Przypominam sobie, jak jakiś czas temu ukazała się informacja, że zaginęła jakaś dziewczynka, i ponieważ przepadła jak kamień w wodę, wszyscy się bardzo martwią i teraz chodzi o to, żeby jej szukać. Jak powiedział mistrz Vonnegut – zdarza się. Oczywiście, wraz z wiadomością o zaginięciu, pojawił się też rysopis dziewczynki i wszystkie możliwe dane dotyczące tego, co ona wychodząc z domu miała nas sobie. Otóż z tego opisu zapamiętałem jedno. Dziewczynka ubrana była w koszulkę, czy może bluzę z napisem CHWDP. Zapamiętałem bardzo mocno ten fakt, a oprócz niego pewnego rodzaju szok, kiedy zdałem sobie sprawę, że ów rysopis rozsyłają na całą Polskę nie rodzice zagubionego dziecka, lecz właśnie policja. Dokładnie ta sama policja, której zarówno sama dziewczynka, jak i firma, która jej tę sprzedała, jak i prawdopodobnie też dziś już zrozpaczeni rodzice, kiedy jeszcze nic złego się nie działo, kazali – co tu długo mówić – wypierdalać. Zdarza się.
Niedawno jechałem tramwajem, a naprzeciwko mnie siedział chłopak. Powiem zupełnie szczerze, że nie wyglądał jakoś szczególnie niemiło. Owszem, miał na głowie bejsbolówkę, standardowo workowate spodnie, ale poza tym nie robił złego wrażenia. Co ciekawe miał ze sobą laptopa w futerale i spokojnie patrzył przez okno na przesuwający się obok świat. Uderzyła mnie koszulka. Firmowa, zdecydowanie nie domowej roboty, ze specjalną metką koszulka, na której widniał wizerunek okapturzonego chłopaka, obok niego klasyczny już napis CHWDP, a poniżej trzy linijki tekstu: „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie wiem”, czy jakoś tak. Jeszcze poniżej zdecydowane słowa „Śmierć donosicielom”. Obok nas siedziała jakaś dziewczyna, a ja walczyłem ze sobą by go nie spytać, czy gdybym ja w tym momencie poderżnął mu gardło i, korzystając z przerażenia pozostałych pasażerów, spokojnie sobie wysiadł na najbliższym przystanku i zniknął w tłumie, a ta dziewczyna zgłosiłaby się na policję i powiedziała im, jak ja wyglądałem i gdzie poszedłem, to jego zdaniem ona byłaby ta zła, czy ta dobra? A czy gdyby ten mądrala jednak jakoś przeżył, a lekarz który by go badał spytał, gdzie go boli, to by puścił parę z ust, czy by dalej milczał jak grób?
No i w ogóle, zacząłem sobie myśleć, czy gdybyśmy już te wszystkie psy z naszej okolicy przegonili, to wokół zapanowałby wreszcie święty spokój, czy może dopiero wtedy zaczęłyby się kłopoty. Przyglądam się od pewnego czasu naszej Polsce – tak mniej więcej od trzech lat – i widzę bardzo wyraźnie, jak powoli, ale bardzo systematycznie, polskie państwo przestaje istnieć. W tym momencie mógłbym właściwie zacząć pisać zupełnie osobny tekst, lub – jeszcze lepiej – całą nową serię tekstów, lub – co jeszcze bardziej prawdopodobne – zmienić ten blog w powódź żalów nad ginącym państwem, ale i tak mi tu już Ksiądz powiedział, że to co ja piszę, zatrzymało świat w miejscu i nawet na horyzoncie nie widać światła, więc pozostanę chyba tylko przy lekkim zwróceniu naszej uwagi na to co widać tak bardzo wyraźnie. Państwo ginie. Stary już dość plan środowisk neo-liberalnych mający na celu przesunięcie całej sfery publicznej na poziom lokalny ma się, jak wszystko na to wskazuje, świetnie. Proszę zwrócić uwagę, jak ostatnio zmienił się kształt informacyjnych programów choćby telewizji TVN24. Jeśli przez cały dzień nie mówi się o Jarosławie Kaczyńskim i jego psychicznej chorobie, całość przekazu wypełniana jest czymś, co można zatytułować „Prosto z Polski”. Prowadzący wesoło wędrują po tym niebieskim studio, albo w pojedynkę, albo w parach, a czasem nawet w kupie, żartują, śmieją się, czasem się przekomarzają, a śliczne dziewczyny od pogody lśnią swoimi błyszczącymi ustami. Wczoraj oglądałem wieczorny program podsumowujący dzień i jeśli pierwsze parę minut dotyczyły polityki ogólnokrajowej, cala już reszta to była wyłącznie zabawa, plotki i drobne sensacje.
Donald Tusk jest znów na urlopie, niewykluczone że Bronisław Komorowski też, i proszę zwrócić uwagę, że to nie ma żadnego znaczenia. I tak wszystko co rozstrzyga o tym, czy jeśli człowiek wyjdzie na ulicę, to zostanie natychmiast zalany wodą, lub przejedzie go jakiś pijany kierowca, rozstrzyga się na poziomie najbardziej lokalnym. Gdzieś ktoś jechał autostradą pod prąd i w związku z tym TVN poświęcił temu wydarzeniu cały długi reportaż, w którym najróżniejsi eksperci od motoryzacji radzili ludziom, co mają robić jeśli nagle przed nimi pojawi się samochód, którego miało tam nie być. Nie jest niemożliwe, że dziś ze względu na duże zainteresowanie społeczne, w studio pojawią się psychologowie i powiedzą nam jak można sobie z tą sytuacją poradzić psychicznie. A co poza tym? Cokolwiek. Albo chuligani gdzieś w Polsce zdewastowali kolejny stadion, jakiś uczeń zasztyletował swoją koleżankę, gdzieindziej ktoś odkrył ludzi zjadających bezpańsko włóczące się psy, w jakiejś wsi zawaliła się karuzela, a jak komuś się zrobi zbyt smutno, to się dowie, że w Poznaniu oddano do użytku nowy stadion, wystąpił Sting, a dźwięk podobno był znakomity.
Rosjanie odesłali nam resztki tego co odesłać zamierzali, samolot gnije na błocie smoleńskiego lotniska, a rząd podobno zastanawia się gdzie by tu znaleźć jakieś wolne pieniądze, żeby kupić odpowiednio dużą płachtę brezentu, żeby te szczątki jakoś przykryć. Choć, jak twierdzi rzecznik jeszcze podobno istniejącego rządu, może się to okazać niepotrzebne, bo i tak już z tej pogiętej blachy niczego nowego się nie dowiemy. Donald Tusk ma niedługo wrócić z urlopu, planów Prezydenta nie znamy i znać zresztą nie musimy, bo jakie to w ogóle może mieć znaczenie? Tyle wszystkiego, że jest jeszcze ten PiS i sondaże, które mówią, że od kwietnia wzrosła liczba obywateli, która nie jest do końca zadowolona z tego, ze Lech i Maria Kaczyńscy zostali pochowani na Wawelu.
Państwo przestaje istnieć. Powszechna opinia jest taka, że Wojsko Polskie pełni już wyłącznie funkcję reprezentacyjną, a jeśli gdzieś jeszcze jacyś żołnierze biegają i strzelają, to za amerykańskie pieniądze w Afganistanie i w paru innych mniejszych regionach świata. Nie ma więc rządu, nie ma polskiej polityki międzynarodowej, nie ma polskiej polityki narodowej, nie ma w kraju wojska, z wyjątkiem tych kilku żołnierzy patrolujących na wschodzie granicę Unii Europejskiej. No i zbliżają się wybory samorządowe, które pozwolą zorganizować życie na dwóch poziomach, a więc na poziomie przygotowań do Mistrzostw Europy i lokalnej księgowości, że tak to ujmę bardzo delikatnie.
O ile się nie mylę, jest też policja. I powiem szczerze, że nie wiem jak to się stało, że policja wciąż istnieje. Chodzą policjanci po ulicach, jeżdżą swoimi samochodami, spisują kraksy drogowe, dzielnicowi snują się po jakichś melinach, siedzą na komisariatach i od czasu do czasu do czasu przyjmą nas w sprawie jakieś drobnej interwencji, no i oczywiście, jeśli gdzieś odbywa się jakiś mecz piłkarski, idą się bić z bandytami. Z całą też pewnością, jeśli ktoś gdzieś kogoś zamorduje, albo odpali bombę, natychmiast pan komendant kogoś na miejsce przyśle. Ale przynajmniej są. Co do tego nie ma wątpliwości. Biedni, bez sprzętu, samochodów, pozbawieni szkoleń, zwykłego papieru, ograniczeni tysiącem idiotycznych przepisów, skorumpowane znienawidzone psy.
I daję słowo, że nie wiem, jak to się stało, że oni wciąż jeszcze żyją. Że nie zostali wyparci przez mafię, przez miejskie firmy ochroniarskie, przez prywatne agencje ochrony, czy wreszcie przez jakąś lokalną obywatelską milicję. W sytuacji gdzie już naprawdę wszyscy sobie starają się jakoś radzić, czy to z powodzią, czy z dziurawymi drogami, czy z ogólnym syfem, zamiast ich zwyczajnie rozwiązać i– tak jak to się stało w przypadku wojska – zostawić tych kliku ładnie wyszykowanych chłopców w mundurach do obsługi uroczystych mszy, wciąż im się daje jakieś pozory przydatności.
Daję słowo, że przy wszystkich zastrzeżeniach co do ich ogólnego poziomu i zawodowej i moralnej kondycji, ja bym im proponował dać na razie święty spokój. Niech jeszcze trochę nam pobędą. Bo, jak mówią, po nich już tylko pozostaną jacyś napakowani łysi debile z tatuażem na łydce i kolczykiem w nosie. Albo, dla lepszej części społeczeństwa, telefon do Urzędu Miasta i coś, co już nas nie będzie musiało w ogóle interesować.
Wielokrotnie wielu z nas lubiło sobie w takich sytuacjach przypominać pierwszą scenę z Ojca Chrzestnego, kiedy to Don Vito Corleone mówi” „Bonasera! Bonasera! Czemu nie przyszedłeś prosto do mnie? Czemu potraktowałeś mnie tak bez szacunku?” Lubimy te scenę i każdy z nas świetnie wie, co za nią stoi. Jaki model organizacji społeczeństwa. Jednocześnie jednak nie udaje nam się dojrzeć całego nieszczęścia, jakiego wynik te właśnie słowa stanowią. Ale przypomina mi się dziś inna rozmowa – również filmowa – znacznie zabawniejsza, a jednocześnie chyba jeszcze bardziej wyznaczająca nowe kierunki. W klasycznym dziś już Pulp Fiction Vincent skarży się swojemu dealerowi, że koś mu porysował karoserię jego pięknego, wypasionego samochodu, i mówi mniej więcej tak: „Takich to ja bym, kurwa, zabijał. Żadnych sądów, kurwa. Normalna egzekucja”.
Więc to jest też przyszłość. Kiedy już z murów zniknie ostatni napis CHWDP, a cała władza przejdzie w ręce tak zwanych samorządów, obudzimy się. Z oczami szeroko zamkniętymi.