Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uniwersytety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uniwersytety. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 stycznia 2020

Uniwersytet według Kiepskich

      Parę dni temu, na portalu TVN24, który, owszem, obserwuję, wpadłem na rozmowę z nieznaną mi, ale posiadającą nazwisko, prof.dr hab. Krystynę Skarżyńską, naukowczyni z dziedziny tak zwanej psychologii społecznej, która zabrała głos na tematy bieżące – w końcu, czym się mogą dziś zajmować psychologowie, nawet z tytułami profesorskimi, jak nie tematami bieżącymi – i wyraziła rozczarowanie faktem, że mimo tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, wbrew nadziejom ludzi wrażliwych i kulturalnych, poziom nienawiści nie zmalał, lecz, wręcz przeciwnie, nawet się podniósł. Zaproszona przez TVN24 pani psycholożka – przypomnijmy, że profesorka jak najbardziej zwyczajna – przeprowadziła w tej sprawie badania i z owych badań wyszło jej, że od ubiegłorocznego nieszczęścia doszło do takich przejawów nienawiści, potraktowanie przez opinię publiczną strajkujących nauczycieli, czy dziś marszałka Grodzkiego. Dokładnie rzecz biorąc, interesujący nas fragment wypowiedzi pani profesor brzmiał tak:
„Poziom agresji w polskiej polityce w zeszłym roku tylko się zwiększył. Atakowano nauczycieli, sędziów, Adama Bodnara, teraz atakuje się marszałka Grodzkiego. Choć nie było kolejnej tragedii, nie znaczy to, że jest dobrze. Powinniśmy jak najszybciej zacząć pracować nad polityką opartą na współpracy”.
      Przeczytałem sobie ten tekst i nie mogłem nie pomyśleć sobie, że to jest naprawdę niezwykłe, że oto z jednej strony mamy do czynienia z jak najbardziej koncesjonowanym pracownikiem uniwersytetu, z tytułem profesora doktora habilitowanego, osobę jak rozumiem z na tyle wielkim autorytetem, że zaprasza się ją do głównych polskich mediów, by się tam wypowiadała na tematy, którymi się zajmuję w sposób czysto naukowy i ona to robi w taki oto sposób, że chyba nawet dwie tępe nauczycielki na długiej przerwie by się nie powstydziły.
      - No i popatrz tylko, ile tej nienawiści, gdzie tylko człowiek nie spojrzy. Ledwo co skończyli z nami nauczycielami, to wzięli się znowu za tego marszałka Grodzkiego.
     - No i jeszcze ten Bodnar. Wyobrażasz sobie? To jest naprawdę okropne. A wydawało się, że po tym jak ten pisowiec zasztyletował prezydenta Gdańska, ludzie się opamiętają i zaczną wspólnie pracować nad polityką współpracy.
      - Jak o tym myślę, to ja bym tego Kaczora rozszarpała na drobne strzępy. Jak w ogóle można tak traktować ludzi?
      - Szkoda gadać, no ale za chwilę dzwonek, muszę iść się użerać z tym idiotą Kowalskim.
     Oto mamy przed sobą kogoś takiego jak owa Skarżyńska, profesor doktor habilitowana, od lat trudniąca się zawodowo badaniem zachowań społecznych z punktu widzenia nauk psychologicznych, nauczająca jak rozumiem studentów tych wszystkich tajemnic, występująca przed nimi ze swoimi niezwykle głębokimi wykładami, i okazuje się, że jedyne co ona wie, to to, że mimo tak strasznej śmierci Pawła Adamowicza, owa pisowska nienawiść wciąż się szerzy, to na nauczycieli, to sędziów, to na rzecznika Bodnara, no i wreszcie dziś na marszałka Grodzkiego. Czy to możliwe, że ktoś o tak wysokiej pozycji w owej hierarchii mógł się doprowadzić do takiego stanu, że nagle stosunek części obywateli do rzecznika Bodnara i marszałka Grodzkiego stały się dla niego tematem do refleksji naukowych?
        Kiedy się zadręczałem pytaniem, co się do cholery dzieje z tymi wszystkimi profesorami, objawił mi się jak flaszka pierwszej klasy singla z samego nieba, tym razem znany mi już od dłuższego czasu krakowski profesor Jan Zimmermann, który swą medialną karierę buduje na fakcie, że był promotorem pracy doktorskiej prezydenta Andrzeja Dudy, no i wciąż ma pod jego adresem różne żale pod tytułem „Jak ja mogłem wypuścić takiego durnia?” Tym razem, w związku z jednoznacznie krytyczną wobec środowisk sędziowskich wypowiedzią Prezydenta na którymś z wieców, ów profesor nie wytrzymał i oświadczył co następuje:
 „Tą wypowiedzią, i tymi poprzednimi sprzed paru dni, jestem zupełnie wstrząśnięty. Jestem od prawie pięćdziesięciu lat pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym prawie trzydzieści lat profesorem prawa. Jestem także profesorem, który opiekował się panem Dudą i był promotorem jego doktoratu. Pan prezydent studiował na uniwersytecie i uczył się od bardzo wielu wybitnych profesorów i powinien szanować ten zawód profesora prawa, a w tej wypowiedzi po prostu obraża autorytet tego zawodu, autorytet profesorów prawa.
Pan prezydent przekroczył jakąś linię, której się dotąd trzymał. Robił różne błędy, robił różne rzeczy, które były niezgodne z prawem, które politycznie były naganne, które nawet były może żenujące czy zawstydzające obywatela, ale teraz przekroczył tę granicę. Zaczął atakować ludzi i zaczął wkraczać w teren zostawiony normom etycznym, już nie tylko prawnym. Zaczął naruszać te normy etyczne. Obraża sędziów, obraża profesorów, obraża przedstawicieli Unii Europejskiej, którzy przyjeżdżają do Polski z dobrą wolą”.
        Czytam jeszcze raz tę wypowiedź i myślę sobie, że ona jest do tego stopnia obłąkana, że Czytelnicy pewnie pomyślą, że ja ją zwyczajnie zmyśliłem, a w najlepszym razie podrasowałem tak, by brzmiała zabawniej. Otóż nie. Ona jest jak najbardziej prawdziwa i zacytowana dosłownie, a jedyne co my z niej powinniśmy moim zdaniem wiedzieć, to to, że przede wszystkim oni są najzwyczajniej w świecie nie dość, że głupi, to jeszcze tak strasznie prymitywni, że tu już chyba nawet te wcześniej wspomniane panie nauczycielki nie dadzą rady. Przychodzi do nas ktoś taki jak ten Zimmermann i zapluwa się z oburzenia, że ktoś, choćby i sam Prezydent RP, nie dość że śmie obrażać sędziów i profesorów, to jeszcze posuwa się do tego, by brzydko mówić o „przedstawicielach Unii Europejskiej, którzy przyjeżdżają do Polski z dobrą wolą”. Czy Państwo to słyszą?
      W tych też dniach zabrał głos któryś z tej części sędziów, którzy zamiast przerzucać te tony akt, spod których oni rzekomo nie mogą się wygrzebać, siedzą na Twitterze, dając tam upust swoim kompleksom, i zwracając się do Prezydenta per „Panie Duda”, poinformował go,  że ten jest przede wszystkim złym człowiekiem, a ponadto marnym, ziejącym nienawiścią prezydentem, który w imię doraźnych celów szkodzi Polsce. W obronę owego sędziego zaangażował się poseł Platformy Obywatelskiej Paweł Zalewski, wyjaśniając, że w słowach sędziego nie było nic obraźliwego, bo jest przecież kwestią oceny, czy prezydent jest zły, czy dobry.
      A skoro tak, to – mając nadzieję, że nie tylko Paweł Zalewski zgodzi się ze mną, że ja nie mam zamiaru nikogo obrazić – powiem tylko, że każde złe słowo, każda obelga, każdy gest pogardy pod adresem tej bandy idiotów, nie jest w stanie ich dotknąć, a to z tego prostego powodu, że cokolwiek byśmy powiedzieli czy uczynili, to, gdy idzie o nich, będzie zawsze dużo za mało. Bo oni są zwyczajnie Kiepscy; właśnie tak – Kiepscy. A jeśli ktoś tu ma do mnie jakieś pretensje, to dodam, że przecież nie ma nic obraźliwego w tym, że porównuję profesorów prawa do sympatycznych bohaterów popularnego serialu.



Przypominam, że od pewnego czasu na moim blogu mogą zostawiać komentarze tylko tak zwani uczestnicy bloga. Aby zostać wciągniętym na listę, należy się o to zwrócić bezpośrednio do mnie i już. Mój adres k.osiejuk@gmail.com


    
    
    

środa, 15 stycznia 2020

Wolność i swoboda i dziewczyna młoda, czyli power to the pipul


            Kiedy już opublikowałem wczorajsze refleksje na temat sytuacji na naszych uniwersytetach, pomyślałem sobie, że chyba niepotrzebnie wpadłem w aż tak ponury nastrój, bo przecież to co dziś zmuszeni jesteśmy znosić, to zaledwie moda, i nawet jeśli być może jeszcze bardziej odporna na upływ czasu niż choćby omawiane tu kiedyś tatuaże, to jednak wciąż tylko moda, która prędzej czy później musi przeminąć. Tymczasem z owych paru komentarzy, jakie się tu pojawiły, wynika, że mój tekst był przecież całkiem jeszcze optymistyczny. W tej sytuacji pomyślałem sobie, że uzupełnię tamtą notkę paroma informacjami dotyczącymi fali, po której – mimo, że swego czasu była bezdyskusyjnie najpotężniejsza jak możemy sobie tylko wyobrazić – pozostało nam dziś już może tylko tych parę piosenek Janis Joplin i ewentualnie grób Jima Morrisona na paryskim Père Lachaise.
          Mam na myśli serię strajków na amerykańskich uniwersytetach pod koniec lat 60-tych, podczas których takie organizacje jak Black Students Union, Latin American Students Organization, Pilipino American Collegiate Endeavor, Filipino-American Students Organization, Asian American Political Alliance, czy zrzeszająca Amerykanów pochodzenia meksykańskiego grupa o nazwie El Renacimiento, zrzeszone w koalicji o nadzwyczaj spektakularnej nazwie Frontu Wyzwolenia Trzeciego Świata, przeprowadziły strajk do dziś uważany za najdłuższy studencki protest w całej historii Stanów Zjednoczonych. I nie trzeba nam nawet tego co się tam wyprawiało śledzić bardziej uważnie; wystarczy przejrzeć kalendarium tamtych wydarzeń, oraz być może jeszcze owe 10 plus 5 żądań  z jakimi strajkujący występowali, by choć na chwilę się uśmiechnąć i uwierzyć, że, jak w tym ruskim dowcipie, lepiej już było, a i tak po tych kilku latach te wszystkie ideały jasna cholera wzięła.
        A jeśli komuś wciąż mało, pragnę przytoczyć fragment z autora, o którym tu już parokrotnie była mowa, amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, który swego czasu opisał swoje spotkanie z pewną studentką, redaktorem studenckiej gazetki, która chciała się od niego dowiedzieć, jak mianowicie wyglądało naprawdę życie uniwersyteckie w czasach, gdy Greene miał okazję być jego aktywnym świadkiem i uczestnikiem. I oto, jak on tej dziewczynie odpowiedział, dzieląc swoją wypowiedź na osobne zakresy tematyczne:
„Campus – nie było klasycznych, męskich czy żeńskich akademików. Zamiast tego w momencie rejstracji świeżo upieczony student był przypisywany do swojej komuny, gdzie pokoje nosiły specjalne nazwy takie jak ‘Farma Pokoju’, czy ‘Niebo Hanoi’. Zwykłe posiłki były zakazane, a nasza dieta składała się głównie z granoli oraz orzechów. Pieniądze były zakazane; wszyscy żyliśmy z uprawy warzyw, a wszelkie dobra materialne przekazywaliśmy Ludowi. Przez pełne cztery lata spaliśmy na podłodze, ponieważ uważaliśmy, że tak jest bardziej naturalnie, a poza tym będzie to stanowiło symbol solidarności z naszymi braćmi i siostrami w Trzecim Świecie. Bardzo często w jednym pokoju mieszkało nawet 15 osób. W drzwiach nie było zamków, ponieważ  wszyscy byliśmy piękni i ufaliśmy sobie wzajemnie.
Seks – Wszyscy studenci uprawiali seks publicznie nawet kilka razy dziennie, często na zewnątrz, w błocie. Nierzadko, student kończąc studia mógł się pochwalić nawet tysiącem partnerów. Tabletki antykoncepcyjne były dostarczane za darmo z wielkich pojemników rozmieszczonych w strategicznych punktach campusu. W lecie, gdy było bardzo ciepło, studenci na ogół chodzili nago, nawet na zajęcia.
Rodzice – Rodzice z naszego punktu widzenia równie dobrze mogli nie żyć.
Ubiór – sklepy z odzieżą, takie jak je znamy dziś, nie istniały. Głównie chodziło się w mundurach wojskowych, które można było bardzo łatwo zdobyć w różnych punktach na campusie. Studenci często malowali swoje twarze w barwy wojenne. Buty oczywiście były zakazane. Chodziło się wyłącznie boso.
Rasa – Społecznie było rzeczą o wiele bardziej akceptowalną być osobą czarną. W związku z tym, podczas roku akademickiego wielu studentów było czarnych, by stać się z powrotem białymi w czasie pobytu w domu na Święta Bożego Narodzenia oraz podczas wakacji. Ja na przykład byłem czarny od samego początku aż do czasu gdy otrzymałem dyplom i zacząłem szukać pracy.
Narkotyki – Wszyscy chodziliśmy wiecznie zaćpani. LSD było dostępne z kranów z wodą, a w drodze na zajęcia asystenci rozdawali nam marihuanę. Znajdujące się na campusie automaty oferowały meskalinę, barbiturany, oraz amfetaminę. Były również specjalne miejsca, gdzie można było nalać sobie szklankę wina, by spłukać tabletki. Piwo było zakazane. Student przyłapany na piciu piwa był automatycznie wyrzucany.
Polityka – Wszyscy oczywiście byliśmy komunistami.
Muzyka – Zewsząd, 24 godziny na dobę, grała głośna rockowa muzyka, również podczas zajęć.
Studia – Zajęć jako takich nie było. Zamiast tego, każdego dnia gromadziliśmy się na zewnątrz, by wykrzykiwać obraźliwe słowa na temat prezydenta Lyndona Johnsona, podczas gdy nasi profesorowie gratulowali nam, że jesteśmy tacy  młodzi i cudowni. Wszyscy oczywiście otrzymywaliśmy najwyższe oceny tylko za to, że przyszło nam żyć w tak ekscytującym i pełnym ciekawych wydarzeń czasie”.
      Bardzo zabawne jest samo zakończenie felietonu Greene’a. Otóż pisze on tak:
 „Strasznie to było dawno. Kiedy opowiadałem o tamtych czasach owej studentce, poczułem nostalgię. Ja mówiłem, ona notowała, by wreszcie powiedzieć, że musi wracać na campus.
 - Do widzenia - powiedziała.
 - Peace - odpowiedziałem”.
       Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli przyjąć, że Greene trochę się tu wygłupia, to ja już naprawdę zniosę nawet to nasze śmieszne LGBT, nawet jeśli ono będzie niesione na sztandarach Ruchu Wyzwolenia Krów.


     


piątek, 2 grudnia 2016

O stosowaniu lingwistyki, czyli jak Phi-Phi została profesorem uniwersytetu

Wszyscy pewnie pamiętamy dawny dość już film, wyświetlany w Polsce pod tytułem „Wirujący seks”. A kiedy mówię, że „pewnie” i że „pamiętamy”, to wcale nie przez to, że mieliśmy do czynienia z jakimś wybitnym dziełem światowej kinematografii, lecz przez ów tytuł. Rzecz w tym, że w wersji oryginalnej film nosił tytuł „Dirty Dancing”, co pewnie by się lepiej na język polski tłumaczyło, jako taniec „wyuzdany”, „bezwstydny”, czy „nieprzyzwoity”, ale wydaje mi się – i wydawało mi się zawsze – że ów „wirujący seks” jest dość pomysłowy, a co najważniejsze jak najbardziej sensowny. Stało się jednak tak, że w powszechnej świadomości owo tłumaczenie zachowało się, jako największy tłumaczeniowy obciach III RP. Do dziś jest tak, że jeśli się dyskutuje na temat tłumaczeń tytułów filmów, a to stanowi ulubione zajęcie wszystkich pasjonatów języka angielskiego, ów „wirujący seks” znajduje się niezmiennie na pierwszym miejscu.
Zaciekawiło mnie więc bardzo, kiedy wczoraj, w odpowiedzi na moje uwagi na temat tłumaczenia tytułu filmu Wernera Herzoga „Lo and Behold” jako „Lo i stało się”, parę osób natychmiast zareagowało informacją, że owo tłumaczenie, jest bardzo dobre, dlatego, że wspomniane „lo” występuje jako główna anegdota filmu Herzoga i w związku z tym w polskiej wersji ono musiało się znaleźć. Tym samym, ja się niepotrzebnie czepiam, bo tytuł „Lo i stało się” jest taki właśnie jak ma być, a jak ktoś tego nie łapie, to kiep.
Pomyślałem więc, że oto nadszedł z dawna wyczekiwany czas, bym się więc zajął kultowym literackim przekładem, mniej więcej z tego samego okresu, co wspomniane „Dirty Dancing”, a mianowicie tak zwaną „Fredzią Phi-Phi”. Gdyby ktoś nie pamiętał, w czym rzecz, śpieszę wspomnieć, że w roku 1986 Wydawnictwo Lubelskie załatwiło sobie prawa do nowego tłumaczenia powieści A.A Milnego „Kubuś Puchatek” i robotę tę zleciło niejakiej Monice Adamczyk, dziś udzielającej się publicznie jako prof. dr hab. Monika Adamczyk-Grabowska w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej na Uniwersytecie Marii Skłodowskiej w Lublinie, a wówczas zaledwie osobie ambitnej i z pretensjami. Owa Adamczyk siadła do pracy i na słynnym Kubusiu Puchatku dokonała rewolucji, przy której połączone siły Rewolucji Francuskiej i Wielkiej Rewolucji Październikowej spłonęłyby ze wstydu. Przede wszystkim, odkrywszy że imię Winnie jest zdrobnieniem żeńskiego imienia Winnifred, co na polski przekłada się, jako Winifreda, Kubuś automatycznie się zmienia we Fredzię, a to musi świadczyć o tym, że Puchatek to ani chłopczyk, ani dziewczynka, lecz transseksualista, lub, co bardziej prawdopodobne, klasyczny bigender. Co do Puchatka natomiast, zdaniem Adamczyk, owo „pooh”, stanowi klasyczne lekceważące „phichnięcie”, i stąd Fredzia Phi-Phi.
Operacji, jakie Adamczyk przeprowadziła na tłumaczeniu Ireny Tuwim było oczywiście znacznie więcej, ja tylko może zwrócę uwagę na dwie, moim zdaniem najbardziej szokujące, a mianowicie na to, że Krzyś otrzymał imię Krzysztof Robin, no i że wszystkie zawarte w tekście Tuwim zdrobnienia zostały zastąpione przez zwykłe grube formy, a więc „balonik” stał się „balonem”, łapka” „łapą”, a „osiołek” „osłem”. A skoro już jesteśmy przy Kłapouszku, on też został przez Adamczyk przechrzczony na „Iijeę”. Dlaczego tak? Gdy chodzi o Krzysia, sprawa jest prosta. Bohater Milnego miał na imię Christopher Robin, więc ma być Krzysztof Robin, a nie jakiś Krzyś, co do Kłapouchego natomiast, on w języku angielskim nosi imię Eeyore, co ma wyrażać głos wydawany przez osła, a więc po polsku będziemy mieli „Iijaa”. Co do zdrobnień, ich w tłumaczeniu Adamczyk nie ma, bo, jak ona sama tłumaczy w przedmowie, w tłumaczeniu Tuwim „pełno jest spieszczeń i zdrobnień, które nie występują w oryginale, a bohaterowie przemawiają językiem dziecinnym”, w związku z czym ów „balon” zamiast „balonika”, żeby było wiernie. Swoją drogą, mam nadzieję, że dziś po latach, kiedy Monika Adamczyk jest już profesorem, zdążyła zauważyć, że język angielski ma to do siebie, że pomijając parę wyrazów, takich jak „ringlet”, „starlet”, czy „droplet”, zdrobnienia nie tam występują i już.
Ja bym jednak nie wchodził w szczegóły, lecz skupił się nad podstawowym pomysłem Adamczyk, czyli owym bigenderyzmem Puchatka. Otóż przede wszystkim należałoby nam sobie uświadomić, skąd się wziął sam pomysł na tę książeczkę. Otóż A.A. Milne miał pięcioletniego synka imieniem Christopher Robin, który z kolei miał całą kupę pluszaków, w tym królika, tygrysa, kangura, sowę, prosiaczka, no i naturalnie też pluszowego misia i to dla niego postanowił napisać tę książkę – o nim i o jego zabawkach. Ów zamysł zrealizowany jest do tego stopnia wiernie, że gdy rzucimy okiem na oryginalne zdjęcia z rodzinnego albumu rodziny Milne, zobaczymy dokładnie to co znamy z oryginalnych ilustracji Sheparda. A zatem powinniśmy wiedzieć i zapamiętać raz na zawsze, że to wszystko, co znajdujemy w książce, to autentyczny, cudownie realny świat realnie istniejącego dziecka.
Ale popatrzmy na sam początek tej książeczki, gdzie wszystko zostaje wyjaśnione, a co rozpoczyna rozmowa między ojcem, a jego dzieckiem. Schodzi Krzyś na dół po schodach, ciągnie swojego misia za łapę, ten wali głową w schody, i rozpoczyna się rozmowa:
- Myślałem, że to chłopczyk.
- Bo to jest chłopczyk.
- Nie możesz więc go nazywać Winnie.
- Ja go tak nie nazywam.
- Przecież…
- On nazywa się Winnie-the-Pooh. Nie wiesz, co oznacza „the”?

A ja tylko przypominam, że Autor rozmawia z pięcioletnim dzieckiem o przedimku określonym „the”. Za chwilę zresztą pada uwaga: „Nawet nie próbujcie tego zrozumieć”.
I tu wydaje mi się, że Monika Adamczyk wzięła sobie tę radę bardzo do serca i uznała, że rozumieć nie trzeba. Rzecz tymczasem jest bardziej skomplikowana. Otóż mały Krzyś lubił bywać w londyńskim zoo, gdzie mieszkał sobie jego ulubiony zwierzak, sprowadzona z Kanady niedźwiedzica, na pamiątkę miasta Winnipeg, z którego pochodziła, nazwana imieniem Winnie. Krzyś ją tak ukochał, że, co naturalne, swojego pluszowego misia nazwał jej imieniem, a przyparty do muru przez swojego tatę w sprawie płci misia, odpowiedział, jak potrafił, zrzucając cała winę na owo nieszczęsne „the”. I na to przychodzi Monika Adamczyk i ogłasza przybycie jakiejś Fredzi.
A zatem mamy pięcioletnie dziecko, całą kupę pluszowych zabawek i ów dziecięcy świat, no i ojca, który opowiada mu najważniejszą historię jego życia i jeśli tylko uważnie wczytamy się w tłumaczenie Ireny Tuwim, wszystko to zobaczymy, tyle że po polsku. Po polsku.
No i znów, na to przychodzi to coś i zaczyna nam tłumaczyć, że choć „jest wiele fragmentów w tej książce, które mogą się wydać dziwne i niezgrabnie przełożone, są to zazwyczaj zabiegi mające na celu oddanie niezwykłego języka oryginału, który w niepowtarzalny sposób łączy cechy specyficzne dla mowy dziecka z elementami stanowiącymi parodię języka używanego przez niektórych dorosłych”.
Ktoś się spyta, co mi strzeliło do głowy, by dziś się zajmować akurat tym starym wybrykiem pewnej pani, o którym pies z kulawą nogą dziś już nie pamięta. Otóż powody są dwa. Pierwszy to taki, że wprawdzie o Monice Adamczyk i jej tłumaczeniu z roku 1986 pamięta mało kto, natomiast ja bym chciał wiedzieć przede wszystkim, jak to się stało, że ona w tamtym czasie dostała zezwolenie władz na przemielenie – co z tego, że nieskuteczne? – klasycznego tłumaczenia Ireny Tuwim, no i oczywiście, jakie talenty doprowadziły tę kobietę do pozycji, którą ona zajmuje dziś w nowej Polsce? Drugi powód to ten, nawiązujący do tematu, którym ja osobiście żyję w tych daniach szczególnie żywo, a więc wszelkiego rodzaju nisz. Mamy bowiem ową prof. dr hab. Monikę Adamczyk-Grabowską, zatrudnioną w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej na lubelskim UMCS-ie i już tylko się zastanawiamy, jak ona tego dokonała. Każdy normalny odbierający świat człowiek pomyślałby sobie pewnie, że po wybryku, jaki ona odstawiła, jako osoba dopiero wchodząca w ów świat, gdyby jakimś udem znalazła zatrudnienie na uniwersytecie, to tylko po to, by już do końca życia prowadzić tam co najwyżej kiosk z drożdżówkami i pepsi. Tymczasem, jak widzimy, owa Fredzia Phi-Phi to był zaledwie początek wielkiej kariery. Wprawdzie pewnie nie dokładnie takiej, jak ona sama sobie wymarzyła, ale przynajmniej na tyle poważnej, by nie trzeba było ukrywać panieńskiego nazwiska.
Nie podejrzewam, by akurat prof. Adamczyk-Grabowska czytała ten tekst, ale kto wie, czy ktoś jej na niego nie zwróci uwagi, a zatem na tę okoliczność mam dla niej jeszcze coś ciekawego. Owo „pooh”, które dla Adamczyk stanowi wyraz lekceważenia, jest jednoznacznie wyjaśnione w tekście Milnego. Otóż, po wielogodzinnym wysiłku, kiedy to Kubuś Puchatek wisiał uczepiony balonika, nie potrafiąc ani się wznieść, ani zbliżyć do miodu, ani opaść na ziemię, przez cały tydzień, musiał chodzić z łapkami wyciągniętymi w górę. A kiedy przylatywała mucha i siadała mu na nosie, on ją mógł tylko odgonić, dmuchając. O tak: „pooh!” I stąd ta część imienia.
I jeszcze coś. Ja tego wszystkiego się dowiedziałem, kiedy po raz pierwszy się zorientowałem, że „Kubuś Puchatek” to nie jest jeszcze jedna książeczka dla dzieci bez większego znaczenia, czyli dawno, dawno temu, znacznie przed tym, kiedy to Monice Adamczyk w 1986 roku zlecono tę dziwną robotę. I moim zdaniem to jest jedna z przyczyn, dla których ona dziś buduje niszę, a ja nie.



No i jeszcze coś, co wyjaśnia nam może i więcej, niz byśmy sobie życzyli:
http://www.umcs.pl/pl/addres-book-employee,93,pl.html

Jutro wyjeżdżam do Wrocławia, gdzie przez dwa dni na stoisku Kliniki Języka będę z Coryllusem czekał na Czytelników. Zapraszam wszystkich bardzo gorąco. Hala Ludowa, stoisko 95, sobota od 10 do 19 i niedziela, od 10 do 16. Czemu tak krótko? Czyżby Wrocław planował kolejną antyrządową demonstrację?

niedziela, 16 listopada 2014

Co każdy abstynent wiedzieć powinien

Jak tu już nie raz pisałem, ostatnio przy okazji nerwów, jakich dostał red. Piotr Skwieciński w związku z atakiem blogosfery, który pozbawił go możliwości komfortowego wykonywania zawodu, który sobie wybrał, prasy nie czytam, radia nie słucham, telewizji (poza angielska ligą) nie oglądam, a o tym, co się dzieje za oknem, dowiaduję się z blogów. Ostatnio na przykład trafiłem na notkę blogera Sowińca, gdzie ów dziwny człowiek informuje mnie, że oto w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł jakiegoś Krzysztofa Kowalskiego, w którym ów Kowalski omawia wyniki badań „zespołu doktor Jennifer Wiley z University of Illinois”, wskazujące na to, że „niewielka ilość alkoholu usuwa zahamowania w posługiwaniu się językiem obcym”.
Jak pisze Kowalski, a Sowiniec – do bólu ową informacją podniecony – za nim wszystko powtarza na swoim blogu, „naukowcy poddali testowi 1023 studentów z anglojęzycznych uniwersytetów, którym podano różne dawki alkoholu. Zadanie polegało na wymawianiu kompletnie nieznanych słów w jednym z narzeczy używanych w afrykańskim państwie Czad. Ci, którzy spożyli 44 ml alkoholu, lepiej wypadli od tych, którym podano placebo, ale także od tych, którzy wchłonęli 88 ml alkoholu i więcej. Ci ostatni, mając przed sobą testową kartkę, zadawali pytanie w rodzaju: ‘Sostym srobiś?’. Wyniki tych badań uprawomocniają powszechne przekonanie, że jedno piwko jeszcze nikomu nie zaszkodziło, natomiast w porozumiewaniu się z obcokrajowcami już niejednemu pomogło. Poznać pana po cholewach, poliglotę po kuflu”.
Ktoś się zapyta, w czym problem? Co mnie tak w tym poruszyło? Dlaczego ja jestem w tym momencie aż tak wzmożony? Otóż tak naprawdę ani Sowiniec, ani Kowalski, ani nawet „Rzeczpospolita”, która tekst Kowalskiego postanowiła opublikować, ani nawet ci wszyscy ludzie, którzy od dziś, ile razy staną wobec konieczności użycia języka obcego, wcześniej będą się próbowali nawalić. Bo tu nie chodzi o żadnego z nich. Problemem są bowiem uniwersytety i ich najwyraźniej kompletna już bezużyteczność. Nie jest bowiem tak, że jakaś Jeniffer Wiley z Chicago nie ma co z sobą zrobić, więc wpada na pomysł, że ona zbada, czy przypadkiem nie jest tak, że jeśli człowiek jest na lekkim gazie, staje się on bardziej beztroski i odważny, a kiedy wychleje zbyt dużo, przewraca się i zdycha, z tych badań wychodzi jej, że owszem, i na tym koniec. O nie! Za tym co ona robi, zwykle stoi jakiś poważny budżet, wcześniej odpowiednio wynegocjowany, zatwierdzony, a następnie rozdysponowany, a jeśli przy następnej okazji owa Jeniffer przedstawi papier na to, że o jej badaniach pisano nawet w Polsce, będzie mogła mieć pewność, że z głodu już do końca życia nie umrze. Już w dalszej kolejności będzie mogła przeprowadzić naukowy dowód na to – by już pozostać w temacie – że, jeśli człowiek się napije, to chodzi krzywo, albo bełkocze, albo się robi wesoły lub smutny, a jeszcze później, że alkohole wysokoprocentowe są mocniejsze od niskoprocentowych i dlatego, jeśli ktoś chce się upić piwem, to musi go wypić więcej, niż kiedy się zda na polską śliwowicę na przykład. A wyniki owych badań opublikuje już nie tylko Sowiniec i „Rzeczpospolita”, ale również tygodnik „W Sieci”.
Pamiętam, jak poznałem swoją żonę, a ona wówczas była świeżo upieczoną maturzystką, opowiadała mi przy jakiejś okazji, jak to z całej jej klasy najlepiej ustny egzamin z języka angielskiego zdało tych dziesięciu chłopaków, którzy na egzamin przyszli „nawaleni”. Mnie się oczywiście ta historia bardzo spodobała, jako niezwykle zabawna, że tak powiem, filmowo, ale nie mogę powiedzieć, bym był nią jakoś zszokowany: w końcu każde dziecko wie, że (choćby obserwując świat zewnętrzny), kiedy wypijemy jedno czy dwa piwa, jest nam lżej nie tylko w sytuacjach tak trywialnych, jak zwykła międzyludzka komunikacja, ale przy znacznie bardziej wymagających okazjach, a i my to wiemy z własnego ludzkiego doświadczenia, i ten fakt jest tak oczywisty, że nie potrzebujemy się nawet tu zamyślać. Tymczasem nagle się okazuje, że nie dość, że instytucja tak pozornie szanowna, jak Uniwersytet w Chicago, udowodniła swoją całkowitą już dziś bezużyteczność, to równie bezużyteczne okazują się mainstreamowe media, i w dodatku jeszcze kompletnie nie wiadomo, co mamy z blogera Sowińca. I pewnie z tym ostatnim mielibyśmy zmartwienie największe, choćby przez to, że, jak tu ostatnio już się zgodziliśmy, to blogosfera tworzy przyszłość, gdyby nie to, że, gdy chodzi o niego akurat, wszyscy dobrze wiemy, że bez wyjątków, nie byłoby reguł, a reguły się bardzo na co dzień nam przydają. A więc tak jak jest, jest bardzo dobrze.

Już za parę dni, w piątek rozpoczynają się w Katowicach targi książki, na których będziemy z Gabrielem do pełnej dyspozycji. Jak dla kogoś jest za daleko, zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy również moja najnowszą książkę o paleniu licha.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...