Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętość. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

O czarnej sztuce dekoncentracji

Ostatnie zamieszanie wokół telewizyjnego występu Abelarda Gizy, w którym ten skonstruował swój skecz wokół obrazu starych, biednych, pobożnych kobiet, ciągnących za sobą swoje stare, biedne, zdezelowane wózki na zakupy, zamiast standardowych warzyw, wypełnione trotylem, wywołało we mnie pewne dodatkowe refleksje. Mówiąc „dodatkowe”, mam na myśli wszystko to, co mi przyszło do głowy niejako obok tego, co oczywiste, a mianowicie pewną bardzo perfidną manipulację, co do której mam podejrzenie, że nie jest niczym absolutnie wyjątkowym, a wręcz przeciwnie – stanowi bardzo standardową sztuczkę Systemu. Mam na myśli odwracanie uwagi.
Pisałem tu już o tym skeczu. Po raz pierwszy oglądałem go w jego absolutnie finałowym fragmencie, kiedy to Giza opowiada o tych babciach, jak w tumanach śmiechu wylatują w powietrze. Nie miałem pojęcia, czego dotyczy cały żart, jaki jest kontekst tej ostatecznej rzezi, ale uznałem, że wobec czegoś tak poruszającego, nic już się nie może liczyć. Bo nie ma nic takiego, co by było w stanie to coś przebić.
I oto nagle okazuje się, że dla wszystkich tych, którzy, podobnie jak ja, tym wybrykiem się przejęli, to, co ma znaczenie, to właśnie to coś, o czym ja nawet nie mam pojęcia, a mianowicie jakiś żart z papieża, z którym tam podobno Giza wcześniej wyskoczył.
Otóż na mnie żarty z papieża nie robią wrażenia od czasu, gdy kiedyś w telewizji zobaczyłem aktora Ronina Williamsa, jak udaje schorowanego Jana Pawła II, który jeśli nie przysypia, to tylko po to by puścić kolejnego bąka. Nie robią one na mnie wrażenia, z dwóch względów. Przede wszystkim, ja uważam, że nie ma nic złego w żartowaniu z papieża, podobnie jak nie ma nic złego w żartowaniu z kardynała Nycza. Po drugie, zastanówmy się, cóż można wymyślić, jak idzie o kogoś takiego jak papież? Że on też puszcza bąki? No i co z tego? Pomijając fizjologię, nie zostaje nic. No ewentualnie jeszcze można powiedzieć, że to chuj. Szczególnie kiedy się jest poznańskim intelektualistą. To jest trochę tak, jak ja bym postanowił tu kpić z prezydenta Komorowskiego i ograniczać się do portretowania go, jak siedzi na kiblu i się napina. Przepraszam bardzo, ale ja tu mam znacznie więcej argumentów, niż prezydenckie gazy.
Z czym innym jednak mamy do czynienia, jak idzie o ludzi starych i chorych. Tu możliwości jest wiele. Przede wszystkim oczywiście, można ich przedrzeźniać, że są tacy niezgrabni i sypiący się; można wyprodukować całą kolekcję śmiesznych dźwięków i je eksploatować do znudzenia; można wreszcie wymyślić całą kupę gagów, gdzie się rozbawionej publiczności pokaże, jak można takiego starca unicestwić, zaczynając od tak zwanego „kopa w ryj”, po wspomniany wyżej trotyl. I to, powiem szczerze, na mnie wrażenie zawsze robi, tego nie lubię, i za to właśnie Abelarda Gizę jestem gotów tępić jak robactwo. Za to, że szydzi z kompletnie niewinnej starości, a więc z czegoś, co jest bardziej święte, niż dziesięciu papieży.
Tymczasem, tu mamy kompletną ciszę. Wszyscy natomiast emocjonują się tymi papieskimi bąkami. W opisywanym niedawno przeze mnie „Newsweeku” jest cały długi artykuł, ilustrowany zdjęciem przebranego za księdza Gizy, i roztrząsający dylemat, czy schodzenie na ten poziom jest cool, i czy nie należałoby go może za to wsadzić do więzienia. O trotylu – ani mru mru. A ja sobie myślę, że to wszystko musi być celowe. Nie ma takiej możliwości, żeby oni tych staruszek z wózkami nie zauważyli. Ja zwyczajnie nie wierzę, by oni nie brali pod uwagę, że obraz tych wysadzanych w powietrze biednych kobiet z wózkami może oburzać. Oni wciąż gadają o tym papieżu, bo wiedzą, że to jest bardzo bezpieczny grunt i że tu zarówno im, jak i samemu Gizie, niż nie grozi. I to jest, jak mówię, stara wredna sztuczka. Odwracanie uwagi.
Ale przypadek Gizy i jego świeżego wybryku to w gruncie rzeczy drobiazg. W końcu, z podobną, albo jeszcze większą agresją w stosunku do Kościoła mamy do czynienia dzień w dzień, na każdym możliwym poziomie publicznej debaty, i przy każdej okazji wszyscy oni stają na głowie, by tak to było rozgrywane do końca świata. Jedni będą bluźnić, a drudzy wołać o pomstę do ludzkiej, lub w ostateczności boskiej, sprawiedliwości. A to jest nic. Kompletne nic.
Niedawno zaobserwowałem, że w przestrzeni publicznej pojawił się problem tak zwanego e-sądu. Chodzi o to, że w celu wsparcia planu doprowadzenia polskiego społeczeństwa do ruiny i do ostatecznego zniewolenia, gdzieś w Lublinie powołano sąd, który wszelkie tak zwane kwestie dłużnicze rozwiązuje niejako z automatu i, jak się zdaje, w systemie 24-godzinnym. A zatem, wygląda na to, że to co planował swego czasu zrobić minister Ziobro w stosunku do drobnych przestępców, a co spotkało się z powszechną kpiną i oburzeniem, udało się zrealizować w postaci owego e-sądu i w stosunku do ludzi, którzy są bez pieniędzy. Różnica jest tylko taka, że tu się ani nie przesłuchuje, ani nie wysłuchuje, ani nie dyskutuje, tylko przyjmuje się skargi i wydaje jednobrzmiące decyzje.
Proszę więc sobie wyobrazić, że ja miałem do czynienia z tym szczególnym sądem. Przypomnę może, o co poszło. Otóż swego czasu – pisałem tu o tym – zadzwonili do mnie z firmy Tele Polska, przedstawiając się jednak nie jako Tele Polska, ale jako Telekomunikacja Polska, i w ten sposób naciągnęli mnie na podpisanie z nimi umowy. Kiedy się zorientowałem, że padłem ofiarą oszustwa, wypowiedziałem ową umowę i za to naturalnie zostałem przez Tele Polskę obciążony karą trzystu iluś złotych. Ponieważ skądinąd dowiedziałem się, że owo przedstawianie się ludziom jako Telekomunikacja Polska jest podstawowym biznesowym pomysłem Tele Polski, postanowiłem, że im nie dam ani grosza, no i śmy się z Tele Polską wzięli z barki. Ponieważ byłem na tyle dzielny, że nie uległem ani serii wyjątkowo paskudnych telefonów, ani ostatecznemu, tak zwanemu przedsądowemu wezwaniu do zapłacenia tym razem już chyba czterystu złotych, któregoś dnia otrzymałem pismo ze wspomnianego lubelskiego sądu skazującego mnie zaocznie na, tym razem już, pięćset złotych kary, z zastrzeżeniem jednak, że do dwóch tygodni mogę złożyć odpowiednie wyjaśnienia. Napisałem do nich list, oni mi odpowiedzieli i poinformowali, że moje odwołanie przyjęli, i sprawę skierowali do sadu powszechnego w Katowicach. I oto parę tygodni temu dostałem pismo z sądu w Katowicach, że oni sprawę umarzają, a po chwili informację z Tele Polski, że ci z kolei co do tych trzystu złotych się pomylili, i już im w związku z tym nie jestem nic winien. Koniec.
Czy ja w związku z tym chcę powiedzieć, że ten lubelski sąd to ludzcy państwo i że bardzo dobrze, że oni są? Pewnie, że nie. Natomiast bardzo chciałbym wiedzieć, czemu na przykład ostatnio taka „Gazeta Wyborcza” postanowiła im poświęcić niemal całą swoją pierwszą stronę, by opowiedzieć nam stek jakichś bzdur o tym, że jak któryś z nas trafi do tego sądu, to już po nim. Jaki oni mają interes w tym, żeby wokół tego e-sądu rozkręcić atmosferę prawdziwej histerii? Ja oczywiście biorę pod uwagę taką możliwość – a nawet uważam, że ona jest bardzo prawdopodobna – że tam się leje krew, natomiast nie mam powodu, aby sądzić, że w moim wypadku zastosowano jakąś szczególną procedurę. Z tego co widzę, tam się wszystko odbywa tak, że oni każdemu każą płacić, a jeśli komuś się płacić nie chce, w ciągu dwóch tygodni się odwołuje, i sprawa automatycznie idzie do zwykłego sądu. A dalej jest już różnie. Jak to w życiu. A zatem – jeszcze nie tak najgorzej. A już zdecydowanie lepiej, niż to się dzieje zarówno w przypadku takich firm jak Tele Polska, czy inne, nastawione wyłącznie na łupienie Bogu ducha winnych ludzi, jak powiedzmy banki – podkreślmy to – wszystkie banki. Banki, jako takie.
Powtórzę to raz jeszcze. Ja świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ów lubelski e-sąd został powołany do życia przez System i jego celem jest wsparcie Systemu w niszczeniu człowieka. Co do tego nie może być żadnej wątpliwości. To jednak, że ze wszystkich innych instytucji, równie, a może – co znaczy, może? Znacznie bardziej – krwiożerczych, bezwzględnych i okrutnych, oni się nagle postanowili zająć tym sądem, bardzo mnie zastanawia. Bardzo bym chciał wiedzieć, dlaczego oni nie poświęcą swojej uwagi działalności prawdopodobnie setek innych, takich jak Tele Polska, firm, których jedynym celem nie jest rozstrzyganie czegokolwiek, ale jeden krótki skok na czyjąś kieszeń. Bardzo bym chciał wiedzieć, czemu oni nie chcą sobie z nami porozmawiać o tych wszystkich firmach, w których interesie powołano ów e-sąd? Czyżby chodziło o to, że tamten temat jest już znacznie mniej bezpieczny? Czyżby rzecz polegała na tym, że ten e-sąd prędzej czy później znakomicie się z tych wszystkich zarzutów wybroni, i okaże się, że tak naprawdę od początku nie było o czym gadać? A tymczasem prawdziwi zawodnicy będą skutecznie robić to, co robią dotychczas?
Tak właśnie sobie myślę. To jest jeszcze jeden stary, bezczelny numer z tak zwanym zaciemnieniem. Chodzi o to, by nam powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tyle że od czasu do czasu pojawia się coś, co należy pokazać palcem i bezlitośnie skrytykować, i jeśli tylko będziemy trzymać rękę na pulsie, nic nam nie grozi. I tak się to toczy. Zawsze w ten sam sposób. W oparciu o jedną jedyną zasadę – nie ruszać tego, co naprawdę groźne. Na każdym możliwym poziomie – czy to chodzi o jakiś głupi kabaret, czy wielką politykę, czy wreszcie powszechny system eksploatacji człowieka. Tam zawsze odbywa się gra pozorów. Prawdziwe natomiast strzelanie do celu zarezerwowane są na wypadek walki z tym, co mogłoby tę całą zarazę wypalić żywym ogniem. Tam oni zawsze świetnie wiedzą, jaka jest hierarchia. W końcu, nie oszukujmy się. Oni może i są głupi, ale pewnego szczególnego cwaniactwa nikt im nie odbierze.

Jeśli komuś powyższy felieton przypadł do gustu, a jeszcze, nie daj Boże, pozytywnie nastroił i zainspirował, proszę wspomóc ten blog pod podanym obok numerem konta. Bardzo za każdy gest dziękuję.

czwartek, 20 grudnia 2012

O dobrym księdzu i świętym poecie (opowieść wigilijna)

7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

„Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony
”

A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.

Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
„Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.
Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
„We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
„Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
„Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.

Powyższy tekst został napisany specjalnie dla "Zeszytów Karmelitańskich" ojca Antoniego Rachmajdy, i został opublikowany w ich najnowszym numerze. Do nabycia choćby w Empikach. Polecam.



niedziela, 2 września 2012

O nich świętych i o nas grzesznikach

Najpierw wczoraj wieczorem, no ale też troszeczkę i dziś, daję słowo, że planowałem napisać coś porządnego, by ten weekend minął nam jako tako. Stało się jednak tak, że ojciec Rachmajda już jakiś czas temu poprosił mnie, żebym przygotował dla „Zeszytów Karmelitańskich” tekst o księdzu Karolu Antoniewiczu, świętym jezuicie i poecie spod Lwowa, człowieku dziś niemal kompletnie zapomnianym zarówno przez ludzi jak i Kościół. No i kiedy pisałem ową historię jednego życia, ogarnęło mnie najpierw takie napięcie, a potem już taka pustka, że już wiem, że na razie nic z tego politykowania nie będzie.
Wydaje mi się, że wspominałem tu już kiedyś o księdzu Antoniewiczu. Na początku lata byłem w wizytą u naszego księdza Don Paddingtona, który wraz ze swoimi dziećmi zabrał mnie na parogodzinną szkolną wycieczkę do kościoła w Obrze, pokazał mi ten grobowiec i pokrótce opowiedział mi tę historię. Historię człowieka, który udzielał Komunii Świętej umierającemu na cholerę, i gdy owemu biedakowi hostia wypadła z ust i spadla na ziemię, ten ją podniósł i by ją uratować przed zbrudzeniem, sam ją przyjął, w następstwie czego zachorował i umarł.
Tak byłem poruszony tą opowieścią – poruszony na wszystkich możliwych jej piętrach – że wspólnie z ojcem Rachmajdą uznaliśmy za konieczne, opisać ją wraz z całym tym życiem i opublikować ją w „Zeszytach”. No i siedziałem wczoraj i dziś z postacią księdza Antoniewicza przed oczyma, i teraz jestem tu gdzie jestem. Myślę, że jesienią, jeszcze zanim w listopadzie będziemy obchodzić najpierw rocznicę urodzin, a chwilę później i śmierci, Karola Antoniewicza, ukażą się redagowane przez ojca Rachmajdę „Zeszyty”, i każdy kto będzie miał ochotę znajdzie okazję, by się z tym życiem i tym dziełem zapoznać. Póki co – bo, jak mówię, na nic innego dziś już nie mam siły – chciałbym przytoczyć świadectwo pewnego chłopa, który miał to szczęście by być naocznym świadkiem pracy misyjnej księdza Antoniewicza w owym tak tragicznym roku:
„Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
Ostatnio bardzo dużo dyskutujemy na temat kondycji naszego Kościoła. Wielu z nas już deklaruje, że skoro nasi kapłani tak demonstracyjnie wyrzekają się swoich obowiązków, to niech radzą sobie sami. Chciałbym więc wszystkich zapewnić, że Kościół zarówno dziś ma swoich bohaterów i świętych, jak i wtedy, w czasach księdza Antoniewicza, miał swoich zdrajców i grzeszników. Nie odwracajmy się więc od Niego. Nie bądźmy głupi. Ze względu choćby na tych pierwszych, do których, tak na marginesie – o czym jestem przekonany – każdemu z nas i tak jest znacznie dalej, niż do tych co ich tak przeklinamy.

Myślę, że do jutra dojdę do siebie i coś mądrego wymyślę. Idzie ciekawy tydzień. Wiele rzeczy się wyjaśni, jak idzie o szanse na kolejny rok. I na poziomie zawodowym i, że tak powiem, literackim. W najbliższy piątek, sobotę i niedzielę, w katowickim Spodku będą odbywały się targi książki, na których wraz z Coryllusem będziemy się udzielać. Już za tydzień, w następny poniedziałek, w Warszawie w klubie Ronina, również w duecie, z paroma jeszcze wybitnymi gośćmi, będziemy mieli spotkanie i dyskusję na tematy bardzo poważne. Jak idzie o finanse, jestem póki co na co najmniej zerze, a więc bardzo proszę o każdy możliwy gest. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...