Jak już pewnie się
większość z nas orientuje, wydłużony nieco weekend spędziłem w Poznaniu u
duszpasterza tego bloga, ostatnio zajętego sprawami ważniejszymi i
poważniejszymi, ale wciąż z nami, księdza Rafała Krakowiaka. Wizyta moja miała
dwie przyczyny. Przede wszystkim dwa lata przerwy to dla mnie okres zbyt długi,
by po raz kolejny rezygnować z udziału w owych rekolekcjach, a po drugie bardzo
chciałem zobaczyć na własne oczy, jak postepują prace w odbudowywaniu ze
zgliszcz kościoła w Ludomach niedaleko Obornik Wielkopolskich. Pisałem tu o tym
miejscu już dwukrotnie, dwa i trzy lata temu, dziś więc tylko dla tych, którzy
albo nie pamiętają, albo nie mieli zwyczajnie okazji przesyłam link.
A zatem przyjechałem do
Poznania, a następnie do wioski Ludomy, by zajść do tego kościoła i zobaczyć,
co jeszcze tam trzeba zrobić by już 10 czerwca 2029 roku ten piękny kościół
mógł zostać przez abp. Gądeckiego uroczyście otwarty i poświęcony. A więc
informuję, że oni mają tam już nowy sufit, nową posadzkę z ogrzewaniem,
całkowicie wymienioną instalację elektryczną, nowe tynki, ławki, wymalowane
ściany, chór, za chwilę pojawią się nowe, jak najbardziej prawdziwe organy, a
wszystko to wyłącznie - podkreślam: wyłącznie - w oparciu o skromne datki
pobożnych ludzi i pracę równie pobożnych budowniczych, zgodnie ze starą, świętą
zasadą: „Ile masz?” „Nic. A ty?” „Też nic”. „No to bierzemy się do roboty”.
Stałem więc tam w środku tej
wciąż nieskończonej pracy, kręciłem głową nie wierząc w cud, który tam się
dokonał, dziś jednak chciałbym nagle opowiedzieć o czymś, co pozornie wydaje
się kompletnie z nim nie związane, a jednak w moim odczuciu nie do odzielenia,
nie oderwania, nie do zlekceważenia, gdy chodzi o tę moc przeżycia. Jednak zanim jeszcze obejrzeliśmy kościół w Ludomach, udaliśmy się do znajdującej się w pewnej odległości wioski Wieszczyczyn, skąd pochodzi nasz ksiądz, a tam na
miejscowy cmentarz. Odwiedzaliśmy kolejne groby, by w końcu zatrzymać się przy
mogile księdza Walentego Marciniaka, proboszcza miejscowego kościoła pod
wezwaniem św. Rocha od roku 1945 do samej śmierci w roku 1974, a jednocześnie
człowieka, który w ten czy inny sposób dał nam księdza Rafała.
Opowiedział mi nasz ksiądz
historię - tak naprawdę niezwykle krótką - księdza Marciniaka i oto czego się
dowiedziałem. Otóż ów dobry, jak słyszę, ksiądz z chwilą wybuchu wojny został
przez Niemców aresztowany, by po paroletniej tułaczce z miejsca na miejsce
trafić do obozu w Dahau, gdzie został poddany szczególnemu doświadczeniu. Otóż
obozowy lekarz zdecydował, że zadaniem księdza Marciniaka będzie to by był on regularnie
wystawiany na atak obozowych psów, i by następnie odniesione przez niego rany
były poddawane eksperymentalnemu leczeniu przy pomocy różnych maści, w taki
sposób, by ostatecznie niemiecka medycyna była w stanie opracować skuteczny
środek na powstałe skutkiem tego przykrości. Co Niemiec postanowił, to dostał,
a ksiądz Marciniak jakimś niezbadanym cudem dotrwał w swoim cierpieniu aż do
wyzwolenia i ostatecznie jak najbardziej wyleczony przy pomocy fantastycznych
niemieckich maści wrócił do Polski, by, jak już wspomnielismy objąć parafię w
Wieszczyczynie niedaleko Poznania i nauczyć księdza Krakowiaka miłości.
Co też już wspomnieliśmy,
ksiądz Marciniak zmarł w wieku, o ile dobrze pamiętam 70 lat, w roku 1974, tyle
że już bez nóg, które zostały mu zostały chwilę przedtem odjęte skutkiem
gangreny, która, jak się okazało, ostatecznie pokonała niemiecką medycynę, a ja
już się tylko zastanawiam nad zasługami Niemiec i Niemców dla naszego wspólnego
powodzenia, które są nie do zlekceważenia. Czemu tak? Otóż pewien mój
przyjaciel, znakomity lekarz, zwrócił moją uwagę na fakt, że wiele chorób i
dolegliwości, takie jak choćby Alzheimer, noszą nazwy pochodzące od niemieckich
nazwisk i że warto by było się zadumać nad tym, czy przypadkiem to nie Niemcy
właśnie w historii świata nie wykazywali szczególnej pasji do tego, by nieść
pomoc we wszelkich boleściach. Szukam w Internecie informacji w tym temacie i
widzę, że faktycznie coś w tym jest. Ale jest jeszcze coś. Kiedy rozejrzymy się
wokół siebie, musimy zauważyć, że w grę nie wchodzi tylko medycyna, ale że
niemiecka myśl techniczna opanowała wszelkie inne dziedziny naszego życia. No
weźmy na przykład słynną markę odzieżową „Puma”. Jak czytam wszystko się
zaczęło, kiedy nadzwyczaj oddany sprawie nazista nazwiskiem Rudolf Dassler krótko
po wojnie wymyślił, że do produkowanych przez niego butów można by było wkręcać
specjalne kolce, by dało się w nich wygodniej i szybciej biegać. Otóż ja się
zastanawiam, czy nie było tak, że jeszcze parę lat wcześniej w Dahau, któryś z
miejscowych specjalistów nie sprawdzał na polskich księżach, czy oni nie będą
szybciej biegać, gdy im się w stopy coś wkręci. Ksiądz Marciniak niestety nam
już tego nie powie, więc musimy pozostać z naszymi podejrzeniami.
Ale też zostanie nam coś
jeszcze. Otóż minął właśnie dzień 11 listopada i wszyscy wiemy, co się w tę
niedzielę wydarzyło, gdy weźmiemy pod uwagę najnowszą historię Polski.
Widzieliśmy to na własne oczy, więc nikt nam nie zarzuci, że coś zmyślamy.
Podniosła się nam Polska z ruin minionego trzydziestolecia i wszystko wskazuje
na to, że już nie upadnie. A ja dziś też myślę o kościele w Ludomach koło Obornik
Wielkopolskich, który powstaje ze zgliszcz, również w jakiś tam sposób dzięki
cierpieniu oraz duszpasterskiej pracy księdza Marciniaka, zamordowanego przez
pewnego Niemca w roku 1974.
Nowy piękny kościół w Ludomach
powstaje i wszyscy wierzymy, że z końcem wiosny przyszłego roku zostanie w nim
odprawiona pierwsza po latach Msza Święta. W imieniu jego budowniczych zachęcam
do wsparcia tego niezwykłego dzieła. Wpłaty proszę kierować na konto fundacji
Soli Deo pod numerem 79 1020 4027 0000 1102 0483 1014 z dopiskiem „na cele
statutowe”.
