Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2019

Gdy chleba dosyć, lecz rośnie popyt na autorytety


     Wspominałem o tym i tu i tam, tu może jednak przedstawię sprawę krótko, choć nieco bardziej szczegółowo. Otóż w roku 1981 wspólnie z moim bardzo bliskim wówczas kolegą uznaliśmy, że byłoby czymś szalenie inteligentnym wyjechać z Polski do Danii, tam poprosić o polityczny azyl i żyć szczęśliwie do końca życia na Zachodzie. Czemu do Danii? Przede wszystkim Karol, bo tak miał na imię mój ówczesny kumpel, był tam wcześniej i zaświadczył, że to jest wręcz fantastyczne miejsce do życia, a poza tym wymyśliliśmy, że ponieważ wszyscy wyjeżdżają do Austrii i stamtąd w różnych, często bardzo odległych, kierunkach, to będzie korzystnie udać się do Danii, gdzie jest jeszcze dużo miejsca i będzie nam łatwiej się tam wprosić. Ponieważ oczywiście chodziło o azyl, opracowaliśmy odpowiednio wiarygodne i bardzo szczegółowo uzasadnione kłamstwo, dzięki któremu udałoby się nam przekonać odpowiednie służby, że za naszą działalność opozycyjną, grozi nam w Polsce z rąk komunistycznego reżimu śmierć, a w najlepszym wypadku więzienie, które i tak prędzej czy później nas zabije.
      No i wtedy, kiedy już wszystko mieliśmy bardzo precyzyjnie i, jak już wspomniałem, nadzwyczaj inteligentnie rozpisane, bardzo szczęśliwie dla nas Wojciech Jaruzelski wprowadził Stan Wojenny i dziś jestem tu gdzie jestem, cały jasny i gotowy by za nieco ponad tydzień śpiewać sobie przebój Beatlesów „When I’m Sixty-Four”.
     Przypomniały mi się tamte czasy, gdy na Facebooku znalazłem zdjęcie jakiejś dziewczęcej drużyny piłkarskiej i następujący komentarz (ze względu na jego nieznośną więc długość cytuję zaledwie fragmenty):
„[...] To zwyczajna pamiątkowa fotografia ze szkolnych zawodów sportowych drużyn dziewczęcych. Mam wrażenie że ta fotografia w doskonały sposób oddaje nastroje panujące w Bjørndal bo tak nazywa się dzielnica w której zamieszkałe razem z rodziną.
Teraz wyznam Państwu coś co zapewne wywoła przerażenie i drżenie rąk u wyborców PiS i Konfederastów – moja dzielnica jest w większość zamieszkała przez muzułmanów, a ja zamieszkałem razem z żoną i córeczką pod jednym dachem z muzułmańską rodziną.
Jak mieszka się w takiej dzielnicy?
Faktycznie nie przyjeżdża tu policja. Nie dlatego jednak że się boi tu wjechać ale dlatego że nie ma tu nic do roboty.
W mojej dzielnicy jest cicho i spokojnie, nie ma pijanych osób, przez 8 miesięcy gdy tu mieszkam nie widziałem ani jednej podchmielonej nawet osoby. Muzułmanie nie piją alkoholu, zresztą w kilkudziesięciotysięcznej dzielnicy nie ma ani jednego sklepu monopolowego. I nikomu to nie przeszkadza.
W mojej dzielnicy jest czysto i ładnie, bo mieszkańcy często sadzą krzewy, drzewa i kwiaty oraz sprzątają ją w czynie społecznym. Młodzi chłopcy wracający z meczetu zachęcanie przez starszych często zakładają rękawiczki, biorą worki i sprzątają trawniki i pobocza dróg - by mieszkać w ładnym otoczeniu. [...]
Opowiadam im o Polsce – kraju który dostał się w ręce szalonych nacjonalistów i fundamentalistów katolickich, którzy potrafią aresztować o 6 rano grafika za namalowane tęczy na obrazku.
My imigranci, uchodźcy znaleźliśmy w Norwegii bezpieczną przystań, chcemy tu żyć w spokoju, pracować, wychowywać dzieci. Pewnie dlatego potrafimy żyć w przyjaźni i szacunku do siebie mimo tego, że się różnimy w wielu sprawach i podchodzimy z różnych stron świata. [...]
Pojechałem i zamieszkałem z wyznawcami islamu i jestem żywym dowodem, że polska skrajna prawica i pisowcy kłamią.
Muzułmanie nie są ani lepsi, ani gorsi niż my.
Są normalnymi ludźmi którzy kochają, wychowują dzieci, pracują, mają swoje radości i troski.
Drodzy Polacy jesteście okłamywani przez PiS.
W Norwegii nie ma stref ‘no go’, jest tu dużo bezpieczniej niż w Polsce, a uchodźcy i imigranci również muzułmańscy to w większości mili i pracowici ludzie”.
     Ktoś mnie zapyta, skąd mi przyszło do głowy, by nie dość, że czytać tego typu idiotyzmy, to jeszcze je relacjonować. Otóż powody są dwa. Pierwszy to taki, że ów komentarz znalazłem na profilu pewnej bardzo miłej mi osoby, która ostatnio wpadła w szalenie antypisowski nastrój i uznała, że owa relacja będzie stanowiła bardzo dobry argument na rzecz konieczności odsunięcia PiS-u od władzy, a drugi taki, że autorem tego świadectwa jest nie kto inny jak Rafał Gaweł, założyciel niesławnego Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, skazany w Polsce prawomocnym wyrokiem na dwa lata bezwzględnego więzienia za „oszustwa i wyłudzenia na kwotę kilkuset tysięcy złotych, w ramach których Gaweł oszukał jeden z banków na 220 tys. zł, a Fundację Batorego na 107 tys. zł”.
        I teraz może chwilę o Gawle. Otóż dostał on te swoje dwa lata, jednak zanim został doprowadzony do więzienia, zwiał z rodziną do Norwegii, tam poprosił o polityczny azyl oraz obywatelstwo, informując władzę, że jemu w Polsce grozi śmierć, a przynajmniej więzienie, które oczywiście zarówno jego jak i jego rodzinę zabije i jedno i drugie, jak się właśnie dowiedziałem, natychmiast otrzymał. Czemu ja z Karolem planowaliśmy zwiać do Danii, już wyjaśniałem. Jeśli chodzi o Gawła odpowiedź na pytanie „czemu” jest jeszcze prostsza i jeszcze bardziej oczywista. Otóż ponieważ Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, Gaweł wiedział, że jeśli oni kupią jego historię – a jako człowiek wprawdzie głupi, ale odpowiednio inteligentny, miał powody przypuszczać, że kupią – jako obywatel Norwegii, będzie mógł nawet przyjechać do Polski i tu dalej prowadzić swoją bohaterską działalność, a nikt nie będzie go w stanie tknąć choćby małym palcem lewej dłoni. Dlaczego? Dlatego, że Polska nie ma absolutnie jakichkolwiek praw do aresztowania obywateli Norwegii, a więc państwa, które nie jest nawet częścią Unii, tylko za to, że im się coś zdaje.
        Pozostaje pytanie, jak to się stało, że władze Norwegii faktycznie uznały, że Rafał Gaweł jest w Polsce, a więc w jednym z póki co prawowitych krajów Unii Europejskiej, prześladowany? Jak to się stało, że kiedy przeprowadzały owe władze z nim rozmowę, nie zapytały go, czemu on uznał, że to Norwegia akurat jest jego wymarzonym miejscem do życia, a jeśli zapytały, a on im odpowiedział, że tak jakoś ta Norwegia mu wpadła do głowy, nie zapaliła im się lampka we łbach?
      No ale pies tańcował z tymi biedakami, którzy prawdopodobnie już niedługo zwyczajnie zawalą się pod tą swoją bezmyślnością i nie zostanie po nich kamień na kamieniu. O wiele ciekawsze jest to, w jakim stanie są nerwy niektórych z nas, kiedy nagle w tej ich obłąkanej wręcz nienawiści do Prawa i Sprawiedliwości ktoś taki jak Rafał Gaweł staje się dla nich autorytetem, a jego słowa argumentem na to, że droga, na którą oni weszli to droga słuszna? Przecież całkiem często to są ludzie, którzy w roku 1981, a więc czasach obiektywnie znacznie bardziej niebezpiecznych dla zdrowia, niż dzisiejsze, doskonale wiedzieli, że historia, którą ja z Karolem wymyśliliśmy to bezczelny fejk, a przecież, cokolwiek by nie mówić o tym, jak to ja osobiście urodziłem się nieładny, to z całą pewnością aż tak źle nie było nigdy:




sobota, 15 marca 2014

Zamieniamy Polskę na worki na psie kupy

Poniższy tekst stanowi dość szerokie rozwinięcie czegoś, co oryginalnie zostało zaplanowane jako felieton do najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”, ponieważ jednak ograniczenia, jakie sobie tu narzuciłem, a sprowadzające się do tego, że każdy z tych tekstów ma mieć ni mniej ni więcej, jak tylko 444 słowa i ani kroku dalej, sprawiły, że znaczna część tego, co zamierzałem powiedzieć musiała przepaść. A faktem jest, że są rzeczy, o których można by mówić bez końca.
W Zakopanem byłem ostatnio dwa razy, i mam wrażenie, że już przy poprzedniej okazji, czyli jesienią zeszłego roku, zdarzyło mi się tu wspomnieć o tym, jakie uczucia zaczynają szarpać człowiekiem w momencie gdy mija Kraków i wjeżdża na drogę prowadzącą już prosto do tego nieszczęsnego Zakopanego. Rzecz w tym, że nawet jeśli zdarzyło mi się w życiu trafić na coś równie depresyjnego, jak ta droga, to akurat nie umiem sobie tego przypomnieć. To czego zmuszeni jesteśmy doświadczać od chwili gdy opuścimy Kraków i znajdziemy się na tej tak zwanej „zakopiance”, stanowi krajobraz idealnie symetryczny: z jednej strony bowiem mamy najbardziej poruszającą polską biedę, a z drugiej niewyobrażalny wręcz gąszcz przydrożnych reklam, których w pewnym momencie jest już tak dużo, że one przestają tworzyć jakikolwiek przekaz poza tym jednym, niejako ową nędzę autoryzującym: Witamy w kraju, który umiera!
Latem zeszłego roku, zaproszeni przez naszego kolegę stąd z blogów, zwiedzaliśmy trochę angielską wieś, i, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale tam drogi są od reklam niemal idealnie wolne. Można jechać całymi kilometrami i nie uświadczyć jednej tablicy z reklamą – są tylko te pola i gdzieniegdzie jakieś domki. Żeby wiedzieć, jakie to robi wrażenie, i jak to zmienia krajobraz, trzeba to zobaczyć. Trzeba najpierw zobaczyć ów pejzaż rozpościerający się wzdłuż drogi Kraków – Zakopane, a następnie pojechać tam i poczuć tę różnicę, wbrew pozorom wcale nie estetyczną, ale przede wszystkim cywilizacyjną.
No i wreszcie widzimy te tablice zapraszające burdelu na Krupówkach, dla lepszego wrażenia ukrytego pod nazwą „VIP”, i wjeżdżamy do Zakopanego. I powiem szczerze, że tu, podobnie jak wzdłuż całej tej „zakopianki”, nawet jeśli zdarzyło mi się widzieć upadek miasta bardziej spektakularny, to tego momentu przypomnieć sobie nie potrafię. W głowie mam tylko to Zakopane.
O co chodzi? Otóż wszystko, co nam dziś oferuje, jak to jeszcze od czasów PRL-u przywykliśmy określać, zimowa stolica Polski, od momentu gdy wysiądziemy z autokaru na dworcu, do chwili gdy wreszcie do niego wsiądziemy i udamy się z powrotem do Krakowa – swoją drogą, z całą pewnością zasługującego na osobny felieton – przedstawia tak przejmującą nędzę, że nie ma tylu słów, by ją opisać. Od chwili gdy zostajemy otoczeni przez te kobiety z tabliczkami z napisem „nocleg”, w połowie pijanych kierowców busów proponujących podwiezienie, i znudzonych taksówkarzy, już nawet nie próbujących zagadywać, przez to w większości umarłe miasto, aż po tę opuszczoną przez skoczków na cały długi rok, utytłaną w błocie i budach z pamiątkami, Wielką Krokiew, widzimy, że Zakopane to jest dziś miasto, którego już tak naprawdę nie ma.
Tam miejsc, które mogłyby posłużyć za przykład tego upadku jest wiele, z ową fantastycznie peerelowską bryłą Urzędu Miasta i dziesiątkami pucharów, zdobiącymi okna gabinetu burmistrza, jednak wystarczy jeszcze wcześniej spojrzeć na budynek dworca kolejowego by wiedzieć, co się dzieje. W najnowszym numerze magazynu „W Sieci – Historia” znajduje się krótki artykuł o Polskich Kolejach Państwowych przed wojną, jak na ironię ilustrowany zdjęciem zakopiańskiego dworca. Mamy więc tam ten dworzec, w tle Giewont, a na dworcu stoi słynna Luxtorpeda. Dziś dworzec w Zakopanem to ledwo trzymający się kupy, przerażający swą nędzą, kompleks zrujnowanych budynków z powybijanymi szybami i pozamykanymi na cztery spusty drzwiami, gdzie jedyne dwa czynne miejsca to publiczna toaleta i kilka szafek na bagaże, gdzie za jedyne sześć złotych można zostawić torbę, lub małą walizkę.
No a później już tylko pozostają te Krupówki, które wyglądają i zachowują się jak najgorsza dziwka, która obiecuje każdemu chętnemu dokładnie wszystko za tak naprawdę każdą cenę. Skoro nie może być 20 złotych, niech będzie 15; a jak nie 15, to chociaż może osiem. A dalej, do czasu aż się dojdzie do gór, jest już tylko to miasto i ta ponura zagadka: czy tam ktoś w ogóle jeszcze mieszka?
Nie pisałbym pewnie o tym, gdyby nie coś, co cały problem przesuwa na poziom znacznie bardziej uniwersalny. Otóż, jak zapewne wiedzą właściciele psów, a domyślam się, że jest ich tu całkiem sporo, od pewnego czasu w naszych miastach, z wyjątkiem może Warszawy, w miejscach, gdzie bywają psy ze swoimi właścicielami pojawiły się specjalne pojemniki z workami na psie kupy, i kto nie chce, by jego pies zanieczyszczał okolicę, może sobie tych worków nabrać do woli. Otóż szliśmy sobie w zeszłą sobotę ulicą Strążyską, zobaczyliśmy jeden z tych punktów z workami i zerwaliśmy jeden na pamiątkę. I proszę sobie wyobrazić, że on wyglądał dokładnie tak jak nasze worki katowickie, tyle że miał wydrukowaną informację „Made in Norway”…
A zatem, jak widzimy, z jakiegoś budżetu przeznaczonego zapewne na ochronę środowiska, Urząd Miasta Zakopane zamawia produkcję oraz dystrybucję worków na psie kupy w jednym z najdroższych krajów Europy. Ja nie wiem, ile może kosztować wyprodukowanie jednego takiego worka, nie wiem też jaka jest różnica między ofertą norweską, a ewentualną ofertą producenta polskiego, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli Zakopane zdecydowało się na Norwegię, to nie dlatego że w Polce nikt się tej roboty nie chciał podjąć, lub przez to, że dla Polski Norwegowie stanowią tanią siłę roboczą. Takiej możliwości nie ma. To już prędzej uwierzę, że to Zakopane jeszcze tak całkiem nie zdycha i przynajmniej Norwegowie tam czasem zaglądają – choćby po to, by pozałatwiać interesy.
Ktoś powie, że jeśli tak, to może nie ma się czym martwić? Może nam Zakopane jeszcze przy pomocy tych Norwegów rozkwitnie. Może. Zobaczymy, co się stanie, jak PKP przestanie w ogóle funkcjonować i zacznie przypominać jeszcze większą kupę nikomu niepotrzebnych śmieci, niż to ma miejsce dziś. Może człowiek od worków zarobi na nich wystarczająco dużo, żeby sobie te nasze koleje kupić. Trzeba tylko jeszcze trochę poczekać, aż cała Polska zacznie wyglądać, jak dworzec w Zakopanem i prowadząca do niego od Krakowa droga, a Polacy temu miłemu przedsiębiorcy ową Zakopiankę wyłożą kwiatami. Patrzmy w przyszłość optymistycznie. W końcu przecież nie chodzi o to mało miasteczko w Tatrach, ale o duży tak naprawdę i z pewnością europejski kraj, prawda?
Jest tylko jedna rzecz, która mi nie daje spokoju. Parę dni temu użyłem tego norweskiego worka, i proszę sobie wyobrazić, że on jest tak fantastycznie wykonany, że się w jednej – że tak powiem, kluczowej – chwili rozerwał. Ciekawy jestem bardzo, czy równie dobrze im pójdzie z naszymi kolejami?

Jak informuje mnie Gabriel, książkę o języku mamy obiecaną na najbliższą środę. Trochę to trwa, ale tym weselej będzie, kiedy ona wreszcie do nas trafi. Póki co, bardzo proszę wspierać ten blog. Jak uczy doświadczenie, pierwsze tygodnie po ukazaniu się książki to z różnych względów bieda z nędzą. A życie nas nie rozpieszcza. Przepraszam za tę bezpośredniość, ale mówię, jak jest. I dziękuję.



sobota, 25 sierpnia 2012

Na co światu Norwegia?

Ja oczywiście mam świadomość, jak bardzo metoda rozpoczynania tego typu tekstu od słów: „przypadkiem ostatnio usłyszałem” jest zużyta i skompromitowana, niemniej tu akurat jestem szczery jak jasna cholera. Ja rzeczywiście telewizji, że tak powiem, informacyjnej, nie oglądam od paru miesięcy, a dziś tak się stało, że włączyłem telewizor na ułamek chwili, i w tym momencie pojawiła się informacja o tym, że Norwegia posadziła tego swojego Breivika na 20 lat do paki, a on – uzyskawszy szansę wygłoszenia ostatniego oświadczenia – przeprosił wszystkich norweskich nacjonalistów za to, że zamordował tak mało osób. Ogłaszająca wyrok sędzia, wobec tego typu szaleństwa, zażądała wyłączenia Breivikowi mikrofonu, a ja w tym momencie wyłączyłem telewizor, i pomyślałem sobie, ze ci Norwegowie to faktycznie jest nie byle co. Najpierw obdarowali świat tym swoim nowoczesnym pogaństwem, a teraz jeszcze to.
Zaglądam na Onet.pl, a więc tam gdzie można zobaczyć ciemność w wydaniu wręcz doskonałym, i dowiaduję się, że cała sytuacja, a więc zarówno ów ciekawy wyrok, jak i zapowiadana możliwość zarówno skrócenia, jak i przedłużenia kary, no i to niezwykłe oświadczenie Breivika – wszystko to powoduje najróżniejsze, najczęściej bardzo mądre, komentarze. A więc część ekspertów twierdzi, że ten Breivik chyba jednak jest chory. Inni mówią, że nie ma się co oburzać, bo takie to jest to norweskie prawo, a on więcej przecież dostać już nie mógł, jeszcze inni z kolei przychodzą i tłumaczą, że z tego Breivika już nic nie będzie.
Czytam właśnie gdzieś w Sieci, że Breivik będzie miał w swojej celi bardzo skromne warunki. A więc mniej więcej takie jak zwykły człowiek w zwykłym mieszkaniu, tyle że jego komputer będzie w ten sposób zaprogramowany, żeby on ewentualnie nie mógł wygłaszać w przestrzeni publicznej swoich bardziej szokujących komentarzy. Generalnie jednak, ton komentarzy jest taki, że sytuacja w której ktoś zabija kilkadziesiąt niewinnych ludzi i w związku z tym czynem jedyne co możemy zrobić to powiedzieć, że oto mamy do czynienia z bardzo poważnym problemem, jest sytuacją niepokojącą. Oczywiście, Breivik jest dziwny, a z naszego punktu widzenia dziwny wręcz kosmicznie, a w związku z tym istnieje całe mnóstwo możliwości, by dyskusję na jego temat prowadzić bardzo długo i w wielu najróżniejszych kierunkach, niemniej, jak mówię, ogólny ton jest jeden. Czegoś tu brakuje.
Jak większość czytelników tego bloga wie, ja akurat jestem kimś kto uważa, że jedynym słusznym, i publicznie zrozumiałym postępowaniem w tej sytuacji byłoby obcięcie temu Breivikowi łba. Tym razem jednak ja mam jeszcze inne, dodatkowe pomysły. Otóż wydaje mi się, że najlepszym – powiedziałbym najczystszym – rozwiązaniem, byłoby niespodziewane ogłoszenie przez norweski sąd, że choć tak naprawdę wszyscy wiemy, że prawo jest takie jakie jest i możliwości są ściśle ograniczone, tym razem sytuacja jest szczególna i Brejvik, przepraszamy najmocniej, już następnego dnia zostanie stracony. Dziękujemy państwu bardzo. Rozprawa jest zakończona. Ja bym naprawdę dał wiele, by w tym momencie ujrzeć minę tego Breivika. Chciałbym bardzo posłuchać, co by ten dziwny człowiek miał do powiedzenia, gdyby zamiast dowiedzieć się o tym, że wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, dowiedział się, że jednak nie – plany się nieoczekiwanie zmieniły. On jutro umrze. Na pewno. Umrze na pewno. Bardzo jestem ciekawy, czy w tej sytuacji on by zdołał z siebie wydusić owe słowa żalu, że okazał się tak ślamazarny. Czy może zacząłby wrzeszczeć. Dokładnie w ten sam sposób jak wrzeszczeli ci wszyscy ludzie, których on kiedyś po kolei i metodycznie mordował.
Tu akurat ryzyko jest nieduże, niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że są osoby, które mi powiedzą, że przeze mnie przemawia nieokrzesana rządza zemsty. Że widok wrzeszczącego ze strachu Breivika jest przede wszystkim moralnie pusty, a poza tym praktycznie nieskuteczny. Z niego nie ma żadnego pożytku. Co nam to da, że my go najpierw w tak podstępny sposób podejdziemy, wywołamy w nim ów piekielny strach, a następnie go zgładzimy? Jakie z tego powstanie dobro? Otóż dobro jest jedno i ono ogranicza się tylko właśnie do tego pierwszego momentu. Owego strachu i pewności, że Breivik, zamiast coś pleść na temat tego, jak to spaprał robotę, zacząłby zwyczajnie wrzeszczeć. O nic więcej. Jest wręcz przeciwnie. Nie ma najmniejszego dobra w tym, że oto Breivik właśnie rozpoczyna kolejne 20 lat swojego nędznego życia, a cały świat będzie dzień po dniu wypatrywał wiadomości, czy on już się nawrócił, czy może jeszcze trzeba mu dać trochę czasu. Bo z tego że on się nawróci, świat nie odczuje żadnego dobra. Jego nawrócenie nie będzie miało jakiejkolwiek wartości. To nie będzie żadne nawrócenie. To będzie kolejny etap tego samego opętania.
Oczywiście mogę tu akurat się mylić. Może się okazać, ze jego akurat nawrócenie będzie tak spektakularne, ze zatrzęsie się niebo. Może. Jednak uważam, że szkody, które już zostały poczynione przez to, ze cały tak zwany cywilizowany świat pochylił sie nad tym, żeby dać mu tę jedną, ostatnia szansę, pozostaną nienaprawione. To zgorszenie już woła o pomstę do nieba. Powtórzę. Rzecz w tym, że nawrócenie Brejvika żadną wartością być nie może. Świat nie potrzebuje tego, by Breivik się nawrócił. Jego nawrócenie nie jest w stanie stworzyć dla świata najmniejszego dobra. Jego nawrócenie może być jedynie z korzyścią dla niego samego. Jednak w moim odczuciu, na to, byśmy mieli się zajmować dbaniem o korzyści Breivika nas zwyczajnie nie stać.
Jeszcze raz. Breivik nie jest jakakolwiek wartością. Światu Breivik nie jest do niczego niepotrzebny. Nawrócony, czy nie. To on sam może być ewentualnie zainteresowany w tym, by oprzytomnieć. To jest jego biznes. Tyle że do tego nie jest potrzebne trzymanie go przez dwadzieścia lat w norweskim więzieniu. Żeby Breivik oprzytomniał, wystarczy go poinformować, że oto jego życie dobiegło końca. Nawet jeśli to spowoduję maleńką chwilę refleksji – to wystarczy. Będzie oczyszczony. Oczywiście z zastrzeżeniem, że komukolwiek z nas na tym zależy.

Dziękuję wszystkim za stałą obecność, solidarność i zrozumienie. Ten okres w moim życiu zostanie - jesli oczywiście zdążę - opisany. Wciąż jednak mamy ten dramatycznie nieruchomy sierpień, więc proszę w miarę możliwości nie odchodzić.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...