Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służba zdrowia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służba zdrowia. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2019

Czy heteroseksualni faceci tatuują sobie jajka?


        Nie będę teraz sprawdzał, czy robię to po każdym swoim powrocie z rodzinnej wsi, ale nie zdziwiłbym się gdyby tak własnie było. Rzecz w tym, że moje tam wyprawy wiążą się niezmiennie ze spotkaniem z moim kuzynem, bardzo wybitnym i doświadczonym lekarzem, a skoro tak, to jednocześnie z taką czy inną ciekawostką związaną bardziej lub mniej bezpośrednio ze służbą zdrowia. Niektórzy pewnie wciąż pamiętają tekst sprzed lat, w którym podzieliłem się informacją uzyskaną od mojego kuzyna właśnie, że dzisiejsza debata na temat prawnej ochrony życia poczętego jest praktycznie pozbawiona sensu, jako że kobieta która pragnie przerwać ciążę, może to zrobić bez najmniejszego problemu, zażywając dwie, lub trzy tabletki na wrzody żołądka, gdzie wśród działań nieporządanych, jest jedno jak najbardziej porządane, czyli poronienie. Pisałem o tym, a dziś przypominam tylko dlatego, że, moim zdaniem, przypominania nigdy za dużo.
       Spotkałem się z moim kuzynem i tym razem powiedział mi on dwie nowe rzeczy, które zrobiły na mnie wrażenie. Otóż przez to, że on jest jeszcze straszy ode mnie, od dłuższego czasu nie marzy już o niczym innym jak pełnej emeryturze, zwłaszcza że różnica pokoleniowa między nim, a jego pacjentkami jest dziś tak wielka, że on już z trudem daje radę. O ile kiedyś wszystko mieściło się w pewnych tradycyjnych ramach, a jeszcze te kobiety były na tyle zwyczajne, że można było sobie nawet z nimi wesoło pogadać, to dziś w większości są to młode dziewczyny, które zgłaszają się z jakimiś nieprawdopodobnie ciężkimi powracającymi infekcjami spowodowanymi przez tatuaże oraz różnego rodzaju ozdoby umieszczane w miejscach skrajnie intymnych. No i, jak mi mówi, już w tej chwili dla niego, człowieka już wkrótce 70-letniego, ta praca jest już wyłącznie psychiczną udręką.
       Druga rzecz, o jakiej mi opowiedział mój kuzyn to to, że gdy chodzi o dzisiejszy stan służby zdrowia, całe to gadanie o braku lekarstw to od początku do końca kłamstwo, natomiast faktem jest, że lekarzy jest zdecydowanie dużo za mało i to jest problem wręcz kosmiczny. Ale to jeszcze nie wszystko. Zdaniem mojego kuzyna, gdy on patrzy na młodych lekarzy zatrudnianych w szpitalach, pierwsza jego myśl jest taka, że z nich dwie trzecie nadaje się do natychmiastowego zwolnienia. Oni są w większości tak niekompetentni, tak głupi i tak nieodpowiedzialni, że przy tym tempie degeneracji zawodu i w sytuacji gdzie już niedługo lekarzy będzie się brało prosto z ulicy, pozostaje już tylko modlitwa.
       Pomyślałem sobie, że wspomnę o tym swoim walkacyjnym spotkaniu z dwóch powodów. Przede wszystkim, chyba wczoraj znalazłem na Twitterze komentarz pewnego młodego geja, studentna medycyny, który zamieścił dwa swoje zdjęcia, jedno w lekarskim kitlu, a drugie z flagą LGBT i zadał mi pytanie, czy jeśi za pięć lat będę wymagał lekarskiej pomocy, a pod ręką będzie tylko on, to czy zaryzykuję, czy może z pogardą odwrócę sie na pięcie. Napisałem mu, że mam nadzieję, że on skończy te swoje studia jako pierwszej klasy student i znakomity lekarz i że uda mi się trafić akurat na niego.
        Wczoraj też moja córka przyniosła mi inny, również znaleziony na Twitterze komentarz, gdzie pewna pani, również w nawiązaniu do awantury LGBT, pisze, że ona sobie absolutnie nie życzy, by nauczycielem jej dziecka była osoba seksualnie zaburzona, no i owa uwaga w prawicowym internecie wywołała prawdziwy entuzjazm. Porozmawialiśmy sobie z moim dzieckiem na ten temat, a mi nie pozostało nic innego jak się z nim zgodzić, częściowo też przez to, co usłyszałem od mojego kuzyna. Ja bowiem nie życzę sobie, żeby moje dziś już wnuki uczyły kobiety, które tatuują sobie wargi sromowe i wbijają tam sobie kolczyki, ani też ich jak najbardziej heteroseksualni partnerzy, których podnieca wciskanie im do pochwy różnego rodzaju przedmiotów.
        Mało tego. Ja nie życzę sobie, żeby moje wnuki były narażone na kontakt z nauczycielkami, które lubią być przez swoich partnerów biczowane, które od czasu do czasu lubią sobie coś wciągnąć do noska, a przy swoich dzieciach używają słowa „kurwa” tak jakby ono było zaledwie odkaszlnięciem lub westchnieniem, a 1 września będą najprawdopodobniej wirować w radosnym tańcu na ulicach Wolnego Miasta Gdańsk.
         Nie wiem, czy to co piszę jest wystarczająco jasne. Na wszelki wypadek wrócę jeszcze raz do swoich dawnych rozmów z moim kuzynem. Otóż kiedy jeszcze żył znany aborcjonista dr Romuald Dębski, kuzyn mój – tak zwany ginekolog katolicki – poinformował mnie, że ów Dębski, nie mając cienia litości dla dzieci z zespołem Downa, jest jednocześnie znakomitym lekarzem i nadzwyczaj życzliwym i pomocnym kolegą. Dziś wróciliśmy do tamtego tematu i kuzyn mój potwierdził tamte informacje, mówiąc jednocześnie, że brakuje mu Dębskiego, bo już wokół siebie nie ma nikogo, do kogo mógłby się zwrócić o pomoc, czy poradę. A jednocześnie też wspomniał znanego nam z zupełnie innej strony lekarza, dla wielu z nas stanowiącego wręcz symbol walki o życie poczęte, określając go jednym krótkim słowem: „szuja”.
       W sumie, jak się zastanawiam, podoba mi się to słowo. Sam akurat, o ile sobie dobrze przypominam, nie używam go prawie w ogóle. A tu nagle ta „szuja”. I zastanawiam się, czy nie byłoby pożyteczne, gdybyśmy dyskutując nad tym, kto powinien leczyć, uczyć, czy w ogóle w jakikolwiek sposób obsługiwać nasze dzieci czy wnuki, wychodzili z tego założenia, że to przede wszystkim nie powinny być szuje. Reszta jest już wyłącznie kwestią drugorzędną.



środa, 15 listopada 2017

Tym razem bez tytułu

       Wczoraj, po paru miesiącach walki, zmarł mój teść. Odszedł nie cierpiąc, świadomy, że to już koniec, radosny na spotkanie po latach swojej ukochanej żony.
       A ja chciałbym dziś podziękować wspaniałym lekarzom z Oddziałów Neurochirurgii oraz Rehabilitacji Neurologicznej Szpitala Klinicznego w Katowicach – Ligocie za profesjonalną opiekę, za ich wysiłek, za dobrą cierpliwosć i stałą uprzejmość. Dziękuję paniom pielegniarkom i pielęgniarzom zarówno w Klinice, jak i w ośrodku Beta-Med w Chorzowie, wszystkim niezwykle sympatycznym, grzecznym i ofiarnym, za wszystko co zrobili, by te ostatnie dni były dla naszego taty i dziadka naprawdę dobre. Dziękuję też fantastycznym rehabiltantom zarówno z Oddziału Rehabilitacji Neurologicznej, jak i w Beta-Medzie. Na koniec też chciałbym podziękować ratownikom medycznym, z którymi w tym czasie miałem okazję się spotkać parokrotnie i którzy zawsze byli dla nas uprzejmi, profesjonalni i bardzo pomocni.

      Do zobaczenia, Tato. Mam nadzieję, że pozwolą Ci tam oglądać mecze Twojego Górnika Zabrze, no a przede wszystkim  Premier League.

piątek, 18 sierpnia 2017

Starość radość i nie radość

      Miałem plan, by konsekwentnie dociagnąć do końca tygodnia, publikując fragmenty moich książek, by w ten sposób zachęcać do ich kupowania, chodzą mi wciąż jednak po głowie pewne nierozwiązane myśli, więc może zrobię dziś przerwę i o czymś opowiem.
      Otóż w związku z ciężkimi kłopotami ze zdrowiem mojego teścia, od kilku tygodni mam niemal codzienny kontakt ze służbą zdrowia i to wreszcie w wymiarze, jak sądzę, kompletnym. A to oznacza, że chyba po raz pierwszy w życiu zaczynam mieć pojęcie, jak ów system działa nie na poziomie, który każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu poznaje regularnie przy okazji wizyt w miejscowej przychodni, gdzie mamy do czynienia z ludźmi gnuśnymi, głupimi, zdemoralizowanymi, a często zwyczajnie niekompetentnymi, ale tam gdzie ma miejsce walka o życie. I muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Z tego co udało mi się zaobserwować tam gdzie owa walka toczy się niemal na okrągło, tam naprawdę nikt się nie oszczędza, ale też tam właśnie można zrozumieć, gdzie bysmy dziś wszyscy byli, gdyby nie ci, którzy tam są właśnie po to, by się nami zająć, gdy zajdzie taka potrzeba. Przez dwa bite tygodnie, dzień w dzień, obserwowałem życie na Oddziale Neurochirurgii w jednym z katowickich szpitali, patrzyłem na te zarobione po uszy pielęgniarki, na tych lekarzy, a przede wszystkim na tych wszystkich pacjentów z plastrami na swoich biednych, umęczonych głowach i widziałem, jak oni z każdym z owych dni są coraz bardziej przytomni, coraz bardziej sprawni, krotko mówiąc, coraz bardziej wyleczeni. Widziałem ludzi, którzy jednego dnia znajdowali się w stanie niemal wegetatywnym, następnego potrafili rozpoznawać swoich bliskich, by jeszcze kolejnego z nimi zupełnie przytomnie rozmawiać. No i patrzące na to z autentyczną satysfakcją, by nie powiedzieć z radością, pielęgniarki. A więc, oni potrafią leczyć, bardzo często leczą i wydaje mi się, że trzeba to wszystko dopiero zobaczyć z bliska, by sobie to uświadomić. Podobnie jak też uświadomić sobie, że te nasze składki, które często płacilismy całe długie życie, na coś się przydały.
       Jest jednak też coś, co ów obraz rujnuje niemal kompletnie, kiedy zrozumiemy, że cały ów system tak naprawdę jest ograniczony wyłącznie do tej jednej, bezpośredniej interwencji, która niestety stanowi zaledwie drobny fragment owej gehenny, na jaką nas skazuje nasze kruche zdrowie. Co mam na myśli? Otóż z powodów, których tu nie zamierzam omawiać, to wszystko co nas doprowadziło do stanu, gdzie trzeba nas było wyrywać z objęć śmierci, ale też wszystko to, co nas czeka, kiedy już się dowiemy, że możemy wracać do codziennego życia, pozostaje całkowicie nienaruszone i kompletnie bezkarne. Okazuje się bowiem najpierw, że to właśnie owa bezradność systemu w pierwszej kolejności doprowadziła nas do stanu, gdzie już nie było miejsca na żarty, a następnie, ta sama bezradność systemu skazuje nas na to, że prędzej czy później cały ten spektakularny sukces pójdzie w zapomnienie, bo albo tam wrócimy jeszcze starsi i w stanie jeszcze gorszym, niż poprzednio, albo dokończymy żywota zdani na łaskę swoich dzieci, lub jednego z prowadzonych przez siostry zakonne domów opieki. Rzecz bowiem w tym, że wspomniane przeze mnie wcześniej składki tak naprawdę wystarczają wyłącznie na te kilka dni, kiedy decydowało się to, czy uda nam się jeszcze trochę pociągnąć, czy to już będzie koniec. Poza tymi kilkoma dniami, jedyne co nas może uratować to pieniądze i to raczej tych pieniędzy więcej, niż mniej.
       Myślę, że większość z nas zna historię oświadczenia majątkowego Jarosława Kaczyńskiego. Wynika z niego, że on osobistego majątku praktycznie nie ma, natomiast jedyne znaczące zobowiązanie finansowe dotyczy ogromnego długu, jaki zaciągnął na opiekę nad swoją mamą. Z dostępnych publicznie informacji wynika, że Jarosław Kaczyński jest winny paru osobom w sumie 250 tys. złotych, bo tyle właśnie go kosztowało zapewnienie bardzo już starej matce godnej opieki. Przez kilka kolejnych lat słyszeliśmy o tym, że najpierw bracia Kaczyńscy, a następnie już tylko sam Jarosław spędza cały swój wolny czas zajmując się swoją mamą, słyszeliśmy też o tych setkach tysięcy złotych, ale mam wrażenie, że dla wielu z nas wiadomości te stanowiły kompletną abstrakcję, gdzie mamy starszą panią, mamy jej syna, mamy wypisujących recepty lekarzy, może jakieś dochodzące pielęgniarki, no i wszystko to coś tam kosztuje. 250 tysięcy? No a niechby to było 500 tysięcy, czy owych tysięcy zaledwie 50. Jaka to różnica? To i to dużo i dla większości z nas podobnie abstrakcyjne.
       A ja dziś już wiem, dlaczego Jarosław Kaczyński, skoro mu najpewniej bardzo zależało na tym, by jego mama, gdy nie była na tyle poważnie – czy przede wszystkim konkretnie – chora, by trafić do któregoś z lepszych warszawskich szpitali i tam się znaleźć pod najlepszą, finansowaną przez NFZ, opieką najlepszych specjalistów i sympatycznych pielęgniarek, a jednocześnie też nie mogła się sama w żaden już sposób obsłużyć, przeżywała ostatnie lata swojego życia godnie i w miarę szczęśliwie, musiał popaść w tak straszne długi. Otóż proszę sobie wyobrazić, że dziś Polska jest stosunkowo solidnie rozwiniętym krajem, gdzie za pieniądze można kupić naprawdę wiele. Część z nas, kiedy już będziemy bardzo starzy, jeśli tylko będziemy mieli odpowiednio dużą emeryturę, jakoś sobie poradzi. Część zostanie przygarnięta przez kochające dzieci, które pewnie sobie zorganizują życie tak, by nas przez ten ostatni okres w naszym życiu możliwie komfortowo przeprowadzić, pozwalając nam umrzeć we własnym fotelu. Będą jednak i tacy, którzy, nie mogąc, lub nie chcąc się odpowiednio poświecić, wezmą solidny kredyt w którymś z licznych banków i  daję słowo, że za te pieniądze dadzą nam naprawdę wszystko, co tylko sobie zamarzymy, a kto wie, czy nie więcej. Wydaje się, że wspomniane 250 tys. powinno starczyć na jakieś cztery do pięciu lat.
       I to jest, moim zdaniem, wiadomość straszna.


Oczywiście, proszę śmiało kupować książki. Tu. Jutro może wrzucę coś nowego na zachętę. 

piątek, 17 czerwca 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 20

Ostatnie dni mijają mi w towarzystwie tych listów. Czytam je, edytuję, przygotowuję do publikacji… no i przede wszystkim zastanawiam się, jakie intencje kierowały wówczas śp. Zytą Gilowską, kiedy je pisała i do mnie wysyłała. Co ona by mi dziś powiedziała, kiedy po tych wszystkich latach postanowiłem je na tym blogu opublikować. Jak już tu pisałem, mąż Pani Profesor, pan Andrzej Gilowski, ale też syn, Paweł, do pomysłu, by publikować te listy podeszli z wielkim dystansem. Dystans ów był tak wielki, że Coryllus na przykład zrezygnował z ich niemal już pewnej publikacji w najbliższej „polskiej” „Szkole Nawigatorów”. Ja w pewnym momencie z kolei obiecałem, że nie opublikuję tych fragmentów, gdzie pani Zyta pisała o tym, jak to polska służba zdrowia wprowadziła ją na ścieżkę, z której już nie było odwrotu. Jak mówię, czytam te listy, znam je już niemal na pamięć i nagle widzę, że ona je pisała – każdy osobno, jeden po drugim – w nadziei, że ja je opublikuję. Słyszę ten krzyk przeciwko tej części polskiej służby zdrowia, na której łaskę została wydana Zyta Gilowska, i nagle widzę, że to jest ostatni moment, kiedy te jej słowa mogą stać się publiczne. Wycofuję więc swoją obietnicę i wszystko biorę na swoje sumienie. Tym samym też kończę ów szczególny cykl.

Szanowny Panie Krzysztofie!
Wszystkiego najlepszego w Święto Trzech Króli, takie piękne święto.
Nic się nie zmieniło, nadal regularnie Was czytuję (Pana i Coryllusa) i prawie zawsze mam z tego pożytek, a bywa, że po prostu świetnie się bawię. Bardzo serdecznie Panu dziękuję! Przy okazji tej nieszczęsnej słomianej debaty na temat mojego „oberkandydowania” zorientowałam się, że martwi się Pan o mnie i że powinnam dać Panu znać co u mnie się dzieje.
Otóż, walczę. Byłam super zdrowa, ale tylko do 54 roku życia. Potem zachciało mi się operować wrodzoną wadę serca (podobno była to konieczność) i od tej chwili już nigdy do zdrowia nie wróciłam. A to była dość banalna operacja, tyle że pacjent nietypowy. Usiłuje więc wyplątać się z sieci takich błędów medycznych, że tylko „ten który nie przepuszcza żadnej okazji” mógł to namotać. Błędy te zostały popełnione podczas czterech operacji przeprowadzanych w dwóch ośrodkach przez trzy zespoły. Ostatnia próba była dwa lata temu, trwała 9 godzin (planowano 2,5 godziny) i już nikt w Polsce niczego się nie podejmie. Wszyscy się boją i tego pecha i tej mojej żywotności. To fakt. Już parę razy umierałam, ale jakoś zawsze w pobliżu zestawu ratunkowego. To też fakt. Dobre, prawda? Z medycznego punktu widzenia – zestaw numerów nie do uwierzenia. Ja walczę, organizm też, reszta w rękach Opatrzności. Ale jedno jest pewne – kajdany mi nałożone są mechaniczne! Dosłownie – wewnętrzne, metalowe, nieusuwalne. Innych nie ma. Szczegóły są mało komu znane, ponieważ środowisko musiałoby umrzeć ze wstydu, a ja milczę z wielu powodów. Ale widzę, że kuzyni „TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji” mają wręcz nieograniczoną bezczelność i takież pole do działania.
Na dokładkę mąż rozchorował się przy mnie (a nie chorował na nic od wielu lat) i teraz chorujemy solidarnie, coś okropnego. Wszystko jest niestety winą lekarzy, którzy mnie źle zoperowali (a następnie to ukrywali), źle naprawiali (wstawili nieodpowiednie urządzenia, które się zresztą popsuły) oraz źle naprawiali te urządzenia. Nie padłam na miejscu podczas tych zabiegów tylko dlatego, że „co ma wisieć nie utonie”. Ale część zdrowia straciłam na zawsze i trzymam się głównie siłą woli, a gdy to nie starcza, wpadam w pułapkę zapalenia oskrzeli albo zapalenia płuc. Wtedy leczenie trwa kilka tygodni. W polityce „jechałam” na adrenalinie, ale od Katastrofy Smoleńskiej to nie działa. Polska zaczyna mi się jawić jak w tandetnych horrorach o niejakim Eddim Kruegerze (chyba tak jakoś się nazywał krwawy clown?) jako mroczny obszar zarządzany przez okrutnych durniów z zamiłowaniem do szmiry i przemocy. Ten samobójca pilnie zażywający poranną dawkę leków, to czerwone serduszko na fasadzie Pałacu Prezydenckiego i ci rządcy dusz – wnuczkowie Fejgina (jak słusznie pisał Michalkiewicz – Fejginiątka) to jest przecież zestaw z najczarniejszego snu!
Ojejki, nie pocieszyłam Pana, przepraszam. Coś okropnego, jak te antybiotyki źle na psychikę działają. Ale walczę zawsze, teraz też. Proszę o tym pamiętać – nie poddaję się. Nigdy
Najserdeczniej pozdrawiam
Zyta Gilowska


I to jest koniec. Niech Pan da Jej należne miejsce w Swojej chwale.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Dalej nie ma co szukać. Naprawdę.

piątek, 24 stycznia 2014

Powrót do szpitala "Europa"

Przed wielu już laty, zamieściłem na swoim blogu notkę, która następnie znalazła się w książce o siedmiokilogramowym liściu, zatytułowaną „Witamy w szpitalu Euro”. Mówiąc bardzo krótko, tytuł tego tekstu, ale i także jego podstawowy pomysł, oparty był na starej jeszcze bardzo piosence Wojciecha Młynarskiego „Hotel Europa”, gdzie Młynarski nam przedstawia bardzo nowoczesny i elegancki hotel, w którym wszystko niemal jest na swoim miejscu, z tym jednym wyjątkiem, że mianowicie neon z nazwą hotelu się zepsuł i zamiast „Europy”, mamy to nieszczęsne „Euro”.
Korzystając z tego wręcz niezwykłego pomysłu, wymyśliłem sobie taką sytuację, że oto mamy Polskę, która jest już pełnoprawnym członkiem europejskiej cywilizacji, w każdym kranie, jak to zapowiadał premier Tusk, od rana do wieczora leci już tylko ciepła i żadna inna woda, no a jeśli komuś się coś jeszcze nie podoba, zostaje natychmiast ze wspólnoty ludzi zadowolonych wyłączony i skazany na wieczną samotność. I oto w tej naszej Polsce wybudowany zostaje wielki wspaniały szpital, do którego każdy członek wspólnoty ma dostęp wyłącznie teoretyczny, i jedyne, co mu pozostaje to w tępym zadowoleniu wpatrywać się w wielki kolorowy neon „Szpital Euro”, w którym wprawdzie akurat nawaliły dwie literki, ale w końcu przecież i one zostaną naprawione, i wszystko będzie, jak to niedawno ładnie określił rzecznik Michalski – grało.
Minęło trochę czasu, i oto w moim mieście wybudowany został faktycznie nowy, elegancki, prywatny szpital, wprawdzie nie o nazwie „Europa”, ale „Euro Medic”. Na szczęście jednak owa nazwa nie została ogłoszona przy pomocy neonu, lecz wielkiego kolorowego logo, no i, co najważniejsze, dostęp do niego, o ile się orientuję, jest póki co, nie tylko teoretyczny, ale także, jak najbardziej praktyczny, ograniczony jedynie posiadanym przez chorego zabezpieczeniem finansowym.
Nawet się nie obejrzałem, jak już po powstaniu szpitala „Euro Medic” pojawiła się kolejna sieć usług poświęcona ochronie naszego zdrowia, obsługiwana tym razem już nie przez pojedynczych przedsiębiorców, ale przez biznesowe porozumienie między bankami, a prywatnymi ośrodkami zdrowia, o równie spektakularnych nazwach, co wspomniany wcześniej „Euro Medic”, nawet jeśli bez Europy w tytule, to brzmiących naprawdę po europejsku. I kiedy wydawało się, że granicę dla owych pomysłów innowacyjnych, mających na celu ochronę naszego zdrowia, stanowi już tylko horyzont i błękitne niebo nad głowami, okazało się, że System zdecydowanie przekalkulował ludzkie oczekiwania i postanowił wszystko sprowadzić do rozwiązań podstawowych i najprostszych. Któryś z nich celnie zauważył, że kiedy tak naprawdę chodzić już może tylko o przeżycie, nie są potrzebne ani neony, ani z obca brzmiące nazwy, ani nawet owa „Europa”, a zaledwie szara kwadratowa bryła plus maksymalnie jednoznaczna informacja o ofercie.
Oto szliśmy sobie dziś, ja pani Toyahowa i nasz labrador, do parku na spacer i z prawdziwą satysfakcją stwierdziliśmy, że szpital „Euro Medic” niewątpliwa chluba zarówno naszego regionu, jak i całego kraju, zdecydował się zmienić wizerunek. Wprawdzie sama nazwa pozostała jak dotychczas, tyle że jest zaprezentowana mikroskopijną czcionką gdzieś na boku, w rogu, podczas gdy niemal cały front szarej bryły budynku zajmuje wielki, szary napis „Szpital”. I tyle. „Szpital”.
A ja sobie myślę, że to jest coś fantastycznego. Oto doszliśmy, jako kraj i jako naród, na razie przynajmniej, jak idzie o ochronę zdrowie, do punktu, gdzie doprawdy szkoda czasu, wysiłku i pieniędzy na nicnieznaczące bzdury. Jeśli ktoś jest chory, i to chory na tyle poważnie, by wiedzieć, że już naprawdę nic poza tym zdrowiem się nie liczy, szuka szpitala, i jeśli tylko umie składać literki i kojarzyć nazwy z odpowiednimi przedmiotami, znajduje go bez najmniejszego kłopotu, a tam już odpowiedni fachowcy odpowiednio fachowo się nim zajmą. Szpital o nazwie „Szpital”. Czyż nie o to nam od początku wszystkim chodziło?
Uważam, że przed nami już wkrótce kolejne równie spektakularne wrażenia. W każdym mieście, oprócz owego „Szpitala”, powstanie jedna przychodnia zdrowia podstawowego o nazwie „Lekarz”, będzie też jeden wielki sklep o nazwie „Sklep”, dworzec kolejowy o nazwie „Pociąg”, a dla ludzi spragnionych rozrywki, ogromne kino o nazwie oczywiście „Kino”. Oczywiście pozostaną banki, wszystkie o nazwie „Bank”, a będzie ich więcej, niż szpitali, sklepów, pociągów i kin, bo to i świat cały, no i oferta prawdziwe poważna. Myślę, myślę, myślę, i naprawdę nie widzę nic więcej, co by tak naprawdę było potrzebne. W końcu telewizor każdy ma w domu, a jak nie ma, to kupi sobie w „Sklepie”, choćby i na raty uzyskane w jednym z „Banków”.
I, żeby skończyć te niezwykłe rozważania, jakimś optymistycznym akcentem, myślę, że to wszystko następuje w samą porę. Oto nie minął nawet tydzień, jak w Zabrzu pewien staruszek, poczuł, że mu jakoś ciężko na sercu, udał się do szpitala o zupełnie niepotrzebnie długiej i trudnej do zapamiętania nazwie, z prośbą, by mu tam zmierzono ciśnienie, oni mu kazali czekać, więc on czekał, czekał, czekał, aż sobie cichutko zmarł, gdy dziś, tym razem w Poznaniu, rodzice przywieźli do innego, o równie zapewne długiej i niepotrzebnie skomplikowanej nazwie, szpitala, swoje trzyletnie dziecko, które również nie doczekało się pomocy i, podobnie jak ów staruszek z Zabrza, cichutko zmarło. Oba te zdarzenia świadczą o tym, że, jeśli się zastanowić, to tak naprawdę nam wiele nie potrzeba. Wystarczy to zdrowie i żeby mieć coś do ust i na grzbiet włożyć. I to zupełnie niezależnie od wieku. Jeśli się naprawdę solidnie zastanowić, to i nawet to kino nie jest nikomu potrzebne. W końcu, kto ma ochotę na iluzje, kiedy wokół sama, goła prawda?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

wtorek, 5 marca 2013

Czy liczby 444 można używać jako noża o trzech ostrzach

Wspominałem tu niedawno, że od pewnego czasu forma mojej współpracy z „Warszawską Gazetą” przybrała formę stałego felietonu. Kiedy napisałem pierwszy z nich, policzyłem sobie ilość słów, i okazało się, że jest ich 444. Ponieważ wiem, że niektórzy z nas lubią się bawić liczbami, uznałem, że dobrze będzie sprawdzić, czy te cztery czwórki coś oznaczają; no bo co jeśli się okaże, że za tym też stoją jakieś demony? No i okazało się, że nie; że 444 to tak zwana liczba „anielska”, która akurat oznacza same dobre rzeczy, choćby „intuicję oraz wewnętrzną mądrość”, a i to jeszcze nie wszystko.
No i od tego czasu, w każdy wtorek, siadam i piszę kolejne 444 słowa. Dziś jednak pomyślałem sobie, że jeśli kolejny dzień minie, a ja nic nowego nie zamieszczę na swoim blogu, uznałem, że dla Piotra Bachurskiego napiszę jeszcze raz coś wieczorem, a tu puszczę tekst, w oryginalnym zamyśle przeznaczony dla nich. Raz, byście zobaczyli, czym ja się zajmuję poza tym blogiem, no a poza tym – sami powiedzcie, czyż nie było warto? Jeśli uznacie, że tak, proszę pamiętać, że numer konta jest tuż obok.



Wydawałoby się, że natłok negatywnych wrażeń stał się w ostatnich dniach tak intensywny, że trudno doprawdy trafić na coś, co by mogło zaskakiwać. A mimo to, wiadomość o chorej dziewczynce, która nie doczekawszy pomocy lekarskiej, bo tak zwane procedury uniemożliwiły dyspozytorowi w pogotowiu wysłanie do niej karetki, zwyczajnie zmarła, zrobiła wrażenie chyba nawet na młodzieży działającej biznesowo, jako „Młodzi Demokraci”.
Oczywiście, jak to się zwykle w takich sytuacjach dzieje, społeczny gniew kierowany jest pod adresem lekarzy, no i osobiście tej jednej osoby, która miała nieszczęście odebrać tamten telefon. Ja jednak, staram się trzymać zdrowego rozsądku, i znacznie chętniej myślę o owych procedurach, które ostatnio stały się w Polsce niemal religią, i które, o ile na poziomie różnego rodzaju urzędów, wiele zdezorganizować nie są w stanie, to jak idzie o służbę zdrowia, niosą wyłącznie nieszczęścia, włącznie z tym największym – śmiercią.
Otóż jestem sobie w stanie świetnie wyobrazić, jak wygląda organizacja pracy w pogotowiach. Siedzi człowiek przy telefonie, przed sobą ma jakiś wydany przez pięć ministerstw bryk z przepisami, i czeka na telefony od ludzi w potrzebie. Dzwoni ten telefon, a on, nie tak jak to było jeszcze w złotych czasach PRL-u, kiedy w pierwszym odruchu wysyłał karetkę, a jednocześnie instruował osobę po drugiej stronie, co ma robić, zaczyna zadawać serię obowiązkowych pytań, na które odpowiedzi następnie konsultuje z rozłożonymi przed sobą instrukcjami, i wtedy dopiero kieruje dzwoniącego do odpowiedniej instancji. Bo wie, że za każdy proceduralny błąd będzie musiał zapłacić utratą pracy, albo, w najlepszym wypadku, premii. Tak to sobie właśnie wyobrażam, więc całe moje oburzenie na myśl o tym zmarłym dziecku nie idzie tam, lecz w stronę tych, którzy w pewnym momencie uznali, że najlepszym sposobem na dorobienie się, jest stworzenie systemu, gdzie można sobie pozwolić nawet na zbrodnię zabójstwa, bo odpowiedzialność i tak spadnie wyłącznie na tych, którzy się nie załapali.
Otóż wszystko wskazuje na to, że to, o czym dotychczas mówiliśmy troszkę na zasadzie ironicznego komentowania osiągnięć Donalda Tuska i jego ekipy, realizuje się w tempie, które robi wrażenie. Mam na myśli totalny reset czegoś, co już nie nazywa się gospodarką, służba zdrowia, czy wymiarem sprawiedliwości, ale zwyczajnie – państwa. Wydaje się, że niedługo przyjdzie nam zgasić światło, przyczaić się gdzieś w kąciku, i już tylko czekać na wybuch.
Jak niektórzy wiedzą, uczę trochę w „Tauronie”, czyli firmie, która zajmuje się energetyczną obsługą Polski południowej. Dziś jeden z moich uczniów powiedział mi – jak najbardziej poważnie – że jeśli marzę o spokojnej starości, mam wyjechać na wieś, kupić sobie świnie, wykopać studnię, ewentualnie wybudować wiatrak. Będę bezpieczny. W przeciwnym wypadku, pozostaje jedynie modlitwa. Ewentualnie emigracja do Francji i tam próba upomnienia się o swoje pieniądze, które oni od pewnego czasu sobie od nas bezczelnie ściągają.

piątek, 19 listopada 2010

Wciąż lezą

Parę dni temu przeczytałem wypowiedź chyba rzecznika prasowego SLD, jakiegoś Kality, czy Kulity, który powiedział, że Jarosław Kaczyński nie rozumie świata i że prawdopodobnie już „odpłynął”. Właśnie takiego określenia ten człowiek użył. Kaczyński „odpłynął”. Kiedy piszę, że nie wiem do końca kim jest ten działacz i jak on się nazywa, nie żartuję. Ja autentycznie nie pamiętam jego nazwiska, i nie mam pewności, czy on jest ich rzecznikiem, czy może kimś innym. Natomiast jest ze mną tak, że ja mam pamięć do twarzy i, nawet jeśli kogoś nie znam, to wystarczy, że kilka razy zobaczę twarz i do tego usłyszę nazwisko, to później jest mi już bardzo łatwo na dźwięk samego nazwiska, przypominać sobie te oczy, ten nos, czy to czoło – obojętne. Wiem więc, jak on – dla ułatwienia, niech będzie Kalita – wygląda. To jest taki ładny chłopak, jakich w ostatnich dniach jest pełno na wyborczych plakatach. A więc on mógłby być wszystkim i wszędzie. Pracownikiem GS-u gdzieś na wsi, albo urzędnikiem w Urzędzie Skarbowym w Katowicach, a nawet człowiekiem sprzedającym znaczki na poczcie, albo karty kredytowe dla Citi Banku. No ale przede wszystkim, gdyby chciał kandydować dziś na radnego, nie trzeba by mu było nic ani dorysowywać, ani doklejać. Krawat, przedziałek, uśmiech… i tylko jeszcze to hasło: „Stawiam na przyszłość!” No… taki mniejszy Tusk. Ja myślę, że gdyby ten Kalita występował w Szkle Kontaktowym, to by od emerytowanych nauczycielek telefony się nie urywały.
Czemu tak dużo miejsca poświęcam wizerunkowi tego Kality? Otóż chodzi o to, że kiedy ja widzę takiego kogoś i słyszę, jak on mówi, z tym swoim plakatowym uśmiechem, że Jarosław Kaczyński jest obłąkany, to czuję pewien niepokój. Miałem coś takiego jeszcze ze zmarłym już dziś niestety Sebastianem Karpiniukiem, czy też może trochę z komunistą Olejniczakiem. Nie wiem, jak to określić, ale ja jestem gotów wytrzymać nawet Sławomira Nowaka, nie mówiąc już o jakimś Palikocie, czy tym bardziej Bartoszewskim. Natomiast kiedy widzę coś takiego i słyszę tego rodzaju wypowiedź, to robi się jakoś dziwnie. Wspomniałem biednego Karpiniuka. Napisałem tu kiedyś poświęcony jemu i Nowakowi tekst, w którym obu strasznie zgnoiłem. No a zwłaszcza Sebastiana Karpiniuka. Nie chcę tu do tego wracać, no bo sytuacja jest jak wiemy nie najlepsza, ale właśnie chodzi mi o coś takiego, że ten Kalita występuje przed kamerą w telewizji, mówi, ze Jarosław Kaczyński „odpłynął”, a jego mama, tata, siostra, brat, sąsiedzi i dziewczyna i rodzice dziewczyny aż łapią się za serce i mruczą: „Ale ten nasz Sebek, Tomek, czy Wacek ma gadane! No, no!”
Wspominam więc tego Kalitę w ten, a nie w inny sposób, bo myślę, ze dobrze jest sobie móc wyobrazić, co stoi za tymi słowami. Natomiast w rzeczywistości chodzi właśnie tylko o słowa. A dokładnie o każde słowo, jakie, zwłaszcza od minionych wyborów prezydenckich, zostało wypowiedziane w Polsce i na zewnątrz Polski na temat Jarosława Kaczyńskiego, a sugerujące, że on faktycznie i realnie zwariował. Tak strasznie łatwo jest dziś obrażać Jarosława Kaczyńskiego właśnie na tym poziomie. O każdym polityku powiedziano już w Polsce wszystko, nie wyłączając z tego najbardziej grubych, a nawet często kryminalnych zarzutów. O każdym z nich mówiono, ze jest durniem, głupkiem, kanalią, pijakiem, złodziejem, draniem, idiotą, mordercą – do wyboru, do koloru. Nie przypominam sobie jednak, żeby z taką intensywnością, tak oficjalnie i tak dobitnie kogokolwiek z nich oskarżano o chorobę psychiczną. Kiedyś pamiętam jak Gabriel Janowski wszedł na mównicę sejmową i zachowywał się bardzo dziwnie. Pojawiły się wtedy opinie, ze on albo się czegoś najadł, albo zwyczajnie z tej polityki zwariował. No ale to były luźne opinie, które zresztą szybko zostały wyparte przez inne, ciekawsze. No a poza tym, nikt nie sugerował, że Janowski zwariował, bo mu ktoś w rodzinie zmarł – ha, ha, ha!
Jarosław Kaczyński nie zachowuje się dziwnie, nie wykrzykuje jakiś absurdalnych zdań, nie wymachuje rękoma, krótko mówiąc, nie robi nic szczególnie różnego od tego, co robił przez wszystkie lata swojej politycznej obecności. Tak naprawdę jedyne co go różni od Jarosława Kaczyńskiego sprzed powiedzmy roku, to to, że nosi wyłącznie czarny krawat i że my wiemy, skąd ten krawat. Poza tym, on jest dokładnie taki sam. Ani nie mówi głośniej, ani ciszej, ani się nie zaczął jąkać, ani nie gestykuluje mniej czy więcej. Zero. To jest wciąż ten sam Jarosław Kaczyński – tyle że wszyscy wiedzą, że spotkało go ostatnie niewyobrażalne nieszczęście. A niektórzy z nich wiedzą jeszcze coś – to mianowicie, że siła tego nieszczęścia jest tak wielka, że ona kogoś słabszego niż Jarosław Kaczyński byłaby w stanie psychicznie zdemolować. A jeszcze niektórzy z tych wiedzą – i tu pojawia się główna myśl tych refleksji – że gdyby jednak Jarosław Kaczyński tego swojego nieszczęścia psychicznie nie pokonał, to by było FANTASTYCZNIE!
Myślę, ze każdy z nas, w ten czy inny sposób doświadczył albo osobiście, albo bardziej pośrednio, nieszczęścia, o którym może powiedzieć, że jest wielkie i trudne do zniesienia. Znamy – albo bezpośrednio, albo z opowiadań znajomych – ludzi, którzy z rozpaczy stracili zdrowie psychiczne. Każdy z nas pewnie jakoś tam wie, co to znaczy na przykład „oszaleć z rozpaczy”. Każdy z nas jednocześnie, kto czuje się częścią współczesnej cywilizacji, w stosunku do tego typu zdarzeń i historii musi odczuwać wyłącznie współczucie. Nie wyobrażam sobie, żeby na wieść o tym, że komuś zmarł brat, siostra, żona, czy dziecko, ktokolwiek zacząłby natychmiast dopingować, by ofiara tej utraty postradała zmysły. Ja jestem w stanie zrozumieć, ze się kogoś bardzo nie lubi i czasem się mu nawet złorzeczy. Jestem w stanie nawet sobie wyobrazić taką sytuację, że ktoś jest tak na kogoś zły, że kiedy ten z rozpaczy oszaleje, to ten ktoś na tym jego nieszczęściem się pochyli i powie: Ma na co zasłużył. Natomiast nie umiem sobie wyobrazić, że ta nienawiść przenosi się jeszcze dalej. Na to wszystko co następuje już po. Wydaje mi się, ze musi w końcu przyjść moment, że człowiek się zatrzyma i powie: „Okay. Wystarczy.”
Kiedy słyszę tego Kalitę, jak z nieskrywaną radością i satysfakcją ogłasza, że Jarosław Kaczyński „odpłynął”, myślę sobie, ze to jest coś bardzo interesującego, z punktu widzenia historii człowieka. Oczywiście nie można zapominać, że Kalita wcale nie jest jedyny, ani nawet pierwszy. Sugestie – sugestie pełne satysfakcji, przebierania nogami, zacierania rąk – że Jarosław Kaczyński zwariował z rozpaczy są powtarzane powszechnie i jak najbardziej oficjalnie przez wielu. Można wręcz odnieść wrażenie, że wszystkie najbardziej wyświechtane obelgi, takie jak idiota, kłamca i złodziej, w przypadku Jarosława Kaczyńskiego sprowadziły się do jednego i tylko jednego zarzutu – że on stracił rozum przez śmierć swojego brata. I teraz już tylko pozostaje wymyślić, czy w stosunku do niego użyjemy słowa „odpłynął”, „odleciał”,. „przeszedł na coś silniejszego”, czy „odpadł”. A wtedy już tylko można się do rozpuku śmiać.
Pozostaje jeszcze tylko jednak kwestia i akurat w tym przypadku najważniejsza. Należy się zastanowić, czy to z czym mamy do czynienia to pełny i najbardziej chyba dramatyczny upadek białej cywilizacji, czy może to tylko taka gra. Otóż nie ulega wątpliwości, że jeśli faktycznie ci wszyscy ludzie są przekonani, że Jarosław Kaczyński rzeczywiście uległ psychicznej chorobie po śmierci swojego brata i to co on dziś mówi i robi, to obłąkanie, jest bardzo niedobrze. Bo świadczyłoby to, że przekraczamy kolejną granicę. Jeśli Kalita i inni autentycznie uważają, ze jest czymś bardzo zabawnym gonić po okolicy Jarosława Kaczyńskiego i obrzucać go szyderstwami, korzystając z tego, że on z rozpaczy stracił rozum, to właściwie można już tylko dokupić kolejny zamek do drzwi i się zamknąć w swoim mieszkaniu. Natomiast jest też taka możliwość – a ja akurat jestem głęboko przekonany o jej prawdziwości – że i Kalita i cała reszta tej bandy doskonale wie, że Jarosław Kaczyński wcale nie zwariował. Oni bardzo na to liczyli, bardzo w to wierzyli i wciąż nie mogą się pogodzić z tym, że on z tego nieszczęścia wyszedł wyłącznie wzmocniony. Ich ta świadomość uwiera jak kamień w bucie i każde ich słowo skierowane przeciwko niemu świadczy wyłącznie o ich frustracji. A jeśli frustracji, to też i strachu. Ale też bez względu na to, czy mam tu rację, czy nie, to tak czy inaczej to co oni robią jest dowodem ich kompletnego i ostatecznego upadku.
Pojutrze wybory lokalne. Z tego co czytam w różnych miejscach wynika, że Platforma Obywatelska podeszła do tych zawodów wyjątkowo zdeterminowana. Mają rząd, mają Parlament, mają prezydenta, media, służby, wymiar sprawiedliwości, kulturę popularną – potrzebują już tylko zejść do regionów i tam się rozpanoszyć. Nie pamiętam i nie chce mi się szukać danych, ale z wyliczeń wychodzi, że to co Donald Tusk wydaje na kampanię, przekracza parokrotnie wszystko to, co wydadzą pozostali konkurenci, włącznie z PiS-em. Jeszcze więc tylko ten jeden krok i będzie git.
Z powodów, o których już tu wspominałem, rozglądamy się za czymś co się nazywa tomografem. Sytuacja jest taka, że wszystkie dostępne urządzenia są popsute (sic!), albo stoi do nich potężna kolejka. Podobno, jak słyszymy, jest jakiś działający w Suchej Beskidzkiej, więc można by było pojechać i się dowiedzieć. Oczywiście w niektórych szpitalach – choć tylko w niektórych – można wykonać badanie odpłatnie, jednak – słuchajmy, słuchajmy – należy skorzystać z usług nie szpitala, lecz spółki o nazwie Helimed. To oni – ów Helimed – w nowych dzielnych czasach, oferują – jak głoszą na swojej stronie internetowej – „wysoką jakość usług, którą osiągnęli poprzez wieloletnią, konsekwentną pracę z pacjentami i środowiskiem medycznym.” Kto chce, niech sobie wygugluje i poczyta. Ja nie mam nerwów. Ale zapewniam – jest pięknie. Ja tylko – już wyłącznie w ramach dobrych usług – powiem, że Helimed ma jednego właściciela. Nazywa się Josef Lubojanski. Właśnie tak. JOSEF LUBOJANSKI. Ciekawe, czy skoro on działa na moim terenie, będzie mógł głosować. A jeśli tak, ciekawe na kogo? I czemu?

środa, 16 czerwca 2010

Szpital Europ - skrót od Europa



No i, jak najbardziej zgodnie z przewidywaniami, okazało się po raz kolejny, że Platforma Obywatelska ani mysli o prywatyzacji szpitali. Że to co słyszymy z ust prominentnych polityków PO, to co czytamy w kolejnych programach tej partii, to co tak bardzo podnieca wszystkich najbardziej liberalnych przyjaciół Platformy - to propagandowy wymysł Jarosława Kaczyńskiego, czy kto mu to wszystko tam sufluje. Wygląda też na to, że i mój tekst sprzed dwóch już dziś lat, dotyczący właśnie rzekomego planu zrobienia ze szpitali, a przy okazji całej służby zdrowia, zwykłych europejskich przedsiębiorstw nie miał wiekszego sensu. Przypomijmy więc go sobie, powiedzmy że na pożegnanie tego kłamstwa. Czyjego? Nieważne. Kłamstwa. Ono, jak prawda, jest jedno.
Kiedy pobierałem nauki na poziomie podstawowym, na ścianie nad tablicą wisiał portret Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza. W czasach, gdy kształciłem się na poziomie licealnym, zamiast Gomułki i Cyrankiewicza, wisieli Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz (żona moja twierdzi, że Gierka nie było, ale ona jest młoda, więc ja się będę upierał) . Nie wiem niestety, czy w latach 80-tych wisiały nad tablicami portrety Jaruzelskiego, Kani, Kiszczaka, Rakowskiego i kogo tam jeszcze komunistyczna ziemia urodziła, bo do szkoły już nie chodziłem, ani też - wtedy jeszcze - w szkole nie pracowałem. Po ukończeniu szkoły średniej, poszedłem jeszcze na dwa miesiące uczyć się w jakiejś kompletnie nieznanej mi szkole pomaturalnej, bo nie dostałem się na studia, a bardzo się bałem pójść do wojska. I tam też wisiał Gierek i Jaroszewicz.
Stosunkowo niedawno uczyłem w jednej prywatnej szkole w Sosnowcu, i w korytarzu między sekretariatem, a pokojem nauczycielskim, wisiał portret Lenina, więc wiem, że bywa egzotycznie nawet w czasach schyłkowej III RP, ale to chyba cała moja wiedza, jeśli idzie o portrety.
Wracam jednak do czasów pełnej, wzorowej komuny, gdzie nie wolno było pyskować, natomiast należało od czasu do czasu wypełniać ankietę na temat tego, czyj tatuś lub mamusia należą do partii i kto z nich chodzi do kościoła. Siedzieliśmy więc grzecznie w ławkach, a jak było trzeba, to szliśmy na pierwszomajowe pochody i raz na jakiś czas chodziliśmy wszyscy na szczepienia do gabinetu higienistki i na kontrolę paszczy do szkolnego dentysty.
To, co przed chwilą napisałem, może być dla niektórych uczestników Salonu ciężkim szokiem, ale mogę powtórzyć: raz na jakiś czas, wszyscy uczniowie chodzili regularnie na badania i szczepienia do pani higienistki i do pań dentystek (ciekawe, że zawsze były dwie). Powiem więcej, za zaplombowanie zęba, nawet na poziomie najbardziej zaawansowanej sztuki dentystycznej, nikt nam nie potrącał z książeczek SKO (były takie książeczki; ci co nie wiedzą, niech zapytają dziadków).
I tu właśnie doszedłem do tak zwanego meritum. Dziś moją starszą córkę rozbolał ząb. Ząb, na który wcześniej wydaliśmy kupę pieniędzy, żeby był piękny i zdrowy, a z którego najzwyczajniej w świecie wypadła plomba. W pewnym momencie bolał ją już tak bardzo, że około godziny 19, postanowiliśmy ruszyć w miasto w poszukiwaniu tzw. pogotowia dentystycznego. Domyślam się, że pewnie, gdybyśmy byli bardziej przezorni, to odpowiednio wcześniej uzyskalibyśmy wszystkie namiary na dentystów obsługujących na okrągło. Jednak w związku z tym, że jesteśmy sobie takie ptaki, okazało się, że mamy kłopot.
Wiedząc jednak, że w najnowszej Polsce, cała służba stomatologiczna jest sprywatyzowana, byliśmy pewni, że coś znajdziemy. W końcu nawet dentyści muszą żyć. Zaopatrzeni w gotówkę i, jak przystało na nowoczesnych Europejczyków, kartę bankomatową, ruszyliśmy na poszukiwanie dentysty. Około godziny 19.30, znaleźliśmy dwa gabinety, jeden obok drugiego, otwarte do godziny 20, niestety i z jednego i z drugiego nas pogonili, bo państwo dentyści już poszli do domu. Trafiliśmy jeszcze jeden, też otwarty do 20, jednak ze względu na okres urlopowy, okazało się, że dentyści zarobili już wystarczająco dużo, żeby się udać na wakacje. Posnuliśmy się więc po mieście i wróciliśmy do domu. Moja córka teraz siedzi sobie w pokoju i cieszy się, że ząb, jakby trochę ulżył, a ja piszę te refleksję.
Oczywiście ja wiem, że ona zawaliła sprawę. Trzeba było wcześniej zabrać się za ten ząb i znaleźć dentystę, który nie jest na tyle jeszcze zepsuty, żeby chcieć coś zarobić. Ale wiem też, że od czasu, jak ze szkól zniknęły portrety przywódców, zniknęli też lekarze i dentyści, którzy dbali o to, żeby dzieci i młodzież byli zdrowi i mieli zdrowe zęby. Wiem też, że od czasu, gdy do naszego kraju zawitała transformacja, pierwsza grupa medyków, która faktycznie skorzystała na zmianach, to byli dentyści. Powszechnie dostępne gabinety dentystyczne zaczęły znikać wraz z ostatecznym odejściem złych komunistycznych czasów, a zamiast tego pojawiły się gabinety równie powszechnie dostępne, tyle że prywatne. Na początku można było tam przychodzić i liczyć na opiekę stomatologiczną na pełnym poziomie, finansowaną z pieniędzy, które regularnie, co miesiąc ZUS odprowadza z naszych zarobków, jednak już po krótkim czasie okazało się, że bez pieniędzy w kieszeni, można co najwyżej wyrwać sobie zęba, albo wstawić najbardziej byle jaką plombę. Pamiętam też moment, kiedy wyrwanie zęba zaczęło kosztować 15 zł., a dentyści zaczęli już zupełnie otwartym tekstem tłumaczyć, że absolutnie nie ma sensu brać plomby za friko, bo one są po prostu do niczego. Pamiętam też mniej więcej czas - ma się to potomstwo, więc się wie - kiedy okazało się, że właściwie normalny, prościutki zabieg plombowania zęba kosztuje 60 zł.
W moim mieście jest mnóstwo gabinetów dentystycznych. Oferta jest prawie, jak w MTV, albo w TVN24. Nie ma absolutnie ulicy w mieście, gdzie nie stoi, jak byk napis STOMATOLOG. Wkroczyliśmy w fazę dobrobytu idealnego. Ale wkroczyliśmy również w coś, co zaobserwowałem dziś, a mianowicie w fazę, gdzie stomatolodzy, grupa społeczna, która, jak się okazuje, jako jedna z pierwszych dostała ciasteczko w postaci Polski w Europie, poczuli, że właściwie więcej nie muszą. O co mi chodzi? Gdyby ktoś w tej chwili do mnie przyszedł i powiedział, że za pół godziny pracy i zapowiedź kolejnych trzech setów, które nie wiadomo czy mi nie przyniosą kolejnych korzyści, da mi teraz 60 zł., to ja bym rzucił to pisanie i wziął się za zarabianie.
Czy ja mam pretensję do dentystów? Absolutnie! I to chcę podkreślić z całą stanowczością. Uważam, że dentyści w obu prywatnych ośrodkach, do których dziś zajrzałem o godzinie 19.30 poszli sobie do domu jak najbardziej słusznie. Oni byliby kompletnie nieprzytomni, gdyby siedzieli i marnowali swój cenny wieczór dla jakichś głupich parudziesięciu złotych. Ja myślę o czymś kompletnie innym. Myślę o planach, bardziej lub mniej skrywanych przez obecnie nam miłościwie panującą Platformę Obywatelską, a polegających na zapowiedzi sprywatyzowania całej opieki medycznej.
Zapowiada się nam, że w momencie, jak cała opieka medyczna (specjalnie nie używam określenia służba zdrowia, bo wiem, że lekarze dostają istnej cholery na samą myśl, że mieliby komuś służyć) zostanie sprywatyzowana, wszyscy będziemy mieli po stokroć lepiej, a przede wszystkim wcale nie będziemy musieli lekarzom płacić. Nasze dziecko dostanie ciężkiej gorączki, a my o dowolnej porze dnia lub nocy, będziemy mogli zajść do profesjonalnego gabinetu lekarskiego, gdzie uśmiechnięty i dobrze zarabiający lekarz się nami profesjonalnie zajmie. A NFZ pokryje za nas wszystkie koszta z naszych zusowskich składek.
A ja już dziś wiem, że tak ten cały eksperyment się nie skończy. Skończy się on tak, że moje dziecko dostanie gorączki, a ja pojadę do szpitala na którym będzie widniał piękny, choć aktualnie zepsuty, neon z napisem " SZPITAL EUROP PRZYJMUJE CHORYCH OD 6.00 DO 21.00", i jeśli nie będzie jeszcze godziny 19, to owszem, zostanę, obsłużony, ale przez lekarza, który przede wszystkim będzie wściekły, że musi siedzieć bez sensu cały wieczór za głupią stówę, podczas, gdy do domu przywieźli nową plazmę.
Dziwny trochę ten mój dzisiejszy wpis. Praktycznie cały stanowi tylko szczątkowy wstęp, rozwinięcia brakuje, a reszta, to zakończenie.
Ale taka to historia. Ona ma tylko zakończenie.

czwartek, 25 lutego 2010

Pętelka



Już parę dni minęło i w tym czasie pojawiło się kilka innych tematów, jednak wciąż mi chodzi po głowie to co przeczytałem we wtorek w Rzeczpospolitej. Mam na myśli artykuł o tym jak to Polacy tracą pieniądze na dentystę. W sumie, to dość ciekawa sytuacja. Moje zainteresowanie tym tematem jest – jak można było już zaobserwować na tym blogu – na tyle duże, że można by było sądzić, że ja mam z zębami jakiś ciężki kompleks. Tymczasem, nic podobnego. Wprawdzie nie jest tak, że jak idzie o uzębienie wyglądam jak Burt Reynolds, ale owszem – nie narzekam. Również nie jest tak, że naszą rodzinę opieka dentystyczna jakoś szczególnie dużo kosztuje. Na szczęście, pod tym względem, jest jako tako. Mimo to jednak, problem opieki stomatologicznej w Polsce doprowadza mnie do autentycznej rozpaczy. To na co dzień. A dziś jeszcze czytam ten artykuł http://www.rp.pl/artykul/2,438073.html.
Otóż okazuje się, że po pierwsze, z wyliczeń wynika, że Polacy wydają na dentystę co najmniej 6 mld złotych rocznie. Co najmniej. Ponadto wyliczono, że tylko jedną trzecią część tej sumy dotychczas pokrył NFZ. Resztę musieliśmy wysupłać z naszych kieszeni osobiście. Czytamy w Rzeczpospolitej:

Coraz więcej gabinetów stomatologicznych zawiera stałe umowy z bankami: można wziąć w nich kredyt na leczenie zębów. Oprocentowanie: ok. 1 proc. miesięcznie.
  — Wydatki pacjentów na leczenie prywatne będą coraz wyższe – przewiduje Andrzej Cisło, odpowiedzialny za stomatologię w Naczelnej Radzie Lekarskiej (NRL). – Narodowy Fundusz Zdrowia coraz bardziej ogranicza wydatki na stomatologię. To sprawia, że kolejki do leczenia rosną. Rośnie też odpłatność pacjentów nawet w tych gabinetach, które mają umowy z NFZ.
Dlaczego tak? Z różnych względów, ale również dlatego, że, jak podaje autorka artykułu, od tego roku nie będziemy już mogli współfinansować zabiegów dentystycznych. Przepisy są takie, że albo będzie za darmo, albo będziemy płacić sto procent. I oczywiście nie trzeba być profesorem uniwersytetu we Florencji, żeby wiedzieć, że gabinety dentystyczne staną teraz na głowie, żeby jednego zabiegu nie zrobić za darmo. Podobnie zresztą jak NFZ, żeby maksymalnie zaoszczędzić.
No ale są kredyty, czyż nie? Banki są po to, by pomagać. Niedawno otrzymałem na przykład telefon z mojego banku, że jeśli dam im 90 złotych miesięcznie, to oni, mojej żonie i dwojgu dzieciom, zapewnią bezpłatną opiekę medyczną. I to w takim gabinecie, gdzie nie trzeba będzie stać w kolejce. Ja już jestem niemal przyzwyczajony do tego, że po każdym z tych tekstów, często z moim zmartwieniem, a czasem i z bólem, zostaję niemal kompletnie sam. Ta sytuacja powtarza się tak często, że właściwie niekiedy zastanawiam się, czy w ogóle warto. Ale tym razem proszę, niech ktoś zechce zrozumieć, w jakiej sytuacji znalazła się nasza Polska. Bezpłatne – w tym sensie, że opieka zdrowotna w Polsce jest finansowana ze składek – leczenie w Polsce jest zapisane w Konstytucji. I nie jest to jakiś szczególnie szczodry gest ze strony rządzących. To jest kwestia cywilizacyjna. I nagle dochodzi do tego, że dzwonią do nas banki i jakby nigdy nic, oferują nam bezpłatne i bezkolejkowe leczenie. Dla całych rodzin. O ile oczywiście w rodzinie nie ma więcej niż dwoje dzieci. Wtedy to trzecie dziecko sobie postoi. A podana niemal oficjalnie – choć jak zwykle w takich sytuacjach, kiedy się nie chce drażnić ludzi, trochę jednak od kuchni – informacja głosi, że jeśli nie w tym roku, to na pewno w przyszłym, ten kredyt jednak będziemy musieli wziąć. Tak by zdążyć przed Euro 2012.
Przyznaję ze wstydem, że raz zostałem pochwalony tu przez blogerkę Rudecką. Było to jeszcze na początku mojego blogowania, kiedy w swoim wpisie wyraziłem pewną nostalgię za czasami PRL-u. Oczywiście, jak to zwykle często tu w Salonie bywa - i wcale nie dotyczy to najbardziej jej – ona zrozumiała dokładnie tyle z tego co ja napisałem, co chciała, lub co ją podnieciło. Ale przyznaję, że czasem, kiedy wspominam PRL, a jeszcze przy okazji wyjrzę za okno, ogarnia mnie niepokój wręcz egzystencjalny. Dziś jest tak, że myślę o tych zębach i przypominam sobie, jak, jeszcze w czasach szkolnych, w każdej szkole był gabinet dentystyczny i każde dziecko musiało co chwilę tam chodzić, żeby dać sobie w czymś podłubać. To właśnie z tamtych czasów wciąż tak dobrze pamiętam kwestie typu: „dół lewa szóstka plomba”. To właśnie z tamtych, PRL-owskich czasów, wiem co to jest ubytek i co to jest fleczer. I to pewnie przez tamte PRL-owskie czasy nie muszę dziś chodzić do dentysty. Kto wie też – ale o to trzeba byłoby spytać już fachowców – czy to nie przez tamte PRL-owskie czasy, moje dzieci jakoś sobie też pod względem zdrowia radzą.
Od Toyahowej dostałem pod choinkę książkę o świętych grubasach, żarłokach i w ogóle o świętych, jakich mieliśmy w dawnych, dawnych jeszcze czasach. Piękna lektura. Mógłby ją sobie przeczytać na przykład Antoni Dudek, żeby zobaczyć jak to się robi, jeśli to co się robi, robi się z sercem. Czytam więc tam, że zakonnicy w średniowiecznych klasztorach jedli dużo, bo raz że mieli, dwa że lubili, a trzy że panicznie bali się, że może przyjść klęska i będzie głód. Jedli oni jednak głównie jedzenie w postaci papki, a to z tego powodu, że nie mieli najczęściej zębów. No ale to akurat jest oczywiste. W końcu, kto, poza miejscowym kowalem, miał o nich dbać?
Czytam dziś tekst w Rzeczpospolitej i wracam raz za razem do tego cytowanego już tu Cisło:

  — Skutki przyjdą bardzo szybko. Pacjenci będą mieli coraz mniejszy dostęp do bezpłatnego leczenia zębów. Coraz większa liczba lekarzy, którzy do tej pory leczyli także publicznie, przejdzie do sektora prywatnego – przewiduje Cisło.
Jego zdaniem jest też coraz większe niebezpieczeństwo podziału sektorów leczenia na publiczny i prywatny, z różnymi metodami leczenia i poziomem finansowania.  — To byłoby fatalne dla pacjentów, wprowadzałoby nierówności, upośledzałoby biedniejszych – mówi Cisło”.
Koło się zamyka. Historia robi pętelkę. A ja na koniec jeszcze pozwolę sobie jeden cytat, z piosenkarza i poety Jana Wołka. Z pamięci: „Mówią mi, że los to guzik, przedmiot głupi i niewielki/Jak odpadnie, pozostanie zawsze coś na kształt pętelki”.

piątek, 8 stycznia 2010

This is not a love song!

Od paru dni chodzi mi po głowie piosenka Boba Dylana You’re A Big Girl Now. A właściwie sam jej początek „Our conversation was short and sweet/It nearly swept me offa my feet/Now, I’m back in the rain/While you are on dry land/You made it there somehow/You’re a big girl now!” Tak to chyba było. Dlaczego Dylan i dlaczego akurat to? Dylan – ponieważ on akurat zawsze jest dobry do skojarzeń i dobrze w ucho (i w pamięć) wpadają pewne jego bon moty. A ta akurat piosenka – bo to jest smutna piosenka, a dziś nic nie wskazuje na to, żebym sobie miał choćby raz zażartować. Nie ma bowiem na to najmniejszych powodów. Zrobiło się serio jak cholera.
Cóż więc takiego zwaliło mnie z nóg? Komu i co uszło na sucho? Kto może się pochwalić, że tak nam urósł? Przedwczoraj zobaczyłem w telewizji ludzi ciężko chorych na raka, których wraz z rozpoczęciem nowego roku pozbawiono nagle możliwości leczenia przy pomocy chemioterapii. Oczywiście wiem, że dziennikarze potrafią wiele i że to wiele nie ogranicza się wyłącznie do nieustannego pokazywania zakrwawionej twarzy premiera Berlusconiego, ale te ich umiejętności sięgają znacznie dalej. Nie zmienia to jednak faktu, że widok płaczących osób, którzy własnie się dowiedzieli, że mają ze swoimi nowotworami iść do domu, bo NFZ nie dał pieniędzy, czy może dał, ale nie im i nie teraz i nie tu, robi wrażenie nawet jeśli wiemy, że za tym stoi fachowa dziennikarska robota. Jeśli jednak ktoś jest chory na raka, i jego choroba jest na tyle zaawansowana, że lekarze muszą mu podawać tak zwaną ‘chemię’, to sama ta wiadomość może być wystarczająco przygnębiająca. Jeśli na dodatek dowiadujemy się, że ktoś kto jest w tak marnej sytuacji zostaje od tej chemii odłączony na zasadzie: „przyjdź pani innym razem”, to do tego, by poczuć lekki zawrót głowy, nie trzeba nawet telewizji. Wystarczy minimum wyobraźni. No a tu, postawiono jeszcze te kamery i każdy kto chciał, mógł sobie wszystko dokładnie zobaczyć. I dalej już tylko się można zadumać.
Kolejny dzień przyniósł kolejne wrażenia. Najpierw odpowiedzialni urzędnicy wykonali dwa gesty, które trzeba jakoś nazwać, tyle że słowo ‘szokujące’ tu jest zbyt łagodne. Część z nich powiedziała, żeby nie zawracać głowy, bo to tylko 150 osób, więc nie bardzo jest o co podnosić krzyk, a część nabrała wody w usta i postanowiła sytuację przeczekać. Przynajmniej do czasu aż się coś dobrego wymyśli. Następnie, kiedy już to co było do wymyślenia, wymyślono, pojawił się sam premier i ogłosił, że jest oburzony, że swojemu urzędnikowi za to co się stało, nie wypłaci pensji za styczeń, no i przez najbliższe dwa tygodnie będzie mu patrzył na ręce.
I przyszedł dzień dzisiejszy i nowa wiadomość. Otóż, jak się okazuje, pięć lat temu gdzieś w Polsce pewien chłopak, widząc że jacyś trzej bandyci zaczepiają kobietę, zainterweniował i został przez to tak dotkliwie pobity, że dziś jest uruchomiony w inwalidzkim wózku, bądź w łóżku i… patrzy i się trzęsie. Też pokazała to zawsze i wszędzie obecna telewizja i wszyscy mogliśmy ujrzeć tego dziś już młodego mężczyznę, jak siedzi, patrzy i drży. Okropnie drży. Bywa. Różne są choroby, różne dolegliwości, różne w końcu efekty zwykłego pobicia. Tu jednak chodzi o coś więcej. Okazuje się otóż, że owi trzej bandyci, którzy pięć lat temu doprowadzili niegdysiejszego chłopca do dzisiejszego stanu, chodzą wciąż, jak to mówią, ‘po wolności’. Okazuje się, że od paru lat, czyli od czasu gdy sąd unieważnił wyrok wydany w tej sprawie i proces musiał się rozpocząć od początku, proces rozpocząć się nie może, bo sędzia wyznaczona do prowadzenia tej sprawy jest na nieustannym zwolnieniu, a prezes sądu ma inne sprawy na głowie. Dziennikarze TVN-u rozmawiali z matką okaleczonego mężczyzny, a myśmy mogli zobaczyć wyłącznie bezradność. I jeszcze coś. Polskę mianowicie.
Tu też wiem, że media potrafią wszystko. Potrafią na przykład z czegoś zwykłego i nieistotnego zrobić wydarzenie. I odwrotnie. Z czegoś co jest ważne i poważne – zrobić coś co nie ma w sobie nic nawet godnego zapamiętania. Ten mężczyzna – kiedyś chłopak – autentycznie jednak siedział i drżał, a na drzwiach sali sądowej wisiała autentyczna kartka z napisem: „Rozprawa odwołana”. No i te pięć lat. Może nie całkiem pięć. Może dziennikarze przesadzili. Może tylko cztery i pół. Ale jednak chyba nie dwa i nie trzy. Bandytów nie pokazali. I to, jak się zdaje, nie dlatego że siedzą. Ale i tego nie trzeba pokazywać. Wystarczy mieć wyobraźnię i wiedzieć.
A ja mogę sobie – owszem – wszystko bardzo dobrze wyobrazić. I to i tamto. Czyli i siebie, lub – lepiej jeszcze – swoje dziecko lub żonę, umierających na raka i liczących (o tyle o ile można jeszcze liczyć) na poprawę, kiedy dowiadują się, że jeszcze nie dziś, bo dziś są jakieś kłopoty i proszę przyjść jutro, a najlepiej pojutrze. Albo najlepiej zadzwonić. I mogę sobie wyobrazić siebie, lub – może lepiej – mojego syna, jak siedzi unieruchomiony w wózku inwalidzkim i potrafi tylko drżeć, bo kiedyś strzeliło mu do głowy, żeby zainterweniować w sytuacji, gdzie należy tylko wiać gdzie pieprz rośnie. I potrafię sobie wyobrazić, jak przychodzę po raz siódmy, ósmy i piętnasty na rozprawę, która ma mi dać sprawiedliwość i zastaję kartkę z nabazgranym napisem, że mam przyjść kiedy indziej. A kiedy, to się dowiem w swoim czasie. Więc to umiem sobie wyobrazić. I chce mi się wrzeszczeć. Bo biorę pod uwagę, że ja w tej sytuacji mógłbym zacząć robić rzeczy, za które nasze państwo mogłoby mnie posadzić na długie lata. I to zdaje się szybciej i bardziej skutecznie, niż darzyło mu się zadziałać tutaj.
Bo to jest własnie moja Polska w roku 2010. I właściwie kompletnie nie wiadomo co można zrobić. Bo sytuacja jest taka, że jeśli się choćby rozejrzeć dookoła, to wszystko – a w tym i ci pacjenci i ten trzęsący się młody człowiek – jest wyłącznie elementem naszej bieżącej politycznej i zwykłej ludzkiej historii. Albo nawet – co już tu wspomniałem – zaledwie fragment medialnej dla tej historii oprawy. Nie można więc ani pokazać palcem na winnych temu co się dzieje, ani nawet na tych, którzy pozostają w tej sprawie całkowicie obojętni. Nie można nawet spróbować o tym dyskutować, bo nagle się okazuje, że to jest czysta polityka. A kto to widział, żeby wykorzystywać tak bardzo pojedyncze, choć – przyznajemy – przykre przypadki, do bieżących politycznych porachunków? No i wreszcie, kto jest winny, niech rzuci kamieniem. Nie wolno nawet wrzeszczeć. A co dopiero kląć! Kląć nie wypada, a więc i nie wolno. Bo to już by było chamstwo. I niegrzeczność. I brak kultury.
Przedwczoraj widziałem twarze płaczących, lub nie płaczących, ale baaaaaardzo bezradnych ludzi, którzy i tak już udręczeni tą chemioterapią, usłyszeli, że to już raczej koniec, bo wraz z nowym rokiem przyszły nowe czasy. A raczej stare nabrały nowego rozpędu. I umiem sobie całą resztę wyobrazić. I dziś widziałem tę matkę i tego jej syna, jak się trzęsie na tym swoim wózku i tę kartkę na drzwiach z wykaligrafowaną informacją, że z powodu choroby sędzi, rozprawa się nie odbędzie. I te pięć lat. I zastanawiam się, po ilu latach przedawnia się zwykłe chuligańskie pobicie. I też, cała tę resztę, umiem sobie pięknie wyobrazić. I czuję się fatalnie. Bo to jest własnie moja Polska w rękach ludzi już tylko bezczelnych.
I już nie myślę ani o Niesiołowskim, ani o Tusku, ani o Karpiniuku, ani o Piterze. Ale też już nie myślę o tym, co dziś słychać na pierwszej stronie Salonu i z jakimi to nowymi żartami na temat szczęśliwie już nam minionych rządów Ziobry i Kamińskiego przyszli wybitni publicyści z Krakowa, Poznania, czy Szczecina. Nie myślę ani o nich, ani o tamtych, i czuję, że jestem tu kompletnie samotny. Bo tak naprawdę i tamci chorzy, którzy mieli tego pecha, że to ich wybrała ta straszna choroba, i ten dzisiejszy biedak, który przed pięcioma laty okazał się tak okropnie naiwny, a dziś polskie państwo pokazało mu, jak bardzo jest nikim, są zaledwie drobnym odpryskiem w tej walce, która się toczy od dobrych paru lat i w której przecież sam biorę udział. Polska jest dziś zajęta sprawami, które są już wyłącznie bieżące, które trwają maksymalnie dwa dni i z których każda jest dokładnie tak samo ważna jak ta poprzednia i ta następna. I bez względu na to, czy owa sprawa jest zabawna, czy smutna, czy wzruszająca, czy może zatrważająca, albo słodka, lekka i łatwa – każda z nich trwa maksymalnie dwa dni i tylko przez te dwa dni wzbudza zainteresowanie.
I bardzo się dziś chciałbym skupić na tych chorych z przedwczorajszego dnia i na tym dzisiejszym człowieku drżącym na swoim wózku, bo wiem, że z całą pewnością i ja za parę już dni będę miał coś nowego do rozmyślania. I też będę się martwił, czy cieszył czymś o czym jeszcze dziś nie wiem. Bo to są właśnie takie czasy. I to jest własnie moja Polska w tych czasach. Więc chcę dziś bardzo mocno myśleć o nim i – żeby było łatwiej – nie o tamtych ludziach, lecz o tamtej kobiecie, która płakała, bo nie wiedziała co teraz z nią będzie.
Ale mogę jeszcze znaleźć w sobie coś więcej. Mianowicie ten gniew. Skierowany bardzo konkretnie. I tę nienawiść, która – tu jestem bardzo tego pewien – jest nienawiścią bardzo twórczą i bardzo ożywczą. Nie będę wrzeszczał. Nie będę klął. Bo nie wolno. Ale będę w sobie podsycał tę nienawiść. Bo to jest dobra nienawiść. I będę sobie słuchał tego Dylana. I powtarzał: Tym razem jeszcze jakoś się wam udało, i stoicie na suchej ziemi. Jakoś się wam udało. I to już nie będzie piosenka o miłości.

czwartek, 10 grudnia 2009

No i jak się to panu podoba, panie poeto?

Kiedy wczoraj wspominałem zamierzchły już bardzo projekt zwany popularnie POPiS-em, a jednocześnie skarżyłem się na stan pełnego osłupienia, w którym od pewnego czasu się znajduję, nawet nie przypuszczałem, że nadchodzący wieczór, przyłapując mnie jak co dzień w tym przykrym kształcie, nie dość że potwierdzi moje prawo do tego, bym czuł to co czuję, to jeszcze zachęci do już pełnego zaciągnięcia zasłon. Oczywiście, pojawiały się już wcześniej wokół mnie dowcipne głosy, sugerujące, że nawet jeśli politycy Platformy Obywatelskiej któregoś dnia zaczną krążyć po mieście i – całkowicie otwarcie, z suniętymi z oczu kapturami – zaczną gwałcić i rabować, nie stanie się nic. Świat, widząc bezprzykładność tych zachowań, nawet się nie zdziwi, lecz pochowa się po domach i utonie w codziennych, prywatnych przyjemnościach. Pojawiały się obawy, że już wkrótce, już nic naprawdę nie będzie miało znaczenia, o ile tylko uda się tak kontrolować codzienny rozwój zdarzeń, by na wszelkie niepokojące zakłócenia, reagować natychmiast, przykrywając je albo czymś przyjemnym, lub – jeśli akurat nic miłego nie będzie pod ręką – zwyczajnie odwracając publiczną uwagę w kierunku czegoś choćby nawet i bardziej niepokojącego.
Zupełnie niedawno spotkałem się z opinią, że tak właśnie ma wyglądać coś co już zostało nazwane ‘postpolityką’, choć samo jeszcze znajduje się w fazie początkowej. Że wszelkie poważniejsze plany będą opracowywane i realizowane z dala od świadomości publicznej. Daleko poza tym, o czym można usłyszeć w mediach, czy zobaczyć na ulicach naszych miast. Natomiast, jeśli idzie o same społeczeństwa, one będą wyłącznie poddawane doraźnej obróbce, w postaci delikatnych korekt na poziomie emocji. A zatem, jeśli dotknie nas jakaś szokująca niesprawiedliwość, czy spotkamy się z czymś, co zechce nas po prostu oburzyć, to tylko tu się coś przesunie, tam się coś podmieni, gdzie indziej coś się uzupełni i będzie git. Że rządy już nie będą zobowiązane do przedstawiania rozwiązań i nie będą rozliczane z ich realizacji, i w ogóle nie będą stanowiły strony jakiegoś społecznego kontraktu, lecz – znajdując się już de facto poza społeczną kontrolą – obsługę nastrojów zostawią innym specjalistom i oni już o wszystko zadbają.
A zatem, wiedząc to wszystko, i mając świadomość tego, że przed nami jeszcze wiele niespodzianek, starałem się uciec od wszystkiego, co jest wysyłane w moim kierunku, żeby po prostu zachować emocjonalną równowagę. A więc oczywiście patrzyłem na to co się dzieje, tyle że bez większego zaangażowania, głównie pogrążony albo we własnych myślach, lub zawsze sympatycznych i uszlachetniających rozmowach z bliskimi. I oto wczoraj wieczorem na TVN-owskim pasku pojawiła się informacja, która już później tylko sunęła po ekranie, do samej nocy, że wszystkie szpitale kliniczne, należące do Śląskiego Uniwersytetu Medycznego odmówiły podpisania umów z Narodowym Funduszem Zdrowia. I tyle. Taka wiadomość. Może były jakieś na ten temat komentarze, może ktoś w pewnym momencie wyraził oburzenie, lub gniew z tego powodu – nie wiem – faktem jednak pozostaje to, że te umowy nie zostały podpisane i że ta wiadomość nie wyświetliła się na żółto, tak jak to było w sytuacji gdy Taniec z gwiazdami wygrała była żona Kuby Wojewódzkiego, ani nawet na czerwono.
Wiadomość o tym, że służba zdrowia znalazła się w kompletnej zapaści przesuwała się przed naszymi oczami, w kompletnej ciszy, jak na karuzeli, wśród szeregu najróżniejszych innych informacji i ani nie słychać było wrzasku, ani łomotu, ani nawet skowytu. Na ekranie telewizora zmieniały się twarze, wciąż te same, z tymi samymi uśmiechami, przerywane tymi samymi reklamami, za oknem panował dokładnie ten sam szum co zawsze. I tylko co minutę, czy dwie wracała ta informacja. Że szpitale kliniczne odmówiły podpisania umów z NFZ-em. Ja wiem o co chodzi. Wprawdzie, Bogu Najwyższemu dzięki, i ja sam i moja rodzina nie musimy korzystać z opieki medycznej, ani teraz ani na ogół, szczęśliwie, przez wszystkie nasze wspólne lata. Ale wiem, o co chodzi. Wiem to choćby z tego, co ta sama telewizja pokazała chwilę wcześniej, że gdzieś w Polsce grupa dzieci, poddanych chemioterapii, a jednocześnie chorych na grypę, została pozostawiona bez opieki państwa, jeśli idzie o dalsze leczenie, bo po prostu NFZ nie chce dać pieniędzy, a Ministerstwo Zdrowia uważa, że to nie ich sprawa. Ale wiem to też z rozmowy z pewnym lekarzem, który mi mówi, że szpital, w którym on pracuje jest upiornie pusty, bo z powodu braku pieniędzy, przyjmuje się wyłącznie pacjentów, którzy umierają. I że to jest sytuacja, której on nie może już znieść. Wiem to też z rozmów ze znajomymi, którzy mówią, że nie mogą się zapisać na wizytę do specjalisty, nie z powodu kolejek, lecz dlatego, że tam już nikt nie przyjmuje.
Ale ja też wiem coś jeszcze. Byłem niedawno u dentysty, gdzie musiałem zapłacić za siebie i mojego syna niemal 200 złotych i już po zabiegu, siedziałem z tą dentystką – osobą jeszcze z tamtych czasów – i plotkowałem z nią o wszystkim i o niczym przez pół godziny, i mógłbym pewnie tak tam siedzieć jeszcze kolejne pół godziny, a może i godzinę, bo, jak mnie ona poinformowała, jest pusto, bo ludzie przed świętami nie mają pieniędzy. A więc i tam jest pusto. I w tych szpitalach klinicznych, gdzie ma się coś ruszyć, kiedy wreszcie przejdą one w prywatne ręce polityków Platformy Obywatelskiej, ale też i tam, gdzie już się dziś płaci za najbardziej podstawowe usługi medyczne, jest pusto. Bo pieniędzy albo nie ma państwo, albo ludzie. Mówię o zwykłych ludziach. I to też wiem. Że mówię o zwykłych ludziach.
A więc służba zdrowia, czy – jak wolą te panie w czepkach, szukające w sejmowych korytarzach alibi dla nakręcania swoich osobistych interesów – opieka medyczna, znalazła się w Polsce pod ścianą. To już wygląda na prawdziwy koniec. Szpitale straszą pustkami, w gabinetach specjalistycznych lekarze piją herbatę, którą im przynoszą znudzone panie z rejestracji, w gabinetach dentystycznych też pusto. Tylko apteki pracują pełną parą, sprzedając najtańsze lekarstwa, o których w telewizji powiedziano, że uleczą i z raka i z nadmiaru cholesterolu i uchronią przed zawałem serca. Więcej – pozwolą przespać całą noc, jeśli człowiek nagle się zbudzi i zacznie niepotrzebnie myśleć o nieważnych rzeczach.
No i banki, oczywiście. Tam też ruch. W końcu zbliżają się święta. A choinki już w tym roku pewnie będą jeszcze droższe.
I nic. Siedzimy w swoich fotelach, pogrążeni w rozkosznym przekonaniu, że nic się nie dzieje. Rzecznik Praw Obywatelskich podobno podał minister Kopacz do prokuratury, że nie ma szczepionek na grypę, a biedni prokuratorzy muszą się teraz tym czymś zajmować. A to nam się udał ten dziwny staruszek! Przecież pani minister wyraźnie powiedziała, że trzeba pić herbatę z miodem. Ludzie święci! No na miód to chyba macie? Konstytucja? Że niby co z tą Konstytucją? Normalnie, jest. Ale jak Prezydent nie będzie się upierał, to się ją zmieni. W końcu mądrzejsi od nas mówią, że ona jest sprzed dwudziestu lat, a to przecież było już tak dawno…
Jasna cholera! Ani wybuchu, ani już nawet tego skowytu.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Witamy w szpitalu "Euro..." (skrót od "Europa")

Kiedy pobierałem nauki na poziomie podstawowym, na ścianie nad tablicą wisiał portret Władysława Gomułki i Józefa Cyrankiewicza. W czasach, gdy kształciłem się na poziomie licealnym, zamiast Gomułki i Cyrankiewicza, wisieli Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz (żona moja twierdzi, że Gierka nie było, ale ona jest młoda, więc ja się będę upierał) . Nie wiem niestety, czy w latach 80-tych wisiały nad tablicami portrety Jaruzelskiego, Kani, Kiszczaka, Rakowskiego i kogo tam jeszcze komunistyczna ziemia urodziła, bo do szkoły już nie chodziłem, ani też - wtedy jeszcze - w szkole nie pracowałem.
Po ukończeniu szkoły średniej, poszedłem jeszcze na dwa miesiące uczyć się w jakiejś kompletnie nieznanej mi szkole pomaturalnej, bo nie dostałem się na studia, a bardzo się bałem pójść do wojska. I tam też wisiał Gierek i Jaroszewicz.
Stosunkowo niedawno uczyłem w jednej prywatnej szkole w Sosnowcu, i w korytarzu między sekretariatem, a pokojem nauczycielskim, wisiał portret Lenina, więc wiem, że bywa egzotycznie nawet w czasach schyłkowej III RP, ale to chyba cała moja wiedza, jeśli idzie o portrety.
Wracam jednak do czasów pełnej, wzorowej komuny, gdzie nie wolno było pyskować, natomiast należało od czasu do czasu wypełniać ankietę na temat tego, czyj tatuś lub mamusia należą do partii i kto z nich chodzi do kościoła. Siedzieliśmy więc grzecznie w ławkach, a jak było trzeba, to szliśmy na pierwszomajowe pochody i raz na jakiś czas chodziliśmy wszyscy na szczepienia do gabinetu higienistki i na kontrolę paszczy do szkolnego dentysty.
To, co przed chwilą napisałem, może być dla niektórych uczestników Salonu ciężkim szokiem, ale mogę powtórzyć: raz na jakiś czas, wszyscy uczniowie chodzili regularnie na badania i szczepienia do pani higienistki i do pań dentystek (ciekawe, że zawsze były dwie). Powiem więcej, za zaplombowanie zęba, nawet na poziomie najbardziej zaawansowanej sztuki dentystycznej, nikt nam nie potrącał z książeczek SKO (były takie książeczki; ci co nie wiedzą, niech zapytają dziadków).
I tu właśnie doszedłem do tak zwanego meritum. Dziś moją starszą córkę rozbolał ząb. Ząb, na który wcześniej wydaliśmy kupę pieniędzy, żeby był piękny i zdrowy, a z którego najzwyczajniej w świecie wypadła plomba. W pewnym momencie bolał ją już tak bardzo, że około godziny 19, postanowiliśmy ruszyć w miasto w poszukiwaniu tzw. pogotowia dentystycznego. Domyślam się, że pewnie, gdybyśmy byli bardziej przezorni, to odpowiednio wcześniej uzyskalibyśmy wszystkie namiary na dentystów obsługujących na okrągło. Jednak w związku z tym, że jesteśmy sobie takie ptaki, okazało się, że mamy kłopot.
Wiedząc jednak, że w najnowszej Polsce, cała służba stomatologiczna jest sprywatyzowana, byliśmy pewni, że coś znajdziemy. W końcu nawet dentyści muszą żyć. Zaopatrzeni w gotówkę i, jak przystało na nowoczesnych Europejczyków, kartę bankomatową, ruszyliśmy na poszukiwanie dentysty. Około godziny 19.30, znaleźliśmy dwa gabinety, jeden obok drugiego, otwarte do godziny 20, niestety i z jednego i z drugiego nas pogonili, bo państwo dentyści już poszli do domu. Trafiliśmy jeszcze jeden, też otwarty do 20, jednak ze względu na okres urlopowy, okazało się, że dentyści zarobili już wystarczająco dużo, żeby się udać na wakacje.
Posnuliśmy się więc po mieście i wróciliśmy do domu. Moja córka teraz siedzi sobie w pokoju i cieszy się, że ząb, jakby trochę ulżył, a ja piszę te refleksję.
czywiście ja wiem, że ona zawaliła sprawę. Trzeba było wcześniej zabrać się za ten ząb i znaleźć dentystę, który nie jest na tyle jeszcze zepsuty, żeby chcieć coś zarobić. Ale wiem też, że od czasu, jak ze szkól zniknęły portrety przywódców, zniknęli też lekarze i dentyści, którzy dbali o to, żeby dzieci i młodzież byli zdrowi i mieli zdrowe zęby.
Wiem też, że od czasu, gdy do naszego kraju zawitała transformacja, pierwsza grupa medyków, która faktycznie skorzystała na zmianach, to byli dentyści. Powszechnie dostępne gabinety dentystyczne zaczęły znikać wraz z ostatecznym odejściem złych komunistycznych czasów, a zamiast tego pojawiły się gabinety równie powszechnie dostępne, tyle że prywatne.
Na początku można było tam przychodzić i liczyć na opiekę stomatologiczną na pełnym poziomie, finansowaną z pieniędzy, które regularnie, co miesiąc ZUS odprowadza z naszych zarobków, jednak już po krótkim czasie okazało się, że bez pieniędzy w kieszeni, można co najwyżej wyrwać sobie zęba, albo wstawić najbardziej byle jaką plombę. Pamiętam też moment, kiedy wyrwanie zęba zaczęło kosztować 15 zł., a dentyści zaczęli już zupełnie otwartym tekstem tłumaczyć, że absolutnie nie ma sensu brać plomby za friko, bo one są po prostu do niczego.
Pamiętam też mniej więcej czas - ma się to potomstwo, więc się wie - kiedy okazało się, że właściwie normalny, prościutki zabieg plombowania zęba kosztuje 60 zł.
W moim mieście jest mnóstwo gabinetów dentystycznych. Oferta jest prawie, jak w MTV, albo w TVN24. Nie ma absolutnie ulicy w mieście, gdzie nie stoi, jak byk napis STOMATOLOG. Wkroczyliśmy w fazę dobrobytu idealnego.
Ale wkroczyliśmy również w coś, co zaobserwowałem dziś, a mianowicie w fazę, gdzie stomatolodzy, grupa społeczna, która, jak się okazuje, jako jedna z pierwszych dostała ciasteczko w postaci Polski w Europie, poczuli, że właściwie więcej nie muszą. O co mi chodzi? Gdyby ktoś w tej chwili do mnie przyszedł i powiedział, że za pół godziny pracy i zapowiedź kolejnych trzech setów, które nie wiadomo czy mi nie przyniosą kolejnych korzyści, da mi teraz 60 zł., to ja bym rzucił to pisanie i wziął się za zarabianie.
Czy ja mam pretensję do dentystów? Absolutnie! I to chcę podkreślić z całą stanowczością. Uważam, że dentyści w obu prywatnych ośrodkach, do których dziś zajrzałem o godzinie 19.30 poszli sobie do domu jak najbardziej słusznie. Oni byliby kompletnie nieprzytomni, gdyby siedzieli i marnowali swój cenny wieczór dla jakichś głupich parudziesięciu złotych.
Ja myślę o czymś kompletnie innym. Myślę o planach, bardziej lub mniej skrywanych przez obecnie nam miłościwie panującą Platformę Obywatelską, a polegających na zapowiedzi sprywatyzowania całej opieki medycznej.
Zapowiada się nam, że w momencie, jak cała opieka medyczna (specjalnie nie używam określenia służba zdrowia, bo wiem, że lekarze dostają istnej cholery na samą myśl, że mieliby komuś służyć) zostanie sprywatyzowana, wszyscy będziemy mieli po stokroć lepiej, a przede wszystkim wcale nie będziemy musieli lekarzom płacić. Nasze dziecko dostanie ciężkiej gorączki, a my o dowolnej porze dnia lub nocy, będziemy mogli zajść do profesjonalnego gabinetu lekarskiego, gdzie uśmiechnięty i dobrze zarabiający lekarz się nami profesjonalnie zajmie. A NFZ pokryje za nas wszystkie koszta z naszych zusowskich składek.
A ja już dziś wiem, że tak ten cały eksperyment się nie skończy. Skończy się on tak, że moje dziecko dostanie gorączki, a ja pojadę do szpitala na którym będzie widniał piękny, choć aktualnie zepsuty, neon z napisem " SZPITAL < EURO...> PRZYJMUJE CHORYCH OD 6.00 DO 21.00", i jeśli nie będzie jeszcze godziny 19, to owszem, zostanę, obsłużony, ale przez lekarza, który przede wszystkim będzie wściekły, że musi siedzieć bez sensu cały wieczór za głupią stówę, podczas, gdy do domu przywieźli nową plazmę.
Dziwny trochę ten mój dzisiejszy wpis. Praktycznie cały stanowi tylko szczątkowy wstęp, rozwinięcia brakuje, a reszta, to zakończenie.
Ale taka to historia. Ona ma tylko zakończenie.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...