku, w ostatnich dniach, jakimś przedziwnym cudem, najwyraźniej ostatnie niedobitki z tych, którzy najdłużej ze wszystkich nie potrafili się zorientować, że głosowanie na Komorowskiego to oczywisty wstyd, niejako rzutem na taśmę, postanowiły przenieść swój głos na Pawła Kukiza, co może sprawić, że Andrzej Duda wygra te wybory już w pierwszej turze, ewentualnie, w najgorszym wypadku, będzie musiał się jeszcze zmierzyć z tym całym Kukizem.
Ktoś powie, że w tej sytuacji, ja powinienem tego biedaka zostawić, by spokojnie sobie dogorywał, a zamiast niego wziąć się dziś za Kukiza właśnie. Otóż nie. Raz, że wszystko to, co ja bym dziś na temat Kukiza miał ochotę powiedzieć, niechybnie sprowokowałoby tego pieniacza do wytoczenia mi procesu, a ja nie mam ani zdrowia, ani czasu, by się z nim przepychać, a poza tym, w moim odczuciu, to że tak dużo ludzi chce głosować na Kukiza, to i dla nas lepiej. Niech oni nadal uważają – zwłaszcza ci młodsi i głupsi – że to bardzo zdolny artysta, niezależny polityk, szczery bojownik o Polskę i w ogóle super-facet, i niech na niego głosują. On i tak nie wygra, a każdy głos zabrany temu nieszczęśnikowi, to kolejny krok do zwycięstwa Dudy. A więc, niech on się tam dalej popisuje swoim cwaniactwem. Dziś może tylko zamieszczę tu klip z piosenką o nawalonym proboszczu, która swego czasu Kukizowi przyniosła sławę i pieniądze, by może jeszcze paru durniów pomyślało, że choć na Komorowskiego z pewnością można zawsze liczyć, to nikt jak Kukiz właśnie nie dopieprzy Kościołowi tak, by ten się przestał wreszcie bezczelnie panoszyć po Polsce. W kolejnych już jednak dniach, które będą nas prowadzić do niedzieli 10 maja, ja już się tylko będę zajmował tymi dwoma. Nim i tym jego hipopotamem.
Przypominam przy okazji, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl i zapraszam. A teraz już słuchamy prawdziwego arcydzieła. I ja wcale nie ironizuję. To jest arcydzieło jak najbardziej.

środa, 22 kwietnia 2015

Myszy i ludzie, czyli czy Andrzej Duda to przypadkiem nie Żyd?

Ponieważ paru naszych znajomych postanowiło w ostatnich dniach ujawnić swoje zamiary wobec zbliżających się nieubłagalnie majowych wyborów i owe deklaracje zrobiły nie tylko na mnie pewne wrażenie, pomyślałem, że tym razem nie napiszę zwykłej notki, w której będę im wszystkim po raz setny tłumaczył jak sztachecie w płocie, że pycha to grzech, ale opowiem im dowcip. Posłuchajcie:
Do dyrektora cyrku przyszedł skromny pan ze skromną walizeczką i zaproponował swoje usługi. Kiedy dyrektor poprosił go, żeby pokazał, co potrafi, ten otworzył walizeczkę, z której natychmiast wyskoczyły myszy we frakach, wyciągnęły muzyczne instrumenty, rozłożyły pulpity z nutami, usiadły na specjalnie przygotowanych krzesełkach, jedna z nich zajęła miejsce dla dyrygenta, inna stanęła ze skrzypcami obok i wszystkie zaczęły najpiękniej na świecie grać „Cztery pory roku” Vivaldiego. Gdy występ dobiegł końca, myszy się grzecznie ukłoniły, złożyły sprzęt, wskoczyły z powrotem do walizki, człowiek w garniturze walizkę zamknął i spojrzał wyczekująco na dyrektora. Dyrektor chwilę pomyślał i odpowiedział: „No wie pan, nie będę ukrywał, że jestem pod wielkim wrażeniem. Czegoś podobnego w życiu nie widziałem. Jest jednak pewien kłopot. Czy ta trzecia od lewej w drugim rzędzie to przypadkiem nie Żyd?”
A teraz, durnie, możecie się zacząć śmiać. Albo pluć ze złości. Dla mnie to i tak bez znaczenia.

Całą resztę zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Polecam serdecznie.

czwartek, 5 czerwca 2014

Pan Kukiz już się zbliża

W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy Kukiz, w celu zaatakowania polskiej wiary, polskiej religijności, polskiego Kościoła, w więc de facto Polski, napisał i rozpowszechnił w publicznej przestrzeni osobistą parodię eucharystycznej pieśni „Pan Jezus już się zbliża”, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie e najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi, i tak – przyznaję to z prawdziwa przykrością – miał w sobie pewien artystyczny poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

„Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki”.

Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwile temu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.

Wszystkim przyjaciołom tego bloga dziękuję za pamięć, szczególnie w tych dniach, i proszę o dalszą obecność. Zachęcam niezmiennie do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam już są do nabycia ostatnie egzemplarze wyboru moich wczesnych felietonów, pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i po niezwykle atrakcyjnej cenie 15 zł. plus wysyłka. Naprawdę warto.

środa, 2 kwietnia 2014

Czy Paweł Kukiz zastąpi Kevina Spacey w reklamie BZWBK?

Proszę sobie wyobrazić, że kupiłem, lub dokładniej mówiąc, na moje wyraźnie sformułowane zamówienie, kupiła moja żona, najnowszy numer tygodnika „Do Rzeczy”. I tu od razu muszę wyjaśnić, skąd nam się to nagle wzięło, żeby wydawać całe 5 złotych 90 groszy na kupowanie tygodnika „Do Rzeczy”. Oczywiście, nie poszło o to, że postanowiliśmy zamienić „W Sieci” na „Do Rzeczy”, bo to by było jak wchodzić z deszczu pod rynnę; nie chodziło też o to, że nagle zatęskniłem za publicystyką Rafała Ziemkiewicza, Waldemara Łysiaka, czy Tomasza Terlikowskiego; powodem tego nawet nie była okładkowa zapowiedź przeprowadzonej przez Lisickiego z kolegami ankiety pod tytułem „Czy jesteśmy gotowi umrzeć za Polskę”, gdzie na ów fascynujący temat wypowiadają się takie gwiazdy jak ks. Isakowicz-Zaleski, Jan Pietrzak, Jan Pospieszalski, Paweł Kukiz lub Robert Radwański. Powód był znacznie mniej dramatyczny. Otóż, jak wiedzą niektórzy, wśród wielu szczerych kumpli tego bloga, a przez to i moich kumpli osobistych, są profesorowie Czachor i Cieszewski, którzy ostatnio, jak wiemy, rozprawiają sobie na temat pewnej ruskiej brzozy i stanu, w jakim ona się znajduje cztery lata po pewnej sobocie, która na zawsze zmieniła nasze życie. Kiedy więc dowiedziałem się, że mój kumpel Marek Czachor udzielił wywiadu tygodnikowi „Do Rzeczy”, uznałem, że muszę sobie to coś kupić, choćby po to, by zobaczyć, jak wygląda Czachor na zdjęciu, które będzie choćby minimalnie większe i wyraźniejsze od tych, które można sobie obejrzeć gdzieniegdzie w Internecie.
Zdjęcie obejrzałem, szczerze przyznaję, że bardzo mi się podobało, natomiast to co zrobiło na mnie wrażenie największe, jeszcze zanim doszedłem do Czachora, to fakt, że Lisicki, wydając swój fantastyczny tygodnik Lisickiego, niepostrzeżenie przeszedł na papier gazetowy. A to by świadczyło o tym, że dochodzące do mnie plotki jakoby z tym towarzystwem od samego początku było coś nie tak, a sesja zdjęciowa, przy okazji której magazyn Press obwiązał Lisickiego sznurkiem, nie była w żaden sposób przypadków wybrykiem, okazują się prawdziwe.
Wygląda więc dziś tygodnik „Do Rzeczy” jak peerelowska, utrzymywana przez SB solidarnościowa bibuła, i wiele wskazuje na to, że te podobieństwa na tym się nie wyczerpują. Przedzieram się przez ten papier i z każdą kolejną chwilą nabieram pewności, że jeśli to się da jeszcze trzymać w ręku, to pewnie tylko po to, by Lisicki z kolegami mogli przepisaną im rolę wypełnić do końca, no i żeby można było odczytać reklamy, jakie tam zamieszczają poszczególni sponsorzy, czyli w tym akurat wydaniu Bank BZWBK (dwukrotnie) i znany nam skądinąd Mazgaj ze swoim Krakowskim Kredensem.
I te reklamy, powiem uczciwie, to jest coś zupełnie niewyobrażalnego. I pies już ganiał tego Mazgaja. Jego pewnie sam ksiądz Sowa poprosił osobiście, żeby pomógł Lisickiemu i Terlikowskiemu, a on znowu nie ma powodu, by się aż tak upierać, natomiast na mnie robi wrażenie ten bank. Mamy owe całostronicowe zielone reklamy z Kevinem Spacey w roli głównej, te ciężkie, jak się domyślam, dziesiątki, czy może setki tysięcy złotych, tak naprawdę – gdybyśmy tylko na chwilę zapomnieli o tym, że niekiedy idea jest ważniejsza, niż pieniądz – wyrzucone w błoto, a między jedną a drugą mamy tę ankietę, w której znani ze swojego patriotyzmu celebryci opowiadają, jak by się oni zachowali, gdyby napadli na nas Ruscy.
To też zresztą jest interesujące. Proszę sobie wyobrazić, że wśród tych niemal dwudziestu wypowiedzi, tylko Kukiz chwali się, że ma w domu kilka sztuk broni, do której sobie nawet ostatnio dokupił tysiąc naboi, i którą trzyma na wypadek, gdyby z powodu wojny zabrakło mięsa w sklepach i trzeba by było samemu iść do lasu polować, albo po to, by zastrzelić sołdata, który będzie próbował zgwałcić jego córkę, lub żonę, natomiast reszta albo coś pieprzy o tym, że jeśli będzie wojna, to wojna atomowa, więc i tak nie będzie okazji poświęcać życia, albo (słuchajcie, słuchajcie) tak naprawdę prawdziwą wojnę mamy nie ze strony Ruskich, ale banków. Czy również banku BZWBK, tego się już nie dowiadujemy.
I tak to się plecie historia tych naszych prawicowych mediów, które, co już tu parokrotnie wieszczyłem, po wyborczym tryumfie Prawa i Sprawiedliwości staną się mediami reżimowymi, i dopiero wtedy pokażą nam, gdzie raki zimują. A ja już tylko się zastanawiam nad jednym. Oto mamy tego Lisiewicza, zaraz po Lisiewiczu idą Czachor z Cieszewskim, po tych dwóch lezą Kukiz z Pospieszalskim i profesor Nowak z Krakowa, a skoro już jesteśmy w Krakowie – i ja wcale nie żartuję – mamy oczywiście Macieja Stuhra, który opowiada, jak to dla niego Ojczyzna stanowi „jedną z największych wartości”, po Stuhrze przychodzi Marcin Prokop w tym samym nastroju, a potem mamy ten Krakowski Kredens i bank BZWBK z Kevinem Spaceym, no a dalej już Terlikowski, Ziemkiewicz, Gociek i, gdyby ktoś sobie wyobrażał nie wiadomo co, również jak najbardziej Sławomir Cenckiewicz. I chciałbym wiedzieć, co z tego jest naprawdę, a co na niby. Czy naprawdę jest Cenckiewicz, a Krakowski Kredens na niby? Czy może na niby jest Ziemkiewicz, a naprawdę mamy tylko Lisickiego i Kevina Spacey? A może jest tak, że to wszystko jest naprawdę, tak jak przed czterema laty ten samolot naprawdę walnął w błoto i rozbił się na 60 tysięcy kawałków, i jak dziś naprawdę mój kumpel Marek Czachor toczy swoje spory z innym moim kumplem prof. Cieszewskim z Ameryki, tyle że to mnie się coś w głowie poprzestawiało i przestałem rozróżniać prawdę od fikcji?
Dziś jednak tego nie rozstrzygniemy. Musimy z tym poczekać przynajmniej do czasu, gdy z Czachorem, albo z Cieszewskim rozmowę dla swojego tygodnika przeprowadzą bracia Karnowscy. Tam przynajmniej nie będzie ani Kukiza, Terlikowskiego, ani Stuhra, ani Krakowskiego Kredensu z Kevinem Spaceym, lecz zaledwie Artur Żmijewski z obietnicą niższego oprocentowania pożyczek w SKOK-ach. Przynajmniej tyle.

Jak zwykle, proszę wszystkich, którym spodobał się ten tekst i którym w ogóle miło jest spędzać czas na tym blogu o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, jak już wielokrotnie podkreślałem, jest po nas. Dziękuję. Przy okazji chciałem poinformować, że w najbliższą sobotę i niedzielę w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich będziemy z Gabrielem podpisywali nasze książki, w tym tę najnowszą o angielskim listonoszu.

niedziela, 21 lipca 2013

Nie ma Kaczorów - Polska prawica rośnie w siłę

Zgodnie z naszym weekendowym zwyczajem, przesyłam tu kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". mam nadzieję, że się spodoba.


A było tak. Felietonista tygodnika „Do Rzeczy”, słynny aktor, muzyk, kompozytor, pieśniarz, autor patriotycznych songów, przywódca ruchu na rzecz wprowadzenia do polskiego systemu wyborczego tak zwanych JOW-ów, Paweł Kukiz, napisał swój kolejny felieton – jaki felieton, o czym, i w jakiej sprawie, tego oczywiście wiedzieć nie mogę – i zakończył go zdaniem: „Szczecińscy radni PiS mają swoje kaczki”.
Widząc, co się dzieje, i co jeszcze stać się może, redaktor naczelny tygodnika, Paweł Lisicki, postanowił ratować sytuację, i owo zdanie Kukizowi zmienił w taki sposób, żeby po kaczkach nie zostało śladu. Kiedy Kukiz zorientował się, co mu uczyniono, wzięła go jasna cholera i ogłosił na Facebooku, że on akurat „kultu Kaczora” uprawiać nie zamierza, i że z Lisickim koniec.
W tym momencie, polskie środowiska prawicowe ogarnęła panika, o której natychmiast poinformował – prawicowy jak najbardziej – portal fronda.pl. W tej sytuacji, Lisicki natychmiast wysłał do Kukiza swoich umyślnych, którzy go serdecznie przeprosili, sprawę wyjaśnili… no i ostatecznie, po długich godzinach niepewności, co do przyszłości polskiej prawicy, Kukiz wydał oświadczenie następującej treści:
„Zareagowałem troszkę emocjonalnie na zmiany w felietonie, przyjmując, że intencją redakcji była obrona nienaruszalności imienia Jarosława Kaczyńskiego. Wyjaśniono mi, że intencja była zupełnie inna i to wyjaśnienie rozumiem. Chodziło o niefortunne użycie przeze mnie słowa ‘kaczki’. Liczba mnoga rzeczywiście mogła w tym wypadku zostać odebrana, jako naruszenie dobrej pamięci śp. Lecha Kaczyńskiego. Powinienem był napisać w liczbie pojedynczej i wówczas sprawy by w ogóle nie było”.
Od tego momentu wszystko poszło z górki. Redakcja „Do Rzeczy” zamieniła „kaczory” na „kaczora”, „Fronda” swój kasandryczny tekst z portalu usunęła, polscy patrioci odetchnęli z ulgą, zdrajcy pogrążyli się w swojej w bezsilnej wściekłości, i wszystko wróciło do normy.
A ja mam niestety problem. Bo wiem, że niby powinienem się cieszyć, że nie ma nieprzyjaciół na prawicy; że prawdziwym wrogom nie udało się nas podzielić; że droga do przyszłego zwycięstwa stoi otworem. I oczywiście, cieszę się bardzo, jednak jest coś, co każe mi się troszkę martwić. Bo oto, trochę w formie pokłosia po tym, do czego doszło między redakcją „Do Rzeczy”, a Pawłem Kukizem, dotarła do mnie informacja, że sprawą zajęła się „Gazeta Wyborcza”. Kiedy wydawało się, że im powinno było pójść w pięty, i że powinni się starać sprawę, jako kolejny sukces polskiej prawicy, przemilczeć, oni o tym, jak najbardziej napisali. W dodatku nie pokusili się nawet o najbardziej skromny komentarz. Zwyczajnie zrelacjonowani sprawę, a następnie tylko przypomnieli:
„’Do Rzeczy’ to prawicowy tygodnik, którym kieruje Paweł Lisicki. Tworzą go w większości byli publicyści ‘Uważam Rze’. Pismo ukazuje się od stycznia. Kukiz współpracuje z tygodnikiem od pierwszych numerów”.
Przepraszam bardzo, ale coś mnie w tym wszystkim niepokoi. Co to ma, do ciężkiej cholery, znaczyć, że oni nagle są tacy zadowoleni? Cholerni Żydzi!

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.

sobota, 19 września 2009

Kukiz

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOkozgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo.
Oczywiście, wrzutki, o których piszę mają swoje wady. Choćby to, że tematy już gotowe, muszą poczekać. Ale to jest drobiazg. Jak trzeba, niech czekają. Szczególnie gdy ich bohaterem jest ktoś, lub coś, co nawet nie do końca zasługuje, by się tu znaleźć. Dziś, mam na głowie piosenkarza Pawła Kukiza. Piszę ‘piosenkarza’, choć nie do końca mam przekonanie, że to jest dobre określenie. Kukiz jest niewątpliwie byłym piosenkarzem, zdaje się, że w pewnym momencie swojej kariery, jak na polskie warunki, dość zdolnym. Jest też aktorem z doskoku, kompletnie nieudanym, no i przede wszystkim tzw. niedzielnym autorytetem. Co mam na myśli, mówiąc o ‘niedzielnych autorytetach’? Chodzi mi i pewną, niewielką grupę, głównie popowych artystów, którzy przez ogólnokrajowe media wykorzystywane są, od czasu do czasu, do załatwiania bieżących spraw, o których przeciętny obywatel ani nie ma pojęcia, ani tego pojęcia mieć nie powinien. Są to tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Krzysztof Skiba, Kora Jackowska, Liroy, czy właśnie Paweł Kukiz, którzy wprawdzie nie mają pojęcia o niczym, oprócz tego – być może – gdzie można kupić najlepszy towar w mieście, ale za to są wyszczekani i zawsze gotowi do tego, by przyjść do telewizyjnego studia i powiedzieć to co trzeba.
Paweł Kukiz jest oczywiście bardzo typowym przedstawicielem tego środowiska, z jedną jednak różnicą. O ile oni wszyscy są pozbawieni nawet śladu jakichkolwiek innych umiejętności, poza ględzeniem, Kukiz zachował jakąś szczątkową wersję tego, co się nazywa twórczością estradową. A w zawiązku z tym, kiedy on się pokazuje publicznie, to przynajmniej czasami oprócz tego, że gada co mu każą, śpiewa, co uważa za bezpieczne, a może nawet i korzystne. Pamiętamy go wszyscy sprzed lat, kiedy już był tylko byłym muzykiem, ale wciąż dopiero początkującym komentatorem, kiedy zyskał wielką, ogólnonarodową sławę piosenką zaczynająca się od słów „Ksiądz proboszcz już się zbliża”. Były artysta Kukiz, wymyślił sobie swój akt w ten sposób, że, korzystając z melodii kościelnej piosenki eucharystycznej, śpiewanej przez pobożne polskie dzieci podczas ich Pierwszej Komunii, stworzy zupełnie nowy utwór, który wyszydzi Kościół, jako środowisko pijaków i złodziei. Pomysł Kukiza bardzo zgrabnie się wpisał w ówczesną atmosferę bardzo agresywnego antyklerykalizmu i przyniósł mu wielką sławę i zapewne bardzo duże pieniądze.
Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a w wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem. Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, ze i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej.
Żeby nie pozostawiać najmniejszej wątpliwości co do tego, o czym chcę dziś mówić. Nie chodzi mi specjalnie o to, że władze wykorzystuję kulturę pop do swoich nędznych interesów. W końcu, to się dzieje cały czas. Pamiętamy pewnie wciąż, jak w czasach kiedy Jerzy Buzek jeszcze nie był wielkim, wspaniałym, poważnym europejskim polityka o najszlachetniejszej w świecie siwiźnie, ale Buzkiem, z którego szydziło każde dziecko, Krzysztof Skiba, wówczas jeszcze muzyk, a nie polityczny komentator, podczas któregoś z koncertów dowcipnie wypiął na Premiera swój spasiony tyłek. To jest na tyle bzdura, że dziś nawet nie warto Skiby pytać, czy on, w swoim niezależnie myślącym łbie, wciąż uważa Buzka z kogoś, komu można tylko pokazać dupę. Ani nie ma po co, ani nie ma jak. W końcu nawet, gdybym go spotkał na ulicy, to co mi to da, że się napnę? Przecież to głupek.
I taki to jest ten nasz los. Los ludzi, otoczonych z jednej strony przez zakłamanych polityków, dziennikarzy, socjologów, politologów, psychologów, a z drugiej strony przez wynajmowanych przez nich tandeciarzy, których jedynym sukcesem i zasługą jest to, że w tych smutnych wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy władze stanu wojennego, w celu uwiarygodnienia swojej zbrodni, znaleźli się w odpowiednim miejscu, a umieli trochę grać na jakimś instrumencie. Jednych i drugich, zresztą, z kolei, wynajętych przez kogoś stojącego znacznie wyżej, tyle że, jeśli idzie o to, kto to taki, to nam już akurat nic do tego. A po co to wszystko? Tu nam akurat też nic do tego.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...