Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cugier-Kotka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cugier-Kotka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2009

Kochajta jak chceta, czyli o dobrej nienawiści

Jak idzie o sprawę mojego tu blogowania, nigdy nie prowadziłem na swoje potrzeby żadnej statystyki i muszę powiedzieć, że jeśli nawet czasem próbuję jakoś sobie podsumowywać te teksty, to wyłącznie pod kątem takiego bardzo pobieżnego rzutu okiem na, że tak powiem, literacką wartość tego przekazu. Chodzi mi o to, że, oczywiście, bardzo bym chciał, żeby to co piszę bawiło, inspirowało, poruszało, dawało do myślenia i takie tam, czyli żeby każdy kolejny tekst dotyczył spraw ważnych i żeby nikt nie mógł mi zarzucić, że to co robię jest zupełnie bez znaczenia. Niemniej to na czym mi najbardziej zależy, to jak najlepsze wypełnienie słów, które stały się tytułem mojego blogu – „Posłuchaj to do Ciebie”. Chciałbym mianowicie, żeby to co piszę, było jak niekończąca się piosenka, której jak najwięcej osób będzie chciało słuchać tylko dlatego, że to dobra piosenka. A więc siadam, piszę to co mi akurat chodzi po głowie i staram się przede wszystkim bardzo, żeby to było dobre.
Czasem jednak myślę o tych tekstach bardziej analitycznie i staram się znaleźć dla nich jakiś wspólny mianownik. I wtedy zastanawiam się, co to są za teksty z punktu widzenia kogoś, kto stoi z boku. Czy to są żale wciąż niezadowolonego i pełnego kompleksów wyborcy PiS-u? Czy może to są pełne wściekłości wybuchy podstarzałego i coraz bardziej rozczarowanego anarchisty? Czy może w końcu najzwyklejsze mądrzenie się typowego nauczyciela, który miał zostać księdzem, ale jakoś skończył przy tablicy? I chciałbym też wiedzieć, jak ktoś kto czyta te moje wpisy w miarę regularnie, oceniłby je z punktu widzenia czystego przekazu? I gdyby trzeba było temu przekazowi nadać jakiś jeden wspólny temat, to co by nim było? Co ja, kiedy proszę, żeby mnie posłuchać, opiewam? Nie wiem. Chciałbym bardzo jednak, żeby znaleźli się tu może i tacy, dla których to moje pisanie to głównie wołanie przeciwko kłamstwu i nienawiści.
Kiedy żyłem sobie w PRL-u – o czym już tu chyba parę razy wspominałem – moje życie ogólnie rzecz biorąc było bardzo sympatyczne. Byłem młody, miałem co jeść, wokół siebie miałem mnóstwo przyjaciół, a jeśli czułem strach, to tylko czasami, kiedy szedłem sobie późnym wieczorem ulicą, a naprzeciwko siebie widziałem nadchodzących dwóch milicjantów. Oczywiście, bardzo brakowało mi i możliwości podróżowania i muzyki i książek, a czasem nawet i zwykłych bananów, ale też zawsze wiedziałem, że wystarczy, żeby nie było wkoło tego wiecznego i wszechogarniającego kłamstwa, żebym właściwie nie musiał już więcej bez sensu narzekać. Kiedy 20 lat temu pojawiła się w moim sercu nadzieja na zmianę, przede wszystkim własnie liczyłem na to, że skończy się wreszcie to ohydne, nie dające ani na moment odetchnąć kłamstwo. Dziś, po latach – o czym też już pisałem – widzę z przerażającą dokładnością, że kłamstwo pozostało, tyle że bardziej subtelne i przez to jeszcze bardziej zakłamane. Ale widzę coś jeszcze. Że mianowicie obok tego kłamstwa pojawiło się coś jeszcze. Pojawiła się nienawiść.
Kiedy wspominam tę nienawiść, nie mam na myśli nienawiści zinstytucjonalizowanej. Nie chodzi mi o nienawiść na poziomie propagandowego symbolu. Nie mówię o nienawiści na poziomie słów i znaków. Tego typu nienawiść jest pozbawiona siły i znaczenia dokładnie tak samo jak towarzyszące jej słowa i gesty miłości. Moja rozpacz związana jest z wszechpotężna nienawiścią zaczadzająca ludzkie umysły w sposób realny, tam gdzie chodzi o najbardziej podstawowe emocje. W dodatku nienawiścią zaplanowaną i zorganizowaną. I wreszcie nienawiścią tak przebiegłą, że w każdej dowolnej chwili usprawiedliwianej światłem przyszłej miłości, która – jak się nagle okazuje – musi mieć swoją cenę.
Moje trzy poprzednie teksty związane były bezpośrednio z faktem najpierw medialnej, potem fizycznej, a następnie znów medialnej agresji wobec kobiety, która postanowiła publicznie wycofać swoje polityczne poparcie dla Platformy Obywatelskiej i przenieść je na Prawo i Sprawiedliwość.Moje wzburzenie i upór w powtarzaniu w gruncie rzeczy wciąż tego samego słowa – nienawiść, było spowodowane tym, że przez całą serię propagandowych posunięć, sprawa z pozoru tak niekontrowersyjna moralnie, społecznie i polityczne, zupełnie niespodziewanie stała się wyłącznie przedmiotem szyderstw i kabaretowych popisów. Pisałem dzień w dzień o sprawie pani Cugier-Kotki, ponieważ nie mogłem pojąć, jak w dzisiejszej Polsce mogło dojść do takiego upadku zupełnie podstawowej wrażliwości, że nawet ludzie z pozoru świadomi paskudnego stanu naszej debaty, nie dostrzegli powagi sytuacji. Pisałem – i wciąż, jak widać, piszę – o tym co się stało, ponieważ nie mogłem uwierzyć, jak trudno jest zrozumieć, że sytuacja, w której potrzebna jest dopiero być może śmierć, żeby niektórzy z nas zauważyli, czym może być się stać klasyczne, modelowe zaszczucie, jest świadectwem czegoś naprawdę bardzo niedobrego. Pisałem – i wciąż piszę – o przypadku pani Kotki, bo czuję się fatalnie, widząc jak nienawiść i kłamstwo zaczynają tworzyć zupełnie nową jakość, która bardzo niebezpiecznie zaczyna przypominać zwykłe opętanie.
Na moim blogu właściwie komentują już tylko osoby, że tak powiem, zaprzyjaźnione. Wszystko to, co uważam za zło, zostało skutecznie stąd wyplenione, więc jeśli ktoś chce poznać tzw. głos polski liberalnej i wykształconej, powinien szukać inspiracji gdzie indziej. Jednak z tych kilku komentarzy, które pod moimi ostatnimi wpisami pozostawili ci, dla których sprawa pani Kotki jest wyłącznie dowodem na skandaliczne rozpasanie ‘pisobolszewickiej reakcji’, udało mi się odczytać jeden argument: ktoś kto wymyślił ‘dziadka z Wehrmahtu’ nie ma prawa głosu. I to jest, jak mi się zdaje, najbardziej poważna przeszkoda dla skutecznej naprawy tego wszystkiego, co niszczy współczesną Polskę. Kompletny brak zrozumienia tego co jest esencją naszego obecnego nieszczęścia. Doszło bowiem do tego, ze na poziomie bezpośredniej politycznej agresji mamy do czynienia wyłącznie ze sferą najbardziej ordynarnej histerii, natomiast jak idzie o debatę, która mogłaby parę spraw wyjaśnić i ewentualnie doprowadzić do naprawy sytuacji, krążymy wyłącznie w świecie czystej propagandy. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że oba te poziomy – emocji i propagandy zasymilowały się tak bardzo ściśle, że właściwie nie jest już zupełnie jasne, gdzie jedno się kończy, a drugie zaczyna. A zatem, gdzie się kończy szczera nienawiść, a gdzie się zaczyna zimna kalkulacja.
Wczorajszej nocy, w wypadku samochodowym, zmarł poseł Prawa i Sprawiedliwości,Marian Goliński. Wiadomość oczywiście podał Onet i, zgodnie z tradycją, odezwały się dziesiątki komentatorów, którzy odczuli potrzebę podzielenia się ze światem swoimi refleksjami na temat tej śmierci. Powiem szczerze, że nigdy nie udało mi się dojść do tego, jaki rodzaj psychiki każe tak wielu ludziom, z taką ofiarnością komentować wydarzenia często tak tragiczne, że – wedle najbardziej oczywistych standardów – komentarza w najmniejszym stopniu nie potrzebują. Gdybym ja się dowiedział, że gdzieś w wypadku drogowym zginął szeregowy poseł Platformy Obywatelskiej, czy SLD, nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby siadać do komputera i wrzucać do Internetu moje na ten temat refleksje. Mógłbym oczywiście – gdybym był na tyle pozbawiony człowieczeństwa – wyrazić z tego powodu satysfakcję. No ale tego robić nie wypada. Mógłbym też zademonstrować swoje ludzkie współczucie i napisać coś w stylu: „Niech odpoczywa w pokoju”. Tylko po co? Żeby się lepiej poczuć, czy dlatego, że potrafię się modlić tylko na forum publicznym?
Wczoraj tymczasem, młody Toyah przynosi mi kilkanaście wydrukowanych komentarzy na temat tego wypadku. Oto dwa pierwsze z brzegu: „Choć nie znoszę PiSiaków i PiSowszczyzny, to szkoda człowieka i jego rodziny. Wyrazy współczucia...” „Szkoda gościa… może był porządny, chociaż Pisior. Frakcja…PiSu na ‘Niebieskich Łąkach’ zyskała nowego członka.”
O co mi chodzi? Właśnie o to, o czym pisałem chwilkę temu. Doszło otóż do tego, że, podobnie jak było to w przypadku symbiozy nienawiści i kłamstwa, doszło ostatnio do podobnej i całkowitego stopienia się emocji i propagandy. Autorzy zacytowanych wyżej komentarzy najprawdopodobniej już kompletnie nie rozróżniają chwili, kiedy tylko nienawidzą, a kiedy aż kochają. W tym samym bowiem momencie, dowiadując się o tym, że zginął człowiek, przepełnia ich – z jednej strony – autentyczna radość z powodu śmierci „pisiora”, a z drugiej bezwzględna potrzeba tzw. empatii, o której od dwóch lat w każdym swoim wystąpieniu wspomina Donald Tusk. I w ten sposób tworzy się autentyczne opętanie, które znajduje ujście w takich miejscach, jak własnie Onet, czy – powiedzmy – Szkło Kontaktowe.
Kiedy jakiś czas temu Jarosław Kaczyński uznał, że język politycznej debaty osiągnął tak niski poziom, że należy chociaż podjąć próbę wyprowadzenia go z tego dołu, może byli tacy, którzy sądzili, że to będzie początek czegoś nowego. Jednak od samego początku cały ton zarówno medialnej, jak i politycznej reakcji na tę propozycję, nie pozostawał najmniejszych wątpliwości do tego, że efektem tego apelu będzie wyłącznie wzrost nienawiści. Bo ze strony twórców tego nieszczęścia, z powodów całkowicie oczywistych, nie można było oczekiwać ani refleksji, ani tym bardziej konkretnych gestów. Bo w momencie gdy ucichły emocje, pozostała wyłącznie propaganda. A na poziomie propagandy, nie istnieje ani rozsądek, ani refleksja, ani opamiętanie. Na poziomie propagandy jest już tylko kłamstwo. Podobnie dziś, kiedy arcybiskup Nycz narzeka – jak się dowiadujemy – na stan języka debaty, a za nim suną całe szeregi zakochanych w miłości polityków, dziennikarzy i komentatorów, to jego słowa również uderzają w pustkę, z tej prostej przyczyny, że ci, do których jego słowa powinny w gruncie rzeczy być kierowane, ich do siebie nie biorą, bo według języka i znaków propagandy oni poruszają się wyłącznie w świecie miłości i współczucia.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby arcybiskup Nycz zaadresował swoje słowa bezpośrednio do jednego z tych dwóch internautów, których komentarze przytoczyłem powyżej, człowiek ów nie byliby w stanie zrozumieć, o co chodzi, bo po pierwsze on przecież wyraźnie zaznaczył, że jest mu przykro, przecież złożył kondolencje, przecież napisał, ze być może zmarł człowiek porządny, a poza tym to nie on, ale Kaczor mówił o ZOMO i AK, czyż nie?
A więc, podobnie, i ten mój dzisiejszy wpis, adresowany być może najbardziej do tych, których zżera czysta, nieskażona nienawiść, zostanie przez nich właśnie odebrany wyłącznie jako akt najcięższej i bezczelnej hipokryzji ze strony jeszcze jednego oszalałego z nienawiści, zakłamanego ‘pisiora’. Bo tam gdzie pojawia się prośba o debatę, o zastanowienie się i ewentualnie przyjęcie wspólnych, ludzkich, choćby nawet minimalnie cywilizowanych metod, musi natychmiast pojawić się coś w zamian – w tym wypadku propagandowe kłamstwo. Kłamstwo w gruncie rzeczy bardzo stare i bardzo prymitywne. Kłamstwo polegające najpierw na przesunięciu tematu, odwróceniu pojęć, a później udawaniu, że nic się nie stało. I wszystko w dalszym ciągu pozostanie tam gdzie było. Ludzie, którzy składają kondolencje z szyderczym uśmiechem na twarzy będą dalej tak samo kochali i nienawidzili, brutalnie dręczona kobieta będzie dalej wyszydzana za to, że – wbrew temu co mówiła – nie została pobita, ale kopnięta w kolano, a ci którzy proszą tylko o jedno, czyli o zmianę metod, zostaną wyśmiani w tekstach piosenek i w kabaretowych grepsach.
I tak być musi. Bo tego wymaga polityka, na którą zdecydowali się ci, którzy w świecie uczciwych i demokratycznych reguł nie mogliby przetrwać nawet jednego dnia.

środa, 10 czerwca 2009

Pięć palców, czyli Nowy Wspaniały Świat

Jeśli ktoś się czuje zmęczony, to jest mi oczywiście przykro. Jednak nic na to nie poradzę. O sprawie pani Cugier-Kotki pisać należy. I to pisać prosto, jasno, jednoznacznie i bez nikomu niepotrzebnej elegancji. Uważam, że bez względu na to, na ile wersja podawana przez panią Kotkę jest prawdziwa, i na ile wesołe złośliwości ludzi o chorych sumieniach są usprawiedliwione, miniona sobota przyniosła nam wszystkim pewną bardzo istotną jakościową zmianę w naszej politycznej i społecznej sytuacji. Otóż w miniona sobotę, pani Anna Cugier-Kotka – kobieta, która postanowiła publicznie cofnąć swoje poparcie Platformie Obywatelskiej i przenieść je na Prawo i Sprawiedliwość – w sposób bardzo wymowny przekroczyła pewna granicę. I jeśli ktoś sądzi, że to co się stało, to sprawa jej i PiS-u, to się bardzo głęboko myli. To z czym mamy do czynienia, to problem Polski i problem nas wszystkich.
Z tego co wiemy – a ja dodatkowo, tak się złożyło, mam jeszcze informacje bardziej z boku – pani Cugier-Kotka w minioną sobotę została pobita. Ciekawą rzeczą jest, że ona została pobita przez ludzi, którym przeprowadzony przez nią akt politycznej demonstracji do tego stopnia była niemiły, że najpierw zadali sobie trud, żeby ustalić jej miejsce zamieszkania, a następnie, owego sobotniego ranka, wstali wcześniej niż zwykle, udali się pod jej dom i ją zwyczajnie nastraszyli. Faktem też jest, że całe zdarzenie nie było chaotycznym wybrykiem wynikającym, być może z przedwyborczego napięcia i naturalnych politycznych emocji. Atak na osobistą wolność pani Kotki stanowił oczywisty element większej całości, czyli wielotygodniowej kampanii nienawiści, której pani Kotka została poddana od momentu, gdy jej nazwisko stało się znane publicznie. Bandycki atak na jej profil w portalu nasza-klasa i szydercze komentarze w ogólnokrajowej prasie, to zaledwie drobny fragment tego, z czym pani Kotka musiała żyć każdego dnia.
Kiedyś, pisząc tu w Salonie o zawodowej i osobistej sytuacji Marka Migalskiego, pracownika uniwersytetu, który przez swoje polityczne wybory stał się w swoim środowisku osobą napiętnowaną, współczułem mu bardzo, bo nie miałem jakichkolwiek trudności, żeby wyobrazić sobie jego dzień powszedni, tak bardzo spętany przez czystą ludzką nienawiść. Dziś, kiedy myślę o pani Kotce, to moje współodczuwanie pojawia się ze szczególną intensywnością. Od momentu kiedy młody Toyah przyniósł mi informację o tym, że profil pani Kotki na naszej-klasie został zaatakowany przez najzwyklejszych gangsterów, ja każdego dnia wyobrażam sobie jak bardzo jej życie się zmieniło wyłącznie dlatego, że swoją wolnością zaatakowała wrażliwość wszystkich tych osób, którzy są emocjonalnie związani z projektem o nazwie Platforma Obywatelska.
Nie bardzo wiem, dlaczego akurat ja reaguję na tę sytuację z takimi emocjami. Może dzieje się tak dlatego, że jestem zwyczajnie przewrażliwiony, a może dlatego, że moje życie jest wypełnione takim napięciem, że wiem dokładnie, jak bardzo ono mogłoby się zmienić, gdyby wtargnął w nie jakikolwiek element niepożądany. Nieważne. To co się liczy, to fakt, że kiedy myślę o tym, jak pani Kotka wchodzi na swój profil w naszej-klasiei widzi czarno na białym wiadomość „zginiesz kurwo”, to ja jej po prostu współczuję. I wcale nie mniej jej współczuję, kiedy ona mi opowiada, że kiedy wyszła rano do sklepu po jedzenie dla kotów, pod jej domem czekało kilku obrażonych na nią mężczyzn i ją fizycznie i psychicznie poturbowali. Jeśli ktoś się dziwi mojej reakcji, nic na to nie poradzę. Każdy odpowiada za siebie.
Ale i ja się czemuś dziwię. Dziwię się ludziom, którzy na wiadomość o tym, że doszło do zamachu na osobistą wolność niewinnej kobiety, pierwsze co robią, to stają na głowie, żeby tę informację zakwestionować. I nie robią tego ani z czystego umiłowania prawdy, ani z ludzkiego badawczego niepokoju. Lecz ze zwykłej potrzeby nie odstawania i ze zwykłego braku wrażliwości. Wyobraźmy sobie bowiem, że pani Cugier-Kotka nie została – wbrew temu co mówi – nawet tknięta przez kogokolwiek. Wyobraźmy sobie, że nawet ta jednoznacznie w całym cywilizowanym świecie szokująca informacja, że pod jej dom przyszedł jakiś nieopanowany wróg ‘kaczyzmu’ i ją klepnął po pupie, jest też wyłącznie wytworem jej kobiecej fantazji. Wyobraźmy sobie, że pani Cugier-Kotka – zgodnie z tym, co podaje Super Express –oszalała, wpadła w alkoholizm i jest głównie nieprzytomna. Że ona w tej całej awanturze jest wcale nie mniej ubrudzona, niż ktokolwiek inny. Czy nawet w tej sytuacji nie przydałoby się jednak zastanowić, dlaczego fakt, że pani Kotka popiera Prawo i Sprawiedliwość– choćby i z czystego interesu – pozbawia ją najbardziej podstawowych osobistych praw do tego stopnia, że cała publiczna przestrzeń medialna, a za nią bandy podnieconych komentatorów, nie mogą się powstrzymać, żeby dyskutować jej problem w tak ohydnie bezwzględny sposób. Zastanówmy się, czy gdyby losy pani Kotki potoczyły się w przeciwnym kierunku, czyli gdyby ona dwa lata temu wystąpiła w klipie wyborczym PiS-u, a dziś chytrze uznała, że warto jest się przykleić do Platformy, pękalibyśmy od rana do wieczora ze śmiechu na dźwięk jej dziwacznego podwójnego nazwiska?
Otóż nie. Odpowiedź jest prosta. Nie. Przede wszystkim dlatego, że problemu pani Cugier-Kotki zwyczajnie by nie było. Nie byłoby jej problemu, bo przede wszystkim zarówno politycy PiS-u, jak i związani z PiS-em komentatorzy, jak i zwykli PiS-u wyborcy machnęliby na panią Kotkę ręką. Uznaliby zwyczajnie, że pani Kotka okazała się jeszcze jedną osobą, równie wyrachowaną jak Paweł Zalewski, czy Radosław Sikorski, czy Kazimierz Marcinkiewicz i ostatnią rzeczą jaką mieliby ochotę robić, to przychodzić pod jej dom i pluć na jej drzwi. A więc nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby pani Cugier-Kotka pozostała przy swoich poprzednich wyborach, miałaby święty spokój. A Super Express nie musiałby pisać o tym, że ona chleje i ma nie po kolei w głowie.
I to jest własnie największy problem. Nie to, czy pani Kotka została pobita, czy tylko klepnięta w pupę, czy wyłącznie zwyzywana. Czy że może wszystko się skończyło na tej naszej-klasie. Nie to jest dziś naszym polskim problemem, czy moje zatroskanie i zatroskanie całego PiS-u jest szczere, czy my tylko próbujemy coś na tej nieszczęsnej sytuacji ugrać. Problem jest taki, że od czterech już lat sukces jednej partii politycznej stał się dla tzw. elit do tego stopnia sprawą podstawową, że temu sukcesowi zostało podporządkowane wszystko inne. Problem prawdziwy polega na tym, że ktoś w pewnym momencie miał odwagę wymyślić, że tylko po to, żeby Platforma Obywatelska mogła zdobyć i zachować władzę, można całe grupy społeczeństwa doprowadzić do takiego poziomu negatywnych emocji, że w efekcie nie zostanie wykonany jeden krok, jeden gest, o ile na jego początku i na jego końcu nie będzie stała nienawiść.
W minioną sobotę, i w dniach kolejnych, owa filozofia – niektórzy na nią mówią „filozofia miłości” – osiągnęła stan, w którym nierzeczywistość stała się rzeczywistością. A to już jest poziom Orwella, kiedy Winston na pytanie O’Briena „Ile palców widzisz?” widzi i odpowiada „Pięć”. A jeśli dziś postanowiłem po raz trzeci poświęcić swój blogowy wpis tej właśnie kwestii, to wyłącznie dlatego, że zbyt wiele osób z zupełnie niespodziewanego kierunku czuję się nad podziw dobrze.

wtorek, 9 czerwca 2009

O zmiennych kobietach, wielkiej polityce i blogrze Kovalskym

Przez większą część dnia zamartwiam się tym, co się w ubiegłą sobotę przydarzyło pani Cugier- Kotce. Martwię się samym zdarzeniem, ale również powszechnie widocznym lekceważeniem sprawy. Nie jestem w stanie pojąć, jak mogło dojść do tego, że w sytuacji oczywistego ataku na panią Kotkę – bez względu na to, czy poważnego, czy drobnego; czy opisanego przez panią Kotkę dokładnie, czy z naturalnym w takich sytuacjach podbarwieniem – większość komentatorów, z jednej i z drugiej strony politycznych podziałów, skupia się głównie na próbach udowodnienia, że relacja pani Kotki jest na tyle niekonsekwentna, na tyle niezrozumiała, a przez to na tyle podejrzana, że wręcz nie warta poważnego spojrzenia. Nie potrafię pojąć, jak to się stało, że w Polsce roku 2009 nie tylko najbardziej cyniczni politycy Platformy, ale również ludzie – wydawałoby się – zdecydowanie wrażliwi na oczywiste niebezpieczeństwa, postępują, jakby uznali, że od tego co się przecież mogło zdarzyć przed domem pani Kotki, z całą pewnością ważniejsze jest zachowanie zdrowego rozsądku, obiektywizmu i tzw. politycznej kultury.
Od pierwszej chwili, kiedy nazwisko i wizerunek pani Cugier-Kotki zaistniała w świadomości publicznej, nie ma dnia, żeby w ten czy inny sposób ta – według wszelkich cywilizacyjnych i kulturowych standardów – całkowicie przecież niewinna kobieta, nie była traktowana przez polityków, dziennikarzy i zwykłych publicznych komentatorów w sposób absolutnie nieludzki. Nie ma dnia, żeby pani Cugier-Kotka nie usłyszała, lub nie przeczytała o sobie rzeczy, których nawet podły człowiek nie ma szans na swój temat wysłuchiwać. Tylko dlatego, że odważyła się nieroztropnie – jak się teraz dowiaduje – wystąpić przeciwko sile, przeciwko której występować jest bardzo niebezpiecznie. Szczególnie kiedy się jest zwykłym obywatelem. I w tej sytuacji, okazuje się że zwykła ludzka wrażliwość została tak zaczadzona, że z tego szaleństwa nie potrafią się wyrwać ludzie, o których można było sądzić różnie, ale nie że są po prostu bez serca.
A tu jeszcze na dodatek czytam wiadomość, że podobno nic takiego się nie stało. Pani Kotka po prostu dostała klapsa w pupę i usłyszała parę niemiłych słów. A tu nagle widzę wpis na blogu pewnego absolwenta wydziału prawa poznańskiego uniwersytetu, zatytułowany elegancko "Cuger Kotka".
Myślę więc o tym i dziś rano i w południe i myślałem o tym, kiedy jechałem do pracy autobusem… i nagle sobie przypomniałem, ze przecież to nie pierwszy raz, jak pani Cugier-Kotka oberwała. Przecież ona już miała okazję poczuć smak polityki, kiedy u władzy był PiS, a ona kręciła wyborczy klip dla Donalda Tuska. Przecież wszyscy pamiętamy te nagonkę, jaką jej zorganizowaly wówczas środowiska PiS-owskie. Sprawdziłem i znalazłem pewien wpis w Salonie sprzed dwóch lat, podpisany przez blogera o nicku Kovalsky. I proszę. Oto co Kovalsky pisał dwa lata temu:
Uporządkujemy fakty: 1. W sobotę ok. 8-9 rano pani Anna Cugier-Kotka, aktorka występująca ostatnio w spotach Platformy Obywatelskiej, została zaatakowana na ulicy pod własnym domem. 2. O godzinie 14 policja odbiera telefoniczne zgłoszenie od pani Cugier-Kotki. Policjanci podobno udają się na miejsce zdarzenia i osobiście rozmawiają z aktorką. Kobieta, jak twierdzą policjanci, nie pojawia się jednak na komisariacie z wynikami obdukcji. Nie zgłasza też podobno również powiadomienia o przestępstwie. 3. W poniedziałek pani Cugier-Kotka wypowiada się dla TVN, lecz z jakiegoś powodu ani słowem nie wspomina o pobiciu. Mówi o różnych szykanach, jakie ją spotkały w ostatnim czasie, ale nie o fizycznym ataku. Na koniec z uśmiechem dodaje, że jej zdaniem już wkrótce wszystko w jej życiu znów będzie w porządku. 4. W poniedziałek wieczorem portal „Rzeczpospolitej” publikuje artykuł o pobiciu aktorki. Tekst zawiera m.in. wypowiedź Grzegorza Schetyny. Tymczasem Cugier-Kotka udziela dramatycznego wywiadu Radiu Lublin, a dziś rano – TVN24. Kobieta wydaje się być przestraszona i roztrzęsiona.
Jestem pierwszym, który mógłbym potraktować informacje o ataku na panią Cugier-Kotek jako nieprzyzwoity element piaru Platformy Obywatelskiej, by wykazać brutalne metody kampanii nienawiści rozpętanej przez polityków Platformy z wykorzystaniem związanej z ich obozem politycznym kobiety. Przykładów wściekłych i powielanych przez media brudnych zagrań Platformy jest aż nadto.
Przyznaje też, że w tej sprawie jest za dużo znaków zapytania. Trudno sobie wyobrazić w jaki sposób uśmiechnięta kobieta swobodnie wypowiadająca się dla TVN, już po kilkunastu godzinach, tej samej stacji w dramatyczny sposób opowiada o pobiciu – do którego miało dojść trzy dni wcześniej. Nie zmienia to jednak faktu, ze obóz obecnie rządzący nie może pozostawić bez wyjaśnienia zarzutów choćby nawet nie do końca wiarygodnych.
Rozumiem, że Platforma Obywatelska może czuć pokusę, by umieścić panią Cugier-Kotkę na sztandarach. Niestety jest też tak, że dopóki sprawa nie zostanie przez odpowiednie organy ostatecznie wyjaśniona, taki krok ze strony Platformy będzie przez społeczeństwo całkowicie zrozumiany. Bowiem jest możliwe, iż aktorka rzeczywiście została zaatakowana. I choć najwyraźniej sama nie czuła potrzeby, by nagłaśniać tę sprawę, my, jako partia dumnie nosząca nazwę Prawo i Sprawiedliwość, musimy zrobić wszystko, by sprawy nie wyciszać, ale ja dogłębnie wyjaśnić.
Coś się zmieniło dopiero w poniedziałek. Chciałbym wierzyć, iż na zmianę postawy kobiety nie wpłynął nikt z zewnątrz.Taki ktoś byłby bowiem albo prowokatorem, albo głupcem.
… I się obudziłem, bo to już mój przystanek I trzeba wysiadać. I trzeba iść uczyć. I zarabiać na wojnę z bankami. A sny? Wiadomo. Sny są głupie i zupełnie nieprawdopodobne. Miłego wieczoru wszystkim Państwu.

O kryształowej sobocie, niebieskiej niedzieli i deszczu za oknem

Gdyby ktoś – oczywiście z czystej życzliwości – chciał wiedzieć, jak się dzisiaj czuję, to odpowiadam: czuję się tak sobie. Ani źle, ani dobrze. Chce mi się trochę spać i, jak zwykle, stoję fatalnie finansowo, za oknem deszcz, ale za to wszyscy w domu zdrowi i pełni energii, no i jeszcze przez cały bieżący tydzień mamy w domu fantastycznego gościa z samej Kolonii, więc i towarzysko jest bez zarzutu, a zatem jestem – że zacytuję ministra Rostowskiego – na lekkim zerze. Oczywiście, czułbym się znacznie lepiej, gdyby PiS-owi od niedzieli nie spadło do 27 z kawałkiem, lecz wzrosło do 30 z kawałkiem, ale – co robić? Widocznie Pan Bóg wciąż ma do nas o coś (chyba nawet wiem, o co) pretensje, więc musimy zachować pokorę. I się zwyczajnie lepiej starać.
Według wszelkich danych, jest w Polsce ponad 3 mln ludzi, którzy w niedzielę wzięli udział w wyborach i zagłosowali na Platformę Obywatelską. Uważam, że dla dobrej orientacji w bieżącej sytuacji i w ewentualnych perspektywach, bardzo dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego oni zachowali się tak, a nie inaczej. Jaki procent z nich oddal swój głos na PO dlatego że jest święcie przekonany, że Donald Tusk i jego koledzy to pierwszorzędna ekipa; jaki procent zechciał ich poprzeć, bo lubi myśleć tak jak się im każe w telewizji; a ilu z tych, którzy wybrali Platformę głosowało w ten własnie sposób, bo ich nienawiść do PiS-u jest tak wielka, ze akurat wczoraj nie obchodziło ich dokładnie nic innego, jak tylko ‘dowalić’ Kaczorom.
Przy okazji jednego z moich poprzednich wpisów, komentator darekkk – jak się domyślam wyborca Platformy – przedstawił opinię, że w ostatnich latach, wybory są „przeciw komuś”, a nie „za kimś”. Zdanie to potwierdzałoby moje wcześniejsze podejrzenia, że Platforma Obywatelska ma to co ma, nie dlatego że, zdaniem wielu, jest taka fantastyczna, ale wyłącznie dlatego, że PiS jest tak ohydny. Uważam że moja diagnoza jest słuszna, jednak na jej poparcie nie mam nic poza swoim osobistym doświadczeniem i indywidualną obserwacją. Bardzo chciałbym albo sam mieć odpowiednie umiejętności socjologiczne, albo mieć pod ręką jakiegoś w miarę obiektywnego i sprawnego badacza, który odpowiedziałby mi na parę pytań. Niestety, tu sytuacja jest kiepska, więc pozostaje mi wyłącznie prowadzić amatorskie spekulacje.
Najpierw może zastanówmy się, co wiemy na pewno. A więc wiadomo, że od wyborów sprzed dwóch lat, nie zmieniło się wiele. Platforma i PiS zachowały swoje pozycje i z całą pewnością ci, którzy prognozowali upadek PiS-u mają powody do zmartwień i – o oczywiście – ci, którzy liczyli na to, ze naród dostrzeże nędzę Platformy i ich pogoni od władzy również nie mogą nie narzekać. Wiemy jeszcze coś. Platforma w żaden sposób nie wchłonęła elektoratu komunistycznego, na co ewidentnie liczyła, natomiast PiSz cała pewnością udowodnił, że po prawej stronie nie ma absolutnie żadnej konkurencji. Od poprzednich wyborów europejskich partia Jarosława Kaczyńskiego znacznie poprawiła swoje, że tak powiem ‘europejskie’ notowania, jednocześnie likwidując wszystko, co znajdowało się w polu działań. Wiemy też, ze praktycznie cała ściana wschodnia trwa mocno przy konserwatywnej prawicy i nawet jeśli ludzie tam głosujący wykazują kompletną ignorancję w kwestii, czym jest prawica i czym jest konserwatyzm – czym, ku mojej nieposkromionej satysfakcji, doprowadzają do szalu najróżniejszych komentatorów, również tu w Salonie – to fakty sa nieubłagane. Dla patriotycznie, narodowo i konserwatywnie zorientowanego mieszkańca Polski, poza PiS-em nie ma nic. Ale jest też jeszcze jedna rzecz, o której nie wolno zapominać – Platforma Obywatelska, po dwóch latach swoich całkowicie kompromitujących, żałosnych rządów, odniosła spektakularne zwycięstwo. I to – uważam – jest czymś nad czym trzeba się zastanowić.
Frekwencja w niedzielnych wyborach była bardzo niska. Biorąc pod uwagę całą Europę, od Polski gorsi byli tylko Słowacy i ktoś tam jeszcze. Zapamiętałem Słowację, bo jakoś mi po głowie chodzi to święte euro. Wygląda na to, ze bracia Słowacy nie chcą docenić szczęścia, które ich spotkało. A zatem, z czterech naszych obywateli, trzech nie wykazało wyborami jakiegokolwiek zainteresowania i uważam, że od odpowiedzi na pytanie, kim są ci którzy głosowali i kim są ci, którzy głosować nie chcieli, zależy bardzo wiele. Bardzo wiele również zależy od informacji związanej z tym, czemu jedni głosowali i czemu inni głosować nie chcieli.
Niedawno, w jednym z moich wpisów, zastanawiałem się dlaczego w wyborach roku 1989 niemal 40 procent wyborców nie pofatygowało się do głosowania przeciwko komunie. Wówczas – przekonany, że udział w głosowaniu jest rzeczą co najmniej tak oczywistą jak pójście w niedzielę do kościoła – uznałem, że prawdopodobnie te 40% społeczeństwa, to zniszczone komuna menelstwo. Ludzie, którzy w każdą niedzielę leżą w domu ‘zapruci’ przed telewizorem. Ale dziś, po tych dwudziestu latach, byłem ciekawy, co się z nimi przez te wszystkie lata stało. Czy oni jakoś się przystosowali, czy może jeszcze bardziej upadli? Czy jeśli się przystosowali, to czy interesują się polityką, czy zwyczajnie chodzą do pracy, a w niedzielę oglądają mecz w telewizji? Mam kilku kolegów, jeszcze ze szkoły podstawowej, którzy naprawdę przed laty rokowali fatalnie, a dziś mieszkają w Niemczech, czy w Szwecji i radzą sobie zupełnie dobrze. Z większością z nich można nawet bardzo przyjemnie porozmawiać. Więc, gdzie są dzisiaj ci wszyscy, którzy w roku 1989 na to wszystko co się w Polsce działo zwyczajnie wzruszyli ramionami? I kim oni byli? Czy ja miałem racje, kiedy mówiłem, że to – bardzo szeroki, to fakt – ale tylko margines? Czy oni w minioną niedzielę głosowali? A jeśli głosowali, to jak? I co robili w sobotę?
Nie znam odpowiedzi na te pytania. W ogóle, jak już wspomniałem, poza własnym doświadczeniem, nie wiem nic poza tym, co wiadomo powszechnie. Ale, naturalnie, wielu rzeczy mogę się domyślać. Wiem na przykład wszystko na swój temat i wiem wszystko na temat ludzi mi bardziej lub mniej bliskich. Z tej wiedzy wyłania się jeden obraz. Wszyscy ci, którzy głosowali na PiS, podjęli taka a nie inną decyzję, ponieważ lubią PiS i uważają, że Kaczyńscy są świetni. Ogromna natomiast większość osób, które poparli Platformę, albo polityką się nie interesują, albo też są przekonani, że Platformato całkowita pomyłka, ale ich nienawiść do PiS-u wciąż determinuje każdy ich ruch. Inaczej jest z PiS-em. Mam bardzo silne przekonanie, że z tych niemal 2 mln osób, które wczoraj poparły Prawo i Sprawiedliwość, niemal wszyscy głosowali pozytywnie, czyli oddali swój głos nie przeciwko czemuś, ale za czymś. Z tego co się orientuję, siła Prawa i Sprawiedliwości nigdy nie była budowana na emocjach negatywnych. Jeśli dwa lata temu, partia Jarosława Kaczyńskiego uzyskała ponad 5 mln głosów poparcia, to ci wszyscy ludzie zachowali się w taki a nie inny sposób, bo wierzyli, że wybór, którego dokonali, to jest bardzo dobry wybór. A jeśli wczoraj ponad połowa z nich głosować nie chciała, to też nie dlatego, że przez te dwa lata doszli do wniosku że jednak Kaczory to obciach, a PO to lans, lecz wyłącznie dlatego, że albo uznali te wybory za nikomu niepotrzebna bzdurę, lub są od niedawna w kiepskim nastroju, lub im się po prostu nie chciało.
I analogicznie, jestem niemal pewien, że jeśli z tych prawie 7 mln osób, które dwa lata temu wybrały Platformę, wczoraj głosowała nawet nie połowa, to znaczy, że całej reszcie albo Tusk i jego żałosna drużyna zbrzydły, albo zaledwie PiS stracił swój upiorny urok. I tu muszę przejść do punktu, który – wbrew temu, co może część z czytelników tego tekstu sądziła – jest faktycznym powodem, dla którego chce mi się komentować minione wybory. Mam tu na myśli panią Annę Kotkę – kobietę, która wystąpiła w spocie wyborczym PiS-u, oświadczyła, że cofa swoje poparcie dla Platformy Obywatelskiej i tym samym w ogromnej części publicznej domeny uzyskała status wroga publicznego. Jestem przekonany bardzo mocno, że ludzie, którzy pobili panią Kotkę, stanowią trzon tak zwanego twardego elektoratu Platformy Obywatelskiej i w miniona niedzielę, z całą pewnością, znaleźli się wśród tych ponad trzech milionów wyborców Platformy. Jestem przekonany, ze również ci ludzie, którzy wcześniej wysyłali pani Kotce obraźliwe komentarze, ci którzy życzyli jej śmierci, ale również ci, którzy jeszcze wcześniej wysyłali profesorowi Nowakowi listy z kupą w środku, również stanowią trzon najbardziej twardego elektoratu Platformy. I że to oni, z całą pewnością, podwyższyli frekwencję w stosunku choćby do tej wspomnianej już Słowacji. Myślę również, ze większość z nich jest oczywiście zbyt młoda, żeby w roku 1989 w ogóle brać udział w życiu Kraju, ale nie mam wątpliwości, że nawet gdyby byli wówczas ludźmi dorosłymi, nie głosowaliby. Dlaczego? Dlatego, ze tamten akt sprzed lat był oparty o wyłącznie pozytywne emocje. Oczywiście, nienawidziliśmy komuny, ale na Solidarność głosowaliśmy wierząc głęboko, że zaczyna się nowy czas i że nasi to są naprawdę nasi. Ludzie, którzy potrafią wyłącznie nienawidzić nie mieli w tamtym czasie co w polityce szukać. Oni wówczas mogli tylko na to wszystko splunąć przez ramię i się przyczaić na kolejne 20 lat w oczekiwaniu aż nadejdzie czas prawdziwej nienawiści. Nienawiści zwanej miłością, a przez to nienawiści jeszcze większej. I to oni właśnie sprali panią Kotkę, a w niedzielę z szyderczym uśmiechem poszli do lokalu wyborczego, by z satysfakcją oddać swój głos nie za czymś, ale przeciwko. A dziś, to własnie oni strasznie starają się tak pokierować informacjami, żeby wyszło na to, ze pani Kotka sama się pobiła, albo może ktoś ja klepnął w tyłek, a ona z tego dostała jakieś obłakania.
Dziś w swoim kuriozalnym komentarzu, Krzysztof Leski zastanawia się, co jest bardziej odrażające – to że banda wyborców Platformy skopała kobietę za to, że ta postanowiła publicznie wycofać swoje poparcie dla jednej partii i przerzucić je na partię drugą, czy może to, że Jacek Kurski niekulturalnie cały incydent skomentował. Inni komentatorzy chcieliby wiedzieć, czy to, że marszałek Stefan Niesiołowski nazwał wyborców PiS-u gorszym rodzajem człowieka, to skandal, czy tylko inny styl? Jeszcze inni, mają dylemat, czy to Jarosław Kaczyński był niedobry dla Ziobry, czy Ziobro dla Kaczyńskiego i czy odpowiedź na to pytanie wskaże nam jakieś prognozy co do dalszych losów PiS-u? W moim najszczerszym przekonaniu, jeśli chcemy wiedzieć, co przed nami, to powinniśmy najpierw się zorientować, czy to co się przydarzyło pani Kotce, ale i także prof. Nowakowi, wcześniej Markowi Migalskiemu i wielu wielu innym ludziom prześladowanym w najbardziej brutalny sposób przez system, to wciąż początek Nowego Ładu, czy już może jego schyłek.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...