Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 marca 2021

Czy Marcin Patrzałek potrafi ruszać palcem 35 razy na sekundę?

 

     Myślę, że nie muszę tu nikogo przekonywać, że mimo oczywistego szacunku dla jego talentu, Elton John i jego artystyczna oferta nigdy mnie szczególnie nie porywały, natomiast, owszem, obejrzałem niedawno film „Rocketman” o początkach tej kariery i dzięki niemu usłyszałem o człowieku nazwiskiem John Reid. Otóż kiedy Elton John ledwie debiutował, został przez owego Reida uwiedziony, i najpierw jako jego kochanek, a następnie business partner, pozwolił mu się arystycznie prowadzić przez znaczną część swojej kariery, a ja na Reida zwróciłem szczególną uwagę z tego względu, że, przynajmniej wedle autorów filmu, była to postać do tego stopnia podła, że aż się prosiła by się nią głębiej zainteresować.  A zatem zainteresowałem się i dowiedziałem, że choć przede wszystkim to współpraca z Eltonem uczyniła go multimilionerem, był on jeszcze menadżerem pewnego irlandzkiego tancerza nazwiskiem Michael Flatley.

      Co to za jeden ów Flatley? Jak mówię, jest to tancerz, a jego pozycja jest wynikiem tego, że potrafi jako jedyny na świecie stuknąć obcasami 35 razy na sekundę, że jego stopy są ubezpieczone na niemal 60 mln. dolarów, dochód z jego występów przekroczył miliard, a on sam na nich zarobił niemal 400 mln. Ktoś zapyta, co Michael Flatley robi poza tańczeniem, że przyciąga aż takie pieniądze. Otóż nic. On tylko od czasu do czasu pojawia się na scenie, kręcąc przez chwilę te swoje irlandzkie kółka, a całą resztę za niego robią setki tancerzy, muzyków i piosenkarzy, którzy wśród wciąż zmieniających się dekoracji, świateł, ogni i dymu odstawiają widowisko tak strasznie w swojej pustce kiczowate, że kiedy się na to patrzy aż trudno uwierzyć że ktokolwiek jest w stanie to znieść choćby przez 10 minut, a co dopiero przez ponad dwie godziny, bo tyle trwają te spektakle.

       Czemu postanowiłem dziś pisać o tym całym Flatleyu? Otóż obejrzałem na Youtubie pewnego Marcina Patrzałka, dwudziestoletniego gitarzystę z Kielc, który dziś mieszka i studiuje w Stanach Zjednoczonych i tam stara się z pewnym bardzo wyraźnym sukcesem rozpoczynać wielką muzyczną karierę. Zanim popatrzmy może na niego i posłuchajmy.



        Jak mówię, Patrzałek robi dziś w Stanach karierę, zachwyca się nim coraz więcej osób, zarówno zwykłych fanów, jak i ludzi związanych z branżą zawodowo, a ja – podobnie jak oni pełen zachwytu – zastanawiam się, jak się owa kariera potoczy. Czy jest możliwe – a dziś wszystko wskazuje na to, że inaczej być nie może – że już niedługo Marcin Patrzałek zostanie międzynarodową gwiazdą pierwszej wielkości, a my będziemy mogli wreszcie z czystym sumieniem zakrzyknąć, że oto Polska i Polak?

        Co zatem potrafi Marcin Patrzałek? Jak sami mieliśmy przed chwilą okazję usłyszeć, on gra znakomicie na gitarze i z tego grania potrafi wycisnąć prawdziwą sztukę. Czy to wystarczy żeby stworzyć ofertę, która się sprzeda? Jak najbardziej. Jestem pewien, że płyta, którą on ma w planie niedługo wypuścić może się sprzedać znakomicie. Czy jednak owa oferta może wystarczyć na lata, w to wątpię. Moim zdaniem, jeśli on nie zacznie komponować i tu jako kompozytor wykaże się podobnym talentem jakim się wykazał jako gitarzysta, to wszystko zakończy się na tej jednej płycie. Ale i to mało. On nie zrobi światowej kariery nawet jeśli będzie z tym samym co dziś, albo nawet coraz bardziej rozwijającym się talentem grał fantastyczne piosenki na gitarze. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że nie jest Murzynem, transwestytą, Żydem, czy czyimś synem. Takich w branży były setki i nawet jeśli temu czy innemu udało się wzbudzić jakiś większy tumult, to tylko na chwilę. Nie jest też tak że on nie zrobi światowej kariery, bo nie jest ani wybitnym piosenkarzem, ani liderem jakiegoś szczególnie sensacyjnego projektu, choć przyznaję, że to by się zdecydowanie przydało. On nie zrobi kariery na którą zasługuje z tego prostego powodu, że dzisiejszy rynek nie potrzebuje wybitnych artystycznych osobowości. Krótko mówiąc, współczesny rynek nie potrzebuje ani nowego Boba Dylana, ani nowych Beatlesów, ani nawet nowego Kanye Westa.  Jeśli Marcin Patrzałek chce osiągnąć sukces na który zasługuje, będzie niestety musiał pójść śladem Michaela Flatleya, który potrafił stukać obcasami 35 razy na sekundę, ale w pewnym momencie zrozumiał, że to nie wystarczy i musiał wynająć specjalistę od budowania karier, który stworzył dla niego owo straszne widowisko.

        A więc wyobrażam sobie że Marcin Patrzałek zostanie wielką gwiazdą estrady jeżdżąc po całym świecie z widowiskiem pod tytułem „Fingers of Fire”, albo jakoś tak, z tancerzami, piosenkarzami disco polo, dymem i ogniem i setką gitarzystów i ze swoją gitarą w roli głównej, a wówczas któregoś dnia przyjedzie do Polski, wystąpi na Stadionie Narodowym, a Prezydent odznaczy go Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski za wybitne osiągnięcia estradowe.

       Ktoś się zapyta, po co ten ten tekst, a ja już chętnie odpowiadam. Otóż wpadłem na tego Patrzałka i zachwyciłem się nim tak jak nigdy chyba żadnym polskim artystą. I to pod każdym względem. Jego talentem, jego pomysłem estradowym, jego sukcesem w America's Got Talent, jego osobistym urokiem i inteligencją i pomyślałem, że on zasługuje na sukces. Jednak już w kolejnym chwili pomyślałem sobie, że jednak chyba lepiej będzie, żeby on sukcesu nie odniósł, bo jeśli jakimś cudem zostanie światową gwiazdą, to będzie tragedia. Lepiej niech on więc nagra tę jedną płytę, gdzie zagra w swoim fantastycznym stylu parę rockowych kawałków, a ja ją sobie kupię i będę z radością słuchał i myślał, że Polska ma talent. A co on będzie z tego miał? Już dziś, z tego co czytam, on parę milionów dolarów już zarobił. Niech się więc cieszy. I gra.

wtorek, 4 grudnia 2018

O rozpoznawalności i wypranych budżetach


       Pisał o tym już wczoraj w Szkole Nawigatorów w swoim podsumowaniu zakończonych właśnie warszawskich targów książki Coryllus, więc ja może pozwolę sobie na drobne uzupełnienie. Otóż podczas gdy faktycznie jest tak, że, jak się zdaje, dzisiejszy rynek książki kręci się głównie wokół takich tytułów, jak wspomniane „Seks, sztuka i alkohol” niejakiego Andrzeja Klima, czy „Najpiękniejsze prostytutki średniowiecznej Francji”, „Najpiękniejsze morderczynie w Anglii Henryka VIII”, „Najprzystojniejsi skrytobójcy carskiej Rosji” „Najinteligentniejsi oprawcy stalinowskich więzień”. Ze względu na to, że wciąż mieliśmy jakieś swoje zajęcia, nie było zbyt wiele okazji, by zaglądać na sąsiednie stoiska, a już zwłaszcza snuć się tam z myślą o tych bardziej od nas oddalonych, więc nie wiem, jak się sytuacja przedstawiała statystycznie, ale faktem jest, że niemal każde stoisko, które osobiście odwiedziłem, posiadało tego typu literaturę.
      Było tam jednak coś jeszcze, moim zdaniem równie niepotrzebnego, by nie powiedzieć bezużytecznego, a mianowicie cała kupa książek, niezmiennie grubych i wydanych niezmiennie w pięknej, twardej oprawie, gdzie całą okładkę wypełniała twarz autora, a tytuł był równie nieciekawy, co owej twarzy nazwisko. A zatem mieliśmy tuż obok nas książkę Macieja Wierzyńskiego „Trzy połówki życia”, Anny Seniuk „Nietypowa baba jestem”, Anny Seniuk „Warto mimo wszystko”, Adama Bonieckiego pod tytułem „Boniecki”, Radosława Sikorskiego „Polska może być lepsza”, Danuty Stenki „Filtrujac z życiem”, czy tuż obok nas książkę napisaną przez Adama Rotfelda, a zatytułowaną „W poszukiwaniu strategii”. Były też pozycje podobne, a więc opowiadające o kimś znanym, choć napisane przez kogoś nieznanego, jak Mileny Kindziuk „Jerzy Popiełuszko - biografia”, lub odwrotnie, napisane przez kogoś znanego, za to o kimś kompletnie nieznanym, jak Wojciecha Manna „Artysta - opowieść o moim ojcu”.
       Co różni te wszystkie pozycje, każdy z nas może sobie sam dopowiedzieć, ja bym natomiast chciał zwrócić uwagę na to, co je łączy. One z całą pewnością nie zostały wydane, by je ktokolwiek kupił. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że za decyzją kolejnych wydawnictw decydujących się na tego typu towar stoi wyłącznie coś, co już jakiś czas temu nazwaliśmy przewalaniem budżetu. Moim zdaniem, nie ma bowiem takiej możliwości, by ktokolwiek ryzykował własne pieniądze, by wydać drukiem w najdroższym formacie coś co się nazywa „W poszukiwaniu strategii” i zostało napisane przez jakiegoś Rotfelda, którego zdjęcie w dodatku stanowi jedyny element okładki. Nie ma też szansy na to, że ktoś zechce kupić książkę Manna o jego ojcu, o którym wiadomo tylko tyle, że był podobno artystą. Mało tego, oni by tego nie sprzedali nawet gdyby Rotfeld napisał książkę o strategii odnośnie kupowania seksu za pomocą alkoholu w dawnym PRL-u, a ojciec Wojciecha Manna w latach 60-tych artystycznie fotografował gołe baby.
     Wszystko to wiec oczywiście było nadzwyczaj słabe, ale najsłabsze zachowałem na koniec. Otóż niemal naprzeciwko nas siedział z zamiarem rozdawania autografów znany jeszcze niektórym z nas Jacek Snopkiewicz, jako autor książki, wydanej w roku 1993 i zatytułowanej „Teczki, czyli widma bezpieki - czarny scenariusz czerwcowego przewrotu”, na okładce której po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć słynne „oczy Macierewicza”. Od tego czasu upłynęło już tyle lat, że ja bym osobiście dzisiejszego Snopkiewicza wziął za jakiegoś staruszka, który zmęczony życiem przysiadł przy jednym ze stoisk, żeby spokojnie wykorkować, gdyby przed nim nie stała kartka z napisem „Jacek Snopkiewicz”, a obok niego nie leżała książka z tym samym nazwiskiem i tytułem „Bezpieka. Zbrodnia i kara?”, jak się zdążyłem zorientować, o nieukaranych zbrodniarzach okresu stalinizmu. Siedział więc ten Snopiewicz, siedział i siedział, kompletnie samotny, bezrobotny, rozpoznany, jak się zdaje, tylko przez mnie, a potem wstał i sobie poszedł diabli wiedzą gdzie.
      Ktoś teraz być może powie, że niepotrzebnie i głupio się wymądrzam, bo i ja i Coryllus i Szymon, który tam też był ze swoją książką o Wielkiej Wojnie, jesteśmy jeszcze mniej rozpoznawani od Snopkiewicza, by już nie wspominać o Adamie Rotfeldzie. Możliwe bardzo. Rzecz jednak w tym, że choćby ta różnica była niewiadomo jak duża, to faktem jest, że wszyscy, którzy nas znają, kupują wszystko, co wydamy i proszą o jeszcze, natomiast tamci pozostają przy tym, że owszem, znają. I stąd właśnie moje przykonanie o tym, że tu chodzi wyłącznie o ten budżet, który trzeba wyprać. I stąd też moje przekonanie, że przyszłość jest dla nas bardzo jasna.
       Na koniec dobra, z dawna wyczekiwana wiadomość. Otóż prawdopodobnie w pierwszych miesiącach przyszłego roku będziemy wydawać drugą część „Listonosza” i, jeśli uda mi się przekonać do tego Gabriela, to jeszcze coś, ale to będzie już niespodzianka. I obiecuję, że zrobię wszystko, by jedno i drugie było jeszcze lepsze niż to co dotychczas.

Dzisiejszy tekst publikuję wyjątkowo i tu, ze względu na to, że dotyczy jak by nie było projektu mojego kumpla Coryllusa i uzupełnia jego wczorajszy tekst. Przy okazji, uściski dla wszystkich.

środa, 3 października 2018

O sensach i ich braku


       Niedawno bardzo wrzuciłem tu tekst o tym, jak to legenda muzyki popularnej Paul McCartney, wydawszy swoją nową płytę, by liczyć na to, że ona się jako tako sprzeda, musi uciekać się do pomocy Jimmy’ego Kimmela, gwiazdy amerykańskiej telewizji ABC, który sprzedaje mu swój czas antenowy, no i dba bardzo o to, by widzowie dowiedzieli się tego, że ów Paul McCartney wydał nową płytę, że ona jest podobno bardzo dobra i że warto ją nabyć nie w ramach abonamentu Spotify, ale normalnie, w sklepie. Choć wciąż uważam, że tamten tekst był naprawdę ważny i cenny, w większości wypadków został potraktowany wyłącznie jako dalszy ciąg mojego niedawnego sporu z Coryllusem i w związku z tym wszystko co chciałem powiedzieć na temat rynku treści i szans jakie mamy, by ów rynek rozedrzeć na pół, w jednej sekundzie szlag trafił i zostałem z pustymi rękoma.
       Choć mam poważne obawy, że i tym razem efekt może być słabszy od zamierzonego, spróbuję może raz jeszcze pokazać, jak sytuacja się prezentuje w rzeczywistości, a i to w rzeczywistości najlepszej z możliwych, a więc takiej, gdzie przynajniej jeszcze jakieś drogi pozostały otwarte. Jak być może część Czytelników pamięta, jeden rozdział swojej książki „Rock and roll czyli podwójny nokaut” poświęciłem działającemu w Internecie projektowi o nazwie „Mahogany Sessions”, gdzie regularnie możemy oglądać kolejnych, młodych i najczęściej kompletnie nieznanych artystów prezentujących swoje talenty, talenty – co warto podkreślić – najczęściej absolutnie unikalne. „Mahogany Sessions” to projekt brytyjski, natomiast, o czym dowiedziałem się stosunkowo niedawno, tego samego typu pomysł by prezentować nieznane, a wybitne talenty, realizują też Amerykanie, tu akurat pod nazwą „Tiny Desk Concert”. Jak mówię, pomysł jest bardzo podobny, z tą różnicą, że podczas gdy Brytyjczycy puszczają wyłącznie videoclipy, Amerykanie zapraszają poszczególnych artystów do swojego studia, urządzonego na wzór bardzo gustownej biblioteki, i ci się tam skutecznie prezentują, właśnie w formie maleńkiego koncertu.
      Ale jest jeszcze coś. Z tego co zdążyłem zauważyć, repertuar amerykański jest znacznie, znacznie szerszy. O ile bowiem Brytyjczycy przedstawiają głównie tak zwaną popularną alternatywę, tamci nie boją się niczego, włącznie z muzyką ściśle poważną. I oto, proszę sobie wyobrazić, że wczoraj trafiłem na coś takiego.



      A więc teraz, już na zakończenie, powtarzam swoje powracające jak zły sen pytanie, jakie szanse ma ta niezwykła istota, by wejść na szczyt, albo choćby znaleźć się u jego stóp? No i to drugie – jakie szanse mamy my?
      Na koniec pragnę złożyć pewne oświadczenie, wyłącznie dla osób korzystających z portalu szkołanawigatorow.pl. Otóż dzisiejszy tekst jest tu już moim ostatnim. Proszę bardzo nie traktować tego jako gestu pod adresem mojego serdecznego kumpla Coryllusa, któremu wiele zawdzięczam i z którym, mimo szeregu ostatnio spięć, pozostaję w jak najlepszej komitywie. Jego niedawne uwagi, jakoby mój udział w przedsięwzięciu pod nazwą „Szkoła Nawigatorów” miał wartość ujemną i wyłącznie szkodził jego interesom, nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Rzecz natomiast w tym, że ja bardzo źle znoszę to co się tu wyprawia i powiem szczerze, że kosztuje mnie to zbyt wiele nerwów, by się tu dłużej udzielać, zwłaszcza w sytuacji gdy większość chętnych do komentowania moich notek już dawno powyrzucałem i dziś to już jest zaledwie kilka, wciąż tych samych osób, których w porywach, tak jak to miało miejsce wczoraj, może się znaleźć nawet 15.  A zatem od jutra, jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam wyłącznie na swój blog pod adresem www.toyah.pl. Dziękuję.


sobota, 15 września 2018

Rozmowa P. McCartneya w mieszkaniu Jimmy'ego Fallona


      Na portalu szkolanawigatorow.pl, gdzie również prowadzę bloga, pojawiła się notka, która debatę internetową wzniosła na poziom dotychczas niespotykany. Oto bloger Genezy zamieścił tam tytuł „Rozmowa z J. Conradem w mieszkaniu Józefa Retingera”… i tylko tytuł, i już po krótkiej chwili tytuł ten zarejestrował niemal tysiąc odsłon, co ma szanse sprawić, że owa „notka” już za moment trafi na półkę z napisem „wpisy popularne”. W tej sytuacji, zanim przejdę do rzeczy, chciałbym wyjaśnić nie to kim są wspomniani Conrad i Retinger, bo jak rozumiem, to wiedzą wszyscy, ale dwaj bohaterowie kultury najniższej, dokąd ludzie poważni swoją myślą ani myślą sięgać.

      A zatem, Paul McCartney to kompozytor i autor tekstów piosenek popularnego niegdyś zespołu muzycznego o nazwie The Beatles, natomiast Jimmy Fallon to człowiek, który dziś w amerykańskiej telewizji z sukcesem prowadzi tak zwany „talk show” do którego zaprasza największe gwiazdy światowego popu. Jimmy Fallon to ktoś przy kim dziś Paul McCartney – przy całym dla niego szacunku – jest nikim, no ale biorąc pod uwagę, że wszyscy kolejno zapraszani do jego programu goście również przy nim są nikim, należy uznać, że sam fakt iż dany artysta znalazł się w kręgu zainteresowań Jimmy’ego Fallona to jest już wynik.

       Produkcję Paula McCartneya po roku 1970 szanuję bardzo wybiórczo, co nie zmienia faktu, że i tak uważam go za gwiazdę XX wieku na miarę…  tu niech każdy sobie dopowie co chce, a ja się chętnie z tym zgodzę. Natomiast gdy chodzi o Jimmy’ego Fallona, to jest dla mnie autentyczny hit. Tak jak w latach 60-tych nie można było zrobić kariery w Stanach Zjednoczonych bez zwrócenia na siebie uwagi Eda Sullivana, dziś, jeśli liczymy na odniesienie jakiegkolwiek suckcesu, powinniśmy się najpierw zwrócić do Jimmy’ego Fallona. Ile razy oglądam w Internecie jego show, nie umiem wyjść z podziwu dla owego profesjonalizmu, a co za tym idzie, poziomu popularnego przekazu, jakiego on nam dostarcza, no i wreszcie owej pewności, że oto dzieje się historia.
       Zachęcam do wyszukania na youtubie chociaż jednej z tych pozycji, tak by móc wyrobić sobie zdanie o tym, o czym tu dziś mówimy, tym jednak, którzy oskazali się zbyt leniwi i wolą czytać dalej, wyjaśniam. Otóż Jimmy Fallon to jest swój gosć, zwykły kumpel z dzielnicy, prawdziwy brat-łata, tyle że pijarowo o niebo lepszy od każdego, kogo kiedykolwiek mieliśmy szansę poznać. On jest sympatyczny, inteligentny, wesoły, dowcipny, słowem jest to ktoś, komu, jak to się mówi, lekką ręką powierzylibyśmy swój samochód, nawet jeśli akurat jest zajęty, zabawiając każdego wieczora przed telewizorami ponad 3 miliony widzów. Swoją drogą, gdyby ktoś myślał, że Jimmy Fallon to telewizyjne studio z pięćdziesiącioma smutnymi, zebranymi z ulicy ludźmi, tak jak to mamy choćby w przypadku audycji pod tytułem Kuba Wojewódzki, jest w głębokim błędzie. Jimmy Fallon Show, to jest ogromna sala koncertowa, wielkości być może katowickiego Spodka, gdzie regularnie dochodzi do wydarzenia, które my później oglądamy na naszych monitorach, wierząc głęboko, że oto jesteśmy znów u siebie w domu.
      Ostatnio, z tego co widzę na youtubie, częstym gościem Jimmy’ego Fallona jest wspomniany wcześniej Paul McCartney, jak już mówiłem, pierwsza być może twarz zespołu The Beatles, biorąc udział w prowadzonej na najwyższym możliwym poziomie profesjonalizmu kampanii związanej z wydaniem swojej nowej płyty. Powtarzam, nie chodzi o jeden, czy dwa wieczory. McCartney bywa u Fallona notorycznie i za każdym razem Fallon bierze w dłonie jego najnowszą płytę i podnosi ją w górę, informując owe 3 miliony amerykańskich fanów, by szykowali się do być może najważniejszej inwestycji swego życia.
       Czy Fallon i McCartney są kolegami? No, przecież nie. Ich nie łączy ani pochodzenie, ani zamieszkanie, ani biznesowa aktywnosć, ani wreszcie wiek, na tyle mocno, by mieli choćby do siebie dzwonić wieczorami, czy tym bardziej wpadać na wieczornego drinka z żonami. To z czym mamy do czynienia, to czysty biznes, w tym wypadku związany z promocją najnowszej płyty Paula McCartneya, która bez tego zwyczajnie się by się nie sprzedała.
       I tu przechodzę do podstawowej części swojej dzisiejszej notki. Otóż weszliśmy w czasy gdzie nie sprzedaje się nic poza żywnością, konfekcją, oraz wyjściem na miasto, czy wyjazdem na wakacje. Ani angażowanie się w muzykę, ani w książki, ani w sztukę, ani wreszcie w tak zwaną wiedzę, nawet jeśli ona jest związana ze śedzeniem debaty między dwoma Józefami, Conradem i Retingerem, nie ma dziś jakiegokolwiek komercyjnego sensu. To co się się sprzedaje, to praca i zabawa. Niedawno gdzieś czytałem, że w ostatnich miesiącach jedna z największych gwiazd światowego popu, Robbie Williams, znalazła się w biznesowym dołku, bo przez ostatni miesiąc na sprzedaży płyt zarobił – przypomnijmy, ze mówimy o artyście najwyższej klasy –  zaledwie jeden czy dwa funty. I dziś jedyne co mu pozostaje, to festiwale, które przeciętny konsument traktuje jako tak zwane „a night out” i tam jest szansa coś sprzedać.
        Nie ma się więc co dziwić, że ktoś taki jak Paul McCartney, próbując ze swoją najnowszą produkcją podbić amerykański rynek, wie doskonale, gdzie trzeba uderzyć. Trzeba uderzyć w gniazdo podstawowego popu i tam już pozostać, biorąc za dobrą monetę wszystko co tamci każą.
       Oto z jednej strony Paul McCartney, co by nie mówić, część światowej kultury XX wieku, a z drugiej telewizyjna gwiazda, Jimmy Fallon, bez którego nie stanie się nic, a ja w tej sytuacji mam już tylko jedną refleksję. Otóż dobiegając końca życia, dzięki nadzwyczaj odważnej inicjatywie mojego kolegi Coryllusa, napisałem, wydałem i pewnie jakoś sprzedam, osiem książek. Ktoś powie, że to, jak na te dziesięć lat, to nie jest jakieś szczególne osiągnięcie. Otóż ja byłbym w stanie się z tą uwagą pokornie zgodzić jeszcze zanim zobaczyłem Paula McCartneya, jak wręcz błaga Fallona, by zechciał choć jednym słowem wspomnieć o jego nowej płycie. Dziś jednak czuje się nieco lepiej.
         Powiedziałbym tu jeszcze coś, ale jesteśmy w takim miejscu, że tak naprawdę nie widzę ani sensu, ani potrzeby.



Z przykrością informuję, że tu u mnie do kupienia są już tylko ksiażka o muzyce oraz Listy od Zyty. W natłoku ostatnich zamówień doszło do tego, że i ja sam zostałem bez trzech swoich książek. Dopóki Gabriel nie zdecyduje się mi coś kapnąć, zostaję z tym co mam, a resztę sam sobie najwyżej kupie na Allegro.


środa, 18 kwietnia 2018

O prostytutkach z EMPiK-u i druciku od szampana

      Ponieważ cała moja rodzina wyjechała na zagraniczne wakacje – owszem, niektórzy tak mają – a ja zostałem sam z psem i flaszką, pomyślałem, że skoro właściwie nic już człowieka nie ogranicza, nie zaszkodzi sprawdzić, co słychac na Onecie, na którym już chyba ze dwa lata nie byłem i od razu trafiłem na informację zatytułowaną „Znany dziennikarz ujawnia: polskie gwiazdy były prostytutkami”. Ponieważ, jak się okazało, Onet umieścił u siebie ów tekst w ramach tak zwanych „usług wzajemnych”, a więc żeby się dowiedzieć więcej, trzeba było przejść na stronę fakt.pl, no a ja bardzo chciałem wiedzieć, kim jest wspomniany „znany dziennikarz”, który „ujawnia”, zrobiłem, co zrobić było trzeba i proszę sobie wyobrazić, że chodzi o, mam nadzieję,  byłego już i w związku z tym bezrobotnego, dziennikarza TVP Info Piotra Krysiaka, który przeprowadził „dziennikarskie śledztwo” i jego wyniki opublikował w książce, która już za parę dni znajdzie się na empikowych półkach, pod fascynującycm tytułem „Dziewczyny z Dubaju”.
       Już na samym początku, jak się domyślam na zachętę, znajomi Krysiaka z redakcji „Faktu” – przy okazji dowiedziałem się, że również tygodnika „Wprost” – piszą tak:
       „’Dziewczyny z Dubaju’ Piotra Krysiaka to lektura, od której włos jeży się na głowie. Autor raczej nie fantazjował, gdyż jego książka opiera się na m.in. sądowej dokumentacji. Krysiak opisał proces sutenerek, które skazano za wysyłanie polskich celebrytek do ‘seks-rajów’. Sutenerki też nie były osobami zupełnie nieznanymi w branży rozrywkowej w Polsce.
      Jedna z nich wygrała nawet konkurs Miss Polonia, druga zdobyła kilka europejskich tytułów, inna była uczestniczką popularnego programu ‘Top Model’, kolejna zagrała epizod w filmie ‘Sfora’, a jeszcze inna, jak pisała prasa, została dziewczyną popularnego serialowego aktora”.
      Potem już tylko atmosfera się zagęszcza i otrzymujemy cytaty z samej książki, a wśród nich informację, że chodzi o sprawę sprzed 10 już lat, kiedy to córka i teściowa gitarzysty zespołu Lady Pank Jana Borysewicza, stanęły przed sądem oskarżone o sutenerstwo i w efekcie dostały po trzy lata z zawieszeniem. Oto więc całe dziennikarskie śledztwo „znanego dziennikarza”, którego, z tego co czytam na stronie fakt.pl, jedyny sukces to było dotarcie do zapisów rozmów telefonicznych Borysewiczówny z którąś z tych biednych dziewcząt i to wystarczy, żeby największe polskie media informowały nas o tym, że już za chwilę największa polska sieć księgarni, czyli EMPiK, wypuszcza kolejny hit.
      Ktoś mi powie, że ja już zupełnie oszalałem, skoro uważam, że to jest temat, na który zasłuzyli czytelnicy mojego bloga.  Otóż proszę spać spokojnie. Pamiętamy może jeszcze film Terry’ego Gilliama „Fisher King” i scenę, kiedy to Robbin Williams idzie sobie przez punurą nowojorską dzielnicę z Ammandą Plummer, znajduje porzucony drucik od szampana i mówiąc, że nawet w śmieciach można znaleźć coś co ma jakąś wartość, robi z niego krzesełko. Moim zatem zdaniem, ogólnopolska promocja pod hasłem „dziennikarz sledczy ujawnia nieznane fakty” książki Piotra Krysiaka  dotyczącej sprawy sprzed dziesięciu lat, sprawy w związku z którą wszyscyśmy się już skutecznie porzygali dziesięć lat temu, to ów śmieć, z którego możemy uzyskać coś cennego. Cennego nie w sensie rewolucyjnym, ale na nasze skromne oczekiwania w sam raz.  Oto po raz nie wiadomo który – ostatnio przy okazji Targów Wydawców Katolickich – dowiadujemy się, że rynek nie istnieje. Istnieją wyłącznie grupy czysto prywatnych interesów, zjednoczonych wokół jednego celu, i wbrew pozorom, celu wcale nie aż tak ambitnego. Z tego co rozumiem, tu chodzi wyłącznie o tę przysłowiową flaszkę i stówę do jutra. I jest naprawdę obojętne, czy mówimy o literaturze, filmie, czy piosenkach Jana Borysewicza. To co natomiast w tym jest pocieszającego, to to, że jest naprawdę duża szansa, że bezczelność, z jaką oni się tu wśród nas poruszają, doprowadzi ich w końcu do miejsca, gdzie jedyne co im zostanie to ów znaleziony gdzieś w śmieciach drut od szampana, z którego będą mogli sobie zrobić cokolwiek.

Dzisiejsza okazja jest taqk samo dobra, jak każda inna, by zachęcić wszystkich do kupowania mojej książki „39 wypraw na dziewiąty krąg”, najlepiej tu:


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Czy Szczepan Twardoch jest wybitniejszym pisarzem od Anne Applebaum?

         Kilka już razy chodziło mi po głowię, żeby tę kwestię ostatecznie wyjaśnić, ale zawsze albo o tym zapominałem, albo pojawiało się coś, co akurat wydawało mi się ciekawsze. Wczoraj jednak, pod moją notką zainspirowaną zabójczym wręcz poziomem ostatnich tekstów Coryllusa, a w której ja – przyznaję, że nieco prowokacyjnie – wyraziłem obawę, czy to całe moje pisarstwo ma w ogóle jakikolwiek sens, pojawił się komentarz, który tu zacytuję niemal w całości:
      „Nie ma najmniejszego sensu, dotyczy to również Maciejewskiego. Po prostu wy tego nie umiecie robić. Dla przykładu wasz wróg śmiertelny Twardoch żyje z pisarstwa jak pączek w maśle. Jego pojedyncze nakłady przewyższają wszystko co razem z M. wydaliście ( nie sądzę żeby nakład którejkolwiek z waszych książek przekroczył 1000 egz. ). Chcąc coś robić z sensem należy mieć na swoją pracę klientów, wy ich nie macie. Macie jedynie koło wyznawców i nie są to tysiące osób”.
     Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ten akurat komentator może być w tym co pisze mocno nieszczery, choćby z tego powodu, że w kolejnym komentarzu sam przyznaje, że jest rodzinnie powiązany z wydawcą Twardocha, ponieważ jednak mam wrażenie że jego słowa bardzo dobrze oddają to, co wielu z nas sobie wyobraża nie tylko na temat produkcji Kliniki Języka, ale w ogóle na temat tak zwanego „rynku książki”, pomyślałem sobie, że warto by było powiedzieć wreszcie w tej sprawie parę słów. Otóż przede wszystkim powinniśmy wszyscy zrozumieć, że coś takiego jak „rynek książki” nie istnieje. A przynajmniej nie w takim sensie, w jakim powszechnie rozumiemy słowo „rynek”, gdzie jest towar i chodzi o to, by go sprzedać w taki sposób, by wyjść na swoje. I wcale też nie chodzi mi o to tylko, że 99 procent tego co się dziś w Polsce – a kto wie, czy nie na świecie – wydaje, to makulatura, ale również mam na myśli ten jeden procent, czyli wspomnianego Twardocha, Stasiuka, Bondę, Tokarczuk, czy kogo tam jeszcze z jednej strony, a książki typu „Resortowe dzieci” z drugiej. Żeby to ujrzeć w pełnej krasie, wystarczy zajść do pierwszego lepszego dyskontu typu „Żabka”, „Biedronka”, czy „Stokrotka”, rzucić jednym okiem na to, co tam jest wystawiane w koszach z książkami, a za chwilę drugim na to, ile osób przy wspomnianych koszach w ogóle raczy się zatrzymywać. Chodzi o to, że wszyscy ci pisarze, począwszy od tej pani, która wydała biografię Ronaldo, przez żonę ministra Sikorskiego, po wspomnianą wcześniej Bondę tam leżą, a skoro leżą, to, przepraszam bardzo, ale co my w ogóle wiemy na temat tego, w jakich nakładach te książki są wydawane i jaka ich część jest sprzedawana. Ktoś powie, że podobno tego jest dużo. No ale cóż to znaczy „podobno”? Skąd ta wiedza, założywszy, ze nie od samych zainteresowanych?
      No ale dobra. Ktoś mi zaraz na to odpowie, że faktycznie, u nas z czytelnictwem nie jest najlepiej, ale każdy chyba widział samochód, jakim jeździ Twardoch, czy dom, w jakim mieszka Stasiuk, a to przecież świadczyć musi o tym, że oni jednak w jakiś sposób na tych książkach zarabiają. Otóż rzecz polega na tym, że nawet jeśli oni faktycznie sobie kupili ten samochód, a następnie wybudowali ten dom, to z całą pewnością nie z tego, co uzyskali ze sprzedaży swoich książek. Każdy z nich bowiem, czy to Twardoch, czy Stasiuk, czy Bonda, żyją z tego, że mają osobisty udział w przekręcie polegającym na tym, że wydawnictwo ma swój roczny budżet, dzięki któremu funkcjonuje i żyje, a część tego budżetu, zupełnie niezależnie od faktycznej wysokości sprzedaży, jest przeznaczona na samochód Twardocha i dom Bondy. I nie oszukujmy się. Wydawnictwa nie po to utrzymują tych swoich rzekomo autorów bestsellerów po to, by zarabiać na sprzedaży ich książek, ale wyłącznie po to, by ich nazwiska pomogły im doczołgac się do kolejnego roku i kolejnego budżetu, a jeśli im płacą więcej niż trzeba, to też tylko po to, by media mogły wokół tego przekrętu zbudować jakąś fajną opowieść. Jeśli mamy wydawnictwo, które wydaje powiedzmy 20 książek rocznie, a wśród tych książek jest jeden tak zwany „hit”, to jego autor nie jest rozliczany ze sprzedaży, ale pozostaje na pensji, jako ktoś, kto dostarcza temu przekrętowi alibi. Wydawnictwo Literackie zamawia u Twardocha kolejną powieść, daje mu na to, żeby on przez kolejne dwa lata siedział i pisał, powiedzmy, sto tysięcy złotych, on za część z tych pieniędzy kupuje sobie coś ładnego, za część jedzie do Toskanii nawpieprzać się trufli, a za resztę przez te dwa lata żyje jak każdy z nas, męcząc to gówno, które musi wydawnictwu dostarczyć na termin, bo interes musi się kręcić. Książka się ukazuje w nakładzie kompletnie nieznanym, parę tysięcy dostaje natychmiast nalepkę „- 20%” i zostaje natychmiast wciśnięta tym wszystkim durniom, którzy wcześniej się dowiedzieli, że oto Twardoch napisał kolejną książkę, a reszta jest natychmiast wrzucona do Biedronki w cenie 9 złotych za sztukę, a nastepnie skierowana na przemiał. I tak do następnego razu.
        I teraz pewnie znów ktoś powie, że nawet jeśli tak jest, to ani ja, ani nawet Coryllus, nie mamy prawa pyskować, bo jesteśmy kompletnie niszowym towarzystwem, działającym z myślą o maleńkiej grupie zakochanych w nas wariatach, i nie mamy nawet prawa myśleć, by konkurować z poważnymi autorami, takimi, jak – niech już on tu z nami zostanie, jako symbol – Szczepan Twardoch. A więc, proszę sobie wyobrazić, że tu też sytuacja nie jest wcale taka oczywista. Ja oczywiście nie mam pojęcia, ile egzemplarzy swojej ostatniej książki sprzedał Twardoch, podobnie zresztą, jak on nie wie, ile tych egzemplarzy sprzedałem ja, natomiast jedno jest pewne. Otóż, podczas gdy Twardoch, jak już to powiedzieliśmy, jest pracownikiem wydawnictwa, któremu wydawnictwo organizuje utrzymanie, zarówno ja, jak i Coryllus, działamy wyłącznie na swój rachunek. Gdy chodzi o mnie, jak wszyscy wiemy, dotychczas wydałem osiem książek – czyli nie wiele mniej niż Twardoch – za wydanie każdej z nich zapłaciłem z własnych pieniędzy, koszt wydania każdej z nich zwrócił mi się w ciągu kilku tygodni i ze sprzedaży każdej z nich do dziś miesiąc w miesiąc stać mnie na to, by sobie coś ładnego kupić i żeby jeszcze zostało na kawałek kiełbasy i serka. I tu powiem coś, co niektórych może doprowadzić do białej gorączki. Otóż ja oczywiście nie powiem, ile ja się spodziewam dostać pieniędzy z grudniowej sprzedaży moich książek, ale nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że to znacznie przeywższa to, co Twardoch dostał za minione pół roku. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale ile jest sensu w stawianiu mi zarzutu, że to co ja robię, to kompletna porażka?
      Na zakończenie wspomnianego na początku komentarza jego autor noworocznie mi życzy, by moja emerytura pozwoliła mi nie zdechnąć z głodu. A ja tu oczywiście nie umiem zachować pełnego spokoju, bo faktycznie, gdy chodzi o nasze – nie tylko moją – emerytury, diabli wiedzą, jak to będzie. Jednego jednak jestem pewien: nawet jeśli będę klepał biedę, to na trzeźwo w towarzystwie rodziny. W odróżnieniu od wielu tych tak zwanych „prawdziwych pisarzy”, którzy, jak wiemy, z reguły kończą, kitując albo na marskość wątroby, albo na raka trzustki, ewentualnie dogorywają gdzieś w samotności, czekając na telefon, który już nie zadzwoni. Osobiście dziękuję bardzo, ale nie skorzystam.

Zapraszam jak zawsze wszystkich do zaglądania do naszej ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. Polecam szczerze.
     

sobota, 23 września 2017

O różnicach między sztuką poważną a niepoważną

     Myślę, że niewielu z nas zna to nazwisko. Tu na Śląsku jednak, szczególnie w środowiskach akademicko-intelektualnych, Tadeusz Sławek jest gwiazdą pierwszej wielkości, i nie przesadzę, jeśli powiem, że akurat gdy chodzi o wspomniane kręgi, jego popularność przekracza granicę tego naszego grajdołka, sięgając i Krakowa, Poznania, a kto wie, czy nie i Warszawy. Ponieważ jednak większość czytelników tego bloga to ludzie prostoduszni, podchodzący do wszelkich kulturowych rewolucji z dużą ostrożnością, z myślą o nich właśnie wyjaśnię, kim jest Tadeusz Sławek. Otóż przede wszystkim – i jestem pewien, że on sam nie miałby nic przeciwko temu – przedstawiając go, należy zwrócić uwagę na jego wygląd, którego on chroni jak relikwi, a który upodabnia go do Jezusa, jakiego znamy ze świętych obrazów. No ale te włosy, broda i wąsy to zaledwie obraz, a Tadeusz Sławek to w każdym wypadku coś znacznie więcej niż obraz. Tadeusz Sławek to były rektor Uniwersytetu Śląskiego, poeta, artysta-performer, tłumacz, badacz literatury, nauczyciel akademicki, znawca kultury popularnej, komentator polityczny, autor wielu książek oraz płyt CD, naukowych opracowań, artykułów publikowanych w tak szanowanych mediach jak „Tygodnik Powszechny”, czy „Gazeta Wyborcza”, uczestnik wielu paneli dotyczących wszystkich możliwych zagadnień, krótko mówiąc, nie ma dziedziny, poza budową dróg i mostów, gdzie Tadusz Sławek nie zaznaczyłby swojej obecności.
      Osobiście poznałem Tadeusza Sławka lata temu, jeszcze podczas moich studiów na  Uniwersytecie Śląskim, gdzie on, będąc jeszcze skromnym magistrem, już się piął po drabinie również towarzyskiej kariery. Muszę tu zrobić pewną dygresję. Otóż z powodu tego, że ja sam, przez swoje – przyznaję, że wynikające z wrodzonej tępoty –  wieloletnie zaangażowanie w studia uniwersyteckie, byłem tam swego rodzaju ciekawostką, z Tadeuszem Sławkiem miałem kontakt na tyle specjalny, że kiedyś mi nawet pożyczył płytę Johnna Lennona „Mind Games”.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu stałem sobie na przystanku tuż obok, czekając na tramwaj, który mnie zawiezie na cotygodniowe lekcje, patrzę, a obok na tramwaj czeka nie kto inny jak sam Tadeusz Sławek, dokładnie taki sam jak przed laty. Podszedłem do niego po tych dziś już ponad 30 latach, powiedziałem grzecznie: „Dzień dobry, panie profesorze, miło pana spotkać”, on, niespodziewanie zupełnie, powiedział: „Dzień dobry, panie Krzysztofie”, no i naturalnie weszliśmy w krótką pogawędkę. Najpierw ja go zapytałem, co u niego, on mi odpowiedział, że za rok idzie na emeryturę, no i zapytał, co porabiam, no a ja uderzyłem z najwyższej oktawy i powiedziałem, że żyję między innymi z pisania książek. No i się zaczęło. Profesor zwyczajny, doktor habilitowany, Tadeusz Sławek zapytał, na jakie tematy te książki, ja mu odpowiedziałem, że na różne, on zapytał ile, ja mu odpowiedziałem, że osiem, on zapytał, jak się sprzedają, ja mu odpowiedziałem, że szału nie ma – dokładnie w ten sposób: „Szału nie ma” – niemniej dzięki dość dużej grupie stałych czytelników, żyć się da i te kilka stów miesięcznie wpadnie, co, biorąc pod uwagę fakt, że od ostatniego tytułu minął już ponad rok, nie jest źle. On, co było widać, trochę się zaniepokoił, jednak dzielnie ciągnął dalej i spytał, czy ja to wydaję „własnym sumptem”, na co ja mu odpowiedziałem, że wszystko jest wydawane przez wydawnictwo „Klinika Języka”, że sprzedajemy bezpośrednio przez Internet, no i że jakoś ciągniemy.
      No i w tym momencie padło pytanie, moim zdaniem, absolutnie kluczowe: „A tak przy okazji, proszę mi powiedzieć, ile w tej chwili kosztuje wydanie książki?” Powiem szczerze, że trochę mnie zdziwiło, że ktoś taki jak Tadeusz Sławek, który wydał książek dziesiątki, nie wie, ile trzeba zapłacić za wydanie książki, niemniej odpowiedziałem mu, że różnie, ale na ogół gdzieś pomiędzy 5, a 10 tysiącami, zależnie od objętości, jednak przez pierwsze kilka tygodni wszystko się pokrywa przez wpływy ze sprzedaży, no a potem, to już zyskami dzielę się uczciwie z wydawnictwem i szafa gra.
     No i w tym momencie doszło do zdarzenia, które jest pierwszym powodem, dla którego piszę dziś ten tekst. Oto Tadeusz Sławek, który dotychczas czekał wraz ze mną na tramwaj, powiedział: „Przepraszam, panie Krzysztofie, ale muszę już lecieć” i odleciał w tak zwaną siną dal, a ja zostałem ze swoimi myślami. Co to za myśli, jestem pewien, że, jak już wspomniałem, prostoduszni z reguły, czytelnicy tego bloga wiedzą doskonale, a więc nie widzę powodu, by ciągnąć te refleksje dalej, może tylko poza apelem do samego Tadeusza Sławka, by się aż tak nie martwił. On i jego znajomi sobie zawsze jakoś poradzą. A ta cała mierzwa? Zawsze można sobie wytłumaczyć, że mierzwa nie ma znaczenia, choćby z tego powodu, że nad owym interesem czuwa ktoś, kto bardzo dba, by nie doszło do jakichś niespodziewanych zwrotów akcji.

A propos książek, ja wiem, że dopóki miedzy innymi Tadeusz Sławek nie powie, że warto, niektórym z nas jest bardzo ciężko się przełamać, niemniej jednak daje słowo honoru, że warto. Nasza księgarnia znajduje się pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.  
    

        

czwartek, 4 maja 2017

Kiedy następna książka i czemu na razie nie (komunikat techniczny)

Dziś pozwolę sobie przedstawić tekst o charakterze bardziej technicznym, co więcej adresowany bardziej do tych czytelników tego bloga, którzy tu są od niedawna, czy powiedzmy od roku czy dwóch. Otóż zarówno podczas niedawnej serii targów, ale też w korespondencji, jaką ostatnio otrzymuję od tak zwanych old-timersów, pojawiły się pytania: „Panie Krzysztofie, kiedy będzie nowa książka?”, czy częściej nawet „Czy coś pan aktualnie pisze?” Oczywiście, nie będę ukrywał satysfakcji z faktu, że są osoby i że jest ich wcale niemało, którym zależy na tym, bym nadal pisał i że owo oczekiwanie na kolejną książkę wiąże się z pewnymi emocjami. Jest to wiedza bardzo przyjemna, dająca dużo siły do pracy, natomiast to co mnie niezmiennie przy tej okazji niepokoi, to świadomość, że owe naciski zaczęły się pojawiać, gdy od wydania listów od Zyty nie upłynęło nawet pół roku. Z tego co nam wiadomo, Olga Tokarczuk, być może najwybitniejsza polska współczesna pisarka, swoją ostatnią książkę pisała 7 lat i nie wydaje mi się, by sympatycy jej talentu nachodzili ją przy różnych okazjach, pytając, kiedy ta książka będzie gotowa i jak długo będą musieli czekać, aż ona wyda powieść następną. Nie sądzę też, żeby z podobną presją spotykał się Szczepan Twardoch, Zygmunt Miłoszewski, czy nawet Piotr Zaremba. Czytelnicy Miłoszewskiego kupują nową książkę Miłoszewskiego, kiedy ją przeczytają, kupują Twardocha, po przeczytaniu Twardocha, kupują Tokarczuk, po Tokarczuk Stasiuka, po Stasiuku Bondę, po Bondzie Zarembę, a kiedy przeczytają już wszystko, co akurat jest w księgarniach, idą do biblioteki i po raz siedemnasty pożyczają sobie Stevena Kinga, ewentualnie oglądają nowy sezon House of Cards na laptopie. I nie dość, że nikt z nich nie pisze maili do swoich ulubionych autorów, pytając kiedy napiszą kolejną książkę, to zapewne nawet niespecjalnie na nią czekają. Gdy natomiast chodzi o moje książki, czy w ogóle o ofertę Kliniki Języka, mam wrażenie, że mamy do czynienia z czymś naprawdę szczególnym.
Pisałem już o tym. Siedzimy z Gabrielem na targach, przychodzi czytelnik i pyta: „Co dziś nowego?”, na co Gabriel odpowiada: „To, to, to, to, no i jeszcze to”. Na to czytelnik mówi: „To ja poproszę wszystko razem z autografem”, no i kiedy Gabriel zajęty jest pisaniem dedykacji, czytelnik zwraca się do mnie: „A pan, panie Krzysztofie napisał coś nowego?” Odpowiadam: „Ostatnie są listy od Zyty z jesieni”, na to pada odpowiedź: „A, to już mam. Nawet kupiłem trzy egzemplarze dla znajomych. Proszę koniecznie napisać coś nowego. Bardzo czekam na nową książkę o zespołach”. No i wtedy odzywa się Gabriel i sprawę ucina: „Dopóki nie sprzedamy pierwszej, drugiej nie będzie”.
I tu jest problem kolejny. Jest bowiem tak, że ja mógłbym pisać nawet dwie książki na rok, jednak Klinika Języka nie jest w stanie takiego tempa wytrzymać z tego prostego względu, że magazyn nie jest z gumy, a w sytuacji gdy nowe książki pojawiają się szybciej, niż stare schodzą, żeby to wszystko wytrzymać, owe ściany musiałyby być z owej gumy. A już nie wspomnę smutnego faktu, że Gabriel za sam fakt, że te książki tam leżą, też musi płacić i to bardzo, bardzo słono. Klinika Języka bowiem to nie jest jedno z owych licznych wydawnictw, handlujących literacką twórczością wspomnianych Twardocha, Bondy, czy Miłoszewskiego, które w momencie, gdy pierwsza partia tytułu zejdzie, całą resztę wrzucają do Biedronek, Żabek i Stokrotek po 9 zł. od sztuki i w ten sposób uwalniają się od zbędnego balastu. Klinika Języka sprzedaje wszystko do końca i z reguły po oryginalnej cenie. A zatem, jeśli chcemy, by tytułów było więcej, musimy te książki kupować. To jest tak proste, że aż głupio tłumaczyć.
Już słyszę ten krzyk: „Przecież kupujemy!” Otóż proszę sobie wyobrazić, że ci co kupują, to kupują, a ci co nie kupują, to albo nie kupują, albo kupią później, przy lepszej okazji. Czy ja mówię nieprawdę? Proszę w takim razie spojrzeć na jeden z niedawnych komentarzy na blogu Gabriela, gdzie jedna z zachwyconych czytelniczek pochwaliła się, że właśnie kupiła którąś z nowych książek, a ona była tak świetna, że ta ją natychmiast pożyczyła kilku znajomym, którzy ją przeczytali z równym zachwytem. No a ja wtedy natychmiast sobie pomyślałem, że gdybym to ja się zachwycił jakąś książką, to bym swoim znajomym powiedział, że muszą sobie ją koniecznie kupić. A gdybym sam trafił na coś, co choćby w małym fragmencie mnie zachwyciło, to bym w te pędy pobiegł, by to coś sobie kupić. I nie chodzi tylko o książki. Tak samo bym zareagował, gdybym się dowiedział, że w Biedronce sprzedają bardzo dobrego singla po 70 zł. Poszedłbym tam natychmiast i go sobie kupił, a nie poił się czerwonym Johnnym Walkerem, a po szlachetniejsze doznania wbijał się do znajomych na imprezy.
Niestety, obawiam się, że wielu z nas zachowuje się tak jak to opisałem na początku tej notki, czyli kupują wszystko to co kupić trzeba – a co to takiego, to przecież wszyscy wiemy, prawda? – a potem, czekając na kolejne pozycje, zabijają czas oglądaniem filmów w laptopie, ewentualnie spędzając czas na blogach, które jak wiemy są za darmo. Popatrzmy na koniec na mnie. Dotychczas wydaliśmy osiem moich książek. Dwie się sprzedały, jedna z nich już została wznowiona. Nakład dwóch kolejnych jest już na wyczerpaniu, ale wciąż jeszcze chwilę to potrwa zanim będziemy mogli się zastanowić nad ich dalszym losem. Problem polega natomiast na tym, że na ile potrafię dobrze ocenić liczbę czytelników tego bloga, i to tylko tych, którzy tu przychodzą codziennie i w dodatku robią to z prawdziwą radością, zdecydowana większość z nich, książki, których okładki są przedstawione tuż obok, od lat planuje sobie kupić, no ale ich nie kupuje, ponieważ zawsze pod ręką jest coś bardziej… no tu brakuje mi odpowiedniego słowa. Bo nie chodzi tylko o to, że oni poszukują czegoś co nosi bardziej poważne pieczęcie. To też, ale pewnie nawet nie przede wszystkim. Chodzi o to, że po co wydawać pieniądze na coś, co tak naprawdę jest do poczytania codziennie i w dodatku za darmo? Przepraszam za tę brutalność, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że mam tu całkowitą rację. Kiedyś nawet pewien nasz kolega sformułował tę myśl najbardziej dosłownie: „Po cholerę mam kupować twoje książki, skoro i tak wszystko co masz do powiedzenia mogę sobie poczytać tu na blogu?”, lub moja żona, która mi mówi, że ona nie musi nawet czytać mojego bloga, bo i tak wciąż słyszy jak gadam. Gdyby zatem wszyscy czytelnicy tego bloga, ci dla których on jest autentycznie ważnym źródłem prawdziwej radości – a wiem, że ich są tysiące – kupowali te książki, one musiałby już być od lat wielokrotnie wznawiane. A ja bym stawiał na głowie, by wydawać kolejne.
Ktoś mi powie, że to bardzo brzydko z mojej strony wymuszać na czytelnikach tego bloga kupowanie moich książek. Otóż wbrew pozorom ja nikogo do niczego nie zmuszam. Nawet mi w głowie mieć do kogokolwiek pretensje o sposób, w jaki on gospodaruje swoim budżetem na tak zwaną kulturę. Piszę natomiast to co piszę w jednym praktycznie celu. Otóż chciałbym tym wszystkim, którzy mnie pytają, kiedy ja napiszę, a Gabriel wyda moją dziewiątą w ciągu sześciu lat książkę, przekazać wiadomość, która ich prawdopodobnie zasmuci. Na moje oko, nie nastąpi to zanim uda nam się zamknąć pierwszy nakład książek wydanych dotychczas. A daję najszczersze słowo honoru, że gdyby tylko była taka możliwość, to ja jestem w stanie w ciągu jednego miesiąca przedstawić cztery kolejne tytuły. Tylko jeśli już to nastąpi, to naprawdę nie po to, by one zalegały w magazynie w Grodzisku Mazowieckim, a reszta krążyła z rąk do rąk, tak by każdy chętny mógł się nimi za darmo pozachwycać.

Nasza księgarnia, gdyby ktoś nie pamiętał, znajduje się pod adresem www.coryllus.pl.

sobota, 29 kwietnia 2017

Trzy terenowe toyoty, czyli jeszcze raz o prawdziwej sztuce

     Po raz pierwszy o tym, jak działa ów system, usłyszałem jeszcze wiele lat temu od zaprzyjaźnionego muzyka z Kwartetu Śląskiego. Otóż jeszcze w roku 1995 wspomniany Kwartet Śląski nagrał i wydał na płycie CD dwa pierwsze kwartety smyczkowe Henryka Mikołaja Góreckiego. Zdaniem mojego znajomego, to co im się wówczas udało zagrać, stanowiło zjawisko o sile, jakiej nigdy wcześniej i pewnie już nigdy później Kwartetowi nie udało osiągnąć. Jakimś niewyjaśnionym nigdy do końca cudem, zarówno czas, jak i atmosfera miejsca, ale też to coś, czego nikt nigdy nie potrafi nazwać, sprawiło, że owe dwa kwartety wtedy właśnie zostały wykonane w sposób perfekcyjny. Płyta trafiła na rynek, otrzymała jak najbardziej zasłużonego Fryderyka za najlepszy album, no i niedługo potem Góreckim zainteresował się legendarny nowojorski kwartet smyczkowy „Kronos Quartet”, zagrał oba kwartety… i w tym momencie wszyscy się zorientowali, że nikt nie zechce tego kupować, bo najlepsze nie dość, że już było, to wciąż jest i zapewne będzie dostępne nadal. Wtedy to właśnie firma, która zajmuje się karierą Amerykanów najpierw wykupiła cały nakład płyty katowickich muzyków, następnie prawa do tego jednego nagrania, i na koniec doprowadziła do tego, że wznowienie tamtego nagrania jest już niemożliwe.
      W roku 2008 EMI wydało ponownie kwartety Góreckiego w wykonaniu Kwartetu Śląskiego, tym razem już wszystkie, jednak zdaniem mojego znajomego, to co 10 lat wcześniej zostało skonfiskowane przez Amerykanów jest już nie do powtórzenia. Przez te wszystkie lata płyty Kwartetu Śląskiego były wielokrotnie nominowane do bardzo u nas prestiżowych Fryderyków, parokrotnie owego Fryderyka zdobyły, natomiast, o ile się nie mylę, ten rok okazał się o tyle szczególny,że po raz pierwszy w historii Kwartet Śląski za podwójny album z kwartetami Grażyny Bacewicz otrzymał aż dwa Fryderyki –w kategoriach „Najlepszy album polski za granicą”, oraz „Najwybitniejsze nagranie muzyki polskiej”. Gdyby ktoś się zastanawiał, już śpieszę wyjaśniać: otóż muzyka polska, bo muzyka polska, natomiast polska za granicą z tego oto względu, że płyta, choć w koprodukcji z naszym Instytutem Adama Mickiewicza, została wydana przez niezależne brytyjskie wydawnictwo Chandos Records, a więc, jak by nie patrzeć, jest publikacją jak najbardziej zagraniczną. I stąd ten drugi Fryderyk.
      No i w tym momencie pojawia się pytanie, o co chodzi? Po co my o tym w ogóle rozmawiamy? Otóż, co zresztą bardzo łatwo jest sprawdzić, płyta „Grażyna Bacewicz Complete String Quartets” jest nie do kupienia. Oczywiście, nie jest wykluczone, że w Londynie, jeśli ktoś się o nią zapyta, to mu ją ostatecznie sprowadzą, natomiast w Polsce zdobycie tego albumu to marzenie ściętej głowy. Dlaczego? Dlatego że jej nie ma na rynku. Dlaczego? Dlatego, że wszystko to co było do zarobienia, już zostało rozdysponowane, a na te głupie grosze z tytułu dystrybucji nikt nie będzie leciał. Kiedy spotkałem się z moim kumplem muzykiem, by odebrać płyty,usłyszałem, że jedyna dystrybucja, jaka dziś ma miejsce w Polsce, to prowadzona przez samych muzyków. Każdy z nich dostał po jakieś 150 egzemplarzy albumu i może je rozdać wśród mniej lub bardziej znajomych osób. Proponowałem mu, żeby te płyty wstawić do księgarni Coryllusa i w ten sposób z jednej strony spopularyzować to dzieło, a z drugiej coś tam zarobić, niestety tu na przeszkodzie stoi tak zwane środowisko. Gdyby Kwartet Śląski zaczął sprzedawać swoje płyty w internecie przez jakąś Klinikę Języka, to oni by w pierwszej sekundzie stracili przez wiele lat wypracowywany szacunek w branży, a następnej wypadli z rynku. A rynek to ich praca, rodzina i życie.
      A przecież nie chodzi tylko o to. Proszę sobie wyobrazić, że kilka lat temu Polskie Radio w Katowicach wyprodukowało wydawnictwo zupełnie niezwykłe. Jeden z najwybitniejszych dziś organistów na świecie, Julian Gembalski, odbył podróż po licznych śląskich kościołach, albo grając tradycyjną muzykę sakralną, albo czasem improwizując, na znajdujących się tam, często bardzo zabytkowych, organach. Jego wyprawa została nagrana i zarejestrowana na 5 płytach CD i wydana pod pięknym tytułem „Sląskie organy”. Ja nie umiem opisać potęgi muzyki, jaką zagrał Gembalski, ale zapewniam, że to jest coś tak pięknego, że właściwie może i lepiej jest tego nie opisywać. Domyślam się, że w tym momencie część czytelników zapragnęła kupić te pieśni. Bardzo proszę, tylko proszę nie szukać ani w empikach, ani na Allegro, bo to nic nie da. Z tego co wiem, te albumy – powtarzam 5-płytowe boxy – do dziś leżą w szafie na Ligonia w Katowicach.
      Na koniec pojawia się pytanie, czemu jest jak jest. Czemu organy Gembalskiego, ale dziś może przede wszystkim kwartety smyczkowe Grażyny Bacewicz, wydane przez niezależne acz prestiżowe brytyjskie wydawnictwo, nie są skierowane do normalnej dystrybucji? Otóż – i tego już mi mój kolega-muzyknie powiedział, natomiast ja mam swój rozum i wiem, co i jak – rzecz sprowadza się do tego, że dystrybucja nikogo już nie interesuje. Chodzi wyłącznie o to, by się podpiąć pod kolejny budżet, dostać swoją działkę, zapisać ewentualny sukces i ciężko pracować na kolejne. Ktoś też może spyta, czemu oni się nie postawią, nie zostaną niezależnymi artystami i nie zdobędą świata, na co niechybnie zasłużyli. A ja mam na to tylko jedną odpowiedź, a mianowicie historię artystycznej i komercyjnej kariery braci Golec. Przez wspomniane kontakty w branży mam do opowiedzenia jedną bardzo moim zdaniem ciekawą historię. Otóż kiedy bracia Golcowie byli jeszcze studentami wydziału jazzu w katowickiej Akademii Muzycznej, ale już można było ich słuchać w radio i oglądać w telewizji,któregoś dnia pojawili się w miejscowym salonie Toyoty i zgłosili następujące zamówienie: ”Poprosimy dwie terenowe toyoty… albo nie, trzy… jedną kupimy tacie”. Czemu tak? Otóż oni mogli sobie na to pozwolić z tej prostej przyczyny, że, czy to przez ich góralską zawziętość, czy przez jakieś niezbadane talenty, na samym początku swojej kariery postanowili utworzyć firmę. Nie muzyczny duet, którym wszyscy będą mogli pomiatać, lecz firmę. Taką jak, przy oczywiście zachowaniu proporcji, stworzyli muzycy Kronos Quartet, czy, z zupełnie innej beczki The Rolling Stones.
      Inna sprawa, że nawet jeśli już wszystko zrozumiemy i ze stanem rzeczy się pogodzimy, prawda pozostanie taka sama. Kwartet Śląski wydał fantastyczne kwartety Grażyny Bacewicz, a nam, podobnie jak im, nic do tego. Jak nam się nie podoba, możemy iść na wspomnianych Golców.


Bardzo zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresemwww.coryllus.pl. Tam jest wszystko.

piątek, 10 lutego 2017

Gdy przychodzi taka chwila, kiedy ona nie tańczy dla nas

Przyznać muszę, że nie mam bladego pojęcia, jak to się stało, że przy okazji moich ostatnich notek tu na tym blogu pojawiła się kwestia tak zwanego disco polo, a szczególnie wybitnego przedstawiciela owego gatunku, Zenona Martyniuka, oraz muzycznego projektu o nazwie Akcent. No ale stało się i trzeba się ustosunkować. Otóż, jak donieśli mi wierni komentatorzy, zamieszczony na youtubie clip prezentujący piosenkę wspomnianego artysty pod tytułem „Przez te oczy zielone”, od czasu, jak został tam zamieszczony, uzyskał ponad 80 milionów odtworzeń, co robi wrażenie rekordu na skalę światową. Dla porównania, absolutny przebój wszechczasów, piosenka duetu Wham „Last Christmas”, ma na swoim koncie odtworzeń zaledwie dwa razy więcej.
Rzecz jest w tym, że Zenon Martyniuk śpiewa kolejną piosenkę, a cała intelektualnie motywowana Polska nie jest w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że tak oto wygląda rynek polskiej piosenki i na to sposobu, że zacytuję mistrza Niemena, znaleźć nie jesteśmy w stanie. Jak się domyślają pewnie czytelnicy tego bloga, osobiście nie jestem fanem ani zespołu Akcent, ani muzycznego gatunku tam realizowanego, niemniej jednak, nie widzę najmniejszego powodu do tego, bym się miał angażować w ów ruch wyszydzania tej akurat części naszej pop-kultury. Rzecz bowiem, moim zdaniem, polega na tym, że to, czy wybieramy muzykę zespołu Pink Floyd, czy twórczość wspomnianego Martyniuka, tworzy dylemat wyłącznie na poziomie indywidualnych upodobań. Czy lepsze jest „Atom Heart Mother”, czy „Przez te oczy zielone”, to kwestia do dyskusji i tego nie zmienią żadne zaklęcia.
Ja wiem, że to nie ma najmniejszego znaczenia, ale, aby przygotować sobie teren do dalszej rozmowy, sprawdziłem na youtubie ilość odtworzeń, jakie zarejestrowała swego czasu moja bezwzględnie ulubiona kompozycja, mianowicie wspomniane „Atom Heart Mother”, i wyszło mi niespełna 500 tysięcy. Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, jak wygląda nasza pozycja przetargowa, gdy chodzi o Martyniuka w konfrontacji z zespołem Pink Floyd? Ktoś powie, że ci od Martyniuka to banda durniów, którzy o niczym nie mają pojęcia, czas spędzają w galeriach handlowych i głosują na 500+. Osobiście uważam, że jest dokładnie na odwrót, ale nie będę się spierał. Załóżmy, że ta akurat diagnoza jest prawidłowa. Fani twórczości spod znaku disco-polo to głosująca na PiS wieś, która w życiu nie miała kontaktu z prawdziwą sztuką i to dla nich choćby ostatnio prezes Kurski zorganizował noworoczną zabawę w Zakopanem. Tyle że co to zmienia w obliczu owych stu milionów odsłon piosenki „Przez te oczy zielone” na youtubie?
Wysłuchałem tej piosenki w całości i w pierwszej kolejności oświadczam, że płyty sobie nie kupię. Natomiast już w chwilę potem mogę równie szczerze zapewnić, że tym bardziej nie kupię sobie najnowszej płyty Moniki Brodki z tego oczywistego powodu, że pod względem tak zwanego profesjonalizmu, Zenon Martyniuk nie tylko dla wspomnianej Brodki, ale dla całej klasy wykonawców muzyki popularnej w Polsce, stanowi autentyczny kosmos.
Mamy ten cały hip-hop i wykonujących go artystów, których dziś jest tak strasznie dużo, że ja bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że oto właśnie kolejną płytę wydał jeden z moich uczniów. Problem jednak sprowadza się do tego, że ich jest tak strasznie dużo, że na samym szczycie pozostaje dwóch, czy trzech, ale za to oni w swoim gatunku prezentują poziom światowy. Podobnie jest, moim zdaniem, z disco-polo. Zapewne w każdej wiosce w Polsce działa jakiś projekt muzyczny, który gra tego rodzaju muzykę i bardzo liczy na to, że i jemu się uda. Byliśmy niedawno w Zakopanem i proszę sobie wyobrazić, że tam, w każdej restauracji, w każdej knajpie, w każdym barze, od rana do późnej nocy, słychać te same dziesięć piosenek na krzyż, a każda z nich to disco-polo w lokalnym klimacie. Co ciekawsze jednak, każda z tych piosenek, jest naprawdę zagrana i zaśpiewana w najwyższym stopniu profesjonalnie. No i oczywiście, żadna z nich nie jest wykonywana przez zespół Akcent. Akcent i jego lider Zenon Martyniuk dostali się na sam szczyt i dziś nie mają najmniejszego powodu, by się przejmować naszymi dylematami. I całe szczęście, bo gdyby oni zechcieli wejść z nami w dyskusję, otworzyliby ją i jednocześnie zamknęli pytaniem: przepraszam bardzo, ale gdzie jest w tym momencie wasze „Atom Heart Mother”?
Zenon Martyniuk, decydując się w pewnym momencie swojego życia wystartować w tej niezwykle trudnej konkurencji, ów konkurs wygrał. Ktoś powie, że Pink Floyd też wygrali, no ale proszę zwrócić uwagę na to, że ja się Pink Floyd i tego najczęściej strasznego kiczu nie czepiam. Chodzi mi tylko o to, że wobec sukcesu Zenona Martyniuka, i jego zespołu pod nazwą Akcent my naprawdę nie mamy nic do gadania. I nie łudźmy się. Tu wcale nie chodzi o to, że ponieważ ludzie to lubią, nam już nic do tego. W końcu to już ustaliliśmy: Martyniuk nie odkrył niczego nowego. On postanowił wystartować w konkurencji naprawdę mocnej i ją wygrał, a tym samym udowodnił że jest dobry, i to dobry naprawdę. Można by było wręcz powiedzieć, że jest najlepszy. W odróżnieniu od takiej, wspomnianej wcześniej, Moniki Brodki, która pochwalić się może tylko tym, że jest koleżanką pewnego niszowego artysty, który bardzo się za nią stara.
Pisząc kolejne rozdziały mojej książki o podwójnym nokaucie pragnąłem przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że to co my uważamy za dobre, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się bowiem nie to, co nam się podoba, ale to, za czym stoi talent i autentyczna praca, a więc prawda. Czy to jest Justin Bieber, czy Metallica, czy dawny polski big beatowy zespół Chochoły, liczyły się wyłącznie praca i talent, no i czasem oczywiście determinacja. I powtarzam raz jeszcze, to co nam się osobiście podoba, a co nie, ma znaczenie wyłącznie dla naszego dobrego samopoczucia i dla niczego więcej. Bo sukces Biebera i Metalliki, to nie jest nasz sukces. My możemy im tylko albo zapłacić, albo powiedzieć, że tego nie kupujemy. Podobnie jest z Martyniukiem, którego klip „Przez te oczy zielone” został odtworzony na youtubie ponad 80 milionów razy. Bo nie oszukujmy się. Martyniuk to nie jest ktoś, kto pewnego dnia się obudził i zaczął kombinować, co by tu zrobić, żeby mieć fajne życie, kiedy całej wódki świata człowiek i tak nie wypije. Za jego sukcesem stoi ciężka i jak najbardziej uczciwa praca.
Wczoraj tu na tym blogu zamieściłem występ nieznanej mi piosenkarki w nieznanym włoskim barze, śpiewającą nieznana mi piosenkę, i powiem szczerze, że, moim zdaniem, ona jest lepsza zarówno od Martyniuka, jak i od Pink Floyd i Metalliki razem wziętych, że nie wspomnę o Monice Brodce. Ta nieznana piosenkarka w ogóle, jeśli idzie o moją osobistą wrażliwość i moje muzyczne potrzeby, jest lepsza od wszystkich. I myślę sobie, że Bogu dzięki, że ten klip nie ma ponad 80 milionów odtworzeń na youtubie, bo to by zwiastowało nieuchronną katastrofę. No ale tylko z punktu widzenia mojej wrażliwości i moich potrzeb. Tylko tyle i aż tyle.
Myślę sobie teraz, że jak jej jednak podkręcimy trochę ten licznik, tragedii nie będzie.



Właśnie przed chwilą zorientowałem sie, że pomyliło mi się dwóch artystów i dwie piosenki. "Przez te oczy zielone" nie jest na razie rekordzistą. Na pierwszym miejscu pozostaje wciąż grupa "Weekend" z piosenką "Ona tańczy dla mnie". Również bardzo solidna robota. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.

wtorek, 16 czerwca 2015

Wróż Maciej wchodzi na rynek kultury wysokiej

Powiem zupełnie szczerze, że nie mam najmniejszego pojęcia, kim jest Jakub Lubelski. Gdyby ktoś podszedł do mnie i rzucił hasło „Jakub Lubelski”, ja bym w najlepszym wypadku powiedział, że to może jakiś prokurator, o którym w pewnym momencie wspominano przy okazji jednej z licznych afer Platformy Obywatelskiej. Wiem natomiast, co to takiego Teologia Polityczna. Otóż Teologia Polityczna to jest coś, co nasza prawica postanowiła wypuścić, jako odpowiedź na Krytykę Polityczną, a tym samym stworzyć alternatywę dla znanej nam zbyt dobrze agresji czystego satanizmu, tyle że nie występującego w postaci muzycznych projektów Adama Darskiego, lecz oferty czysto intelektualnej, lub robiącej takie wrażenie. Czy na temat Teologii Politycznej mam do powiedzenia coś więcej? No, nie bardzo, natomiast dzięki temu, że owa nazwa jakoś w mojej świadomości zagościła, mój stosunek do nich od pewnego czasu oscyluje na poziomie tego, czym jest dla mnie radio RMF, czy portal naszamlawa.pl, a więc coś, co jeśli się do mnie zwróci z jakakolwiek propozycją biznesową, to ja jestem jak najbardziej gotowy.
I oto wczoraj właśnie dowiedziałem się, że nieznany mi kompletnie człowiek nazwiskiem Jakub Lubelski napisał książkę i bardzo chciałby ją wydać, tyle że nie ma na to pieniędzy, a w związku z tym zwraca się do mnie z prośbą, bym mu wpłacił na konto 50 złotych, a on – kiedy ta książka się wreszcie wydrukuje i trafi do EMPiK-ów – mi załatwi, bym dostał jej darmowy egzemplarz. Jeśli natomiast wyślę Lubelskiemu 1000 złotych, a książka się ukaże, to nie dość, że ja tę książkę otrzymam za tak zwane friko, to jeszcze z moim nazwiskiem zamieszczonym tam drukiem. Do tego, bym uczynił odpowiedni przelew, poza samą Teologią Polityczną, która informuje o samym wydarzeniu, jako najpewniej patron całego przedsięwzięcia, namawiają mnie sam mistrz Antoni Libera, a obok niego niejaka prof. Maria Wyka, zapewniając, że wciąż jeszcze niewydana z powodu braku funduszy książka Lubelskiego to jest prawdziwy hit.
Ja wiem, że dla niektórych z nas to już się robi męczące, ale muszę o tym wspomnieć. Dotychczas wydałem 6 książek. Gdy chodzi o pieniądze, pomysł polegał na tym, że drukarnia to drukuje, wydawca to wydaje, ludzie to kupują, koszta się zwracają, a dalej ja już z tego żyję. Proste? Proste. Jak mówię, dotychczas wydałem sześć książek, kolejna się ukaże we wrześniu i nigdy nie przyszło nam do głowy, by kogokolwiek prosić o organizowanie na ten projekt publicznej zbiórki. Nawet wtedy, gdy było naprawdę ciężko i żyliśmy w znacznym stopniu z prowadzenia tego bloga, nie odważyłbym się apelować o to, by czytelnicy składali się na moje kolejne projekty. Ja za każdym razem wiedziałem, że to wszystko sprowadza się do tego, bym ja to co napisałem, sprzedawał, a kiedy już z owej sprzedaży koszta wydania zostaną zwrócone, zbierać na kolejną. Ale było coś jeszcze: gdyby nie gwarancja, że my to sprzedamy, Maciejewscy by mi ich nie wydali nawet gdybym im pieniądze na nią przyniósł w zębach.
Tymczasem nagle widzę ową Teologię Polityczną, a obok Antoniego Liberę z jakąś, jak się domyślam, słynną panią profesor, no i tego Lubelskiego. Kto to taki? Otóż podobno tak wybitny autor, że w pewnym momencie swojej kariery nie dość że był nominowany do Nagrody Kościelskich, to jeszcze otrzymywał stypendium Ministra Kultury, a dziś mnie prosi, bym przez to, że on jest tak wybitnym autorem, z tego co sam przez miniony miesiąc sprzedałem, dorzucił mu na jego zbiór esejów, zatytułowanych „Ssanie”. A tu już nawet sam tytuł „zasługuje na uwagę, ponieważ wiąże się on bezpośrednio z programem krytycznym autora, który zawsze nawiązuje wnikliwy dialog ze swoim pisarskim partnerem, szanując go, nie pozostaje tylko ‘sprawozdawcą’ dzieła”. A co się stanie, jeśli mu poskąpię? Ależ to oczywiste. Jego dzieło nie ujrzy światła dziennego i wszyscy na tym stracimy.
Ponieważ mam świadomość, że część z nas nie wie, jak to wszystko działa, opowiem wszystko pokrótce. Moją ostatnią książkę „Palimy licho” zaczęliśmy sprzedawać w listopadzie zeszłego roku i już w styczniu roku bieżącego byłem w stanie pokryć koszta jej wydania. Nigdy nie prosiliśmy o to, by nam ktoś na jej wydanie dał jakieś pieniądze, tym bardziej nie organizowaliśmy w związku z moimi ambicjami publicznej składki. Nie musieliśmy. Ci co nam ją wydrukowali, wiedzieli, że swoje pieniądze dostaną i to dostaną na pewno. No i je dostali. Na początku stycznia, po niespełna dwóch miesiącach. Dlaczego? Bo „Palimy licho” to dobra książka i czytelnicy o tym wiedzą. A wiedzą nie dlatego, że im o tym powiedział Antoni Libera, czy jakaś pani z uniwersytetu, ale dlatego, że jeśli coś jest dobre, to ludzie, jak mówię, się prędzej czy później i tak o tym dowiedzą.
I nagle się pojawia ta Teologia Polityczna i zaczyna się zachowywać, jak nie przymierzając jakiś wróż Maciej. A ja sobie myślę, że tak właśnie działa ów system, i to niezależnie od tego, czy chodzi o literaturę, film, piosenkę, czy w ogóle o tak zwaną „sztukę”. Z jednej strony mamy te wszystkie kanały dystrybucji różnego rodzaju treści, a z drugiej bandę cwaniaków bez grama talentu, którzy uznali, że jeśli się tylko odpowiednio upokorzą, to świat stanie przed nimi otworem. Świetny pomysł, jednak ja nie skorzystam. Nie chcę i nie muszę.

Już wczoraj informowałem czytelników tego bloga, że Bogdan Zalewski z Radia RMF zamieścił na swoim blogu wywiad, jaki przeprowadził ze mną w zeszły czwartek. Chyba wszystko jest na swoim miejscu. Gdyby ktoś to przegapił, polecam: http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/bogdan-zalewski/blogi/news-ekstremalnosc,nId,1835069

niedziela, 22 lutego 2015

Nasza małpka, nasza klątwa, nasz los

Jak pewnie część z nas wie, dziś w nocy przyznawane są Oscary, co dla ludzi kochających kino stanowi oczywistą okazję do świętowania, i to jest fakt, którego nie zmienimy, nawet jeśli z tak zwanego „hollywoodu” będziemy szydzić dziesięć razy dłużej i sto razy mocniej, niż dotychczas. Cokolwiek byśmy bowiem nie powiedzieli i jakiejkolwiek kinematografii byśmy nie zechcieli przeciwstawić tę, która jest symbolizowana przez ów „hollywood”, na końcu i tak się okaże, że, jak co roku, wszystkie drogi prowadzą do Dolby Theater w Los Angeles. A jakby tego było mało, po nich w równym stopniu drepczą szczerzy miłośnicy kinematografii amerykańskiej, co ci, dla których bojkotowanie owych filmów, reżyserów i aktorów to kwestia podstawowego smaku. Stąd też, jeśli dziś my tu w Polsce przeżywamy szczyty histerii z tego powodu, że po raz kolejny i nasi twórcy rywalizują o największe współczesne wyróżnienie w branży filmowej, to nie dlatego, że akurat rozpoczyna się jakiś festiwal filmowy w Berlinie, Rzymie, Moskwie, Gdyni, czy Cannes, ale dlatego że amerykańska Akademia Filmowa daje nagrody. I kropka. Tu nie ma nic więcej do dodania.
Gdy chodzi o mnie, ja nigdy nie miałem cienia wątpliwości, co do faktycznej hierarchii, jaka obowiązuje w tej branży, ale też nigdy nie miałem najmniejszych problemów z uznaniem, że dziś jedyne kino warte uwagi, to kino amerykańskie i brytyjskie. Podobnie, nigdy nawet nie śmiałem protestować, kiedy po raz kolejny okazywało się, że, jeśli nagle gdzieś na świecie pojawi się coś wartościowego to o tym z pewnością poinformują nas Amerykanie, a nie Francuzi, Włosi, Niemcy, czy Belgowie.
I oto nagle jeszcze wczoraj w nocy moje dzieci zaprezentowały mi fragment nominowanego do tegorocznego Oscara polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, a ja od razu muszę wyjaśnić, że, jeśli tylko fragment, to nie dlatego, że całość jest ściśle chroniona prawem autorskim, ale dlatego, że człowiek o tradycyjnie rozumianej wrażliwości, wiedząc, że nie ma do czynienia z parodią Monty Pythona, nie jest w stanie tego czegoś oglądać dłużej niż przez chwilę. Obejrzałem więc pół minuty, może minutę, tego filmu i powiem uczciwie, że czegoś tak skandalicznego złego nie widziałem chyba nigdy, a daje słowo, że wiem, o czym mówię. Czytelnicy tego bloga znają moje zdanie na temat polskiego filmu, to jednak co zobaczyłem wczoraj wieczorem bije na głowę wszystko inne, włącznie z „Drogówką”, „Lejdis” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Rzecz w tym, że tamto wszystko, choćby nie wiadomo jak złe, jest tylko złe; w przypadku tego czegoś, trudno nawet powiedzieć, że mamy do czynienia z żartem.
Nie mam zamiaru pisać tu recenzji tego filmu, nie mam nawet ochoty pisać, o czym ten film jest, ja nawet nie planuje na temat tego filmu napisać tu kolejnego zdania; jak ktoś chce, niech się obsłuży korzystając z tego, co jest szeroko dostępne w Internecie. Ja chcę się dziś tylko zastanowić się, jak to się stało, że ten film został w ogóle nominowany, bo mam głębokie przekonanie, że tu mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym, niż jakaś marna sztuka i związany z nią prosty przekręt. Jeśli coś takiego odbywa się na takim poziomie, to znaczy, że mamy do czynienia z sytuacją o skali dotychczas nieznanej.
Aby pokazać, co mam na myśli, może wrócę do sprawy, o której już tu wcześniej pisał mój kolega Coryllus, a co się wiąże z pewnym szczególnym literackim debiutem. Może parę słów wyjaśnienia dla czytelników bloga prowadzonego pod adresem toyah.pl, którzy to co się dzieje w Salonie maja najczęściej w nosie. Otóż w moim mieście od niedawna pojawiła się lokalna sieć spożywcza pod nazwą „Małpka”, gdzie niekiedy kupują. I oto dziewczyna, która tam sprzedaje, pochwaliła mi się jakiś czas temu, że napisała powieść, którą rozesłała do kilku pierwszoligowych wydawnictw w kraju, no i proszę sobie wyobrazić, że jedno z nich postanowiło jej tę powieść wydać. Mało tego, wydać. Umieścić książkę we wszystkich głównych sieciach księgarskich w kraju, zorganizować promocję we wszystkich ogólnopolskich mediach, a samej autorce zorganizować serię spotkań z czytelnikami. Najpierw pogratulowałem dziewczynie sukcesu, wyraziłem nadzieję, że otrzymam od niej egzemplarz autorski, no i oczywiście zapytałem, o czym jest ta książka. Okazało się, że jest to coś, co ona określiła jako „takie trochę psychologiczne fantasy”.
Książka jeszcze się nie ukazała, natomiast znajoma sprzedawczyni otrzymała swój pierwszy autorski owej powieści egzemplarz. Pokazała mi go naturalnie, a ja naprawdę pełen naiwnej nadziei, że, kto wie, ale może tym razem stał się cud, rzuciłem okiem na początek, i nie uwierzycie: „Urodziłam się inna. Mój ojciec był człowiekiem, a matka wampirem”. Jakoś tak. W tej sytuacji pomyślałem, że sprawdzę, jak ta niezwykła historia się kończy i okazuje się, że równie imponująco: „Nie poddam się. Będę walczyć”.
Rzecz teraz w tym, że wedle zapewnień mojej znajomej sprzedawczyni z „Małpki”, ona już się przymierza do kolejnych części powieści, ale na razie przede wszystkim myśli o przetłumaczeniu jej na język angielski i wydaniu jej w Stanach. Kiedy jej powiedziałem, że jestem anglistą, ucieszyła się bardzo, bo w ten sposób „nie będzie musiała szukać tłumacza”, no a kiedy jej wyjaśniłem, że do tej roboty będzie musiała znaleźć kogoś znacznie bardziej ode mnie językowo sprawnego, powiedziała, że poprosi swoją ciocię, która mieszka od wielu lat w Stanach, czyli na miejscu. Oczywiście, wobec tych wszystkich doświadczeń zadumałem się bardzo i w efekcie popadłem w nastrój naprawdę ciężkiego przygnębienia, i oto wczoraj właśnie, obejrzawszy fragment nowego polskiego filmu dokumentalnego pod tytułem „Nasza klątwa”, pojąłem, że tu się ani nie ma z czego śmiać, ani czemu dziwić, ani nawet komu współczuć, bo jest bardzo prawdopodobne, że już za rok moja znajoma sprzedawczyni z „Małpki” będzie nominowana do nagrody „Nike”, i wtedy dopiero zrozumiemy, co się dzieje. Przepraszam bowiem wszystkich bardzo, ale jeśli stało się tak, że jakiś dwoje siadło na kanapie, włączyło kamerę, zaczęło wedle napisanego przez siebie scenariusza do tej kamery na zmianę stękać „No, nie wiem, kurwa… naprawdę nie wiem”, a dziś w nocy cały świat będzie to ich stękanie podziwiał w tłumaczeniu na język angielski, to o czym my tu rozmawiamy? Co my tak naprawdę z tego świata rozumiemy i co na jego temat wiemy?
Od pewnego już czasu Coryllus na swoim blogu próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rynek książki w Polsce wygląda jak wygląda, ową odpowiedź z grubsza już chyba znamy i to co z niej wynika, obejmuje również problem, jaki przed nami przedstawiła moja znajoma z „Małpki”. I to, przyznaję, z mojego punktu widzenia stanowi autentyczny horror. Co by jednak o tym nie mówić, wciąż jeszcze jesteśmy w stanie sobie z tym jakoś poradzić, nawet jeśli na końcu tego szaleństwa ujrzymy wspomnianą wcześniej „Nikę”. Znacznie jednak się nam wszystko skomplikuje, kiedy ta powieść o pół-człowieku i pół-wampirze, zgodnie z kalkulacjami tego dziecka, zostaniewydana w Stanach przez powiedzmy Random House, a następnie uzyska nominację do National Book Award. Po wczorajszym doświadczeniu stoję gotowy na wszystko.

Wszystkich czytelników tego bloga szczerze zachęcam do korzystania z oferty naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Jest tam choćby moja książka „Marki, dolary, banany…”. A przecież nie tylko.

czwartek, 30 października 2014

System obstawia prawicę


Przed paru dniami, jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja, że wybitny prawicowy intelektualista, publicysta, poeta, komentator, oraz autor bestellerowych powieści, Witold Gadowski, najpierw udzielił znanemu zupełnie skądinąd portalowi onet.pl serii wywiadów, w których przedstawił analizę politycznej sytuacji w Polsce i na świecie, po czym został jednym ze stałych jego felietonistów. Myślę, że większość z nas, nawet jeśli nie poezję i prozę, zna publicystykę Gadowskiego i wie, z czym mamy tu do czynienia. I nie chodzi mi wcale o techniczny wymiar owego pisarstwa, lecz o jego merytoryczną i emocjonalną zawartość. Jeśli nie, to może przytoczę fragment jednego – charakterystycznego wręcz do bólu – z ostatnich tekstów opublikowanych przez Gadowskiego w Salonie24. Otóż po zwyczajowej satyrze, wypełnionej anegdotami typu: „Jeśli lecisz samolotem i nagle dowiadujesz się, że kokpicie steruje jakaś rozhisteryzowana lekarka z prowincji – zważywszy na jej życiowe przypadki taka powiatowa Lady Makbet – a obok niej siedzi głupawo uśmiechnięta babina z jakiegoś Szmaksu czy Paxu, tuż za nimi facet o twarzy uśmiechniętego złodzieja i kilku innych, których iloraz inteligencji razem starczyłby może na wybicie się ponad przypadek borderline, to naraz uświadamiasz sobie, że jesteś świadkiem wielkiej tajemnicy…bo samolot jednak leci”, pojawia się analiza jak najbardziej polityczna, z pytaniem „kto rządzi Polską?” na początku, oraz końcowym wezwaniem do boju:
„Służby specjalne? – po części tak, ale te starsze, komusze jeszcze, bo reszta to gromada rozpitych sitwiarzy i typków, których można zamykać bez pytania o winę, bowiem takową dowodnie mają wysmarowaną na twarzach.
Wielki kapitał, globalne koncerny? Na pewno tak, ale wszystkie one, jak cyklop, cierpią na monowizję – widzą jedynie to co – w krótkiej pespektywie – napycha im kieszenie, reszta – dopóki stryczki nie rosną przed ich siedzibami, kompletnie je nie zajmuje.
Obce mocarstwa? – owszem, ale tu wektory Niemiec i Rosji wyraźnie skrzyżowane są z interesami USA.
Można wiec stwierdzić: w Polsce rządzi każdy, kto wokół siebie jaką taką kupę zebrać potrafi.
Tak, do tego zestawu spod ciemnej gwiazdy dorzucić można jeszcze pokomuszych oligarchów, ale ich fenomen niejako wyczerpuje już odpowiedź, że w Polsce stare służby i ich progenitura maja więcej do powiedzenia niż Gminny Teatrzyk Premierzycy i jej fornali.
Lud dopowiada: no rządzą złodzieje, oni, przebierańcy, zdrajcy, tchórze, zaprzańcy, jurgieltnicy….
No dobrze Ludu mój, a czemu ty nie rządzisz?!
I to we własnym kraju, w Ojczyźnie, którą napojono krwią twoich dziadów, ojców…
Czemu ty Polaku nie rządzisz?
Bo ci się nie chce? Bo ci TVN zakazał?
Pomyśl”.
To jest ten styl i ta emocja. Oto publicystyka, która po wielu latach kołatania do drzwi Systemu została przez System zaakceptowana i nagrodzona.
Ja o Gadowskim pisałem może parę razy, ale wydaje mi się, że zaledwie raz w taki sposób, że można było powiedzieć, iż to on jest głównym tematem mojej notki, a miało to miejsce już ponad dwa lata temu, w roku 2012: http://osiejuk.salon24.pl/456244,gadowski-czlowiek-o-przerosnietej-wyobrazni. Poszło o to, że Gadowski wydał właśnie swoją pierwszą powieść, która niemal w jednym momencie stała się przedmiotem niebywałej promocji zorganizowanej przez ogólnopolskie prawicowe media oraz patriotyczne organizacje. Recenzje owej powieści mogliśmy przeczytać w czołowych prawicowych tygodnikach, a z informacji podawanych już przez samego Gadowskiego dowiadywaliśmy, że on dzień w dzień jeździ ze swoją książką po Polsce, gdzie czy to lokalne Kluby Gazety Polskiej, czy jakieś drobniejsze zorganizowane przy parafiach stowarzyszenia organizują mu spotkania autorskie. Jak nas informował Gadowski, o wydanej przez niego książce, przeprowadzając z nim rozmowę, poinformował nawet krakowski ośrodek TVP, a sama książka jest do nabycia w EMPiK-ach w całym kraju. Z drugiej strony, narzekał, że EMPiK-i jego książki nie eksponują odpowiednio, poza lokalną krakowską telewizją nie zaprosił go już nikt więcej, no i że w ogóle, poza mediami prawicowymi, jego książka jest traktowana jak towar zakazany, a więc skutecznie przemilczana. No ale on sobie radzi, bo już sprzedał 700 egzemplarzy.
Napisałem tamtą notkę, wskazując na ów bezczelny fałsz bijący z tekstu Gadowskiego i z tej okazji zyskałem kolejną grupę wrogów, wyklinających mnie za to, że rozbijam jedność polskiej prawicy i przez czystą zawiść próbuję niszczyć to co mamy w naszej walce z Systemem najlepszego. Że, uznając zapewne, że już sam Ziemkiewicz mi nie wystarczy, biorę się teraz za Gadowskiego, a dalej już tylko lawina. A wszystko to w imię wspomnianej zawiści.
Minęły lata i dziś się dowiadujemy, że Ziemkiewicz, otrzymując znacznie ciekawszą ofertę od Onetu, zerwał współpracę z Interią następnie w związku z zerwaniem przez Onet owej umowy, wybłagał w Interii, by go zatrudnili ponownie, po tej informacji przychodzi kolejna, dotycząca właśnie Gadowskiego, jako nowego autora Onetu, przy okazji dowiadujemy się, że tam już na Gadowskiego czeka ksiądz Isakowicz-Zaleski, a ja od razu chcę się zastrzec, że wcale nie mam do nich pretensji, że oni szukają nowych rynków dla swojej działalności. W końcu to wszystko są autorzy, którzy ze swojego pisania żyją i jeśli tylko są uczciwi w tym co robią, nie widzę powodu, dla którego ze swoją ofertą nie mieliby pójść nawet do Onetu. Oczywiście, jest coś trochę niepokojącego w tym, że ową współpracę podejmuje ktoś taki, jak Gadowski, który niemal jednego tekstu nie jest w stanie stworzyć, by nie wspomnieć coś o przestępczej agresji mediów głównego nurtu i apeluje do swoich czytelników, by wyrywali bruk z polskich ulic, no ale załóżmy, że image to jedno, a żyć przecież trzeba. To co mnie jednak w tym co obserwuję interesuje najbardziej, to fakt, że najwidoczniej System dokonuje bardzo szczególnej ekspansji na te nędzne pozycje dotychczas zajmowane przez tak zwanych „naszych”. Mam wrażenie, że wszystko zmierza do tego, by już niedługo, prawdopodobnie po chyba jednak nieuniknionej zmianie władzy, całość rynku idei została zagospodarowana przez System właśnie. Ja się nie zdziwię, jeśli już niedługo dowiemy się, że Axel Springer kupuje za grosze i „Gazetę Polską” i tygodniki „W Sieci” i „Do Rzeczy” i „Gościa Niedzielnego” i Telewizję Republika oczywiście w pakiecie. I to, jak mówię – za grosze.
Kiedy usłyszałem, że najpierw Ziemkiewicz, a potem Gadowski biorą ten Onet, pomyślałem sobie, że to muszą być jakieś bardzo poważne oferty. Wprawdzie co do tego, by Gadowski te swoje powieści faktycznie sprzedawał, od początku miałem poważne wątpliwości, natomiast, co by o nim nie mówić, Ziemkiewicz to jest ktoś. Ja sam widziałem ludzi, którzy kupowali i „Michnikowszczyznę” i „Polactwo”, a nawet te ostatnie jego książki. A zatem on akurat na brak pieniędzy narzekać nie powinien, no ale jeśli taki Onet zgodził się mu płacić powiedzmy 5 tysięcy od felietonu, to czemu tego nie brać? I oto dowiaduję się, że oni ich kupują za przysłowiową setkę i papierosa. Jak podaje oficjalna informacja na stronie Onetu, czy to Gadowski, czy Ziemkiewicz, czy ksiądz Zaleski dostają od Onetu 4 złote za 100 unikalnych wejść, w dodatku bezpośrednich, a nie ze strony głównej portalu. A więc, jak możemy się domyślać, to w najlepszym wypadku może być zaledwie paręset złotych i wyżej już żaden z nich nie podskoczy.
I to jest dla mnie problem największy, i faktyczny powód, dla którego piszę dziś ten tekst. Sposób, w jaki najwidoczniej działa System, robi wrażenie przejmujące. On najpierw sobie tylko znanymi sposobami doprowadził rynek mediów, ale i nie tylko przecież mediów, i osoby na owym rynku funkcjonujące, do takiej niesamodzielności, a w efekcie do takiej nędzy, że im na końcu zostało już tylko owo obłąkane i pełne pychy przekonanie, że poczucie bycia wybrańcem to wszystko co jest człowiekowi do szczęścia potrzebne, a teraz, kiedy już wszystkie cyrografy zostały podpisane i wszystko co System miał sobie wziąć, zostało wzięte, a jego emisariusze czyszczą teren praktycznie bez żadnych dodatkowych kosztów.
4 złote za sto unikalnych odsłon. Próbuję sobie wyobrazić, jak to wygląda. Któryś z nas, ludzi zatroskanych o Polskę i modlących się o to, byśmy wyszli z tej matni, odpala komputer i wpisuje do wyszukiwarki hasło „Gadowski Onet”. Otwiera się strona z felietonem Gadowskigo, a licznik przesuwa się o jedną pozycję: „jeden!”. Próbuje sobie to wyobrazić i przypomina mi się ów fragment tekstu Gadowskiego sprzed lat: „W Krakowie sprzedało się już ponad 700 książek, to przerasta moją wyobraźnię, i to przy milczeniu mediów i braku reklamy”. I znów myślę o Systemie, jak oni się krzątają przy tych papierach, drapią się po swoich czarnych skroniach i mówią jeden do drugiego: „Zobacz no, co tam mamy dalej?”

Książki są jak zawsze do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie i szczerze zachęcam. No i oczywiście bardzo proszę o wsparcie na rzecz tego bloga. Dziękuję.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Jaka szkoda, że Weronika nie jest androidem!

Od czasu, jak, obok prowadzenia tego bloga, postanowiłem wydawać książki, siłą rzeczy zacząłem zwracać staranniejszą uwagę na to, jak ów rynek działa. Mam zatem wrażenie, i nie sądzę, żebym się mylił, że przy tej wręcz nieprawdopodobnie szerokiej ofercie – ofercie tak absurdalnej, że aż robiącej wrażenie jakiegoś ciężkiego przekrętu – nie ma dziś praktycznie sposobu, by sprzedać coś, co nie jest adresowane do czytelnika z góry przygotowanego. Chodzi mi o to, że nie bardzo widzę możliwość, by ktokolwiek – poza może jakimiś kompletnymi maniakami – kto wejdzie do księgarni i ujrzy te tony papieru, zechciał w tym wszystkim przebierać, w nadziei znalezienia czegoś, co go nagle i nieoczekiwanie zainteresuje. To wszystko, bowiem, co się tam znajduje, jest tak jednakowe, tak równie interesujące, i tak samo nieciekawe, że nie ma sposobu, by, przede wszystkim, w tym wszystkim znaleźć tę jedną książkę, która nas zachwyci, a tym bardziej, by, jeśli już ją weźmiemy jakimś cudem do ręki, przyjrzeć się jej na tyle uważnie, by ów zachwyt z siebie wykrzesać.
A zatem, mam wrażenie graniczące z pewnością, że jeśli wchodzimy do księgarni, to albo po to, by zobaczyć, czy nie rzuci nam się w oczy, coś, co znamy, tylko że jakimś cudem o tym zapomnieliśmy, albo dostrzec nazwisko ulubionego pisarza i jego nową książkę, o której jeszcze nie słyszeliśmy, albo wreszcie, i po prostu, kupić to, co nas w pierwszej kolejności tam przywiodło. Cała reszta, te setki ton nikomu niepotrzebnego papieru zostanie tam już do czasu, gdy wszyscy, poczynając od autora, a kończąc na wydawcy, uznają, że ta książka tak naprawdę była tylko jeszcze jednym smutnym kaprysem.
Doświadczenie, jakie uzyskałem przez ten cały czas, gdy wspólnie z Gabrielem sprzedajemy nasze książki, jest takie, że w moim wypadku, niemal 100, a w przypadku Gabriela może 90 procent sprzedaży, trafia do osób, które już wcześniej albo o nas, albo o naszych książkach słyszeli, i jeśli do nas przyszli, to doskonale wiedzieli gdzie się znaleźli i po co. Z Gabrielem sytuacja jest trochę inna, bo on ma ów niezwykły dar opowiadania o sprawach, o których pisze, i faktycznie jest tak, że niekiedy na targach podejdzie ktoś zupełnie obcy, zwróci uwagę na jedną z tych książek, zapyta Gabriela, o czym to, a on już załatwi resztę. No i, przyznaję, że niekiedy się zdarzy, że ktoś posłucha, zaduma się, i powie: „To poproszę. Jeśli można, z podpisem”.
Jeśli idzie o mnie, zdarzyło mi się coś takiego zaledwie trzykrotnie, z czego tylko raz z wyraźnym efektem finansowym. Otóż na targach w Krakowie podszedł do naszego stoiska pewien człowiek, wziął do ręki książkę o zespołach, poprosił, żebym mu o niej opowiedział, a potem tę moją książkę wziął i kupił. Innym razem, na targach w Warszawie, podeszła do stoiska dziewczynka ze swoją mamą i też akurat zainteresowała się książką o zespołach. Obejrzała ją, powiedziała, że bardzo ją cieszy, że ładnie napisałem o zespole Arctic Monkeys, bo ona ich widziała na żywo w minione wakacje, i bardzo ich lubi, spytała o cenę, zapytała mamę, czy może jej tę książkę kupić, mama jej powiedziała, że nie, bo jest za droga, a więc dałem jej tę książkę w prezencie.
Ciekawa bardzo historia zdarzyła się na targach we Wrocławiu. Podeszła do nas pewna elegancka pani i zaczęła oglądać książkę o biustonoszu. Zapytała, co to takiego, a ja pomyślałem, że jej nie będę opowiadał, tylko dam jej do przeczytania fragment rozdziału o Weronice: ten, gdzie ja idę na spacer z moim psem, wszędzie widzę samotne dziewczyny, jak wracają z kolejnej nieudanej randki, a na chodnik tuż obok mnie spada kromka chleba wyrzucona z okna przez Weronikę, która powoli umiera.
Kobieta przeczytała ten kawałek i powiedziała, że w takim razie ona tę książkę poprosi. No i wówczas ja, zupełnie nieopatrznie, powiedziałem jej, że na pewno jej się ta książka spodoba, bo tam jest cała kupa takich historii, a każda bardziej prawdziwa od poprzedniej. W tym momencie, ona nieruchomieje i pyta: „To wszystko, co tam jest, to prawda?” Ja na to, że owszem. Prawda najprawdziwsza. „Nic pan nie wymyślił?” Nic, mówię. „To wszystko fakty?” Jak najbardziej, odpowiadam. „A, to w tej sytuacji, jeszcze się zastanowię”. I poszła sobie ta pani i już nie wróciła.
Od targów we Wrocławiu minęło już dość dużo czasu, a ja wciąż wspominam tamto spotkanie. I nawet nie ze względu na to, że straciłem te swoje 20 złotych, ale przez to, że ja nie jestem w stanie rozgryźć tej zagadki: dlaczego ta kobieta, której tak bardzo spodobała się moja historia, że postanowiła niemal w ciemno kupić tę książkę, w momencie, gdy się dowiedziała, że to wszystko się dzieje naprawdę, straciła dla tego wszelkie zainteresowanie? Ona widzi te biedne, pięknie ubrane, wystrojone, wymalowane dziewczyny, jak wracają samotnie do domu, bo właśnie się dowiedziały, że nikt ich nie chce, po chwili słyszy odgłos owej kanapki wyrzuconej przez inną z nich, tę, która już nawet nie chodzi na randki, bo nie ma na to siły, a po chwili słyszy oddech tego psa, który jest zwyczajnie szczęśliwy, bo i dostał jeść, i wyszedł sobie na spacer, a za chwilę wróci do domu i pójdzie spać; i to wszystko ją zachwyca od czubków włosów na jej głowie do koniuszków palców u jej stóp, pod jednym jedynym warunkiem – że to nie jest prawda.
I co w tej sytuacji może człowiek, który odnalazł w sobie potrzebę opowiadania historii, publikowania tych opowieści w książkach, i wychodzenia z tym wszystkim do każdego, kto zechce słuchać? Tu nie ma dobrego wyjścia. Prawdy niektórzy się boją, fikcja, jak wiemy, nie istnieje, pozostaje więc milczeć. Albo robić to, co dotychczas, licząc na tych, którzy wiedzą, po co przyszli i na pewno nie będą rozczarowani.
W minioną sobotę, ja i pani Toyahowa zostaliśmy zaproszeni na kolację do bliskich przyjaciół. Jechaliśmy sobie tramwajem, a obok nas siedziały dwie dziewczyny, w wieku może 20 lat, może mniej. To były dwie, zwykłe, bardzo przeciętnej klasy dziewczyny, jednak bardzo elegancko wyszykowane, pięknie uczesane, mocno umalowane, i, z tego co słyszeliśmy, udawały się na sobotnią imprezę gdzieś na Osiedlu Tysiąclecia. Ponieważ ani nie bardzo mnie interesowało to, o czym one rozmawiają, ani też nie chciałem zachowywać się zbyt obcesowo, starałem się na nie nie zwracać uwagi, jednak w pewnym momencie usłyszałem to jedno zdanie:
„…by sobie potańczyć, pośmiać się i powspominać”.
I, powiem szczerze, zdrętwiałem. Usłyszałem te słowa, spojrzałem jeszcze raz na te biedne, tak pięknie umalowane panienki i zdrętwiałem. Bo nagle sobie uprzytomniłem, że jest dokładnie tak, jak jedna z nich powiedziała: chodzi tylko o to, by potańczyć, pośmiać się i powspominać. Oto prawdziwy geniusz. A oni nawet tego im nie dali.
I jak tu pisać ów „romans ciekawy”? No jak?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...