Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon24. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą salon24. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

Piotr Semka, czyli dawnych wspomnień czar


O Piotrze Semce pisałem na swoim blogu niespodziewanie wiele razy i przyznaję, że nigdy z nudów i braku innych lepszych tematów. O ile dobrze pamiętam, za pierwszym razem on się tu pojawił, po tym, jak pewnego dnia czekałem z moimi dziećmi na pociąg i na peronie pojawił się wspomniany Semka, moje dzieci, od zawsze nadzwyczaj świadome tego, co się wokół nich dzieje, Semkę rozpoznały i rzuciły się w jego kierunku, by się z nim przywitać, a on je zwyczajnie spuścił. Drugi raz, po tym jak sprawę opisałem, Semka nas przeprosił i zapewnił, że musiał być zamyślony. Trzeci raz, kiedy spotkałem Semkę na urodzinach Salonu24, przywitałem się z nim i powiedziałem, że nie mam pretensji, no i wtedy on spuścił mnie.
W kolejnych latach było jeszcze parę okazji, by się nad Redaktorem poznęcać, no ale w końcu temat się wyczerpał i od kilku dobrych lat on już tu nie gości. I oto wczoraj, w komentarzach pod moją notką, dzięki Joli Plucińskiej Piotr Semkia triumfalnie powrócił, a ja sobie pomyślałem, że z tej okazji przypomnę pewne zdarzenie sprzed lat, kiedy to redakcja Salonu24, na życzenie właśnie Semki usunęła dwa moje kolejne felietony. Oto tekst oryginalny:

       Dzisiejsza notka będzie wyjątkowo krótka, nastawiona przede wszystkim na to, że sprawę za mnie załatwią komentatorzy. Czy plan się powiedzie, oczywiście odgadnąć nie potrafię, z drugiej strony jednak nie mam pomysłu na dłuższy wpis. A ponieważ uważam, że sprawa nie jest w żaden sposób błaha, proszę o uwagę.
       Otóż szedłem sobie wczoraj z moim synem przez miasto i nagle, na jednym z największych budynków w mieście, tak zwanym „Separatorze”, w którym kiedyś mieściły się biura regionalnej „Solidarności”, a dziś nie wiem, co się w nim dzieje i do czego on służy, poza tym, że od czasu do czasu wywieszane są na nim ogromne reklamy, i tak wiszą całymi tygodniami, pojawił się portret byłego dziennikarza telewizji TVN24, Kamila Durczoka, plus adres: silesion.pl.
        Mam nadzieję, że czytelnicy tego bloga przynajmniej czują, skąd ten dzisiejszy tekst. Idę sobie mianowicie przez jesienne i zadeszczone miasto i nagle widzę, jak niczym ilustracja do orwellowskiego „Roku 1984”, wyrasta nade mną Kamil Durczok, były dziennikarz telewizji TVN24. I ten adres: silesion.pl.
       Nie planowałem ani przez moment oczywiście korzystać z owej czarnej wskazówki, natomiast również wczoraj znalazłem na Twitterze, czy na Facebooku – nie pamiętam już – informację, że oto świeżo założonemu portalowi Kamila Durczoka silesion.pl udzielił wywiadu nie kto inny jak sam Piotr Semka.
      A ja rozumiem, że to się odbyło tak. Czy to sam Durczok, czy może bardziej jego asystent, zadzwonił do Semki i zapytał: „Panie Piotrze, czy zechciałby pan udzielić krótkiego wywiadu dla nowego portalu internetowego Kamila Durczoka ‘silesion.pl’?”, na co Semka oczywiście wyszedł z pytaniem kluczowym: „Za ile to by było?”. Na to padła odpowiedź: „Tu nie musi się pan martwić, finansowanie mamy mocne”. No a dalej już wszystko poszło z górki. A ja już wiem, że kiedy oni wieszali ten ogromny baner, by red. Durczok na nas patrzył jak ów Big Brother, mieli wszystko dokładnie zaplanowane i wyliczone.
      I nie mam nic więcej do powiedzenia. Wklejam odpowiednie zdjęcie, no i już tylko proszę o komentarze, jak zawsze zapraszając do księgarni Coryllusa, gdzie można kupować moje książki.



Jak mówię, ów tekst został przez Igora Janke usunięty, a ja w tej sytuacji napisałem kolejny, zatytułowany „Szanownemu Panu Redaktorowi Piotrowi Semce z przeprosinami i życzeniami zdrowia który Janke również usunął. Bardzo proszę:

      Rocznicowego tekstu z okazji dziesiątego jubileuszu Salonu24 nie planowałem pisać ani dziś, ani w ogóle, z tego prostego względu, że nie bardzo wiedziałem, o czym miałbym pisać, poza tym, że faktycznie, gdyby nie Salon24, być może nie byłbym dziś tym, kim jestem, a więc stosunkowo popularnym blogerem, oraz przede wszystkim utrzymującym się z ich sprzedaży autorem książek. No ale to jest, jak widzimy, zaledwie jedno zdanie, a poza tym – nie oszukujmy się – to, że udało mi się dotrzeć aż tutaj, w żadnej mierze nie jest zasługą ani Igora Janke, ani Bogny Janke, ani kolejnych administratorów. Powiedzmy to sobie uczciwie: nawet wtedy, gdy na samym początku tej drogi zgłosiłem się do konkursu Onetu na blog roku i zdobyłem tam, w pewnym sensie również dla Salonu, pierwszą nagrodę w kategorii „polityka”, Igor Janke zareagował na to jedynie zdawkowymi gratulacjami, a administratorzy niemal natychmiast zaczęli moje teksty lekceważyć. Czemu tak? Nie wiem i przyznam szczerze, mało mnie to obchodzi.
        Mógłbym też napisać, że już po tym wydarzeniu, zaczęło dochodzić do sytuacji, kiedy moje notki były przez Administrację usuwane, czego najbardziej drastycznym przykładem był najpierw wpis o manipulacji z szalikiem Lecha Kaczyńskiego, a potem moje refleksje na temat Alicji Tysiąc i jej cudem ocalałej córeczki. Pierwszy z nich w związku z groźbami ze strony Agory, drugi na żądanie środowisk proaborcyjnych. To jednak wciąż są tylko maksymalnie dwa zdania. Za mało jak na notkę na blogu. W dodatku uroczystą.
       A zatem, jak mówię, tego wpisu miało nie być i by go oczywiście nie było, gdyby nie dzisiejsze zdarzenie, w sposób jednoznaczny symboliczne, a mianowicie usunięcie przez państwa Janke mojego dzisiejszego tekstu na temat nowego portalu Kamila Durczoka, silesion.pl, oraz zaangażowania się Piotra Semki w jego promocję. Jak informuje mnie w nadesłanym mailu Administracja, tekst został usunięty na żądanie Piotra Semki, który oświadczył, że zawarta w notce sugestia, jakoby on za udzielenie wywiadu Durczokowi wziął pieniądze, narusza jego dobra osobiste. Z tego co przekazała mi Administracja, Piotr Semka zgodził się na wywiad dla Kamila Durczoka za darmo, a w związku z tym ja, jako ktoś kto na Semkę ma oko od dobrych paru lat, z prawdziwą satysfakcją oświadczam, że bardzo mnie ten fakt cieszy, a Semkę za swoje naiwne i głupie podejrzenia z całego serca przepraszam. To że Semka rozmawiał z Durczokiem za darmo, jest dla mnie najprzyjemniejszym zdarzeniem dzisiejszego poniedziałku. Przyznaję, że ja sam, gdyby jakimś cudem Durczok mnie poprosił o wywiad, zażądałbym od niego co najmniej pięć patoli, a gdyby się zaczął targować, powiedziałbym mu, żeby się walił. I powiem coś jeszcze: jeśli w tym momencie naruszyłem swoje dobra osobiste, czuję z tego powodu wyłącznie frajdę.
      Na sam już koniec tego tekstu, państwu Janke życzę kolejnych 10 lat sukcesów w każdej dziedzinie ich życia osobistego i zawodowego, a Salonowi24, by z równą skutecznością, jak dotychczas, pozwalał odnosić sukcesy również mnie, mojemu kumplowi Coryllusowi i wszystkim tym, którzy się tu z naszego powodu wciąż kręcą.

I to tyle na dziś. Mam nadzieję, że to wspomnienie zostanie przyjęte przez Czytelników z sympatią, a niewykluczone, że będą wśród nich i tacy, którym ówe incydent wtedy zwyczajnie umknął.


czwartek, 5 stycznia 2017

Nowy Salon24 - niesłuszny gest państwa Janke

           Przyznać muszę, że kiedy i do mnie dotarła informacja, że państwo Janke zdecydowali się dokonać rewolucji w swoim Salonie24, ów news wywołał u mnie jedynie wzruszenie ramion. Powodem tego było częściowo to, że ja w ogóle –  zgadzam się, że to z powodu wieku – od pewnego czasu nie jestem w stanie się emocjonować niczym, co przekracza granice mojego domu i mojej walki o to, by on trwał, ale też i fakt, że nie ma takiej możliwości, by decyzje podejmowane przez państwa Janke w jakikolwiek sposób były w stanie dotknąć moich planów. Faktyczna sytuacja bowiem jest taka, że nawet gdyby oni ostatecznie wyrzucili nasze blogi z Salonu, na sukces naszego przedsięwzięcia ów gest miałby, jeśli w ogóle, wpływ zaledwie przez parę dni, po czym i tak wszystko wróciłoby do normy.
      I tu muszę się uderzyć w piersi. To, w jaki sposób oni – przepraszam za dosadność, ale lepszego słowa nie potrafię znaleźć – rozpieprzyli dzieło swojego życia, przekracza wszystkie moje najczarniejsze wyobrażenia. Bogna i Igor Janke jednym ruchem doprowadzili do tego, że Salon24 stał się wyłącznie miejscem spotkań parunastu blogerów, takich jak Lchlip, Wszołek, Stary, czy Rosemann, natomiast całej niemal reszcie nie pozostaje nic innego, jak snucie się gdzieś po marginesach tego geszeftu z kompletnie próżną nadzieją, że ktoś zechce poczytać, co oni mają do powiedzenia. Przyznaję, że wcześniej nie było o wiele lepiej, jednak przez pewną przejrzystość układu strony Salonu24, osoby ją odwiedzające miały pewną choćby minimalną szansę znalezienia czegoś dla siebie. Na górze był wprawdzie niezmiennie Stary i Jarecki, obok teksty przez właścicieli Salonu szczególnie polecane, natomiast niżej wszystko było elegancko rozdzielone na rubryki tematyczne, oraz równie przejrzyście oddzielone od notek napływających na bieżąco, a więc zawsze można było spojrzeć w dół, w lewo, lub ewentualnie w prawo i odkryć coś ciekawego. Dziś jest tak, że pozostają już tylko Wszołek, Stary i Lchlip, a dalej taki już mętlik we łbie, że większość wieje do tvn24.pl, by poczytać o kolejnych przygodach Mateusza Kijowskiego.
      No ale i tu, gdy idzie o nas, ów Salon24 i jego nędzny los ma znaczenie tylko o tyle, o ile my będziemy w stanie używać go dalej, jako tablicę ogłoszeń dla naszej działalności publicystycznej. Przyznaję, że coraz bardziej przesuwany w okolice uczęszczane niemal wyłącznie przez tych, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, no i coraz mniej atrakcyjny nawet dla osób najbardziej zdesperowanych, no ale zawsze istnieje szansa, że nawet w tak trudnych okolicznościach uda się nam wybawić tych parę zagubionych dusz. A najlepszym dowodem na prawdziwość mojej diagnozy może być choćby to, że wystarczył ten jeden dzień, kiedy Salon się zamknął, by mój prywatny blog toyah.pl zarejestrował ponad 3 tys. unikalnych odsłon, a więc więcej niż mu się przydarzyło kiedykolwiek wcześniej.
      W tej sytuacji chciałbym uprzejmie poinformować tych wszystkich, którzy zdecydują się szukać moich tekstów tu w Salonie24, że, owszem, ja je tu będę zamieszczał tak długo, jak państwo Janke mi na to pozwolą, natomiast gdy idzie o komentowanie i w ogóle o dyskusję pod notkami, niczego nie mogę zagwarantować. Mnie od tej żółci bolą oczy, a jak już wspomniałem wcześniej, jestem w takim wieku, że muszę na siebie uważać. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę państwu Janke, że mnie też stać na pewne gesty. Otóż jak najbardziej w geście dobrej woli, postanowiłem się podporządkować zaproponowanej wczoraj przez Pana Administratora konwencji i zatytułować dzisiejszą notkę w taki sposób, by on nie musiał mi tu już grzebać. Mam nadzieję, że zostanie to tam gdzie trzeba odpowiednio docenione.
      A zatem, zapraszam na www.toyah.pl  zarówno tych, którzy jeszcze czegoś z portalu państwa Janke oczekują, jak również osoby, które trafiły na ten blog z opóźnieniem. No i przypominam naturalnie, że moje książki są 24 godz. na dobę do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.


czwartek, 31 grudnia 2015

Gdy Igor Janke kupił sobie łom

Kończy się ten rok, a ponieważ owa okazja zbiega się z ostatecznym zwinięciem blogów mojego i Coryllusa w Salonie24, chciałbym dzisiejszą notkę poświęcić sprawom osobistym. Pytają mnie czytelnicy, co takiego się stało, że nasze blogi, po tych wszystkich latach, zostały zwinięte. Odpowiedź brzmi następująco: Gabriel oberwał za ewidentnie ironiczny tytuł jednej ze swoich notek, w której rzekomo zarzucił wicepremierowi Morawieckiemu zorganizowanie niedawnych zamachów w Paryżu, ja natomiast zostałem ukarany za sugestię, że właściciele Salonu24 manipulują statystyką odsłon w portalu. Tyle. Nasze blogi są prewencyjnie ocenzurowane, w efekcie czego, nawet życzenia świąteczne, jakie złożyłem czytelnikom, zostały opatrzone przez System ostrzeżeniem przed pornograficznymi treściami.
A zatem chciałbym dziś dorzucić parę słów na temat, który doprowadził do tego, że mój blog na Salonie24 marnieje, a który – wbrew temu co się może wydawać panu Igorowi Janke i jego małżonce – stanowi problem uniwersalny. Otóż przez kilka ostatnich tygodni zaglądałem na stronę alexa.com, zajmującą się badaniem popularności różnego typu internetowych stron na świecie, i zauważyłem, że blogi moje i Coryllusa, które od lat niezmiennie generowały jedną trzecią, a niekiedy i połowę ruchu w Salonie24, wypadły z pierwszej piątki z owych obecnych w Salonie24 blogów, na ich miejscu natomiast pojawiły się trzy firmowe adresy Salonu24 plus blog kolegi Rosemanna. Po pewnym czasie zaglądam do rankingu Alexy i okazuje się, że Rosemanna już nie ma, natomiast na jego miejsce wszedł niejaki Jan Mak. Dziś natomiast nie ma już ani Rosemanna, ani Maka, natomiast na liście Alexy bryluje były minister Piotr Piętak. I okazuje się, że pomijając, trzy firmowe adresy Salonu24, to Piętak sprawia, że jeśli człowiek chce zobaczyć, co słychać w Salonie24, zagląda najpierw do do Piętaka.
Zaglądam i ja do Piętaka i widzę, że on, mimo tego że jako były wiceminister ma zagwarantowane stałe miejsce na głównej stronie Salonu24, zebrał zaledwie 220 odsłon, a jednocześnie okazuje się, że wśród osób korzystających z Salonu24, znaczna część zachodzi tam właśnie przez Piętaka. Piętak, eksponowany na głównej stronie Salonu, wyeliminował z tej rozgrywki zwiniętych Coryllusa z 1,5 tys. odsłon i mnie z ponad 700 odsłonami w ciągu zaledwie jednego dnia. I nagle ja mam wierzyć, że gdy chodzi o korzystanie z oferty Salonu, poza adresami oryginalnymi, liczy się Piotr Piętak, były minister, o którym pies z kulawą nogą dziś już nie ma pojęcia. Człowiek chce zobaczyć, co słychać w Salonie24 i pierwsze co robi, to wklepuje adres Piotra Piętaka? I przy tym nawet biedny Rosemann, co by nie powiedzieć, bloger zasłużony, nie ma szans? Przecież to jest jakiś absurd.
O co chodzi? O to mianowicie, że Igor Janke i jego Salon24 to projekt kojarzony powszechnie i jednoznacznie z tym, co przywykliśmy określać symbolicznie, jako Prawo i Sprawiedliwość. Cokolwiek by o tym czymś nie mówić, przyznać trzeba, że Igor Janke i jego Salon, to część tego, co dziś tworzy nową Polskę i pod pewnym względem wyznaczy nowej Polski przyszłość. I nagle się okazuje, że to są najzwyklejsi szulerzy. Okazuje się, że oni – jestem pewien, że to się zaczęło od momentu, gdy zapadła decyzja, by zwinąć nasze blogi – dla zwykłej niskiej satysfakcji gotowi są w manipulowaniu statystyką iść na tak zwany rympał. I stąd właśnie to szaleństwo tak bardzo widoczne w danych prezentowanych przez alexa.com. Oni szykując się do wyrzucenia nas z Salonu24, zainstalowali jakiś program fałszujący ruch w Salonie24, żeby pokazać, że tam się odbywa prawdziwa demokratyczna debata i że świat tę debatę obserwuje.
Wczoraj wieczorem w Polsacie wystąpić miał Igor Janke, by rozmawiać na temat wolności mediów. W ostatniej chwili jednak swoje przyjście odwołał. Ciekawe dlaczego? Ze strachu, czy z nadmiaru obowiązków przy czyszczeniu łomów?

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę dobrego Nowego Roku w bardzo dobrej zmianie. I niezmiennie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

wtorek, 17 listopada 2015

Czy alexa.com ma swoje serwery w Konstancinie?

O istnieniu portalu o nazwie alexa.com dowiedziałem się absolutnym przypadkiem. Któregoś dnia jeden z komentatorów bloga prowadzonego przez Coryllusa poinformował nas, że ów portal, zajmujący się globalnie i, jak się wydaje, bardzo profesjonalnie, badaniem popularności przeróżnych stron internetowych, donosi, że gdy chodzi o salon24.pl, ten jedną czwartą rejestrowanych odsłon zawdzięcza blogowi prowadzonemu przez Coryllusa właśnie i przez mnie. Od tego czasu raz na jakiś czas zaglądałem tam, by sprawdzić, jak się nam wiedzie i w pewnym momencie sytuacja zrobiła się tak optymistyczna, że wedle informacji podawanych przez ową Aleksę, ja i Gabriel odpowiadaliśmy za jedną trzecią rejestrowanych przez Salon24 odsłon. Konkretnie było tak, że około 40% odwiedzających Salon24 internautów wchodziło tam z bezpośredniego adresu salon24.pl, około 20% przez blog Coryllusa i jakieś 15 procent przez blog mój. Czwarte i piąte miejsce, dużo już niżej, zajmowali blogerzy znacznie mniej popularni, choć, owszem, rozpoznawalni.
I oto, proszę sobie wyobrazić, że od pewnego czasu na stronie alexa.com można zauważyć pewne zamieszanie, przejawiające się z jednej strony w gwałtownym spadku wyniku Coryllusa i mojego, a na miejsce czwarte i piąte awans dwóch blogów kompletnie nieznanych i nieważnych, w tym jednego z ostatnią notką zamieszczoną w maju, a drugiego, dosłownie bez żadnej notki. Po pewnym czasie, Coryllus musiał ustąpić swoje drugie miejsce na rzecz wcześniej nieobecnego adresu newsroom.salon24.pl, by ostatecznie wylądować na miejscu piątym, za blogiem o adresie rosemann.salon24.pl.
Obecnie sytuacja jest taka, że niemal dwie trzecie odsłon Salon24 generuje samodzielnie, natomiast na dalszych miejscach, z jednocyfrowym wynikiem, znajdują się kolejno blogi Osiejuka, Rosemanna i Coryllusa.
Ktoś się spyta, po jasną cholerę ja się w ogóle zajmuję czymś tak nieistotnym? Czy chodzi może o to, że ja się zdenerwowałem rzekomym spadkiem popularności naszych blogów? A więc w żadnym wypadku. Nasz sukces tak naprawdę zależy w bardzo nikłym stopniu od tego, które miejsce zajmujemy w rankingu alexa.com. Wręcz odwrotnie – to raczej sukces Salonu24 jest pochodną sukcesu odnoszonego przez prowadzone przez Lucynę Maciejewską wydawnictwo i sprzedaż książek, które Coryllus i ja wydajemy. A więc doniesienia Aleksy o wiele bardziej niż o naszej sytuacji mówią nam o sytuacji, w jakiej się znalazł sam Salon24. Otóż moim zdaniem, ostatnio publikowane przez portal alexa.com dane dotyczące Salonu24 stanowią wynik oczywistego oszustwa przeprowadzonego w sposób oczywisty przez sam Salon24. Wydaje się zupełnie jasne, że w sobie tylko znany sposób właściciele portalu dokonali manipulacji w rejestratorze odsłon, w taki sposób, by skutecznie ukryć fakt, że oni faktycznie bazują na dwóch blogach, w dodatku blogach autentycznie i szczerze przez siebie znienawidzonych.
Skąd ja mam aż taką pewność, że to, z czym mamy do czynienia, to wynik manipulacji? Otóż mam tu dwa argumenty. Przede wszystkim, ja doskonale sobie zdaję sprawę z tego, jak popularność zarówno mojego, jak i bloga Coryllusa, nie spada, lecz wręcz odwrotnie – rośnie. Kiedy widzę rosnącą liczbę komentarzy, w tym komentarzy ze strony czytelników zupełnie nowych, ale również zwiększającą się systematycznie liczbę odsłon, obserwuję też sprzedaż naszych książek, nie widzę jakiejkolwiek logiki w sugestii, że równocześnie z tym wzrostem, występuje aż tak dramatyczny spadek w rankingu Aleksy. Druga kwestia jest jeszcze bardziej przekonująca. Otóż nie ma takiej możliwości, żeby blog Coryllusa spadł tak dramatycznie, by go wyprzedził nie tylko Rosemann, ale nawet ktoś taki jak Osiejuk. Ja oczywiście jestem osobą wybitnie zarozumiałą i przekonaną o swoich talentach, do tego stopnia, że jestem gotów nawet twierdzić, że od Coryllusa jest pisarzem wybitniejszym, natomiast wiem też, że nie ma takiej możliwości, by mój blog nagle stał się popularniejszy od bloga Coryllusa. To jest zdarzenie wbrew nie tylko podstawowemu doświadczeniu, ale przede wszystkim wbrew prostej fizyce. Jeśli więc nagle ukazuje się ranking, wskazujący na to, że blog Coryllusa jest mniej popularny nawet nie od bloga Rosemanna, ale od bloga Osiejuka, my nawet nie musimy sprawdzać licznika, by wiedzieć, że mamy do czynienia z jakimś absurdalnym przekrętem.
I pewnie owym oszustwem bym się w ogóle nie przejął, gdyby nie to, co się stało parę dni temu, a mam tu na myśli ukrycie przez Administrację w całości bloga Coryllusa, absolutnie, bezdyskusyjnie i w sposób zupełnie oczywisty, pierwszego bloga w Salonie24. Ja patrzę na to, jak oni zaatakowali wolną myśl i widzę ich – ludzi dokładnie tych samych – jak siedzą przy tych serwerach i nieustannie i z obłędnym zapałem coś tam grzebią, tylko po to, by zniszczyć projekt, którego nienawidzą… i nagle wszystko mi się zaczyna układać w całość.
Przepraszam Cię, Stary, ale ja marnie to widzę. Nie zdziwię się, jak nie minie parę tygodni, a oni Twoje konto, a z nim Twój blog, stąd zwyczajnie usuną pod pretekstem konieczności obrony demokracji. Wtedy ja oczywiście się stąd też wyniosę i wreszcie Rosemann zostanie prawdziwą gwiazdą, a oni w rankingu alexa.com spadną z miejsca 525 na 916.

Wszystkich czytelników zapraszam do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie znajduje się również nasza księgarnia, w której można kupować wszystkie nasze książki.

sobota, 14 listopada 2015

Salon napada!

Od czasu gdy administracja Salonu 24 usunęła mój tekst przestrzegający przed profanacją Najświętszego Sakramentu, jakiej usiłowali dokonać organizatorzy festiwalu Unsound w dwóch krakowskich kościołach, mam bardzo mocne przekonanie, że owa Administracja to jest z reguły jeden człowiek uzbrojony przez Igora Janke i jego żonę w prawo podejmowania całkowicie arbitralnych decyzji, w szczerym przekonaniu, że ponieważ owe decyzje tak naprawdę mają znaczenie wyłącznie dla osób bezpośrednio zainteresowanych, nikt nie musi się z niczego i przed nikim tłumaczyć. W końcu nie oszukujmy się. Wedle rankingu prowadzonego przez portal alexa.com, monitorujący aktywność portali internetowych od Wenezueli po Chiny, Salon24 w samej Polsce zajmuje dopiero pozycję 538, a to nam mówi tyle tylko, że to miejsce, które zarówno Coryllus, jak i ja zaszczycamy swoją obecnością, to jest czarna i głęboka nisza, którą nie tylko świat, ale nawet prowincjonalna Polska ma głęboko w nosie.
Skąd ja wiem, że decyzje administracji Salonu24 to decyzje jednego człowieka, odpowiadającego jedynie przed sobą i pozbawionego jakiejkolwiek kontroli z zewnątrz, którego nazwiska Igor Janke prawdopodobnie nawet nie pamięta? Otóż właśnie owa decyzja, by w odpowiedzi na jeden idiotyczny, pozbawiony jakiejkolwiek mocy prawnej, ale również elementarnej powagi, mail jakiegoś bałwana grożący Salonowi sprawą sądową, mój tekst usunąć kazała mi podejrzewać, że za tym nie stał jakikolwiek system, lecz jeden kompletnie pusty łeb jakiegoś durnia. Podejrzenie to jeszcze bardziej się umocniło, kiedy ten głupek zaczął do mnie słać prywatne maile, tłumacząc mi, że to, co on zrobił, wcale nie wynikało ze strachu przed konsekwencjami prawnymi, ale wynikało z czystego oburzenia faktem, że ja oskarżyłem bez żadnych podstaw Davida Tibeta, gorliwego chrześcijanina, o satanistyczne praktyki, co naruszyło dobre imię Salonu24. Tym bardziej utrzymało mnie w tym przekonaniu to, że ów – anonimowy oczywiście – administrator jednoznacznie i stanowczo zażądał ode mnie, bym pod żadnym pozorem, w jakiejkolwiek formie i w jakimkolwiek miejscu nie ujawniał treści jego maili. Czytałem bowiem kolejne przysyłane do mnie na mój prywatny adres mailowy wiadomości od tego dziwnego człowieka i nabierałem coraz większego przekonania, że za nimi nie może stać nic innego jak tylko jakieś prywatne szaleństwo i nieujawnione do końca kompleksy. A Igor Janke akurat pewnie siedzi w jakiejś warszawskiej knajpie, wpieprza z kumplami sushi i ma wszystko w nosie. Tak to właśnie moim zdaniem wygląda.
Nie pamiętam dokładnie, o której godzinie dzisiejsza notka Coryllusa została przez administrację Salonu24 usunięta, a jego blog zwinięty, natomiast wiem, że to miało miejsce praktycznie w jednej chwili po jej opublikowaniu. Biorąc więc pod uwagę szybkość reakcji, oraz niewątpliwą rangę tego typu decyzji – przepraszam bardzo, ale nie zwija się ot tak sobie bloga, który w praktyce generuje połowę odsłon portalu, a przede wszystkim zapewnia mu jako taką rozpoznawalność – muszę uznać, że z jednej strony, za tym posunięciem stoi jedna pusta myśl jednego durnia, a z drugiej, kompletne bezhołowie w zarządzaniu portalem. Sposób, w jaki została usunięta dzisiejsza notka Coryllusa, a przy okazji ukryty cały blog, świadczy o tym, że właściciele Platformy stracili kompletnie kontrolę nad interesem. I ja już właściwie widzę tylko dwie możliwości rozwoju sytuacji: albo Igor Janke się opamięta i w jednej chwili wyrzuci z pracy tylu bałwanów, ilu w obecnej sytuacji wypada wyrzucić, by interes zaczął normalnie działać, albo zwiną też mój blog. Z uzasadnieniem, że oto właśnie złamałem szósty punkt regulaminu, pozycja pierwsza i druga. Stoję gotowy i aż się nie mogę doczekać.

Przypominam, że nasze książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl i tego nie zmieni nic.

poniedziałek, 12 października 2015

Dlaczego Diabeł nie lubi wolności słowa?

Jak z całą pewnością wszyscy wiemy, jeśli przyjrzymy się mu z perspektywy tego bloga, miniony weekend okazuje się czymś absolutnie cudownym. Dzięki zaangażowaniu osób, które się tu spotykają, udało się powstrzymać atak, jaki na parę krakowskich kościołów przeprowadziła zorganizowana grupa satanistów w celu sprofanowania Najświętszego Sakramentu, i dziś możemy powiedzieć, że Jezus jest Panem.
Gdyby ktoś nie do końca wiedział, w czym rzecz, krótko może przypomnę sekwencję zdarzeń. Oto na, przyznaję, że bardzo spóźnioną, wiadomość, że od wielu lat w Krakowie organizowany jest całkowicie bezkarnie festiwal muzyczny o jednoznacznie pogańskim, a więc moim zdaniem, z jedynego dostępnego punktu widzenia, satanistycznym charakterze, którego podstawowa idea sprowadza się do profanowania kościołów – kościołów oczywiście rzymsko-katolickich – napisałem tekst, w którym z jednej strony upomniałem wyjątkowo naiwnych proboszczów, a z drugiej, wezwałem czytelników do odpowiedniej aktywności. Mój apel przede wszystkim sprowokował czyn, a następnie przyniósł sukces, który historia zapamięta. Dzięki zaangażowaniu ludzi wiernych i pobożnych, ów czarny projekt został nieodwołalnie i ostatecznie zniszczony.
Pozostaje jedna kwestia, która wymaga wyjaśnienia. Oto w momencie, kiedy tu w Salonie24 ukazała się moja notka i wiadomość o tym, co się dzieje dotarła do krakowskiego Kościoła, zareagował jeden z nich i do administracji portalu wysłał pismo z żądaniem, by informacja o satanistycznym charakterze festiwalu została usunięta, które to żądanie zostało przez Administrację niezwłocznie i skutecznie wypełnione. Żeby grzesznie nie błądzić, zwróciłem się do Administracji z pytaniem, czy rzeczywiście poszło o to, że ja twórczość zespołu Current 93 określiłem jako satanistyczną, i okazało się, że tak – sataniści nie życzą sobie, by ich określać mianem satanistów, bo oni tak naprawdę są zaledwie takimi jak my chrześcijanami.
W tej sytuacji pomyślałem sobie, że skoro portal, na którym od wielu już lat realizuję się jako tak zwany „dziennikarz społeczny”, prowadzi politykę, gdzie wolność słowa jest praktykowana o tyle, o ile nie pojawi się ktoś, kto praktykowania jej zakaże pod groźbą sądu, dobrze by było przeprowadzić bardzo prosty eksperyment, dzięki któremu sprawdzimy, czy ów system działa uczciwie i w obie strony. Czy jest bowiem możliwe, że polityka prowadzona przez właścicieli Salonu24 jest taka, że wolność słowa jest tu faktem realnym dopóki ktoś – i to najprawdopodobniej ktokolwiek – nie każe się nam zamknąć? Czy wreszcie jest możliwe, że wystarczy, ktokolwiek napisał do Administracji list żądający usunięcia dowolnej notki z jedynym argumentem w postaci frazy: „…w przeciwnym wypadku będą się kontaktowali z Państwem nasi prawnicy w sprawie zniesławienia”, by administracja portalu zgodziła się w jednej chwili zapomnieć o podstawowych demokratycznych wartościach i uznać, że każdy może głosić, co mu leży na sercu, do czasu, gdy komuś innemu to się nie spodoba.
Okazja do tego pojawiła się niemal natychmiast. Oto bloger o nicku Nerwica Eklezjogenna, którym osobiście gardzę i z którym nie życzę sobie mieć nic wspólnego, napisał poświęconą mojej osobie notkę, w której, oraz pod którą, pojawiły się opinie sugerujące, że jestem „katolickim kibolem, szkodzącym Kościołowi dupkiem i donosicielem, który zamiast mózgu ma zawartość kibla, jest zbyt nawet tępy na milicjanta, co jest podkreślane nawet przez jego fizyczność”.
Przyznam uczciwie, że ów zestaw obelg pozostawił mnie w nastroju całkowicie obojętnym. To co o mnie sądzi bloger Nerwica Eklezjogenna i jego fani, w najmniejszym stopniu mnie nie rusza i, jeśli oni mają życzenie nazwać mnie małym Hitlerem, ubekiem i pisowską szmatą – proszę uprzejmie. Ja się w swoim ciele nie czuję się na tyle słabo, by pierwszy lepszy bałwan był w stanie mnie poruszyć. A więc oświadczając z jednej strony, że sugestie zawarte w notce Nerwicy Eklezjogennnej spłynęły po mnie, jak po kaczce, pragnę poinformować, że uznałem za bardzo dobry pomysł, by ją użyć do mojego eksperymentu i skierowałem do administracji Salonu24 wiadomość o niemal identycznej treści, jaką oni parę dni wcześniej otrzymali od organizatorów krakowskiego festiwalu, włącznie z tym głupim „pozdrawiam” na końcu:
Na łamach państwa portalu ukazał się dzisiaj wypełniony oszczerstwami i pomówieniami artykuł popełniony przez blogera podpisującego się Nerwica Eklezjogenna. Domagam się usunięcia tego tekstu w trybie natychmiastowym, w przeciwnym wypadku będą się kontaktowali z Państwem moi prawnicy w sprawie zniesławienia w stosunku do mojej osoby”.
Powiem uczciwie, że byłem absolutnie i do końca pewien, że oni mnie zlekceważą i że jeśli nawet uznają za stosowne się jakoś odezwać, powiedzą, żebym spieprzał, bo jestem niepoważny; że najprawdopodobniej albo od razu rozpoznają prowokację, albo, jeśli będą zbyt zajęci sobą, uznają, że ja jestem zbyt mały, żeby im grozić. Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, oni notkę Nerwicy Eklezjogennej natychmiast wysadzili w powietrze.
I ja się teraz już tylko zastanawiam, co tam u niech się dzieje? Jak ten system pracuje? Czy to możliwe, że oni uwierzyli, że ja ich faktycznie podam do sądu za to, że publikują teksty jakiegoś nieboraczka, w których on mówi o mnie brzydko? Nie. To zwyczajnie nie wchodzi w grę. Moim zdaniem właściciele Salonu24 doszli do tego momentu, gdzie reagują już tylko na tupnięcie i krótki rozkaz. A niewykluczone, że i przy pomocy owych niezwykle sprytnych algorytmów do obsługi Salonu, tych samych, które na przykład automatycznie nie pozwalają w tytule notki użyć słowa „kretyn”, czy „erekcja”, również automatycznie usuwane są notki, gdy ktoś wypowie słowa „sąd”, „prawnicy”, „pomówienie”, lub fraza „w trybie natychmiastowym”.
I moim zdaniem, to by nam naprawdę wiele wyjaśniało, gdy chodzi o działanie systemu.
Na sam koniec, chciałem przeprosić mojego kumpla-blogera Nerwicę Eklezjogenną, że go użyłem do swoich paskudnych gierek, i notka, z której on był z pewnością szalenie zadowolony wyleciała w kosmos. Przepraszam Cię, stary, no ale sam rozumiesz. Każdy ma swoje miejsce na tym świecie. Tak to już jest, że aby jedni korzystali, drudzy muszą być wykorzystywani.

Wszystkich zainteresowanych informuję, że w dniach 22-25 października organizowane są w Krakowie targi książki, na których będę podpisywał swoją najnowszą książkę o ludziach z dziewiątego kręgu. Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie. Jako, że hala Expo w Nowej Hucie nie jest budynkiem sakralnym, sataniści, okultyści, magowie i poganie, są jak najbardziej mile widziani. W międzyczasie zachęcam do kupowania moich książek w księgarni na stronie www.coryllus.pl.







wtorek, 14 kwietnia 2015

Bliźnięta syjamskie rodzielone, czyli o tym, jak zakablowałem blogera Pantryjotę

Dzisiejsza notka ma charakter głównie informacyjny i powiem szczerze, że nie do końca mam pewność, czy warto. Uznałem jednak, że są zdarzenia, nawet jeśli zawstydzająco tandetne, to w pewnych okolicznościach stanowiące jakąś tam wiadomość. A takim mianowicie wydarzeniem jest ostateczne usunięcie z Salonu24 blogu człowieka piszącego tu od lat i podpisującego się jako Pantryjota.
A było tak, że ów Pantryjota ze swoimi pięcioma, czy może już nawet sześcioma – w tym oryginalnym – już tu wcześniej otwartymi kontami, po paromiesięcznej przerwie wrócił, jako Duch Azraela z tekstem oczywiście poświęconym Toyahowi, czyli mnie. Niemal natychmiast, przylepiając się do imienia Toyah, jak mucha do gówna, przybiegł do Pantryjoty bloger Sowiniec i zakomunikował, że… tak, macie Państwo rację – „Bingo”. A dalej było tak (cytuję słowo w słowo):
P: Tak?
S: A jak?
P: Super :))
S: Super duper.
P: W sensie?
S: A zawsze musi być sens?
P: Pan to musi być inteligentny za trzech :))
S: Przesada. Za półtora.
P: Przepraszam. Nie miałem pojęcia.
S: Drobiazg.
P: Ważne, że obaj trzymamy się meritum.
S: Bez wątpienia.
P: Wątpić to nie zawsze znaczy to samo.
W tym momencie, czując, że już naprawdę niewiele trzeba, by się zjawił bloger Arthur King, a za nim cała reszta internetowych hejterów i zaczęli mnie przez najbliższe miesiące opluwać, napisałem do Administracji donos… i proszę sobie wyobrazić, że już po chwili dostałem informację, że oni sprawdzili IP tu i tam, stwierdzili, że „po drugiej stronie” to faktycznie „Pantryjota” i usunęli oba konta uznając, że „wykorzystywanie osoby zmarłej do atakowania Pana to przekroczenie wszelkich granic” i oba blogi, w tym niesławny blog Pantryjoty, zniknęły. Z tego co widzę, mamy tu jeszcze szczątkowego Ojca Podgrzybka, ale poza tym, po Pantryjocie dziś nie pozostał najmniejszy ślad.
Przepraszam, jest jeszcze Sowiniec i ta wymiana, którą zdążyłem jeszcze, zanim to wszystko wyleciało w kosmos, zapisać, a której symboliczne znaczenie jest nie do przecenienia. I dalej już niech zapanuje cisza, bo jednak chyba naprawdę nie warto. W czwartek natomiast, a więc pojutrze w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Królewskim w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich. Obiecuję być na miejscu w sobotę i w niedzielę, do dyspozycji wszystkich, którzy mają ochotę się spotkać, porozmawiać i ewentualnie coś sobie kupić. Zapraszam. Jeśli jednak ktoś ma do Warszawy daleko, a nie uważa, że nie zasługuje na nic więcej, niech zajdzie na stronę www.coryllus.pl i zobaczy, jak wygląda prawdziwa oferta.
I to jest news!


piątek, 3 kwietnia 2015

Pink Panther, czyli odszczurzanie i deratyzacja

Byłem wczoraj w spowiedzi i wśród tych paru grzechów, które mnie dręczą wymieniłem i ten, że tak sobie zorganizowałem życie, że nie mam czasu dosłownie na nic, co by nie było związane z codziennymi obowiązkami, no i niestety przy tym też tak zwane codzienne praktyki religijne. Ksiądz niestety okazał się być jednym z tych inteligentniejszych i w związku z tym, że zauważył u mnie zwykłą gnuśność, za pokutę zadał mi, bym przez najbliższe dni, po zakończeniu kolejnych uroczystości Triduum Paschalnego, zamiast od razu ruszać do domu i siadać do komputera, został w ławce przez pół godziny i się zrelaksował. Jestem pod wrażeniem.
Mam nadzieję, że nie tylko ja tu jestem grzesznikiem i również, przynajmniej niektórzy, czytelnicy tego bloga wiedzą, w czym rzecz. Sprawa bowiem polega na tym, że czasu na ogół nie ma, a nawet jeśli on jakimś cudem jest, to my jesteśmy tak zajęci sobą, że o tym nawet nie wiemy. W mojej sytuacji, owa prawda manifestuje się na wiele różnych sposobów, ale gdy chodzi o sprawy nas tu dotyczące, może najbardziej ciekawą jest fakt, że poza swoimi tekstami i tekstami mojego kolegi Coryllusa, ja z zasady nie czytam nic więcej, bo zwyczajnie nie mam do tego głowy. Kiedyś jeszcze czytałem to, co napisał Kamiuszek, no ale wszyscy wiemy, jak się sprawy potoczyły, więc mamy to co mamy.
A zatem, poza, siłą rzeczy, tekstami, które sam piszę i tym, co napisał Coryllus, nie czytam nic, z tego prostego powodu, że na nic już więcej nie umiem znaleźć czasu. Oczywiście, niekiedy rzucę okiem na jakiś wybryk, jaki Administracja wrzuci na główną stronę, czy na coś, co się pokaże na prawym marginesie i zrobi na mnie jakieś tam wrażenie, ale na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj późnym już wieczorem, trafiłem na coś, co powinienem był zauważyć już parę dni temu i co waliło w oczy, jak ruska wojskowa latarka, to mianowicie, że mój stały i niezwykle przez mnie ceniony komentator, ale też i w ogóle jeden z najlepszych blogerów i komentatorów w Salonie24, Pink Panther został przez administratora Salonu24 zwinięty po tak zwanej „całości”. I to jest dla mnie wiadomość porażająca. Próbowałem dojść do tego, jak to się mogło stać, śledząc kluczowe notki Różowej Pantery i jego kluczowe komentarze i nie przychodzi mi nic do głowy, gdy chodzi o przyczyny tego zagrania. Oczywiście ja wiem, że jakiś powód tam być musiał, ale, jak się domyślam, nie związany ze szczególną czujnością Administratora, lecz tak zwaną interwencją. Mogę się oczywiście mylić, ale na to mi wygląda. To nie mogło być nic po stronie Różowej Pantery; za tym musiał stać telefon, lub mail, lub wręcz wizyta z zewnątrz.
I oczywiście ja zdaje sobie sprawę z tego, że zwykła uczciwość i poczucie solidarności nakazywałyby mi w tym momencie zareagować ostatecznym wyjściem z tej dziury, która i tak już od pewnego czasu robi wrażenie miejsca wyjątkowo przykrego, jednak z powodów czysto strategicznych tego nie zrobię. Rzecz bowiem w tym, że od pewnego czasu nie ulega najmniejszej wątpliwości, że właściciele tego projektu nie marzą o niczym innym, jak o tym, by paru z nas, którzy ich uwieramy jak kolec w bucie, się stąd wyniosło i żeby tu wreszcie zapanowała atmosfera prawdziwie kulturalna. Dziś, nie potrafiąc się doczekać, postanowili wziąć sprawy we własne ręce i dać solidnie w łeb – bo, powiedzmy, że tylko z liścia – Różowej Panterze. Jestem pewien, że nadchodzi dzień, kiedy oni się wezmą i za mnie. Zapraszam serdecznie. Jak mówię, sam tego nie zrobię, bo mam pewne plany, do których ta banda cwaniaków nie dorosła i nie dorośnie nigdy, jednak powiem szczerze, że kiedy ten dzień nadejdzie, poczuję ulgę. Jak człowiek, który przystąpił do spowiedzi i poczuł powiew prawdziwej wolności.

Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki, w tym ostatnie egzemplarze pierwszego zbioru felietonów z tego bloga pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i tak zwanego „Elementarza”. Cena już do wyczerpania nakładu na poziomie 15 złotych. Polecam.

sobota, 14 marca 2015

Czy wyborcy Platformy Obywatelskiej znają temperaturę kartofla?

Nie wiem, czy to trochę nie wstyd, ale faktem jest, że do poniższych refleksji skłonił mnie tym razem nie Bronisław Komorowski, nie Andrzej Duda, nie Daniel Olbrychski, ani nawet dziennik Głos Wielkopolski, ale kolega-bloger Lchlip, a konkretnie tytuł jego wczorajszej notki „Finanse SKOKów gorącym kartoflem dla PiSu”. Zobaczyłem bowiem tego kartofla i Dudę z Kaczyńskim, jak się nim przerzucają, i nagle sobie pomyślałem, że właściwie wiadomość o tym jakimś lokalnym działaczu Platformy Obywatelskiej z podwarszawskiego Piaseczna to jest coś, czym można się jednak zainteresować. Skoro potrafi nas zainspirować ktoś taki jak Lchlip, to czemu nie… jak mu tam? K.? No tak. K. Tylko tyle. I wystarczy.
To co mnie dziś jednak, gdy chodzi o to nieszczęsne Piaseczno, zaciekawiło, to wcale nie korupcja w Platformie Obywatelskiej, nie tak zwane rozkradanie Polski, nie cynizm tych ludzi, a więc w ogóle nie to, o czym ja nawet nie muszę pisać, bo wiem, że jest wystarczająco dużo osób, które to zrobią, nawet jeśli nie lepiej ode mnie, to z pewnością z większym ode mnie zaangażowaniem. Ja dziś myślę wyłącznie o tym lchlipowym gorącym kartoflu i zastanawiam się, czy sprawa Łukasza K. jest również dla Platformy Obywatelskiej i jej wyborców, podobnie jak SKOK-i dla PiS-u i dla nas, gorącym kartoflem, czy dla nich ten kartofel jest tak zimny, że nawet nie wart uwagi. Ja bym chciał wiedzieć, jak sprawa tego K. i tych 600 kawałków sobie radzi w dłoniach takiego choćby Lchlipa. Pytałem go o to, ale on unika odpowiedzi, mówiąc mi, tak jak ja sam bym tego nie wiedział, że wszystkiego się dowiemy po wyborach. A ja chcę wiedzieć, czy te pieniądze to kartofel i czy on jest gorący?
Ktoś mi, zgodnie z popularnym szlagwortem, powie: „Oj tam, oj tam” i ja oczywiście mam poczucie, że chodzę po bardzo cienkiej linie, gdzie jest już bardzo blisko do popadnięcia w zwykłą trywialność, proszę jednak zwrócić uwagę na coś, co wydaje się w tym wypadku pewną nowością. Otóż tym razem nie mamy do czynienia z prezesami spółek, ministrami w rządzie, biznesmenami z miliardowymi majątkami… ba! Nawet nie z członkiem lokalnych władz, ale ze zwykłym lokalnym działaczem partyjnym, do którego nagle zwraca się jakiś cwaniak z Izraela o pośrednictwo w prowadzonym przez siebie geszefcie, lekką ręką oferuje mu 600 tysięcy złotych, ten oczywiście te pieniądze przyjmuje, a ja akurat nie podejrzewam go o to, że on tak naprawdę nic nie może, tylko tak lubi pieniądze, że się nie mógł powstrzymać. Nie podejrzewam też tego Żyda, że on na pośrednika w interesach wybrał pierwszego lepszego szaraczka, który jedyne co może, to go wykiwać. Jeśli bowiem ów człowiek z pieniędzmi zgłosił się do K., to musiał świetnie wiedzieć, że tu w Polsce tak się właśnie sprawy załatwia. Wystarczy znaleźć kogoś z legitymacją Platformy Obywatelskiej, najlepiej blisko Warszawy i spokojnie czekać na decyzję.
A zatem, moim zdaniem, stąd już prosta droga do logicznego wniosku, że jeśli tak się sprawy mają na poziomie Piaseczna, to aż strach pomyśleć, co się dzieje parę pięter wyżej. I proszę nie myśleć, że ja tu od razu sugeruję, że oni wszyscy tylko przekazują sobie z rąk do rąk grube miliony. Ani mi w głowie. Ja tylko chcę powiedzieć, że na mój rozum, jeśli w Piasecznie sprawy się załatwia przy pomocy 600 tysięcy złotych, to w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach, Wrocławiu, a nawet w skromnej Częstochowie ceny są znacznie, znacznie wyższe. Ale też, że jeśli działacz Platformy Obywatelskiej załatwia sprawy za 600 tysięcy złotych, to znaczy, że ci co są od niego lepsi, biorą więcej, no i oczywiście załatwiają więcej.
A zatem, ja naprawdę potrzebuję wiedzieć, jak to jest z tym kartoflem. Czy sprawa, o której piszę, ma takie samo znaczenie dla wyniku nadchodzących wyborów, jak to, że senator Bierecki prowadzi jakieś nieczyste interesy w zarządzanych przez siebie SKOK-ach, mniejsze, czy większe? A może ta akurat kwestia dla wyborców Platformy Obywatelskiej nie ma żadnego znaczenia, bo oni akurat są o wiele bardziej zainteresowani stosunkiem Dudy do in vitro i zdarzeniem z Elbląga, gdzie ze spotkania z kandydatem wyprowadzono jakiegoś bezrobotnego?
No właśnie. Skoro już o gorących kartoflach się zgadało, wczoraj widziałem w Sieci film ze spotkania prezydenta Komorowskiego z wyborcami na uniwersytecie w Rzeszowie, gdzie prezydencka ochrona wyniosła jakiegoś awanturującego osobnika. O ile w przypadku incydentu w Elblągu wszystko było jasne, bo tam mu akurat pozwolono gadać, tu akurat kompletnie nie wiem, o co mu chodziło, bo kiedy on się odezwał, został natychmiast powalony na ziemię, a dwóch funkcjonariuszy BOR-u zatkało mu usta, żeby nie było wiadomo, co on tam wrzeszczy. Z tego co widzę, w odróżnieniu od incydentu elbląskiego, to zdarzenie nie stało się tematem ogólnopolskiej debaty na temat cenzury i wolności obywatelskich. Tu więc zatem też bym chciał wiedzieć, jaka jest sytuacja, gdy chodzi o gorące kartofle. Czy to co się stało w Rzeszowie, to kartofel? Czy on jest zimny, czy gorący? I czy można liczyć na to, że któryś z nich nam na to pytanie odpowie już teraz, czy z tej niewiedzy będziemy musieli poczekać do maja? Wygląda na to, że na kolegę Lchlipa liczyć nie możemy. A szkoda. On robi wrażenie osoby wyjątkowo tu kompetentnej.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można wciąż jeszcze kupić ostatnie egzemplarze moich dwóch pierwszych książek, sygnowanych imieniem „Toyah”. To już naprawdę ostatnie dni.

środa, 31 grudnia 2014

Kto się boi Andrewa Michty?

Dziś już nie pamiętam, co to była za okazja, ale jakiś czas temu zwróciłem uwagę na dziwny fakt, że wśród osób funkcjonujących w domenie publicznej są tacy, o których nasza wiedza sięga lat 80-tych, a i to w najlepszym wypadku. Mamy oto jaką starszą panią, czy starszego pana, którzy dochodzą do wniosku, że Polska jest spragniona ich opinii na któryś z bieżących tematów, błyskawicznie pojawiają się z nią w którychś z mainstreamowych mediów, owa opinia jest na tyle szokująca, że próbujemy sprawdzić, z kim mamy przyjemność, i nagle się okazuje, że stajemy w obliczu kompletnej pustki. Pojawia się na przykład nazwisko jakiejś Leny Kolarskiej-Bobińskiej, chcemy się dowiedzieć, kto zacz, wpisujemy odpowiednie literki w googla… i okazuje się, że ona pojawiła się na świecie tak mniej więcej w roku 1992. A co wcześniej? Diabeł jeden wie.
Ponieważ w tego typu sytuacjach zaczynam podejrzewać, że ktoś chce przede mną coś zataić, wpadam w nastrój przez niektórych konsekwentnie wykpiwany, a powszechnie określany nazwą „spiskowania”. Ja dziś już nie potrafię zliczyć, ile to razy przez minione lata zdarzyło mi się trafić na osoby dla współczesnej Polski jak najbardziej ważne, co do których pochodzenia pozostajemy w całkowitych ciemnościach. Wpisuję w tę przysłowiową już wikipedię odpowiednie danę i otrzymuję wiadomość: „ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, w roku 1992 zaangażował się w…” i tak dalej.
Od dwóch dni mamy problem z niejakim Andrzejem Michtą, publikującym w Salonie24 i obecnie podpisującym się jako „Andrew”. Powiem szczerze, że dotychczas ów Michta interesował mnie o tyle, o ile ja sam, jako osoba regularnie pisząca w Salonie24, zawsze zwracam uwagę na to, w jaki sposób administracja portalu realizuje swoją politykę. Dziś jednak, ponieważ osoba owego Michty stała się własnością publiczną, a to w związku z jego życiorysem, oraz podejrzeniami, że ów Andrew Michta to bliski krewny znacznie bardziej znanego funkcjonariusza reżimu komunistycznego, pomyślałem, że zobaczę, któż to taki. Kwestia ta stała się dla mnie tym bardziej interesująca, że wspomniana już wcześniej administracja Salonu24 w oczywisty sposób postanowiła położyć na szali cały swój autorytet, by Michcie nie stała się jakakolwiek krzywda. I proszę sobie wyobrazić, że z tego co można się zorientować, jedyne co o tym dziwnym człowieku wiemy, to to, co on sam nam o sobie powiedział, no a że informacje te dodatkowo, zapewne po to, by zrobić na nas większe wrażenie, przekazane są głównie w języku angielskim, to otrzymujemy coś w stylu: „The BBC characterized him as ‘a well-known expert on security issues’”. No i oczywiście wszystko zaczyna się tak mniej więcej w roku 1990. Gdzie Michta się urodził, gdzie chodził do szkoły, kim byli jego rodzice, gdzie poszedł na studia, kiedy zdał maturę, jak to się stało że wyjechał za granicę i przestał być Andrzejem, i kazał na siebie wołać Andrew – o tym już ani słowa. Jedyne co o Michcie wiemy, to to, że jest „bilingual” i „fluent”, że jest „PhD”, że „BBC scharakteryzowało go jako bardzo znanego eksperta w kwestiach bezpieczeństwa”, no a jak ktoś chce więcej i to w taki sposób, by owo więcej zrobiło na nim odpowiednie wrażenie, to jeszcze się dowie że:
He is the M.W. Buckman Distinguished Professor of International Studies at Rhodes College, a predominantly undergraduate college in Memphis, Tennessee. There he received the Clarence Day Dean's Award for Outstanding Research. He was on leave 2005-09 and 2011-present. As of May 2011, he is the Senior Transatlantic Fellow and the Director of the Warsaw branch office of the German Marshall Fund of the United States. From 2005-09, he was Professor of National Security Studies and Director of Studies of the Senior Executive Seminar at the George C. Marshall European Center for Security Studies in Germany. He was a Visiting Scholar at the Hoover Institution on War, Revolution and Peace at Stanford University; and a Research Associate at the Institute for European, Russian and Eurasian Studies at The George Washington University. From 2000-2001 he was at the Woodrow Wilson Center in Washington, D.C. (2000–2001). He is a member of the International Institute for Strategic Studies in London, serves on the Advisory Council of the Center for European Policy Analysis in Washington, D.C., and has served on the AAASS Board of Directors (2001–2004)”.
No a ja oczywiście – już wyposażony w całą tę wiedzę – zdaję sobie też sprawę z tego, że ten oto człowiek jest tak wszechstronny, że poza realizowaniem owej wybitnej kariery prowadzi bloga w Salonie24, a jego obecność tu jest czymś tak wstrząsającym, że jakiekolwiek głosy kwestionujące rangę tego wydarzenia, są traktowane niemal jak zamach na dobro polskiego państwa.
Andrew Michta. Człowiek, który założył jakiś czas temu bloga w Salonie24 i przez Administrację traktowany jest jak Dobro Najwyższe. Przepraszam bardzo, ale ponieważ ja nie jestem idiotą, a w dodatku tak się składa, że język angielski przez sam fakt bycia językiem obcym nie robi na mnie większego wrażenia, ja bym jednak chciał wiedzieć, kto do mnie gada. Powiedzmy, że wystarczy, jeśli zaczniemy od tego „bilingual”. To by nam otworzyło odpowiednią perspektywę.

Przypominam, że moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam najszczerzej.

środa, 20 sierpnia 2014

www.toyah.pl, czyli 2 miliony odsłon

Wczoraj w Salonie24, na samym szczycie głównej strony pojawił się tekst absolutnie wyjątkowy. Zamieszczony przez praktycznie nieistniejącego tu wcześniej internautę, podpisującego się „Grow”, a zatytułowany „Waszczykowski przeprosi Sikorskiego?”, stanowił w całości przedruk z „Gazety Wyborczej” oświadczenia jakiegoś profesora z Oxfordu w sprawie wykształcenia Radka Sikorskiego. Poza tekstem oświadczenia, notka internauty Grow nie zawierała nic więcej, ani jednego zdania wstępu, czy choćby nawet informacji, że to jest przedruk z „Wyborczej”. W związku z tym, no i faktem, że notka owa przez całe popołudnie i wieczór wisiała na „jedynce”, zaroiło się pod nią od komentarzy, których liczba dziś już przekracza 300, a ponieważ ona wciąż jest eksponowana, wygląda na to, że za chwilę dojdziemy do 400 i jeszcze dalej.
Gdyby ktoś nie rozumiał, o co chodzi, powtórzę wszystko bardzo króciutko. Bloger Grow zamieszcza notkę, która stanowi wyłącznie przeklejony z „Gazety Wyborczej” tekst, administracja Salonu24 tekst ów wyróżnia nie dość, że pierwszym miejscem na swojej głównej stronie, to jeszcze trzyma go tam przez wiele, wiele godzin, jako hit dnia, banda półprzytomnych internautów dyskutuje na temat tekstu, który tak naprawdę nie istnieje, a prosty człowiek drapie się po głowie i już tylko się zastanawia, o co w tym wszystkim chodzi.
Kiedy patrzyłem, jak z godziny na godziny liczba komentarzy pod wspomnianym tekstem zaczyna bić wszelkie rekordy, a Administracja zachowuje się, jakby straciła panowanie nad rzeczywistością, przypomniałem sobie sytuację jeszcze z początku roku 2010, kiedy ja sam dopiero zaczynałem pisać w Salonie24, a blog www.toyah.pl, jeszcze nawet nie chodził mi po głowie. Otóż nie wiem, czy kiedykolwiek o tym tu wspominałem, ale pierwszym powodem, dla którego postanowiłem zwrócić się z prośbą do Igora Janke o usunięcie z Salonu24 mojego bloga o adresie toyah.salon24.pl, było to, że w pewnym momencie obok mnie – ja wiem, że dziś to jest to wiadomość nie do uwierzenia i w pewnym sensie również nie do pojęcia – pojawił się blog dziś już nie istniejący, którego nazwy i autora nie pamiętam, operujący na poziomie, w moim mniemaniu, pod każdym względem najniższym, który z niezrozumiałego dla mnie powodu był przez administrację portalu traktowany w sposób szczególny. Zupełnie jakby jego autor był osobą osobiście z państwem Janke zaprzyjaźnioną, a oni mieli świadomość, że jeśli mu tego nie dadzą, to on się zwyczajnie powiesi z rozpaczy. Powtórzę to jeszcze raz: ja zdaję sobie sprawę z faktu, że w to dziś jest bardzo trudno uwierzyć, ale pod koniec roku 2009 i na początku roku 2010 w Salonie24, pomijając oczywiście blogi czerwone, prym wiodły dwa blogi: mój i ten drugi, którego imienia autora dziś już nie pamiętam.
Na czym polegał ów prym? No, na tym, co zawsze. Każdego dnia, ile razy na stronie głównej Salonu24 dochodziło do codziennych przetasowań, o pierwsze miejsce na tak zwanym „pudle” rywalizowały – pomijając oczywiście czerwonych i zielonych zawodowców – moje teksty i teksty tego kogoś. Ponieważ ten drugi blog reprezentował poziom tak dramatycznie niski – i to już niezależnie od absolutnie skandalicznego przesłania, jakie głosił, ale ze względów czysto technicznych – że mi było zwyczajnie wstyd przebywać w tym towarzystwie i tę sytuację uznałem dla siebie za upokarzającą, zwróciłem się osobiście do Igora Janke z informacją – moja pozycja wówczas w Salonie24 była na tyle mocna, że ja miałem przywilej kontaktować się z Igorem Janke pod jego prywatnym adresem mailowym – że jeśli moja dalsza działalność w Salonie24 ma polegać na tym, że ja będę kojarzony z jakimś niedorobionym idiotą, to ja proszę o usunięcie mojego konta. Igor Janke oczywiście wyjaśniał mi, na czym polega demokracja, wolność i skromność, najpierw prosił, abym się nie obrażał, potem, bym dał im jeszcze chwilę i przez parę dni jeszcze pisał (po co im była ta chwila, tego nigdy nie odgadłem), ale stało się tak, że ostatecznie odszedłem. I zapewniam jak najbardziej szczerze, że gdyby dziś nagle miało się okazać, że na jedynce Salonu24 króluje na zmianę mój blog i blog podpisywany, jako Maia13, i że to zaczyna wyglądać na stałą już tendencję, też bym tam przestał pisać.
Powtórzę: Ja wiem, że dziś, kiedy Salon24 osiągnął znaną nam pozycję, i pewnie już niedługo stanie się spółką giełdową, to wszystko brzmi mało wiarygodnie, ale tak to wówczas wyglądało, i jeśli komuś na tym będzie szczególnie zależało, może to zawsze sobie sprawdzić.
Odszedłem więc z Salonu24, założyłem ten nasz blog pod adresem toyah.pl i kolejne miesiące upływały mi wyłącznie tu, bez żadnej konkurencji, bez zastanawiania się, co można pisać, a czego nie, co przejdzie, a na co trzeba uważać, i pewnie, gdyby nie to, że jesienią roku 2011 przyszło mi kandydować do Sejmu i uznałem za stosowne, by, jako praktycznie jedyne kampanijne zagranie, otworzyć blog pod adresem osiejuk.salon24.pl, a później go na specjalne życzenie Gabriela go tam dla wspólnego dobra utrzymać, pewnie do dziś bym pisał wyłącznie tutaj.
Ktoś się zapyta, po ciężką cholerę ja nagle postanowiłem o tym pisać. Otóż powód jest jeden. Kiedy piszę ten tekst, liczba odsłon na toyah.pl przekracza 2 miliony. Od połowy roku 2010 do dziś liczba odsłon (moje wejścia się nie liczą) przekracza właśnie 2 miliony. Jak wszyscy tu wiedzą, jestem człowiekiem niezwykle skromnym, a moje ego osiąga w porywach wielkość ziarnka maku, natomiast tym razem nie mam wyjścia, jak tylko ogłosić, że to jest wynik nie byle jaki. 2 miliony to nie w kij dmuchał. A skoro już to ogłosiłem, to pragnę podziękować wszystkim tym, którzy tamto miejsce uznali również za swoje. Dziękuję. Jestem autentycznie wzruszony. I jak zwykle, przede wszystkim zachęcam do kupowania moich książek. Adres taki jak dotychczas: www.coryllus.pl. Poza tym, mam nadzieję, że stali czytelnicy potraktują tę okazję, jako swego rodzaju urodziny i wrzucą mi coś do skarbonki. Dziękuję.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Będą atakować od strony Kostrzynia

Minął tydzień, a zatem tradycyjnie zapraszam do czytania moich felietonów w „Warszawskiej Gazecie”.

Jak ci z nas, którzy lubią czytać ten felieton zapewne pamiętają, zastanawialiśmy się wcześniej nad planami, jakie w stosunku do nas mogą mieć tak zwani młodzi, wykształceni z wielkich ośrodków i doszliśmy do wniosku, że plany te z pewnością nie są dla nas bardzo przyjazne. A używając zaimka „nas”, wcale nie mam na myśli tylko polskiej prawicy patriotycznej, ale w ogóle społeczeństwa, jako całości. Bo, nie oszukujmy się, jeśli praca w korporacjach motywuje człowieka do popadnięcia w obłęd, ów obłęd wcale nie musi być warunkowany politycznie. Na jego końcu może się znaleźć akt, którego jedyny argument będzie oparty na starym już, pochodzącym z lat anarchii lat 70-tych, zawołaniu: „Nie wiem, czego chcę, ale wiem, jak to zdobyć”.
I oto owe refleksje sprzed tygodnia, zupełnie przypadkowo znalazły swoje fantastyczne wręcz uzupełnienie w artykule opublikowanym przez „Gazetę Wyborczą” a dotyczącym organizowanego przez Jerzego Owsiaka w Kostrzyniu nad Odrą Festiwalu Woodstock. Proszę sobie wyobrazić, że według redaktorów „Gazety”, te pół miliona brudnej hołoty, jaka na początku sierpnia każdego lata stawia się w tym błocie i kurzu, by chłonąć nauki Jerzego Owsiaka i zaproszonych przez niego czarowników, to już nie jest hołota, a przynajmniej nie hołota w klasycznym słowa tego znaczeniu. Owe pół miliona wyznawców miłości, wolności i dobrych wibracji, to właśnie wykształceni, często wciąż młodzi, choć już nie dzieci, pracownicy wielkich korporacji, dla których udział w tym szczególnym święcie jest sposobem na zaczerpnięcie świeżego powietrza po ciężkich miesiącach budowania zawodowego sukcesu. Z artykułu opublikowanego przez „Wyborczą” można wywnioskować, że po tych dwudziestu latach nieustannego rozwoju, dziś Woodstock to dobra okazja, by studenci, pracownicy wielkich firm farmaceutycznych, wykształceni młodzi menedżerowie, ich piękni partnerzy i znające języki dzieci mogli się zintegrować i pokazać światu, że Polska to świat sukcesu. Oto czytamy, że Woodstock to już ani brud, ani nędza, ani pijaństwo i narkotyki, ale kulturalne miejsce spotkań kulturalnych ludzi, dla których nie ma nic ważniejszego od radosnego pląsu po ciężkiej pracy.
A ja już się tylko zastanawiam, że skoro jest tak jak piszę „Wyborcza”, a przecież nie mamy powodu, by im nie wierzyć, czy największą tragedią, jaka dotknęła owego japiszona z sopockiego „Monciaka”, nie jest to, że tylko dlatego, że okazał się on bardziej wrażliwy od innych, podobnych sobie ludzi, i owa wrażliwość go na krótką chwilę zepchnęła z tej karuzeli, on nie mógł w tym roku pojechać do Kostrzynia? I czy to nie jest dla niego kara zbyt duża?
Słyszę, że w tym roku Woodstock gościł pół miliona ludzi. I znów nie mam powodu, by w to wątpić. Pół miliona. To interesujący wynik. Ciekawy tylko jestem, czy to liczba ostateczna. W końcu, skoro się mamy przygotowywać, dobrze by było wiedzieć, ilu z nich się czai po tamtej stronie.

Jak może przynajmniej częściowo wiemy, miniony weekend upłynął nam na Salonie24 pod znakiem języka angielskiego i językowych popisów w wykonaniu bandy niedzielnych anglistów. Ponieważ ów festiwal niekompetencji był wynikiem ogłoszonego przeze mnie mini-konkursu, mogłoby się wydawać, że z konkursami powinniśmy sobie na razie dać spokój, jednak raz że są rzeczy, które musimy sobie wyjaśnić, a dwa, że mnie się akurat pomysł z konkursem bardzo spodobał i przyszło mi do głowy, że ja podobne zabawy będę urządzał regularnie.
A zatem dziś zabawa kolejna. Oto w trakcie tej rzezi na blogu Alexandra Hamiltona internauta Vitus napisał adresowany do mnie komentarz, zawierający uwagę w języku angielskim:
"An Osiejuk commentatory writing is an example of arrogancy and disrespect..."
Zadanie konkursowe brzmi następująco: proszę wskazać wszystkie błędy, jakie znalazły się w zdaniu wyprodukowanym przez internautę Vitusa i ową ocenę uzasadnić.
Osoba, która jako pierwsza udzieli pełnej odpowiedzi, otrzyma ode mnie Elementarz mojego autorstwa z osobistą dedykacją.
Jest też jednak i zadanie drugie: Proszę przetłumaczyć na język polski następującą sekwencję: "An Obama Foreign Policy IQ Test" i objaśnić jej poprawność w kontekście zadania wcześniejszego. Jednoosobowe jury wybierze najlepszą odpowiedź, a jej autor otrzyma książkę o liściu, oczywiście z dedykacją.


Wszystkich pozostałych zapraszam do nabywania naszych książek w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Proszę jednocześnie o stałe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

czwartek, 12 czerwca 2014

Sowiniec i Libicki - dwaj przyjaciele z boiska

Bardzo nie chciałem tego robić, broniłem się przed tym zębami i pazurami, ale wygląda na to, że dłużej już nie dam rady i będę musiał w końcu tę sprawę odhaczyć, choćby po to, by móc powiedzieć, że co miałem zrobić, zrobiłem i się już więcej nią nie zadręczać. Chodzi mi mianowicie o relację między blogerami Libickim i blogerem Sowińcem – czy może raczej między Sowińcem i Libickim, bo z tego co widzę, Libicki się zachowuje, jakby był tu tylko pretekstem – i tym wszystkim, co z niej wynika dla Salonu24 i przy okazji dla nas, czyli polskiej tak zwanej konserwatywnej prawicy.
Kim jest bloger Libicki, wiemy wszyscy bardzo dobrze. Jest to przede wszystkim jeden z dwóch czy może trzech polskich polityków poruszających się na wózku, a poza tym były polityk PiS-u, dziś w Platformie Obywatelskiej, który prawdopodobnie ze strachu przed bankową windykacją staje na głowie, by zademonstrować władzom Partii swoją przydatność i w ten sposób przedłużyć polityczną karierę, w związku z czym, dzień w dzień, zamieszcza swoje refleksje na prowadzonym przez siebie blogu. W jaki sposób on to robi? Otóż jego teksty są oczywiście agresywnie antypisowskie, jednak napisane byle jak, no i kompletnie nieciekawe, przy tym – co istotne – bez niepotrzebnych wulgaryzmów, czy choćby drobnych niegrzeczności. Zwykła antypisowska publicystyka prowadzona przez człowieka, który nie jest ani zbyt inteligentny, ani szczególnie dowcipny, natomiast, owszem, stara się bardzo, by nie przekraczać tego, co się powszechnie uważa za granice podstawowej uprzejmości.
Kim jest więc tu bloger Sowiniec? To też wiemy mniej więcej wszyscy. Sowiniec to najprawdopodobniej samotny, patriotycznie zorientowany i ostatnio ewidentnie bezrobotny pracownik Uniwersytetu Jagielońskiego, który praktycznie cały swój czas spędza na Salonie24, udzielając się głównie, jako tak zwany „bingo-komentator”. Gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz, Sowiniec od wielu już lat wstaje rano i już do nocy chodzi po blogach i wszędzie zostawia ślad w postaci słowa „bingo”. Czasem też zamieści jakąś patriotyczną notkę, apelującą o masowy udział w jakimś marszu, czy zbiórce, a do tego apel o masowe uczestnictwo, lub po prostu zawierającą informację, że w lokalnej telewizji będzie jego wypowiedź i żeby oglądać.
Jest jednak coś, co sprawia, że bloger Sowiniec nie jest aż tak jednowymiarowy i aż tak bezużyteczny. Otóż ile razy senator Libicki wklei swój kolejny artykuł, ów Sowiniec tam natychmiast przychodzi i obraża Libickiego tak, jak tylko potrafi, a więc najczęściej przy pomocy takich słów, jak głuptasek, głupek, dureń, prymityw i podlec. Czy pojawiają się jakieś argumenty, jakieś choćby ćwierć-merytoryczne zarzuty? Nie. Są tylko te cztery, czy może pięć słów.
Jak sądzę, ze względu na regulamin Salonu24, za swoje zachowanie wobec Libickiego, był Sowiniec już parokrotnie przez Administrację portalu karany tak zwanym „zwinięciem”, za każdym razem wracał jednak do łask, z zachowaniem wszystkich dotychczasowych zwyczajów. Czemu tak? Nie wiem oczywiście, ale jak sądzę, na Administracji robi pewne wrażenie, że Sowiniec jest w jakiś typowo krakowski sposób wciąż postacią publiczną i to, że go u siebie mają, państwu Janke po prostu imponuje. Może być też tak, że on sam, jako członek owego tak zwanego „środowiska krakowskiego”, ma paru wpływowych znajomych, którzy za każdym razem interweniują u Igora Janke i wszystko wraca na stary tor.
Jest jednak coś, co mnie autentycznie gryzie, a mianowicie pytanie, dlaczego Libicki nie zrobi czegoś, co się wręcz narzuca i jest tu w Salonie praktyką powszechnie stosowaną, czyli Sowińca nie zbanuje? Przecież to trwa tylko chwilę, nie wymaga żadnego wysiłku nawet od człowieka poruszającego się na wózku, a mogłoby cały problem rozwiązać w mgnieniu oka. Otóż moim zdaniem Libicki w jakiś sposób wie, że Sowiniec w swojej zwykłej formie jest Platformie bardzo przydatny. Zastanawiam się wręcz, czy nie jest tak, że jeśli on tu bloguje, to wyłącznie po to, by prowokować Sowińca do tych komentarzy i w ten sposób – na swoją oczywiście ograniczoną skalę – pokazywać, co to takiego ta polska prawica. Może też być tak, że oni w jakiś sposób są umówieni, bo tak naprawdę cel mają wspólny. Może być różnie, w każdym razie jedno jest pewne: gdyby tylko Libickiemu Sowiniec przeszkadzał, on by to dawno uciął. Ban i cześć.
Wiadomo też coś jeszcze. W sposób oczywisty administracja Salonu ma tu pewien kłopot, który ostatnio objawił się z podwójną siłą, i która stała się faktycznym powodem, dla którego postanowiłem się za sprawę ostatecznie zabrać. Ostatnio bowiem, jak zdążyłem zauważyć, postanowiono, że nie będzie się już Sowińca „zwijać”, tylko po to, by za chwilę ktoś zainterweniował i żeby trzeba go było „odwinąć” ponownie, ale wszystkie jego komentarze zamieszczane na blogu Libickiego – poza „bingo” naturalnie – bez dyskusji, bez jednego nawet słowa i natychmiast będą usuwane, i w ten sprytny sposób z jednej strony będzie chronione dobre imię Senatora, a z drugiej nie wyrządzi się zbyt dużej krzywdy cenionemu blogerowi.
Ktoś powie, że w tej sytuacji chyba nie ma już o czym gadać. Libicki nie musi czytać tych obelżywości, Sowiniec może przez kilka minut mieć tę swoją satysfakcję, a administracja Salonu24 poczucie, że „netykieta” działa bez zarzutu. No a co najważniejsze, współpraca na linii Libicki – Sowiniec pozostaje niezagrożona. Otóż chciałbym powiedzieć, że choć, owszem, ten rodzaj cwaniactwa robi wrażenie, ja osobiście mam wciąż pewien problem. Otóż, jak wiemy, bloger Sowiniec – wbrew woli i opinii wielu komentatorów – reprezentuje tak zwaną konserwatywną prawicę, a w związku z tym jego zachowanie jest oceniane i politycznie wykorzystywane przez ludzi, którzy polskiej konserwatywnej prawicy nie lubią i życzą jej wszystkiego najgorszego, jako bardzo mocny argument w politycznej debacie. Ja znam oczywiście opinię, wedle której, Igor Janke, jego żona Bogna i całe to towarzystwo ma jeden tylko cel – skompromitować wspomnianą prawicę i w ten sposób zagwarantować wieczny sukces wrogom Polski. Czy to ze względu na mój strasznie łagodny temperament, czy wiejską naiwność, czy może już mocno zaawansowany wiek, wolę jednak myśleć, że oni są zwyczajnie gnuśni – jak wielu z nas. A w tej sytuacji mam osobisty apel: proszę, spróbujcie się trochę wybić ponad tę okropną przeciętność i przestańcie nas kompromitować. Nas i jak najbardziej siebie również. Bo jeśli to tak już ma być do końca, to marny nasz wspólny los.

Jak informuje Coryllus, właśnie upadła fantastyczna częstochowska księgarnia i projekt ideowy pod nazwą „Latarnik”. Tak to, jak widać, idzie i na to rady nie mamy. Na szczęście www.coryllus.pl kwitnie, a tam nasze – i nie tylko nasze – książki. Zapraszam serdecznie. Kończy się nakład dwóch pierwszych książek Toyaha: Liścia i Elementarza. Dodruk nie jest planowany. Gdyby ktoś miał chęć wesprzeć ten blog finansowo, numer konta i adres paypal podane są tuż obok. Bardzo proszę i jeszcze bardziej dziękuję.

sobota, 22 marca 2014

O strasznych skutkach puknięcia się w czoło

Miejsce to, co każdy z nas mógł bardzo łatwo zauważyć, od dłuższego już czasu nie jest praktycznie w ogóle poświęcane omawianiu Katastrofy Smoleńskiej, czy choćby tylko nawiązywaniu do kwestii się z nią łączących. Jeśli ów temat się pojawia, to najwyżej w bardzo krótkich komentarzach, będących jednak przede wszystkim bardziej dawaniem świadectwa, niż kontynuowaniem tematu. Dlaczego tak? Powód mojego milczenia jest przede wszystkim taki, że ja osobiście sprawę uważam za zamkniętą. 10 kwietnia 2010 roku, polski samolot rządowy z Lechem Kaczyńskim, Marią Kaczyńską i 94 innymi osobami na pokładzie, podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku w Smoleńsku padł ofiarą zamachu i wszyscy pasażerowie plus załoga zginęli. Koniec. To jest cała informacja i biorąc pod uwagę zarówno stan śledztwa, społecznych emocji i siły propagandy Systemu, dalsze roztrząsanie przez nas tej sprawy jest pozbawione moim zdaniem jakiegokolwiek sensu.
Skąd ja wiem, że w Smoleńsku był zamach? Czy ja może jestem większym fachowcem od specjalistów z odpowiednimi referencjami? Czy ja może przeanalizowałem te wszystkie satelitarne zdjęcia, które od czterech lat widzę to tu to tam, pokazujące mi jakieś kropki, krzyżyki i współrzędne, które mi nic nie mówią? Oczywiście że nie. Za moim przekonaniem, że w Smoleńsku doszło do zbrodni, stoi tak zwany zdrowy rozsądek, który w codziennym życiu każe mi wierzyć, że jeśli mam przed sobą pustą szklankę, to zapewne ktoś wcześniej z niej coś wylał, albo czegoś do niej nie nalał. Podobnie, nie mam ochoty dyskutować z ludźmi, którzy twierdzą inaczej, lub uważają, że sprawa wcale nie jest taka prosta, bo skąd ja na przykład wiem, że w tej szklance na przykład nie było dziurki, albo że ten kto do niej nalewał nie był trzęsącym się staruszkiem, któremu wszystko się wylało obok. Nie chce tych debat, bo wiem, że jeśli oni to robią, wypełnieni są albo szaleństwem, albo złą wolą, albo jednym i drugim. To są dokładnie ci sami ludzie, którzy, kiedy się im mówi o ochronie życia poczętego, jako argument za aborcją natychmiast zaczynają przedstawiać jakieś fantazje o zgwałconych zakonnicach. A więc dyskusji żadnej nie będzie. I kropka.
A jednak, jak widzimy, przełamałem się i postanowiłem w temacie Smoleńska, czy może owej kompletnie pozbawionej sensu debacie, jaka się wokół tego nieszczęścia toczy, zabrać głos. I od razu niestety muszę zapowiedzieć, że ów głos będzie musiał wyłącznie potwierdzić moją oryginalną opinię: tu w ogóle nie ma ani o , ani z kim rozmawiać.
O co poszło? Otóż, jak wszyscy chyba wiemy, polscy prokuratorzy – z przyczyn, które mnie ani nie interesują, ani też nie uważam, żeby one w ogóle były dla nas jakoś szczególnie istotne – po czterech latach badań ogłosili, że ani gen. Błasik, ani inne osoby, podejrzewane o to, że leciały do Smoleńska po pijaku, pijane jednak nie były. I można by było tę wiadomość podsumować jednym krótkim „a odp…olcie się wreszcie od nas”, gdyby nie fakt, że reakcja na to oświadczenie jest tak powszechna, że naprawdę trudno jest nad nią przejść do porządku dziennego. Oto z jednej strony, wszystkich tych, którzy tak jak my, o tym że gen. Błasik pijany podczas pamiętnego lotu nie był, wiedzą już od owych czterech lat, najpierw ogarnęła satysfakcja tak wielka, jakby właśnie System oficjalnie przyznał się do morderstwa, a następnie przerodziła się ona w ponawiane raz za razem żądanie, by ci, którzy przez tyle lat kolportowali to kłamstwo, powiedzieli „przepraszam”. Zupełnie tak, jakby owo „przepraszam” mogło cokolwiek zmienić. Zupełnie tak, jakby owa informacja, że gen. Błasik – no a skoro nie on, to pewnie też nie prezydent Kaczyński – jednak pijany nie był, mogła mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie.
Powtórzę to raz jeszcze. Mijają cztery lata od tamtej strasznej zbrodni, lata wypełnione kłamstwem i nienawiścią dotychczas cywilizowanemu światu nieznaną, i po owych czterech latach dokładnie ci sami ludzie, którzy to kłamstwo i tę nienawiść z takim zaangażowaniem budowali, przychodzą i mówią, że gen. Błasik, podobnie jak reszta pasażerów tamtego lotu jednak pijani nie byli. A my na to, zamiast – i to też powtórzę – powiedzieć im, żeby się od nas odpierdolili, prosimy ich, żeby powiedzieli „przepraszam”. Zapewne głównie po to, byśmy im wtedy mogli powiedzieć, że co jak co, ale oni jednak honor mają.
Ale to nie są jedyne głosy komentujące owo oświadczenie. Jak się można było spodziewać, odezwali się też ci, którym to że tamten samolot jednak nie leciał na ostrym gazie w żaden sposób nie pasuje. No i oni się już niczym nie przejmują. Oto jeden z nich przychodzi i tłumaczy, jak to wedle polskiego prawa, człowiek określany jest jako nietrzeźwy dopiero powyżej 0.5 promila alkoholu, a więc wcale nie wiadomo, czy oni wszyscy tak naprawdę nie byli pod wpływem, tyle że ów wpływ był mniejszy, niż liberalne polskie prawo określa jako stan upojenia. Potem przychodzi następny i szydzi, że cztery lata to okres zdecydowanie zbyt długi, żeby po jego upływie ocenić, czy gen. Błasik i reszta byli pijani czy nie. Komisja Anodiny badała Błasika tuż po katastrofie, więc oni chyba mieli lepsze i bardziej wiarygodne dane, prawda? Kto inny z kolei, przyznaje, że no może faktycznie pijani nie byli, ale czy nie nadszedł czas, by się zwrócić do Amerykanów, by ujawnili treść telefonicznej rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z bratem? I tak dalej, i tak dalej.
A my co z tego wiemy? Otóż dla nas informacja jest jedna – prokuratura przyznała się do kłamstwa i teraz ma przeprosić. W tej sytuacji, to ja chciałbym przeprosić wszystkich bardzo, ale skoro nikt tego za mnie zrobić nie chce, to ja to powiem sam: „Odpierdolcie się ode mnie. Na zawsze. A jak będę miał do was sprawę, to się sam zgłoszę. I niech wam się nie wydaje, że przyjdę prosić o to, byście przeproszali”.
A zatem, to jest jedna z dwóch rzeczy, która mnie skłoniła do pisania o Smoleńsku. Druga jest taka, że wczoraj w Salonie24 przeczytałem bardzo ciekawy tekst blogera podpisującego się Peemka: http://pmk.salon24.pl/574950,liczba-fragmentow-samolotu-w-wyniku-eksplozji-porownanie. Tekst ten zainteresował mnie o tyle, że chyba po raz pierwszy od dawna miałem okazję, czytając o Katastrofie Smoleńskiej, nie męczyć sobie oczu jakimiś satelitarnymi zdjęciami i strzałkami, które mi nic nie mówią, ale zapoznać się z czymś, co w toku dyskusji pod wspomnianym tekstem zostało nazwane „zasadą przyczynowości”, a co sam autor bardzo ładnie opisał przy pomocy takiego oto przykładu:
„Jak Pan się puknie palcem w głowę w wyniku czego pańska nie tylko głowa ale i całe ciało rozpadnie się na setki kawałków to można powiedzieć, że zgodnie z wiedzą sprawdzoną i uniwersalną skutek jest nieadekwatny do przyczyny. Innymi słowy - przyczyna musi być proporcjonalna do skutku”.
Czego dotyczył tekst, dyskusja pod nim i wyżej zacytowany przykład? Otóż bloger Peemka opisał trzy katastrofy lotnicze, z którego to opisu wynikało niezbicie, że jeśli w pewnym samolocie na wysokości kilku tysięcy kilometrów wybucha bomba, a on spadając rozbija się na dziesięć tysięcy kawałków, to kiedy inny samolot spada na ziemię z pięćdziesięciu metrów i rozbija się na owych kawałków 60 tysięcy, wniosek z tego może być tylko jeden: że ktoś się temu drugiemu samolotowi w taki sposób rozczłonkować się pomógł, i to nie przy pomocy zwykłej bomby, ale bomby niezwykle niezwykłej.
No i tu też natychmiast pojawili się komentatorzy, którzy poczuli nieopanowaną potrzebę zakwestionowania owej logiki. I co się okazało? Otóż dopóki nie określimy naukowo konkretnej liczby szczątków od których możemy brać pod uwagę wybuch, nie możemy w ogóle wybuchu zakładać. Po tym mądrali przyszedł następny i zaczął dowodzić, że ponieważ w Lockerbie nie szukano tak dokładnie jak w Smoleńsku i nie rozkopywano ziemi przy pomocy archeologów, prawdopodobnie tam znaleziono tylko małą część wszystkich szczątków samolotu. Kiedy Peemka wyjaśnił, że tam na podstawie znalezionych kawałków odtworzono 95 procent kadłuba, ów ktoś zaczął argumentować, że my nie wiemy, ile tych kawałków się znajdowało w tych 5 procentach. Później znowu przyszedł ktoś, kto przypomniał, jak to kiedyś z kilku tysięcy metrów do oceanu spadł pewien samolot i rozbił się na 2 miliony kawałków, a przecież wszyscy wiemy, że woda jest bardziej miękka niż nawet pełna błota smoleńska ziemia. Ponieważ dalej debata zrobiła się już tak poważna, że pojawiły się dawno nieobecne wykresy, to i ja naturalnie odpadłem. Natomiast to co we mnie zostało, to owo przekonanie, że to wszystko jest całkowicie pozbawione sensu. Po czterech latach od tamtej tragedii i tamtej strasznej śmierci, z jednej strony świadomość tej zbrodni, a z drugiej propaganda mająca na celu skuteczne owej świadomości wyparcie, sprawiają, że jakakolwiek dyskusja na ten temat jest niczym więcej, jak tylko irytującym brzęczeniem. Minęły cztery lata i każda była, obecna i ewentualna rozmowa już zostały ostatecznie zakończone. To z czym mamy do czynienia dziś, to niemal dokładne powtórzenie owej ewangelicznej przypowieści o grzeszniku, który zanim wpadł na wieczność w ogień piekieł prosił Boga, by mu pozwolił jeszcze swoim bliskim powiedzieć, by nie grzeszyli, bo los jaki ich czeka jest losem najstraszniejszym, a Pan mu powiedział, że skoro dotychczas nie uwierzyli, to choćby On sam na nich zszedł, nie uwierzą. Nie uwierzą dopóki ich samych ten ogień nie ogarnie. Nie uwierzą.
I tu jest dokładnie tak samo. Do części z nich nie ma co mówić. Część z nich, choćby i sam Bóg do nich przyszedł i im powiedział, że jeśli podchodzący do lądowania samolot, z wysokości 50 metrów uderza w błotnistą ziemię i rozpada się na 60 tysięcy drobnych kawałków, a znajdujący się w nim pasażerowie doznają takich obrażeń, że ich strzępy można zbierać z tego błota tak samo jak owe szczątki samolotu, to znaczy, że tam nastąpił niezwykle silny wybuch, to oni Bogu powiedzą dokładnie to samo co dziś mówią i sobie i nam, czyli że On nie wziął pod uwagę tego czy owego i żeby się w związku z tym wreszcie zamknął, bo jeśli nie to oni poproszą Ruskich o pomoc, by ci nie wierzącą w zamach mniejszość chronili przed agresją oszołomów.
To już chyba faktycznie lepiej próbować poprowadzić z każdym z nich osobną debatę na temat, czy jeśli do szklanki nalejemy wodę, to szklanka się zapełni, czy wręcz przeciwnie – się opróżni. Przynajmniej temat będzie bardziej pasował do poziomu dyskutantów. A gdy idzie o Smoleńsk, przykro mi to powtarzać, ale sprawa jest z całą pewnością zamknięta na zawsze. I dziś to wiem tak dobrze, jak chyba nigdy dotychczas.

Serdecznie proszę o wsparcie dla tego bloga. Albo przez kupowanie książki o angielskim listonoszu i innych (tuż obok), albo przez wspieranie nas pod podanym (też tu obok)numerem konta. Znaleźliśmy się w tych dniach - paradoksalnie, również przez tę książkę - na krawędzi, jakiej nie widzieliśmy dawno. Dziękuję za każdy gest.

niedziela, 2 lutego 2014

Ich oczy nucą: "Sorry"

W ostatnich dniach, wbrew wcześniejszym obietnicom, zamieściłem dwa teksty na Salonie24, jednocześnie zaniedbując nieco ten blog. We wstępie do poprzedniej notki starałem się tę kwestię wyjaśnić, jednak cały wczorajszy dzień przyniósł tyle wrażeń, że chciałbym dziś sytuację opisać bardziej szczegółowo. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, swego czasu w Salonie24 udzielał się bloger, podpisujący się, jako Pantryjota. Charakter jego działalności sprowadzał się do bardzo agresywnego ataku na Kościół i Wiarę na poziomie ogólnym, natomiast, jeśli idzie o sprawy bieżące, z szydzenia z Katastrofy Smoleńskiej i jej ofiar.
Blog Pantryjoty, pewnie trochę ze względu na ów nieustanny rechot, który zawsze przyciąga bardzo określony rodzaj publiczności, a trochę też przez pewien autentyczny zmysł przywódczy autora, zgromadził wokół owego bloga dość liczną, jak na standardy panujące w blogosferze, grupę fanów.
Po pewnym czasie jednak Pantryjota ogłosił, że ze względu na zajęcia zawodowe i bardziej poważne od prowadzenia bloga zobowiązania, on się ze swoimi fanami żegna, jednocześnie, a jednocześnie, nieco nawet już wcześniej, uruchomił nowy blog, jako Ruhla – kobieta wyjątkowa. Blog dokładnie taki, jak poprzedni, pisany tym samym stylem, z tym samym zacięciem i tym samym przedmiotem ataku.
Po pewnym czasie jednak, blog Ruhli również został zlikwidowany, rzekomo w proteście przeciwko zalewowi reklam w Salonie, i niemal natychmiast ruszył projekt kolejny, tym razem podpisywany nickiem Orwocolor, wciąż prowadzony tą samą ręką, tą samą głową i tym samym, że tak to ujmę, sercem.
Ktoś spyta, czemu ja się akurat zająłem owym Panryjotą/Ruhlą/Orwocolorem? W końcu jest tyle różnych blogów w Salonie24 i nie tylko, że naprawdę jest z czego wybierać. Otóż ja nie miałem możliwości, by owego bloga nie zauważyć, ze względów zupełnie szczególnych. Otóż, jak wiele na to wskazuje, poza dotychczas wymienionymi celami, jakie stały za tymi tekstami, był jeden, z mojego punktu widzenia, decydujący. Rzecz mianowicie w tym, że prawdopodobnie cała działalność owego dziwnego człowieka w pierwszym rzędzie była nastawiona na tępienie mnie i Coryllusa. Jeśli on uznał za stosowne zakładać owe blogi i poświęcać im niemal cały swój czas, to przede wszystkim ze względu na mnie i Coryllusa. Niemal każdy opublikowany przez Pantryjotę tekst, nawet jeśli dotyczył tematów bardzo neutralnych, i tak w efekcie prowadził do tego, że pod spodem rozpętywała się dyskusja na temat tego, kim jestem ja, moja rodzina, mój kumpel Coryllus, i co należy z nami wszystkim zrobić, żeby zapanował porządek. A więc, tak czy inaczej, lekceważyć się tego nie dało.
Kilka dni temu bloger – zostańmy może przy nicku oryginalnym – Pantryjota podczas dyskusji ze swoim stałym komentatorem Vic-Thorem, rzucił w jego stronę, jak najbardziej szydercze, „Bóg z tobą”, na co Vic-Thor odpowiedział mu: „Wolę z panią Bozią; przynajmniej jest za co złapać”, na co Pantryjota zapytał: „Masz na myśli bobra?” i w ten sposób ruszyła lawina najbardziej obscenicznych żartów z Matki Boskiej. Zgłaszałem sytuacje do Administracji – bez rezultatu. W nadziei, że w ten sposób Administracja otrzeźwieje, napisałem bardzo prowokacyjną notkę zatytułowaną „Czy wolno złapać Bognę Janke za bobra?”– zero reakcji. Wreszcie, najbardziej jednoznaczne i obrzydliwe komentarze z blogu Pantryjoty zostały usunięte, natomiast całość owego przekazu została skierowana na kompletnie nowy tor. Otóż Pantryjota potraktował słowo „bóbr”, jak hasło, i zaczął publikować serię notek i komentarzy z bobrem w tytule, by na koniec ogłosić powstanie Kościoła Świętego Bobra, czy jakoś tak, opartego na Dziesięciu Przykazaniach, sparodiowanych w taki sposób, że słowo „Bóg” zostało tam zastąpione słowem „bóbr”.
I ten tekst zgłosiłem do Administracji, jednocześnie poświęcając sprawie kolejną swoją notkę, w efekcie czego, zarówno obie moje notki, podobnie jak i wszystkie bieżące wpisy Pantryjoty, zostały przez Administrację usunięte, Pantryjota się obraził i ogłosił koniec blogowania, a ja otrzymałem ostrzeżenie od Administracji, że jeśli kiedykolwiek użyję słowa „bóbr”, moje konto w Salonie24 zostanie zamknięte. Naprawdę.
I to byłby właściwie koniec całej tej historii, gdyby nie pewna jej część, która mnie zainspirowała do refleksji bardziej ogólnej. Otóż mi bardzo zaimponował niezwykle przebiegły zabieg propagandowy, zastosowany przez Pantryjotę, a polegający na tym, by owego „bobra”, który rozpoczął całą dyskusję, a jednocześnie powinien się stać oczywistym powodem dla wiecznego potępienia człowieka, który go w pierwszej kolejności wyciągnął, nagle uczynić częścią osobnej debaty, gdzie on już nie będzie funkcjonował, jako znak pewnej kompromitacji, ale wyłącznie, jako dowcipne hasło do wykorzystania nawet przeciwko tym, którzy jako pierwsi przeciwko niemu zaprotestowali.
Oto całkiem niedawno minister Elzbieta Bieńkowska, poproszona o komentarz w sprawie zimowej zapaści na kolei, odpowiedziała „Sorry, ale taki mamy klimat”, co stało się natychmiast celem ataku ze strony zarówno antyrządowej opozycji, jak i nawet osób zachowujących dotychczas pozycję politycznie neutralną. Owo „sorry” Bieńkowskiej stało się w jednym momencie obiektem takiego szyderstwa, że moment, kiedy ono zniesie Bieńkowską z powierzchni ziemi, wydawał się już być tylko kwestią czasu. I oto nagle okazało się, że to nieszczęsne „sorry” zostało przejęte przez kulturę popularną, jednak już nie w kontekście wystąpienia Bieńkowskiej, lecz jako hasło i żart, które mogą być użyte w jakichkolwiek kontekstach, w tym, nawet jako argument w walce z opozycją.
Parę dni temu, o ile pamiętam, na portalu wpolityce.pl, znalazłem tekst o tym, jak to tygodnik „Polityka”, zamieścił owo „sorry” Bieńkowskiej na okładce, natomiast sam okładkowy artykuł w głównej jego części poświęcił atakowaniu Prawa i Sprawiedliwości, jako pierwszego retorycznego narzędzia używając właśnie słowa „sorry”. Efekt tego jest taki – a obserwując choćby cały rynek medialnej propagandy, widzimy, że to już osiągnęło wymiar publiczny – że nie ma już ani Bieńkowskiej, ani nieudolnego rządu, ani stojących w śniegu i mrozie pociągów, z ich bezradną do końca zawartością, ani przede wszystkim owej niebywałej wręcz kompromitacji, lecz tylko słowo-klucz, które jest w stanie otworzyć autentycznie każde drzwi, jakie reżimowa propaganda będzie chciała otworzyć. Wychodzi na to – po raz nie wiem, który już z kolei – że skuteczność propagandowa kultury pop bije na głowę wszystko, co tak zwane „siły ciemności” były w stanie wymyślić, żeby nam, ludziom biednym i niewinnym, zawrócić w głowie.
Ja się nie zdziwię, jeśli któregoś dnia, Donald Tusk, w jakimś nieoczekiwanym ataku załamania nerwowego, podczas którejś z kolejnych konferencji prasowych rzuci nie stąd ni z owąd: „Muszę się iść wysrać”, i nie miną trzy dni, jak owo zdanie zostanie wchłonięte i przetworzone przez kulturę pop w taki sposób, że nikomu do głowy nie przyjdzie nie dość, że sądzić, że jego autorem jest pan premier, ale większość społeczeństwa uzna je za bardzo zabawny bon mot, który będzie można nawet wykorzystać w debacie o pedofilii w Kościele.
Nie zdziwię się, jeśli tefauenowskie fakty przeprowadzą uliczną sondę, gdzie będzie się pytało przechodniów, o to, czy im się zdarzyło korzystać z publicznych toalet, albo czy lubią czytać w trakcie korzystania z ubikacji, lub wreszcie, co mówią, kiedy chce im się kupę. Ewentualnie nawet, w pewnym momencie może się pojawić kwestia, czy Jarosław Kaczyński używa brzydkich słów.
Ja się nie zdziwię, kiedy już w kolejnym tygodniu ukaże się stały zestaw tygodników, z których każdy na okładce będzie miał wypisane wielkimi literami owo „Idę się wysrać”, a my wszyscy będziemy już tylko mruczeli z zadowolenia, że co by nie powiedzieć, to należy przyznać, że przynajmniej jest co poczytać.
Ten blog wystartował w roku 2008, i już jeden z pierwszych tekstów dotyczył sposobu, w jaki kultura pop jest wykorzystywana w medialnej propagandzie. Wygląda na to, że przez te niemal już siedem lat, nie zmieniło się nic. Oni przez te siedem lat nie wymyślili nic nowego. To jest wciąż ten jeden stary numer, nudny do porzygania, numer. Nie do wiary, jak on wciąż odnosi sukcesy.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

piątek, 23 sierpnia 2013

Coryllus: Pedofilska bomba zabije Terlikowskiego

Miałem w planie umieścić tu dziś kolejny tekst, ale nagle doszło do zdarzenia, które sprawiło, że wszystko trzeba było przearanżować. A zatem, tekst, który napisałem wczoraj wieczorem specjalnie z myślą o Was, pójdzie do Salonu24, tu jeszcze do jutra powisi tekst o śmierci, o którym myślę nieskromnie jak najlepiej, natomiast teraz proszę przeczytać, co nam napisał nasz kumpel Coryllus. To co widzimy poniżej to jego najnowszy wpis na blogu w Salonie24, który Administracja ukryła, zeby świat się o nim broń Boże nie dowiedział. Ponieważ jednak jest to moim zdaniem coś absolutnie nie do zlekceważenia, przeklejam to - inna sprawa, że nawet bez pytania o zgodę - tutaj. Proszę się napawać. A cenzorzy Systemu niech gniją w swoich obsesjach.


Najpierw cytat:
Przebywałem w pewnym paryskim kolegium, gdzie pichcono tyle teologii, że nawet mury były nią przesiąknięte; lecz nie przypominam sobie stamtąd niczego poza kwaśnymi humorami i mnogością wszy. Łóżka były tak twarde, pożywienie tak nędzne, a studia tak mozolne, że niejeden młody człowiek, który w pierwszym roku kolegium rokował wielkie nadzieje, wychodził stamtąd szalony, ślepy lub trędowaty, o ile wcześniej nie przeniósł się na tamten świat. Wiele z sal sypialnych znajdowało się w sąsiedztwie wygódek; były one tak brudne i zasmrodzone, że nikt z lokatorów nie opuszczał ich żywy lub przynajmniej bez zawiązka groźnej choroby. Kary polegające na biciu rózgą były wymierzane z całą surowością, jakiej można było oczekiwać z rąk kata. Pryncypał kolegium chciał z nas wszystkich uczynić mnichów i aby nas zaprawić do postów, pozbawił nas mięsa. O ileż zgniłych jajek tam zjadłem! Ileż spleśniałego wina wypiłem!"
Myślicie, że to ksiądz Mądel napisał te słowa w swoim tajemnym dzienniczku? Akurat. To ojciec humanizmu Erazm z Rotterdamu opisuje w ten sposób swój pobyt w kolegium Montaigu. Już na pierwszy rzut oka widać, że są to same kłamstwa, robione w myśl najlepszych recept propagandowych. Po czym ja to poznaję? Po tym mianowicie, że są wymierzone w hierarchię kościelną i uniwersytecką, w tę rzekomo skostniałą strukturę, którą Erazm starał się obrzydzić swoim współczesnym. Tyle, że uniwersytet paryski w czasach Erazma był już finansowany przez króla i miasto, nie podlegał papieżowi. No więc coś tu śmierdzi psze państwa i nie są to bynajmniej te wychodki, obok których położone były sale sypialne, gdzie umierali studenci teologii nażarłszy się wcześniej śmierdzących jaj i zapiwszy je spleśniałym winem.
Umieściłem tutaj ten cytat ponieważ koresponduje on żywo ze sposobem relacjonowania wypadków właściwych księdzu Mądlowi. OK, mnie jest niesłychanie trudno wzruszyć i ktoś może powiedzieć, że po prostu brakuje mi empatii. Ponieważ jednak zdarzyło mi się w szkole średniej przeprowadzić kilka poważnych operacji hucpiarskich, znam różne techniki i chwyty. Może jest tego za mało na szósty dan, ale na pierwsze kyu w zupełności wystarczy.
Obserwowałem też ludzi, którzy w emocjonalnych zwodach byli prawdziwymi mistrzami. Pewna koleżanka ze studiów kiedy spóźniła się pewnego dnia na lektorat z niemieckiego, a tego dnia miało być jakieś zaliczenie i ona nic nie umiała, rozpłakała się i powiedziała, że na jej oczach samochód zabił człowieka. I prowadząca ten lektorat pani bardzo się wzruszyła. Myślę, że nie miała wyjścia, bo terror emocjonalny jest gorszy niż pożar górnych pięter lasu. Burzy cały porządek i wywraca hierarchię do góry nogami, i w zasadzie nie można sobie z nim poradzić. Są jednak ludzie, którzy to potrafią, ale oni odznaczają się wyjątkową wprost brutalnością i skrupułów mają mniej niż brudu za paznokciem. Mają również doświadczenie, które podpowiada im, że wobec emocjonalnego szantażysty inne metody, jak solidna chłosta albo publiczne upokorzenia nie skutkują. Tym mniej się owe inne metody nadają do zastosowania im więcej widzów ma szantażysta. Już Fryderyk Nietsche pisał: idziesz do kobiet? Nie zapomnij bata. A miał przecież na myśli intymne, a nie oficjalne szantaże emocjonalne, w dodatku jeszcze relacjonowane przez media. Tutaj przydałaby się bazooka i 40 rakiet, jak to zwykł mawiać pewien mój kolega ze szkoły średniej.
Ksiądz Krzysztof Mądel doskonale sobie z tego wszystkiego zdaje sprawę i wali z rury najgrubszej: byłem molestowany w dzieciństwie przez księdza. Otóż mili Państwo jest to nieprawdopodobna brednia, a mówi Wam to były poradnik seksualny z tygodnika „Pani domu”, Tu działa ta sama zasada co w przypadku samobójców gawędziarzy – im więcej opowiadania o stryczku tym mniejsze szanse na rzeczywiste jego zastosowanie. Ja bym chętnie posłuchał jak ksiądz Mądel był molestowany przez kogo. Bo właściwie po co się oszczędzać? Niech wejdzie do studia w TVN, u Drzyzgi na przykład i wali po nazwiskach, a także opowie czy za laskę dostawał snickersa, jak to było w słynnym antyklerykalnym dowcipie. Nie znacie? Proszę bardzo: ksiądz się gdzieś spieszył i zostawił ministranta w konfesjonale, co jest oczywiście niemożliwe, ale ludziom wymyślającym takie kawały wcale ów fakt nie przeszkadza. Wkrótce przyszła jakaś paniusia, klęknęła i zaczęła opowiadać o swoich sypialnianych ekscesach. Młodzieniec zastępujący księdza stropił się bardzo kiedy przyszło do rozgrzeszenia, nie wiedział co powiedzieć, więc wychylił się z konfesjonału i zapytał innego ministranta – ty? Co ksiądz daje za laskę? - Nie wiesz? Snickersa.
No więc trzymając się tej konwencji, którą uważam za jedyną dopuszczalną w konwersacji z księdzem Mądlem chciałem mu zadać to pytanie: co ksiądz dawał za laskę? Chciałbym także zadać księdzu Krzysztofowi inne jeszcze pytanie: czy korzyść ta wpłynęła jakoś na decyzję o wyborze drogi życiowej przez księdza Krzysztofa? Nie ma się co ochrzaniać chłopcy, jeśli było molestowanie to walimy po całości, żeby nie wystygło. I nie ma chowania się pod dywan. Wszyscy jesteśmy dorośli. Jeśli zaś Krzysztof Mądel chce nam powiedzieć, że jest zbyt wrażliwy, albo, że ma luki w pamięci w związku ze stresem przeżytym w dzieciństwie, to ja mogę go już tylko poszczuć psami i skierować na jakąś budowę do pracy, bo tam na pewno przywrócą go do przytomności.
Czy ktoś sobie wyobraża, że jakiś Jezuita wychodzi samowolnie z gabinetu prowincjała w XVI stuleciu? Albo, że opowiada takie historie? Oczywiście, że nie, a skoro dzieje się to w dzisiejszych czasach na oczach kamer to znaczy, że zostało przez kogoś dobrze zaplanowane, a ojciec prowincjał w to przedstawienie jest wmanewrowany. Nie może zachować się inaczej niż pani od niemieckiego u mnie na roku, kiedy usłyszała, że leniwa studentka widziała jak samochód zabił człowieka. To są sytuacje dla zdrowego i zdyscyplinowanego człowieka bardzo trudne do przeskoczenia, ale ja na przykład dobrze sobie z nimi radzę. Wiem jednak, że inni nie. Teraz pora na Terlikowskiego. Jego wystąpienie uważam za skandaliczne, uważam wręcz, że Terlikowski to po prostu pracownik działu mediów jakiejś agencji reklamowej założonej przez Palikota i jego kumpli. On już wyczuł pismo nosem i szykuje się do występów w telewizji, gdzie będzie tym swoim jojczącym głosem współczuł Mądlowi i opowiadał jakim to problemem w Kościele jest molestowanie. Pewnie też już podliczył sobie Tomasz Terlikowski ile za te występu otrzyma honorarium i co sobie za nie kupi, a może nawet skalkulował komu warto dać się opluć, a komu nie, bo to nie przyniesie żadnych korzyści. Nie wierzycie w telewizyjne tournée Terlikowskiego i serię głębokich tekstów na łamach prawicowej prasy? Poczekajcie.

Ponieważ seks i przemoc wśród nieletnich świetnie się sprzedają, czego dowiódł ksiądz Mądel, chciałbym w związku z treścią tej notki zaprosić Was na stronę www.coryllus.pl gdzie można kupić nasze książki. Trwa cały czas promocja książek Toyaha: trzy tytuły po 70 zł i promocja I tomu Baśni jak niedźwiedź oraz audiobooka po 25 zł, mamy także nową książkę: Dom z mchu i paproci, również za 25 zł. Do wszystkiego należy doliczyć koszta wysyłki.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...