Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samorządy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samorządy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 maja 2017

O tym jak totalna opozycja zabiła Opole

Ponieważ Diabeł jeden wie, dlaczego, nie wklejają mi się tu dziś zdjęcia, z owej szczególnej konieczności, przedstawiam dziś kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem o piosence. A do zdjęcia wrócimy, jak Bóg da, jutro


Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Opole”, natomiast wiem, jak to się stało, że o owym „Opolu” w ogóle usłyszałem. Otóż moja edukacja w tym temacie rozwijała się równolegle ze świadomością, że istnieje coś takiego, jak „Sopot”. Skoro jednak tak, to mogę też zgadywać, że do owej świadomości słowo „Opole” dotarło wraz z pojawieniem się w naszym domu telewizora marki „Szmaragd”, a na jego ekranie czegoś, co nosiło nazwę Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu.
Podobnie jak nie pamiętam początków, tak samo nie pamiętam, kiedy uznałem, że ów opolski festiwal mnie zupełnie nie dotyczy, ale i tu mam pewne podejrzenia. Wydaje mi się, że moment ten musiał nadejść wraz ze stopniowym zanikaniem PRL-u, co oznaczało też pojawienie się czegoś, co nam przedstawiano jako nową falę polskiego rock and rolla, a więc też z czasem, kiedy na tę całą piosenkę ostatecznie machnęliśmy ręką. W końcu, ile można było słuchać zespołu Lombard, czy Lady Pank, no a przede wszystkim, po co?
Mimo to, świadomość tego, że ów festiwal istnieje i że przez tych parę letnich dni w telewizji lecą polskie piosenki, miała w sobie coś pocieszającego, co dawało nam pewność, że nie wszystko jeszcze umarło. Trochę tak, jakby nagle po latach późnym wieczorem można było włączyć telewizor i obejrzeć sobie stare odcinki Doktora Kildare’a, Świętego, czy Kapitana Sowy. Z każdym rokiem było oczywiście coraz gorzej i ostatecznie okazało się, że skoro nie ma Lombardu i Kombi, to zostają już tylko jakieś pozbawione choćby śladu znaczenia gwiazdki, typu Piasek, Kayah, czy Steczkowska i tak zwana „wieczna Marylka”.
No ale Opole wciąż trwało stanowiąc jakiś cywilizacyjny pomost między tym, co szczęśliwie odeszło, a tym co podobnie nieszczęśliwie nastało.
I oto okazuje się, że wystarczyło coś tak w gruncie rzeczy abstrakcyjnego jak myśl jakiegoś Arkadiusz Wiśniewskiego, by owa, było nie było, autentyczna, tradycja przestała z dnia na dzień istnieć. Gdyby ktoś nie wiedział kim jest ów Wiśniewski, śpieszę wyjaśniać. Wiśniewski to aktualny prezydent Opola, któremu przyszło nagle do głowy, że jeśli on wypowie Telewizji Polskiej umowę o współorganizację festiwalu, to w ten sposób upadnie rząd Prawa i Sprawiedliwości i wszystko będzie tak jak było kiedyś, a tymczasem niewykluczone, że z powodu prostej niegospodarności on pójdzie zwyczajnie siedzieć. Ktoś teraz powie, że pies drapał Wiśniewskiego. To co się liczy to fakt, że wreszcie zobaczyliśmy wszyscy, jak ważna jest reforma na poziomie samorządów. I to jest prawda. Natomiast to co jest najważniejsze dla mnie, to lista artystów, których już więcej być może nie będę musiał oglądać, a więc – cytuję – „Kasia Nosowska, Audiofeels, Piasek, Michał Szpak, Grzegorz Hyży, Kasia Popowska, Kasia Cerekwicka i Kasia Kowalska”, a może wreszcie ten rynek się odetka i pojawi się ktoś na miarę choćby Marka Grechuty.


Tak jak wczoraj i jutro i pojutrze, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.

środa, 22 września 2010

Wieczne wakacje, czyli o państwie które umiera

Przypominam sobie, jak jakiś czas temu ukazała się informacja, że zaginęła jakaś dziewczynka, i ponieważ przepadła jak kamień w wodę, wszyscy się bardzo martwią i teraz chodzi o to, żeby jej szukać. Jak powiedział mistrz Vonnegut – zdarza się. Oczywiście, wraz z wiadomością o zaginięciu, pojawił się też rysopis dziewczynki i wszystkie możliwe dane dotyczące tego, co ona wychodząc z domu miała nas sobie. Otóż z tego opisu zapamiętałem jedno. Dziewczynka ubrana była w koszulkę, czy może bluzę z napisem CHWDP. Zapamiętałem bardzo mocno ten fakt, a oprócz niego pewnego rodzaju szok, kiedy zdałem sobie sprawę, że ów rysopis rozsyłają na całą Polskę nie rodzice zagubionego dziecka, lecz właśnie policja. Dokładnie ta sama policja, której zarówno sama dziewczynka, jak i firma, która jej tę sprzedała, jak i prawdopodobnie też dziś już zrozpaczeni rodzice, kiedy jeszcze nic złego się nie działo, kazali – co tu długo mówić – wypierdalać. Zdarza się.
Niedawno jechałem tramwajem, a naprzeciwko mnie siedział chłopak. Powiem zupełnie szczerze, że nie wyglądał jakoś szczególnie niemiło. Owszem, miał na głowie bejsbolówkę, standardowo workowate spodnie, ale poza tym nie robił złego wrażenia. Co ciekawe miał ze sobą laptopa w futerale i spokojnie patrzył przez okno na przesuwający się obok świat. Uderzyła mnie koszulka. Firmowa, zdecydowanie nie domowej roboty, ze specjalną metką koszulka, na której widniał wizerunek okapturzonego chłopaka, obok niego klasyczny już napis CHWDP, a poniżej trzy linijki tekstu: „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie wiem”, czy jakoś tak. Jeszcze poniżej zdecydowane słowa „Śmierć donosicielom”. Obok nas siedziała jakaś dziewczyna, a ja walczyłem ze sobą by go nie spytać, czy gdybym ja w tym momencie poderżnął mu gardło i, korzystając z przerażenia pozostałych pasażerów, spokojnie sobie wysiadł na najbliższym przystanku i zniknął w tłumie, a ta dziewczyna zgłosiłaby się na policję i powiedziała im, jak ja wyglądałem i gdzie poszedłem, to jego zdaniem ona byłaby ta zła, czy ta dobra? A czy gdyby ten mądrala jednak jakoś przeżył, a lekarz który by go badał spytał, gdzie go boli, to by puścił parę z ust, czy by dalej milczał jak grób?
No i w ogóle, zacząłem sobie myśleć, czy gdybyśmy już te wszystkie psy z naszej okolicy przegonili, to wokół zapanowałby wreszcie święty spokój, czy może dopiero wtedy zaczęłyby się kłopoty. Przyglądam się od pewnego czasu naszej Polsce – tak mniej więcej od trzech lat – i widzę bardzo wyraźnie, jak powoli, ale bardzo systematycznie, polskie państwo przestaje istnieć. W tym momencie mógłbym właściwie zacząć pisać zupełnie osobny tekst, lub – jeszcze lepiej – całą nową serię tekstów, lub – co jeszcze bardziej prawdopodobne – zmienić ten blog w powódź żalów nad ginącym państwem, ale i tak mi tu już Ksiądz powiedział, że to co ja piszę, zatrzymało świat w miejscu i nawet na horyzoncie nie widać światła, więc pozostanę chyba tylko przy lekkim zwróceniu naszej uwagi na to co widać tak bardzo wyraźnie. Państwo ginie. Stary już dość plan środowisk neo-liberalnych mający na celu przesunięcie całej sfery publicznej na poziom lokalny ma się, jak wszystko na to wskazuje, świetnie. Proszę zwrócić uwagę, jak ostatnio zmienił się kształt informacyjnych programów choćby telewizji TVN24. Jeśli przez cały dzień nie mówi się o Jarosławie Kaczyńskim i jego psychicznej chorobie, całość przekazu wypełniana jest czymś, co można zatytułować „Prosto z Polski”. Prowadzący wesoło wędrują po tym niebieskim studio, albo w pojedynkę, albo w parach, a czasem nawet w kupie, żartują, śmieją się, czasem się przekomarzają, a śliczne dziewczyny od pogody lśnią swoimi błyszczącymi ustami. Wczoraj oglądałem wieczorny program podsumowujący dzień i jeśli pierwsze parę minut dotyczyły polityki ogólnokrajowej, cala już reszta to była wyłącznie zabawa, plotki i drobne sensacje.
Donald Tusk jest znów na urlopie, niewykluczone że Bronisław Komorowski też, i proszę zwrócić uwagę, że to nie ma żadnego znaczenia. I tak wszystko co rozstrzyga o tym, czy jeśli człowiek wyjdzie na ulicę, to zostanie natychmiast zalany wodą, lub przejedzie go jakiś pijany kierowca, rozstrzyga się na poziomie najbardziej lokalnym. Gdzieś ktoś jechał autostradą pod prąd i w związku z tym TVN poświęcił temu wydarzeniu cały długi reportaż, w którym najróżniejsi eksperci od motoryzacji radzili ludziom, co mają robić jeśli nagle przed nimi pojawi się samochód, którego miało tam nie być. Nie jest niemożliwe, że dziś ze względu na duże zainteresowanie społeczne, w studio pojawią się psychologowie i powiedzą nam jak można sobie z tą sytuacją poradzić psychicznie. A co poza tym? Cokolwiek. Albo chuligani gdzieś w Polsce zdewastowali kolejny stadion, jakiś uczeń zasztyletował swoją koleżankę, gdzieindziej ktoś odkrył ludzi zjadających bezpańsko włóczące się psy, w jakiejś wsi zawaliła się karuzela, a jak komuś się zrobi zbyt smutno, to się dowie, że w Poznaniu oddano do użytku nowy stadion, wystąpił Sting, a dźwięk podobno był znakomity.
Rosjanie odesłali nam resztki tego co odesłać zamierzali, samolot gnije na błocie smoleńskiego lotniska, a rząd podobno zastanawia się gdzie by tu znaleźć jakieś wolne pieniądze, żeby kupić odpowiednio dużą płachtę brezentu, żeby te szczątki jakoś przykryć. Choć, jak twierdzi rzecznik jeszcze podobno istniejącego rządu, może się to okazać niepotrzebne, bo i tak już z tej pogiętej blachy niczego nowego się nie dowiemy. Donald Tusk ma niedługo wrócić z urlopu, planów Prezydenta nie znamy i znać zresztą nie musimy, bo jakie to w ogóle może mieć znaczenie? Tyle wszystkiego, że jest jeszcze ten PiS i sondaże, które mówią, że od kwietnia wzrosła liczba obywateli, która nie jest do końca zadowolona z tego, ze Lech i Maria Kaczyńscy zostali pochowani na Wawelu.
Państwo przestaje istnieć. Powszechna opinia jest taka, że Wojsko Polskie pełni już wyłącznie funkcję reprezentacyjną, a jeśli gdzieś jeszcze jacyś żołnierze biegają i strzelają, to za amerykańskie pieniądze w Afganistanie i w paru innych mniejszych regionach świata. Nie ma więc rządu, nie ma polskiej polityki międzynarodowej, nie ma polskiej polityki narodowej, nie ma w kraju wojska, z wyjątkiem tych kilku żołnierzy patrolujących na wschodzie granicę Unii Europejskiej. No i zbliżają się wybory samorządowe, które pozwolą zorganizować życie na dwóch poziomach, a więc na poziomie przygotowań do Mistrzostw Europy i lokalnej księgowości, że tak to ujmę bardzo delikatnie.
O ile się nie mylę, jest też policja. I powiem szczerze, że nie wiem jak to się stało, że policja wciąż istnieje. Chodzą policjanci po ulicach, jeżdżą swoimi samochodami, spisują kraksy drogowe, dzielnicowi snują się po jakichś melinach, siedzą na komisariatach i od czasu do czasu do czasu przyjmą nas w sprawie jakieś drobnej interwencji, no i oczywiście, jeśli gdzieś odbywa się jakiś mecz piłkarski, idą się bić z bandytami. Z całą też pewnością, jeśli ktoś gdzieś kogoś zamorduje, albo odpali bombę, natychmiast pan komendant kogoś na miejsce przyśle. Ale przynajmniej są. Co do tego nie ma wątpliwości. Biedni, bez sprzętu, samochodów, pozbawieni szkoleń, zwykłego papieru, ograniczeni tysiącem idiotycznych przepisów, skorumpowane znienawidzone psy.
I daję słowo, że nie wiem, jak to się stało, że oni wciąż jeszcze żyją. Że nie zostali wyparci przez mafię, przez miejskie firmy ochroniarskie, przez prywatne agencje ochrony, czy wreszcie przez jakąś lokalną obywatelską milicję. W sytuacji gdzie już naprawdę wszyscy sobie starają się jakoś radzić, czy to z powodzią, czy z dziurawymi drogami, czy z ogólnym syfem, zamiast ich zwyczajnie rozwiązać i– tak jak to się stało w przypadku wojska – zostawić tych kliku ładnie wyszykowanych chłopców w mundurach do obsługi uroczystych mszy, wciąż im się daje jakieś pozory przydatności.
Daję słowo, że przy wszystkich zastrzeżeniach co do ich ogólnego poziomu i zawodowej i moralnej kondycji, ja bym im proponował dać na razie święty spokój. Niech jeszcze trochę nam pobędą. Bo, jak mówią, po nich już tylko pozostaną jacyś napakowani łysi debile z tatuażem na łydce i kolczykiem w nosie. Albo, dla lepszej części społeczeństwa, telefon do Urzędu Miasta i coś, co już nas nie będzie musiało w ogóle interesować.
Wielokrotnie wielu z nas lubiło sobie w takich sytuacjach przypominać pierwszą scenę z Ojca Chrzestnego, kiedy to Don Vito Corleone mówi” „Bonasera! Bonasera! Czemu nie przyszedłeś prosto do mnie? Czemu potraktowałeś mnie tak bez szacunku?” Lubimy te scenę i każdy z nas świetnie wie, co za nią stoi. Jaki model organizacji społeczeństwa. Jednocześnie jednak nie udaje nam się dojrzeć całego nieszczęścia, jakiego wynik te właśnie słowa stanowią. Ale przypomina mi się dziś inna rozmowa – również filmowa – znacznie zabawniejsza, a jednocześnie chyba jeszcze bardziej wyznaczająca nowe kierunki. W klasycznym dziś już Pulp Fiction Vincent skarży się swojemu dealerowi, że koś mu porysował karoserię jego pięknego, wypasionego samochodu, i mówi mniej więcej tak: „Takich to ja bym, kurwa, zabijał. Żadnych sądów, kurwa. Normalna egzekucja”.
Więc to jest też przyszłość. Kiedy już z murów zniknie ostatni napis CHWDP, a cała władza przejdzie w ręce tak zwanych samorządów, obudzimy się. Z oczami szeroko zamkniętymi.

piątek, 26 lutego 2010

Cała władza w ręce Rad!



Dziś w telewizji zobaczyłem, jak prezydent Kaczyński z samego rana przyjął Małysza i powiedział mu parę miłych słów. Dlaczego tak mnie to zainteresowało, że postanowiłem o tym wspomnieć? Otóż dopiero co wczoraj zastanawiałem się, o której dziś rano Lech Kaczyński zabierze się do pracy. Wracaliśmy wieczorem z Toyahową z bardzo poważnej uroczystości, zdążyliśmy tylko zobaczyć, jak samochód z Prezydentem skręca w stronę Warszawy i wtedy właśnie sobie pomyślałem, że miał ciężki dzień. Najpierw był w Kijowie na imprezie Janukowycza, wieczór spędził w Katowicach, spać się położy pewnie grubo po północy… Ciekawe, o której wstanie jutro?
Poszło o to, że z okazji 70 rocznicy tzw. polskiego uchodźctwa na Węgrzech, prezydent Kaczyński zdecydował się nadać odznaczenia dwóm bohaterom, jak to ładnie zostało określone, trzech narodów – polskiego, węgierskiego i żydowskiego. Pośmiertne już oznaczenia zostały przyznane – Order Orła Białego, polskiemu politykowi, działaczowi niepodległościowemu i patriocie Henrykowi Sławikowi, a Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Józsefowi Antallowi seniorowi – węgierskiemu politykowi, który po klęsce wrześniowej w roku 1939, wraz ze Sławikiem organizował pomoc dla polskich i żydowskich uchodźców. Szacuje się dziś, że Sławik z Antallem uratowali w czasie wojny od 5 do 15 tysiecy Polaków i Żydów.
Przyznaję, że do dzisiejszego dnia, o Henryku Sławiku miałem pojęcie raczej słabe. Tyle że gdzieś tam parę lat temu wspomniano o nim jako o polskim Wallenbergu, ale to wszystko. Nazwisko Antall już, owszem, znam dobrze, ale też tylko dlatego, że jego syn – József Antall junior był na początku lat 90-tych premierem Węgier. Natomiast, jak mówię, cała reszta była dla mnie równie obca, jak tysiące innych, zapewne równie ważnych zdarzeń z historii i Polski i Europy, a które, czym bardziej świat zmierza ku końcowi, a w naszej Polsce jedyną eksponowaną osobą, która zdaje się dbać o porządną politykę historyczną jest Lech Kaczyński, tym bardziej i tym szerzej stają się wyłącznie zadrukowaną stroną w książkach do historii.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że są tacy, szczególnie tu w Salonie24, którzy na to moje przyznanie się do takiej niewiedzy żachną się i złożą wyrazy ubolewania. Mimo to ja wiem też świetnie, że takich jak ja, ludzi znających historię Polski, a przy tym dzieje polskiego bohaterstwa i patriotyzmu tak bardzo pobieżnie, jest mnóstwo i, niestety, coraz więcej. Jak więc zatem dobrze, że od czasu do czasu choćby, polski prezydent zabierze publicznie głos na tematy związane z tym co działo się tak dawno już temu, i opowie tym którzy będą chcieli go posłuchać, o tym co wiedzieć powinni. Dobrze, nawet gdyby z tego przekazu pozostała w głowach ludzi jedna jedyna informacja. Że kiedy Sławik umierał w cierpieniach pod niemieckim butem, do końca bohaterski, do końca – mimo ciężkich tortur – chroniący bezpieczeństwo swojego towarzysza Antalla, zdołał tylko krzyknąć: „Jeszcze Polska…”.
Byliśmy z Toyahową na tej uroczystości i wszystko się odbywało bardzo poważne. Mnóstwo policji, mnóstwo ochrony, bramki do wykrywania metalu, ale też sytuacja nie była byle jaka. Mieliśmy tu bowiem, oprócz prezydenta Kaczyńskiego, również prezydenta Węgier, László Sólyoma (prezydenta Węgrzy, podobnie jak my, mają z prawdziwej, porządnej, tradycyjnej prawicy), był nasz Arcybiskup Metropolita Zimoń, byli posłowie, senatorowie i cała kupa najróżniejszych lokalnych polityków i działaczy. A więc okazja jak mało która. Były tez przemówienia, były te ordery, były podziękowania, a wnuczka Antalla seniora wygłosiła swoje podziękowania pięknie po polsku.
No i było też oczywiście wystąpienie naszego prezydenta. László Sólyom swoje odczytał z kartki i trzeba chyba przyznać, że choć bardzo miłe i życzliwe dla Polski i dla naszych, dziś tak okropnie zlekceważonych, stosunków, nie zrobiło większego wrażenia. Może trochę też przez ewidentną chrypkę, może przez węgierską tłumaczkę, a może on w ogóle jest taki.. Trudno powiedzieć, ale przecież nawet go tu w Polsce nie za bardzo znamy. Natomiast Lech Kaczyński, jak to u niego zwykle bywa, po prostu – jak to mówią moje dzieci – wymiatał! Mówił jak zwykle bez kartki, bardzo ładnie to wystąpienie skonstruował, podał mnóstwo niezwykłych informacji, ładnie nawiązał do naszej – w pewnym sensie wspólnej – polskiej i węgierskiej, politycznej sytuacji, a kiedy powiedział ostatnie zdanie, wywołał prawdziwy entuzjazm. Dobrze było patrzeć i słuchać jak przemawia taki prezydent!
Jednak muszę tu w tej chwili przyznać, że prawdziwym powodem, dla którego piszę ten tekst, nie jest Prezydent i to co stanowi o jego sile. Ja nie bywam na przyjęciach, rautach, spotkaniach, galach. Nawet nie bywam na partyjnych zebraniach, za co PiS przepraszam. Takie życie, taka aura. A zatem, w związku z tym, że nie bywam, nie znam też ludzi. Dla mnie siłą rzeczy polityka, dziennikarstwo, media, życie publiczne, to jest to co oglądam w telewizji. A więc jak idzie o tzw. elity, najniższy poziom jaki zdarzyło mi się obserwować wyznacza z jednej strony red. Warasiński, z drugiej poseł Karpiniuk, a z boku do tego jeszcze czasem doskoczy Szymon Majewski. Jak już jednak idzie o tak zwane elity lokalne, samorządowców, drobnych partyjnych działaczy – jestem kompletnie niezorientowany. I myślę sobie dziś, że to chyba bardzo dobrze, bo prawdopodobnie, gdybym więcej się pokręcił po tych okolicach, pozostałyby mi tylko spacery do parku. A przecież szkoda tych wszystkich emocji.
Stało się więc wczoraj tak, że obok tego wszystkiego, tej powagi, tych wzruszeń, tych emocji, działy się też rzeczy, które mnie autentycznie przygnębiły. Ponieważ impreza była w dużym stopniu lokalna, wśród zaproszonych gości, była cała gromada samorządowców i partyjnych działaczy z okolic. Pamiętam jak jeszcze dość niedawno pokazywali w telewizji, jak swoją rocznicę z wielkim hukiem obchodziła młodzieżówka Platformy, czyli tak zwani Młodzi Demokraci. I mogliśmy popatrzeć, jak nagle spod kupy śmieci wychodzi takie towarzystwo, że nagle zaczynamy rozumieć, dlaczego poseł Wegrzyn, czy wspomniany wyżej Karpiniuk osiągają w naszej polityce status gwiazdy. Już kiedy staliśmy w kolejce do tych bramek, wokół nas kręciły się takie męty – i w dodatku wyglądało na to, że wszyscy ze wszystkimi świetnie się znają – że wpadliśmy w autentyczną panikę. Nawoływali się, machali do siebie, robili zdjęcia swoimi i-phonami, a niekiedy wyglądali tak, że aż człowiekowi robiło się głupio, że postanowił na starość wciąż interesować się polityką.
Oczywiście, nie chcę tu powiedzieć, że uroczystość była przez nich zdominowana. W żadnym wypadku. Na ogół wszystko się toczyło jak w filharmonii, lub w teatrze, a więc jak najbardziej standardowo. Tyle że akurat w takim dniu, w którym nagle się okazuje, że do miasta zawitała wycieczka szkolna z 23 Gimnazjum im. Dobromira Pomysłowego, adres: Pcim Dolny, ul. Na Bateryjce 5 (dziękuję Pradziadkowi za inspiracje i łaskawe upoważnienie) i w programie wycieczki było odchamianie się. W dodatku jeszcze, ci gimnazjaliści wchodzą do teatru już po tym jak się przedstawienie zaczęło, bo się zasiedzieli w McDonaldzie.
Nie jest wesoło. Autentycznie nie jest wesoło. Istnieje bardzo silna obawa, że w momencie kiedy – zgodnie z zapowiedziami jaśnie oświeconych reformatorów –cała władza w Polsce zostanie przekazana lokalnym strukturom i samorządom, pozostanie nam już naprawdę tylko gra w tysiąca. Bo jak te gwiazdy już się wezmą za politykę wydawniczą – a to że się za nią zabiorą, nie ulega wątpliwości – to już nawet książek normalnych nie będzie można czytać, lecz wyłącznie ich osobiste wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w Szopienicach..
A więc dla rozweselenia, jedna historia, a przy okazji zagadka. Siedzimy sobie, rozglądamy się z zaciekawieniem po tej menażerii, i nagle za plecami słyszymy coraz wyraźniejsze paplanie. Zbliża się jakichś dwóch i drą mordy tak, że słychać ich na całej sali. Wiecie, jak jest w takich miejscach. Ludzie siadają w fotelach, na scenie kwiaty, fortepian, tu arcybiskup, tam za chwilę przyjdą prezydenci… Siedzi się cicho, a jak już się gada, to bardzo przyciszonym głosem. A tu słychać jak nadchodzą jakieś szychy. I gadają na cały głos. Zwłaszcza jeden. Z informacji, która w tym momencie jest już publiczna, wynika, że to Poseł RP. Toyahowa zwraca się szeptem do mnie: „Obejrzyj się, co to za kretyn”. Oglądam się. Nie widać, zasłania go kamerzysta. Ale gada. Głównie o swojej poselskiej stronie internetowej. Oglądam się, żeby tego buraka zobaczyć. Na nic. Ale gada. A przed nim kamerzysta. A on gada jak nakręcony. Toyahowa mnie trąca: „No zobacz, co to za idiota?”
No i wreszcie jest. Mamy go. Jest. Stoi jak malowany i nawija do jakiegoś swojego kumpla. I to jest zagadka. Kto to taki? Dla zwycięzcy jajo z niespodzianką.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...