Kiedy słucham piosenki zespołu The Smiths, zatytułowanej “Meat Is Murder” – była już o tym na tym blogu mowa – wpadam w nastrój muzycznego zachwytu, natomiast, jak już idzie o część, że tak powiem, filozoficzną tego przekazu, mam uczucia bardzo ambiwalentne. Z jednej strony bowiem, zdecydowanie nie podzielam opinii, że jedzenie mięsa zwierząt to morderstwo, a z drugiej, nawet mi do głowy nie przychodzi, by z tych, którzy tak własnie sądzą, się śmiać, lub wręcz z nich szydzić. Powiem więcej – ja ten typ emocji rozumiem, a skoro rozumiem, to oczywiście szanuję.
Oczywiście, to że nie mam większego współczucia dla zwierząt, które są zabijane tylko po to, by trafiać na nasze talerze – i nie mam tu na myśli tylko krewetek, które, robią wrażenie szczególnie bezużytecznych – nie znaczy, że w ogóle nie mam w sobie współczucia, i że – idąc śladami tak ostatnio tryumfującej myśli neoliberalnej – wychodzę z założenia, że świat jest po to, by nam służył, a kto z nas nie umie tego stanu rzeczy wykorzystać, jest sam sobie winien. Mowy nie ma! Ja na przykład, wcale nie uważam, skoro już mowa o zwierzętach, to je można traktować tak, jak się w niektórych kulturach traktuje nienarodzone dzieci, a więc wedle naszego kaprysu. Jak wiedzą ci co ten blog czytają regularnie, od ponad już roku mieszka z nami pewien labrador, i powiem szczerze, że ja niekiedy mam bardzo silne przekonanie – naprawdę bardzo silne przekonanie – że, nie wiem jak jest z innymi psami, ale on z całą pewnością ma duszę. A skoro tak, to… no wiadomo. No i tu akurat chciałbym na chwilę wrócić do swoich wcześniejszych uwag o rozumieniu i o szacunku.
Otóż naprawdę nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby wszyscy ci, którzy na przykład uważają, że mięso, to, owszem, jest morderstwo, pod warunkiem, że nie jest to mięso nienarodzonego dziecka, zechcieli łaskawie zrozumieć, i wykazać minimum szacunku dla opinii, że jeśli morderstwem jest mięso zwierząt, to tym bardziej kwalifikuje się tu mięso tych biednych, bezbronnych, niewinnych dzieci. Nie oczekuję od nich naprawdę nic więcej. Chciałbym tylko jednego. By oni zechcieli zrozumieć, dlaczego, ja uważam, że mięso mordowanych w łonie matki dzieci, to morderstwo. I żeby mieli dla tej opinii szacunek.
Był czas, gdy moje myśli na temat aborcji były tak intensywne, że w pewnej chwili ja właściwie myślałem już tylko o tych dzieciach. To właśnie wtedy pomyślałem sobie, że napiszę tekst, w którym, najlepiej jak tylko potrafię, pokażę, o co mi chodzi, kiedy mówię, że aborcja to morderstwo. Wymyśliłem więc wówczas taką dosyć fikcyjną sytuację parlamentarnej debaty, podczas której przedstawiciel czegoś, co nazwałem Partią Odnowy wygłasza płomienne przemówienie na rzecz prawa do swobodnej aborcji do trzeciego roku życia, argumentując, że to naprawdę jest okropne, by zmuszać Bogu ducha winnych ludzi na progu kariery, by zarywali noce, lub nie mogli sobie spokojnie obejrzeć meczu w telewizji, bo muszą się użerać z niegrzecznym dzieckiem.
Dlaczego wymyśliłem tę granicę trzech lat? Trochę dlatego, że wydawało mi się, że to zrobi większe wrażenie, niż, powiedzmy, trzy miesiące. W końcu, pomyślałem, jest to bardzo mało prawdopodobne, ale, kto wie, może gdzieś są jednak ludzie, którzy uważają, że trzy miesiące, to nic takiego. No a poza tym, ta upiorna debata z mojej wyobraźni miała mieć miejsce w roku 2013 i sobie pomyślałem – jak mówię, kiedy pierwszy raz pisałem tamten tekst, to było jeszcze długo, długo przed jakimkolwiek blogowaniem, a ja byłem naprawdę wzruszony – że te trzy miesiące nadejdą znacznie wcześniej, natomiast rok 2013 przyniesie nowe wyzwania. Właśnie takie.
I oto okazuje się, że świat przyspieszył znacznie bardziej, niż można się było tego spodziewać, a ja, nie pierwszy zresztą już raz, okazałem się fatalnie do tego, by w nim żyć, nieprzygotowany. Bo nagle widzimy z całym okrucieństwem chwili, że mamy dopiero rok 2012, a tu nie dość że nie ma mowy o trzech miesiącach, to już nawet te trzy lata uciekły, zanim się w ogóle pojawiły.
Doszła do nas wczoraj informacja – nie jakaś bardzo głośna i spektakularna, ale skromnie przyczajona, jakby wciąż w oczekiwaniu na lepszy moment, by zabłysnąć pełnią swej szarości – że dwoje włoskich doktorów, Alberto Giubilini i Francesca Minerva opublikowało w fachowym piśmie „Journal of Medical Ethics” pracę naukową poświęconą czemuś, co zostało przez nich nazwane „aborcją poporodową”. Właśnie tak. Chodzi o aborcję, którą można będzie przeprowadzić na dzieciach, które już przyszły na świat, że tak powiem, formalnie. Oni zresztą sami w swojej pracy używają tego pojęcia dość często. Że coś jest formalne, lub nieformalne, faktyczne, potencjalne.
Miałem okazję przeczytać cały ten tekst w wersji oryginalnej. Wbrew temu, co się gdzieniegdzie mówi, i co sami autorzy obecnie chętnie podkreślają, nie są to jakieś teoretyczne dywagacje, czy luźne rozważania. Jest to klasyczna praca naukowa, przedstawiona w najbardziej klasyczny dla takich prac sposób, niosąca ze sobą cały bagaż wszystkich tych środków ekspresji, tak charakterystycznych dla czegoś, co w magazynie takim jak „Medical Journal of Ethics” się zwykle może ukazywać. Nie będę przedstawiał treści całego tego wystąpienia, ale ograniczę się do tytułu, do samego jego początku, czyli czegoś, co się fachowo nazywa „streszczeniem”, i tego, co zostało powiedziane na sam koniec, a więc „konkluzji”. Kto ma głowę na karku, środka domyśli się bez problemu.
A zatem, tytuł pracy naukowej Giubiliniego i Minervy, brzmi jak następuje: „Aborcja poporodowa: czemu dziecko miałoby zyć?” No i teraz owo streszczenie:
„Prawo do aborcji jest w dużym stopniu akceptowane nawet z przyczyn w żaden sposób nie związanych ze zdrowiem płodu. Wykazując, że (1) zarówno płód jak i noworodek nie posiadają tego samego moralnego statusu, co osoby istniejące faktyczne, (2) fakt iż oba te byty są potencjalnymi osobami jest z moralnego punktu widzenia nieistotny, i że (3) możliwość adopcji nie zawsze leży w najlepszym interesie osób istniejących faktycznie, autorzy niniejszej pracy dowodzą, że to co nazywamy ‘aborcją poporodową’, a więc zabicie noworodka, powinno być prawnie dopuszczalne w tych samych sytuacjach, w których dopuszczalna jest aborcja tradycyjna, włącznie z przypadkami, gdzie noworodek nie jest uszkodzony.”
Teraz już mamy cały długi tekst pracy obu naukowców, a na końcu, jest wspomniana wcześniej konkluzja:
„W przypadku gdy kryteria takie jak koszta (społeczne, psychologiczne, ekonomiczne), jakie będą musieli ponosić potencjalni rodzice, stanowią wystarczający powód do przeprowadzania aborcji nawet w przypadku zdrowego płodu, jeśli moralny status noworodka sugeruje brak zmiany tego statusu w okresie późniejszym, i jeśli ani jedno ani drugie nie przedstawia jakiejkolwiek moralnej wartości, która mogłaby wynikać z bycia potencjalną osobą, wówczas te same powody, które usprawiedliwiają przeprowadzenie tradycyjnej aborcji winny usprawiedliwiać zabicie potencjalnej osoby, gdy znajduje się ona w fazie wstępnej.
Należy przy tym dodać dwie uwagi. Przede wszystkim, nie proponujemy tu jakichkolwiek ograniczeń odnośnie wieku, w którym aborcja poporodowa może być dopuszczalna, ale też nie sądzimy, by lekarze nie byli w stanie w ciągu kilku dni wykryć u dziecka odpowiednich wad. Również nie sugerujemy wprowadzenia jakiejkolwiek granicy czasowej w przypadkach, gdy pojawi się potrzeba przeprowadzenia aborcji poporodowej ze względów pozamedycznych, jako że sytuacja w dużym stopniu zależy od neurologicznego rozwoju noworodka, a ocena owej sytuacji należeć już będzie do lekarzy neurologów i psychologów.
Po drugie, nie twierdzimy, że aborcja poporodowa stanowi dobrą alternatywę dla aborcji tradycyjnej. Zarówno z przyczyn psychologicznych jak i fizycznych, najlepszym rozwiązaniem wciąż pozostaje aborcja tradycyjna. Niemniej jednak, jeśli choroba nie została wykryta podczas ciąży, lub gdy doszło do jakiegokolwiek uszkodzenia podczas porodu, czy też jeśli ekonomiczne, społeczne, czy psychologiczne okoliczności w życiu potencjalnych rodziców ulegną zmianie do tego stopnia, że opieka nad potomstwem może się dla nich stać obciążeniem nie do zniesienia, nie należy zmuszać człowieka do poświęceń, na które go nie stać”.
A więc, jak widzimy, czas płynie szybciej, niż niektórym z nas się wydawało. Prawne ograniczenia są już niepotrzebne. Wystarczy jeden dobry psycholog.
Cóż więcej? Cóż więcej?
Może tylko to, że informację o tym co się stało, znalazłem w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej”. I od razu muszę zapowiedzieć, że jeśli ktoś liczy na to, że znajdzie tam jakiś szczególny zachwyt nad propozycją pana Giubiliniego i pani Minervy, to się zawiedzie. Autorzy informacji robią wrażenie wstrząśniętych. Trochę. Natomiast to co jest naprawdę ciekawe, to fakt, że niemal połowa tekstu w „Wyborczej” poświęcona jest na opis przykrości, jakie autorzy pracy o prawnej dopuszczalności zabijania niewinnych osób, dziś kiedy już sprawa stała się publiczna, cierpią. Podobno dochodzi do tego, że do pani Minervy przychodzą teraz maile – ona nieopatrznie podała swoje namiary – w których, jak to określa „Gazeta Wyborcza”, różnego rodzaju „fanatycy”, grożą jej tym, że jak ona kiedyś umrze, to „spotka ją kara boska i będzie się smażyć w piekle”, i to sprawia, że czas, który dziś pani Minerva musi przeżywać, to dla niej „najgorsze dni w życiu”.
I to jest wiadomość rzeczywiście okropna. Zwracam się więc z apelem, gdyby ktoś chciał panią Minervę pocieszyć, że z tym piekłem to bujda na kółkach, i że jest tylko niebo, niech pisze do niej na adres: francesca.minerva@unimelb.edu.au
Na koniec dwie uwagi techniczne. Po pierwsze. Tłumaczenie fragmentu tekstu Alberto Giubiliniego i Franceski Minervy należy do mnie, ale jak kto chce, może je wykorzystać. Pod jednym warunkiem. Proszę pod spodem podać adres tego bloga – www.toyah.pl
A jeśli ktoś ma jakąś luźną gotówkę, bardzo proszę wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. No i jest oczywiście jeszcze książka, ale tu już, jak się obawiam, możliwości się wyczerpały. Dziękuję.