Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Olszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Olszewski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2025

Nienawiść

      Ile razy – a momentów tych od wielu lat jest wiele – w publicznej debacie pojawia się słowo „nienawiść”, a wraz z nim całkiem oczywista kwestia, kto, kiedy i w jakim celu owo kompletnie puste pojęcie wymyślił, ja przynajmniej sięgam pamięcią do roku 1992, kiedy to rząd premiera Olszewskiego postanowił ujawnić listę byłych agentów komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, z Lechem Wałęsą na czele. Z tego co pamiętam – a pamięć tu mnie chyba jednak nie zawodzi – to wtedy właśnie, w dniach poprzedzających ową straszną noc, ale też przez dłuższy czas później, słowo to było odmieniane we wszystkich przypadkach i w przeróżnych kontekstach, każdego dnia od rana do nocy. Pamiętam okładki gazet, kolorowych magazynów, ale też pojawiających się jak grzyby po deszczu książek, prezentujących karykaturalnie wykrzywione twarze Jana Olszewskiego na zmianę z Antonim Macierewiczem i wytłuszczone czarnym drukiem owo słowo: „nienawiść”. Ale też pamiętam pierwszą stronę tamtego wydania „Gazety Wyborczej” z wierszem Wisławy Szymborskiej pod tym właśnie tytułem – Nienawiść.

       Osobiście nigdy wcześniej, ani też – i może tym bardziej – nigdy później osobą i twórczością Szymborskiej się nie interesowałem, a oceniając ją po przeczytanych fragmentach jej wierszy, nie traktowałem jak ani jako poetkę, choćby i zaledwie kiepską. Co więcej, po tym jak  dowiedziałem się czegoś więcej o jej publicznej działalności i osobistej postawie w latach PRL-u, to Szymborska pozostawała dla mnie już tylko upadłą alkoholiczką i wariatką. I pewnie dziś bym nie wspominał o niej, a tym bardziej o tym jej głupim wierszu, gdyby nie to, że parę dni temu pewien mój znajomy z Facebooka opublikował go, sugerując jednocześnie, że po raz pierwszy o nim usłyszał. W pierwszej chwili wyjaśniłem owemu koledze, w jakim kontekście ów wiersz się w ogóle pojawił, wyrażając podejrzenie, że został on przez Szymborską napisany na kolanie na zamówienie Michnika i pewnie bym już do sprawy nie wracał gdyby nie to, że postanowiłem dla pewności sprawdzić, kiedy on faktycznie został napisany i czy rzeczywiście dniach czerwcowego zamachu. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało mi się, że owej daty już nigdzie nie znajdę, niemal rzutem na taśmę postanowiłem zapytać ostatnio coraz bardziej rozrywaną sztuczną inteligencję i uzyskałem odpowiedź, że Szymborska napisała go... w roku 1948.

      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wchodzę na bardzo cienki lód, ale skoro ten tekst ma faktycznie powstać, to nie mam wyjścia. Musimy go przeczytać, bo bez tego nic nie zrozumiemy. Bardzo proszę.

 

Spójrzcie, jak wciąż sprawna,

Jak dobrze się trzyma

w naszym stuleciu nienawiść.

Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.

Starsza i młodsza od nich równocześnie.

Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.

Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Religia nie religia -

byle przyklęknąć na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna -

byle się zerwać do biegu.

Niezła i sprawiedliwość na początek.

Potem już pędzi sama.

Nienawiść. Nienawiść.

Twarz jej wykrzywia grymas

ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia -

cherlawe i ślamazarne.

Od kiedy to braterstwo

może liczyć na tłumy?

Współczucie czy kiedykolwiek

pierwsze dobiło do mety?

Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.

Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.

Ile stronic historii ponumerowała.

Ila dywanów z ludzi porozpościerała

na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:

potrafi tworzyć piękno.

Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.

Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.

Trudno odmówić patosu ruinom

i rubasznego humoru

krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu

między łoskotem a ciszą,

między czerwoną krwią a białym śniegiem.

A nade wszystko nigdy jej nie nudzi

motyw schludnego oprawcy

nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.

Jeżeli musi poczekać, poczeka.

Mówią, że ślepa. Ślepa?

Ma bystre oczy snajpera

i śmiało patrzy w przyszłość

- ona jedna.

 

      I proszę bardzo spojrzeć teraz na to, w jakiej sytuacji jesteśmy. Mamy oto czerwiec roku 1992, w propagandzie Systemu owa „nienawiść” krąży jak psychopatyczny morderca z siekierą w dłoniach i wszystkim nam się wydaje, że to co widzimy to wynik poetyckiego talentu i społecznej wrażliwości Wisławy Szymborskiej, a tu tymczasem wygląda na to, że tu w ogóle nie chodziło ani o Olszewskiego, ani Macierewicza, ani braci Kaczyńskich, ani w ogóle ówczesnej postkomunistycznej rzeczywistości, ale o rok 1948. A skoro tak, to ja już bym tylko chciał wiedzieć, o jakiej nienawiści napisała Wisława Szymborska w tamtym strasznym czasie, gdy Polska i Polacy byli terroryzowani, dręczeni i mordowani przez Związek Sowiecki i jego agentów. Jaką nienawiść ona miała na myśli, kierowaną przez kogo i przeciwko komu? Przeciwko Niemcom, sowieckim okupantom, żydowskim funkcjonariuszom z lokalnych urzędów bezpieczeństwa, czy może przeciwko polskim patriotom, którzy nie mogli się pogodzić z tym co jedni, drudzy i trzeci zrobili i nadal robią ich Ojczyźnie?

     I to jest moim zdaniem bardzo ciekawa, choć chyba nadzwyczaj prosta do rozwiązania zagadka. Ale to co w tym jest zdecydowanie jeszcze ciekawsze, to fakt, że „nienawiść” jako niemal podstawa postkomunistycznej propagandy lat 90. ubiegłego wieku, ale też świetnie sobie radząca w latach późniejszych i wciąż bardzo aktywna, została przejęta bezpośrednio ze stalinowskiego języka lat 40. i 50. Wygląda na to zatem, że choć od roku 1948 niedługo już upłynie 80 lat, wróg jest zawsze ten sam, a więc polskie państwo i polski naród, ale też ten sam napastnik – Niemiec, Rosjanin i...  Stefan Michnik, ten ostatni zaledwie jako symbol czegoś równie strasznego.



 

poniedziałek, 18 lutego 2019

Za co szanujemy pamięć premiera Jana Olszewskiego


     Odczekałem jak Pan Bóg przykazał jeden dzień od czasu gdy zakończyła się oficjalna żałoba po śmierci premiera Jana Olszewskiego i korzystając z okazji, że moja żona już śpi, a tym samym straciła z oka swój laptop, pomyślałem, że może uda mi się napisać parę dodatkowych słów refleksji na temat osoby, służby, oraz historycznego znaczenia zmarłego Premiera. Otóż pierwsza rzecz, jaką muszę – a w tej chwili, jak sądzę, już mogę – powiedzieć, jest to, że wbrew słowom Antoniego Macierewicza, Jan Olszewski nie dość że nie był najwybitniejszym polskim politykiem ostatnich dziesięcioleci, to w ogóle jako polityk okazał się kimś zwyczajnie przeciętnym. Przyznaję, że Jan Olszewski to człowiek porządny, dobry i uczciwy, natomiast, muszę to powtórzyć, jako polityk od początku do końca swojej publicznej działalności pozostał ani lepszym, ani gorszym od całego szeregu osób, które gdzieś tam szukały swojej szansy i jeśli ją choć na chwilę znalazły, to wyłącznie dzięki wsparciu tych, którzy okazali się od niego zdolniejsi. W tym wypadku, Jarosława Kaczyńskiego. Ja oczywiście pamiętam czas, kiedy Porozumienie Centrum zostało przez Służby rozbite w pył, Jarosław wycofał swoje nazwisko z list wyborczych AWS-u i znalazł się na granicy kompletnej anihilacji, a nie kto inny jak Jan Olszewski go przygarnął, niemniej jednak w ostatecznym rozrachunku to nie Jarosław Kaczyński zawdzięcza Olszewskiemu swoją dzisiejszą pozycję, tylko Olszewski jest dziś na ustach całej Polski dzięki temu, że Lech Kaczyński w pewnym momencie uznał go za bezdyskusyjną wartość. Bez tego, dziś o Janie Olszewskim wspominano by jedynie z okazji minuty ciszy podczas kolejnego posiedzenia Sejmu.
      A mimo to, nie można zaprzeczyć, że Jan Olszewski to w pewnym sensie postać dla współczesnej polskiej historii pierwszoplanowa, jednak paradoksalnie nie dzięki jakiemuś wielkiemu sukcesowi, bo takich nie odnotował, ale prawdziwie dramatycznej porażce, którą przyszło nam nazywać Nocną Zmianą. To wtedy właśnie, zapewne całkowicie wbrew swoim intencjom, a wręcz dzięki do dziś do końca niezbadanym intencjom Janusza Korwina-Mikke, pozwolił Jan Olszewski nam, zewnętrznym obserwatorom, uzyskać już na zawsze wiedzę, kto jest kim. I dzięki tej wiedzy, potrafimy się dziś tak dobrze poruszać w tej okropnej politycznej plątaninie.
      Oto zaledwie jeden z wielu przykładów. Oglądałem w telewizji transmisję z pogrzebu zmarłego Premiera i w tłumie osób kłąbiących się przy grobie zobaczyłem charakterystyczną czapkę, a pod nią twarz Adama Słomki, i proszę sobie wyobrazić, że mimo obecności mojej wnuczki w tym momencie zakrzyknąłem: „A cóż ten skurwysyn tu robi?” Gdyby ktoś nie wiedział, skąd to wzburzenie, pozwolę sobie przypomnieć fragment sejmowego wystąpienia wspomnianego Słomki z pamiętnego czerwca 1992 roku:
      „W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Słuzby Bezpieczeństwa [...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu -
[...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną... Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto”.
      To jest Adam Słomka, ten który dziś próbuje się dopchać do rodziny Jana Olszewskiego, tak by kamery zechciały go w tym tłumie rozpoznać, natomiast w tym samym czasie jego ówczesny partyjny kolega Krzysztof Król pisze na Twitterze następujące słowa:
     „W dniu pogrzebu Jana Olszewskiego odtworzyła się koalicja, która uratowała Polskę przed Kaczyńskimi i Macierewiczem w 1992 roku. Wtedy wygraliśmy 273:119. Powtórzymy ten wynik”.
     A więc to możemy z czystym sumieniem powtórzyć: Jan Olszewski, człowiek, dobry, uczciwy i porządny, tak samo jak zasłużył się dla Polski swoim pięknym przykładem właśnie owej porządności, tak samo pozwolił nam poznać prawdę o tych, którzy nas otaczają, życząc nam jedynie śmierci. I choćby za to mu wieczna chwała.
      Ale jest jeszcze coś, dla mnie akurat o bardzo niewielkim znaczeniu, natomiast być może istotne dla tych, którzy dziś, wspominając Jana Olszewskiego, odmieniają na wszelkie sposoby słowo „socjalizm”. Próbowałem odnaleźć choćby małą wzmiankę na ten temat w Sieci, jednak bez efektu. Ja sam jednak doskonale pamiętam, jak właśnie w tamtym czasie, kiedy mieliśmy szczęście żyć w czasach gdy Jan Olszewski był premierem polskiego rządu, ja, jako drobny przedsiębiorca, przez jeden krótki rok płaciłem podatek w wysokości 7 procent. Nie musiałem przy tym prowadzić książki podatkowej, nie musiałem składać deklaracji PIT, wystarczyło, że raz na miesiąc zaszedłem do Urzędu Skarbowego, powiedziałem ile przez ten miesiąc zarobiłem, wpłaciłem odpowiednią sumę do kasy i wróciłem do domu. Nie musiałem w tym czasie zbierać żadnych faktur, odliczać jakichś bezsensownych kosztów, bo to akurat nie było nikomu potrzebne. 7 procent i kropka. To jest coś, co Jan Olszewski zrobił w te niecałe pół roku, a z czym męczą się kolejne rządy do dziś.
     I jestem pewien, że to jest jeszcze jedna rzecz, dzięki której on dziś jest w objęciach Pana. Mimo, że, jak mówią – mason.

      


sobota, 16 lutego 2019

O premierze, który otworzył mi oczy

      Jeszcze raz dziękuję wszystkim za cierpliwość i jednocześnie proszę o wybaczenie mi przeciągającej się ponad miarę nieobecności. Dobra jednak wiadomość jest taka, że już pojutrze będę miał komputer i wtedy wszystko postaram się nadrobić.  Dziś natomiast, dzięki uprzejmości żony, która bardzo źle znosi dzielenie się z kimkolwiek swoim laptopem, a już zwłaszcza za mną, a już zwłaszcza wtedy gdy chodzi o pisanie bloga, który jej zdaniem stanowi moją starczą fanaberię, chciałem podzielić się paroma refleksjami związanymi z odejściem śp. Jana Olszewskiego.
      Kiedy piszę ten tekst, trwają niezwykle piękne uroczystości pogrzebowe, o Zmarłym mówi właśnie ksiądz biskup Dydycz, a ja wspominam czerwiec roku 1992, pożegnalne wystąpienie Premiera przed dramatycznie skorumpowanym Sejmem i jego słowa o tym, jak wyjdzie na ulice Warszawy i będzie mógł bez wstydu spojrzeć w oczy mijanym ludziom. Niedawno syn mój przypomniał, że on do dziś pamięta, jak miał zaledwie 10 lat i ja mu pokazałem to wystąpienie, i jak bardzo ono go wówczas wzruszyło. A ja pamiętam swoje własne wzruszenie, kiedy słuchałem tamtych słów, i niemal pewność, że nie ma tak twardych serc, które by nie uległy ich sile, i już po chwili tę bolesną świadomość, jak bardzo się okazałem naiwny. Dla mnie więc Jan Olszewski to przede wszystkim ktoś, kto mi pokazał, jak bardzo te serca potrafią być zimne.
     Mija okres dwudniowych uroczystości i uważam, że tu wszystko było bardzo dobre, włącznie z zapowiedzią, że w Warszawie stanie pomnik Premiera. Wszystko było bardzo dobre.
     Niech spoczywa w pokoju.

wtorek, 5 stycznia 2010

Panie Leski, pan się nie boi!

Od pewnego czasu, wśród blogujących w Salonie 24 publicystów bryluje znany nam skądinąd Waldemar Pawlak. Pisząc ‘bryluje’ mam na myśli zarówno samą ekspozycję bloga byłego premiera, jak i intensywność, z jaką publikuje on swoje teksty. Oczywiście zdaję sobie sprawę, podobnie zresztą jak większość sensownie myślących komentatorów, że czarną robotę za Pawlaka wykonuje ktoś umyślny, któremu Pawlak wyłącznie zleca tematy i – być może ewentualnie – przeprowadza pierwszą, pobieżną cenzurę. Nie zmienia to jednak faktu, że blog Waldemara Pawlaka w Salonie 24 świeci jak betlejemska nie przymierzając gwiazda. Wspomniałem o tym dość niezwykłym, ze względu na samą osobę blogera i samą merytoryczną zawartość wpisów, zjawisku przy okazji poprzedniego tekstu, jednak bardziej z chęci zwrócenia uwagi na niezrozumiałą dla mnie pawlakową siłę przyciągania, jakiej niektórzy ulegli, niż z jakiegokolwiek innego. W końcu, ja tu się mogę zajmować wszystkim, ale fikcją jednak dopiero na samym końcu.
Czemu zatem dziś, jak wszystko na to wskazuje, poszło aż tak bardzo o Pawlaka? Otóż muszę już tu wyprowadzić ewentualnych czytelników z błędu. To wszystko pozory. Nie tyle poszło o Pawlaka co o Krzysztofa Leskiego. O Pawlaka – mimo wszystko – pójść nie mogło, natomiast o Leskiego, jak najbardziej. Nie mogło pójść o Pawlaka, ani gdyby Pawlak (czy jego pisarz) napisał tekst tylko o czerwcu 1992, ale ani nawet gdyby przedstawił nam wykonany osobiście przez siebie psychologiczny portret Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza i Kazimierza Staszewskiego na przyczepkę. Poszło o Leskiego z tego prostego powodu, że właśnie on, jako jeden z pierwszych wielkich, dał się zainspirować salonowej krucjacie Waldemara Pawlaka, a na dodatek o tej inspiracji poinformował nas w sposób możliwie najbardziej przykry.
Zaczęło się jednak od Pawlaka. Pawlak – czując prawdopodobnie, że Salon24 to takie miejsce, gdzie, jeśli on szybko sprawy jakoś nie wyjaśni, ten czerwiec będzie mu tu bardzo przeszkadzał – zainspirował umieszczenie na swoim blogu wpisu, w którym zostało powiedziane, że rząd Olszewskiego był słaby, nieudolny, a przede wszystkim mniejszościowy i musiał upaść. Że Pawlak, wówczas młody i nie do końca okrzesany polityk, zobaczył to gówno leżące przy drodze i tylko się schylił. Że każdy przecież by tak zrobił i że jeśli ktoś czuje nostalgię za pierwszym polskim rządem nowej RP, to pretensje niech kieruje gdzie indziej, zamiast do prostego, choć zdolnego i ambitnego strażaka. Ja, ze względów, które tu już wyłuszczałem, bym tego nie robił, ale na te bezczelne mądrości, oburzyło się mnóstwo komentatorów, którzy – mówiąc oględnie – dali Pawlakowi do zrozumienia, że ma się natychmiast zamknąć i nie kalać pewnych nazwisk swoimi refleksjami. I wtedy stało się coś dla mnie niezwykłego i do dziś nie do końca zrozumiałego. Na te komentarze zareagował Krzysztof Leski i poinformował komentatorów oburzonych wybrykiem Pawlaka, że Pawlak jak najbardziej ma rację. Że rząd Olszewskiego był rzeczywiście beznadziejny, słaby i mniejszościowy, a tym samym lepsza też nie mogła być uchwała lustracyjna , którą Olszewski zgodził się wykonać. A zatem Pawlak gada dobrze i to prawicowi komentatorzy powinni się zamknąć, a nie szanowny pan premier. Na to, w ten sposób potraktowani komentatorzy, zostawili Pawlaka i zabrali się za samego już Leskiego i powiedzieli mu, że jego obrona Pawlaka jest niegodna i to on powinien się zamknąć. Efekt na dziś mamy taki, że Leski stoi w środku tego piekielnego kręgu, oburzony, porażony, rozczarowany, i widzi jak nigdy dotąd, że „z salonową większością” nie da się rozmawiać.
To moje wyjaśnienie tłumaczy wiele, ale jednak nie wszystko. Chciałbym bowiem wiedzieć, czemu Leski po pierwsze czytał tak zwany tekst Pawlaka, czemu czytał umieszczone pod tym wpisem komentarze, i wreszcie, czemu trzy kolejne swoje wpisy poświęcił problemowi Pawlaka, czerwca 1992 i emocjom, jakie te dwie kwestie budzą w sercach dobrych ludzi. Najprostsza odpowiedź byłaby taka, że jego zainteresowało – tak jak człowieka interesują różne rzeczy – co Pawlak (lub nawet jego asystent) ma do powiedzenia na temat tamtych wydarzeń, przeczytał, krzyknął „Racja!”, a później już tylko chciał nam wszystkim powiedzieć, żeby się odp…. lić od Premiera. I tyle. Po co? Nieważne. Chciał, więc powiedział. Mamy demokrację, zwłaszcza tu w Salonie, więc każdy gada co chce. Jest jednak pewien szkopuł. Żeby udowodnić, że premier Olszewski był premierem beznadziejnym, a jego rząd jeszcze gorszy, i to jeszcze by udowodnić to w sposób wręcz koronny, Leski bierze na świadka samego Jana Olszewskiego. A co mówi Olszewski? To mianowicie, co każdy normalny obserwator wie od roku 1992. Czyli że mianowicie uchwała Sejmu była dla rządu bardzo poważnym kłopotem i jej wykonanie stanowiło w gruncie rzeczy akt samobójczy.
I wtedy dochodzi do prawdziwej eksplozji. Otóż dla Leskiego w tym momencie sprawa jest jasna. Rząd Olszewskiego był mniejszościowy, słaby i głupi, bo przecież był, a w dodatku zrealizował uchwałę Sejmu, słabą i głupią, więc nie ma się co dziwić, że demokracja sobie z czymś takim bez najmniejszego problemu poradziła. A poradziła sobie absolutnie w zgodzie z prawem i zasadami. Leski nawet pięknie wytłuszcza te myśl, tworząc takie przesłanie swojego rozumu i serca: „To się nazywa demokracja parlamentarna, a słynne słowa ‘Policzmy głosy’ są po prostu jej esencją”
Otóż ja świetnie pamiętam to co się w Polsce stało przed ponad siedemnastoma już laty. Pamiętam to tak dobrze, że czasem mam wrażenie, że wciąż jeszcze czuję nawet ten zapach. Ale chętnie przyznam, że to tylko moje emocje, a więc coś co z punktu widzenia wrażliwości Waldemara Pawlak, czy Krzysztofa Leskiego jest kompletnie nieistotne. Ale nawet w tej sytuacji jestem w stanie zwrócić się do Krzysztofa Leskiego z czymś jak najbardziej rzeczywistym. A mianowicie z tą samą opinią Olszewskiego, którą on zechciał przypomnieć na swoją obronę:
„[Uchwała lustracyjna Sejmu była] spektakularnie kompromitująca (...) fatalna w swej konstrukcji i o nieracjonalnej formule (...) Trudno sobie wyobrazić inspirowanie przez nas uchwały o treści tak zupełnie idiotycznej (...) W takiej formie wykonać lustracji nie było można (...) Gdyby inspiratorem tej uchwały był sam Macierewicz, to bym powiedział, że po prostu był samobójcą (...) To naprawdę była uchwała bardzo niewygodna w tym momencie dla rządu.”
Potwierdzam. Olszewski tak powiedział. I to wielokrotnie. Powiedział zresztą wiele różnych jeszcze rzeczy. Na przykład w książce Olszewski – Przerwana premiera, oprócz przyznania, że uchwała była zła, mówi jeszcze dwie rzeczy, o których Leski już jednak nie tak chętnie wspomina. Jedna to ta, że zdaniem Olszewskiego – tu wyrażonym bezpośrednio – wykonać uchwałę trzeba było i nie było innego wyjścia („O odmowie wykonania przez rząd uchwały sejmu w ogóle nie może być mowy, chyba że będzie to uchwała o wycieczce na księżyc”). Druga z kolei to taka – tu może bardziej w formie sugestii, a nie bezpośredniej informacji – że przyjęcie uchwały przez Sejm – „w ogóle bez dyskusji” i to w dodatku „znaczną większością głosów” – stanowiło faktyczny początek wielkiej prowokacji skierowanej na obalenie jego rządu. Olszewski twierdzi, że wystąpienie Korwina Mikke było dla niego kompletnym zaskoczeniem, a tym bardziej zaskoczeniem był kształt uchwały. I teraz sobie myślę, że jeśli dla Krzysztofa Leskiego opinia Olszewskiego na temat jakości samej ustawy jest tak cennym świadectwem, by mógł z radosnym i szczerym sercem głosić opinie takie jak te choćby wyrażone tylko w samych tytułach wpisów („Jaki koniec, taki początek”, „Lustracyjny wstyd 1992”), to może jednak zechciałby na sam koniec napisać jeszcze jeden tekst, tym razem już może odrobinę poważniej analizujący kwestię tego, co się działo wiosną 1992 roku w Polsce, niż na poziomie prostej informacji, że mieliśmy wtedy do czynienia z tak zwaną „demokracją parlamentarną, a słynne słowa ‘Policzmy głosy’ były po prostu jej esencją”.
Jeśli Krzysztof Leski nie wie, jak się za to zabrać, to mogę mu udzielić życzliwej porady. Niech zacznie od Korwina Mikke. Albo od momentu, w którym Korwin Mikke zdecydował, że wystąpi z tą swoją uchwałą. Albo może jeszcze wcześniej. Może od momentu, kiedy Korwin Mikke nie wiedział jeszcze, jaką historyczną rolę mu gdzieś napisano. Albo w ogóle, najlepiej będzie, jeśli Krzysztof Leski, pisząc swój – poważny tym razem – tekst, sięgnie końca roku 1991, kiedy to Polska dokonała takiego a nie innego politycznego wyboru i co dla Polski – całej Polski, włącznie z jej najbardziej egzotycznymi zakamarkami – mogło to oznaczać. A skończy na scenie, kiedy to Olszewski z Macierewiczem siedzą sami gdzieś w jakimś gabinecie, patrzą z przerażeniem najpierw na tę korwinowską uchwałę, następnie sobie w oczy i któryś z nich mówi: „No to już po nas”. I niech nie wygaduje farmazonów w postaci sugestii, że można było tę sejmową uchwałę zlekceważyć. Dopiero bowiem od dwóch lat mamy w Polsce taki standard, że rządowi wolno wszystko.
A zatem, jeśli Krzysztofowi Leskiemu rzeczywiście zależy, by się jakoś przysłużyć wyjaśnieniu jednej z największych zagadek współczesnej Polski, niech się zajmie prawdziwymi przyczynami tego co się stało w czerwcu 1992 roku i lewymi interesami, które za tymi przyczynami stały, a nie jakimś Pawlakiem, czyli narzędziem i jakimś – choćby nieudolnym nawet – rządem, czyli ofiarą.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...