Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tvn24. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tvn24. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 listopada 2021

Jak daleko z Białorusi do Wietnamu?

        Daję słowo, że ani mi w głowie było kontynuowanie wczorajszego tematu, zwłaszcza w odniesieniu do tego co nam proponuje telewizja TVN24, jednak dziś trafiłem na podaną przez wspomianą stację informację, że oto jakiś kierowca wyrzucił przez okno niedopałek papierosa, został za to zatrzymany przez policję i teraz drży o życie. Taki był tytuł owego newsa: „Wyrzucił przez okno samochodu niedopałek papierosa, grozi mu nawet pięć lat więzienia”. Tak się jednak składa, że kiedy już ta najmniej leniwa część odbiorców „całej prawdy cały dzień” zdecyduje się zajrzeć głębiej, okaże się, że człowiek, owszem, mosze pójść siedzieć, ale nie za ów niedopałek, tylko za to, że prowadził samochód mimo sądowego zakazu. Myśłę, że nie zaszkodzi tu, mimo że sprawa jest już zupełnie jasna, przytoczyć kawałek relacji stacji:

„Przewodnik psa służbowego z bielskiej komendy, który razem ze swoim czteronożnym partnerem - owczarkiem niemieckim o imieniu Mania, patrolował dzielnicę Komorowice w poniedziałek, zareagował na zachowanie 34-letniego kierowcy bmw. Mężczyzna, stojąc na skrzyżowaniu na ulicy Piłsudskiego w oczekiwaniu na zmianę świateł, wyrzucił przez okno niedopałek papierosa. Policjant nakazał mu zjechać na pobocze. Po sprawdzeniu 34-letniego kierowcy w policyjnej bazie danych okazało się, że ma on trzyletni zakaz prowadzenia pojazdów”.

       Przeczytałem to coś i uznałem, że są jednak rzeczy, które we wczorajszym tekście się nie zmieściły, a których pominąć nam nie wolno. Otóż w momencie gdy audycja zatytułowana „Mario”, o któej było wczoraj, się rozpoczęło i na ekranie pojawił się ów zezol, bez słowa zapowiedzi zobaczyliśmy sceny z wojny w Wietnamie, niemal jakby żywcem wyjęte z filmu „Czas Apokalipsy”. Kiedy wszyscy zachodziliśmy w głowę, co do tamtej wojny może mieć Mariusz Kamiński, okazało się, że to co oglądamy, to zaledwie wprowadzenie do informacji, że Ameryka wówczas szczęśliwie dostała po nosie od Związku Sowieckiego wyłącznie przez to, że tam na miejscu w Wietnamie mogli przebywać dziennikarze i to dzięki nim amerykańskie społeczeństwo mogło też na bieżąco uzyskiwać informacje na temat tego jak to ten faszysta Nixon morduje biedne niewinne wietnamskie dzieci. Tak było wtedy na zachodnim froncie, no a dziś w Polsce, Kamiński nie pozwala dziennikarzom relacjonować tego, co tym razem pisowscy faszyści wyprawiają na granicy z Białorusią.

        To nie było wszystko. Jeszcze warto było wspomnieć i to, że jednym z głównych tematów przedwczorajszej audycji było to, że młody Kamiński podobno był zafascynowany działalnością jakiś „sztyletowców”, czy jakoś tak, terrorystycznej grupy działającej przeciwko czy to caratowi, czy nowej komunistycznej władzy, nie zrozumiałem, ale, owszem przez cały program mogliśmy oglądać nieustanne wstawki pokazujące zakrwawiony sztylet, jak rozumiem, porzucony przez Mariusza Kamińskiego.

         No ale nie o Kamińskim miało być, ale o stacji TVN24, wojnie w Wietnamie, no i o tym jak to tylko dzięki wolnym mediom, mogła w Wietnamie zapanować wieczna demokracja i jak to dzięki mediom zniewolonym przez rząd PiS-u, mogą na granicy z Białorusią umierać kobiety w ciąży i ich dzieci.

       Oczywiście można by było, jak to już robiliśmy tu nie raz, zastanawiać się, czy oni wiedzą że kłamią, ale dajmy sobie przynajmniej na jakiś czas z tym strasznym dylematem spokój. Proponuję natomiast byśmy sobie przypomnieli mój dawny tekst, dotyczący jak najbardziej wojny wietnamskiej i tego jednego akcentu, który w moim pojęciu stanowi wręcz symbol tego, z czym mamy do czynienia, gdy do akcji wchodzą media.


      Obejrzeliśmy wczoraj z synem słynny film Michaela Cimino „Łowca jeleni”. To znaczy, tak naprawdę obejrzało go moje dziecko, a ja sobie go zaledwie przypomniałem. Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale mimo że on ma już 26 lat, filmem interesuje się kto wie, czy nie bardziej ode mnie, ma stałe oko na wszystko, co się we współczesnej kinematografii dzieje, tego akurat, jak się nagle okazało, nie widział nigdy. Zasiedliśmy więc sobie odpowiednio wcześnie – film Cimino trwa pełne trzy godziny – przed telewizorem, no i zanurzyliśmy w owej absolutnie niezwykłej, prowadzonej niemal w zwolnionym tempie, narracji i nastąpiła cisza przerywana tylko niekiedy leciutkim pobrzękiwaniem szkła.

No i pojawiła się w pewnym momencie owa nieśmiertelna już chyba kwestia Wietnamu, z oczywiście kluczową w tym filmie sceną, kiedy to DeNiro i Walken zmuszeni są przez żołnierzy Vietkongu do gry w tak zwaną „rosyjską ruletkę”. I to wtedy właśnie syn mój niespodziewanie zapytał mnie, czemu ta wojna wciąż tak bardzo gryzie amerykańskie sumienia. Wytłumaczyłem mu wszystko najlepiej jak umiałem, zwracając oczywiście przede wszystkim uwagę na owo słynne zdjęcie, na którym szef południowowietnamskiej policji, generał Nguyễn Ngọc Loan, zabija strzałem w głowę swojego imiennika, żołnierza Vietkongu Nguyễn Văn Léma, a które to zdjęcie, w zgodnej opinii wielu komentatorów praktycznie zapewniło Ameryce ostateczną wietnamską porażkę. Popatrzmy:


       Kto wie, ten wie, a tym co nie wiedzą i są w tym momencie odpowiednio poruszeni, wyjaśnię, że owo zdjęcie – natychmiast zresztą podpisane słowem „morderstwo” oraz wyróżnione Nagrodą Pulitzera – na którym widzimy tego biednego przerażonego chłopaka, niemal dziecko, i mierzącego prosto w jego skroń bezwzględnego mordercę, zostało wykonane przez Eddiego Adamsa, reportera Associated Press i błyskawicznie rozesłane na cały świat z informacją, że oto do jakich wynaturzeń prowadzi amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. W konsekwencji, jak mówię, nie potrafiąc odpowiednio zareagować na ową publikację, Amerykanie zaczęli się stopniowo wycofywać z Wietnamu, ostatecznie oddając ów rejon Związkowi Sowieckiemu. To jednak, czego do dziś tak naprawdę większość z nas nie wie, to fakt, że ów biedny, tak okrutnie zamordowany chłopak z Vietkongu został chwilę wcześniej pojmany w pobliżu masowego grobu wypełnionymi 34 grobami cywilów, których dowodzony przez niego osobiście oddział właśnie pozabijał. On sam też, czego Loan był naocznym świadkiem, również osobiście, niemal chwilę wcześniej rozstrzelał pewnego południowowietnamskiego oficera wraz z jego żoną, 80-letnią matką, oraz trojgiem małych dzieci, tylko dlatego, że ten nie chciał mu powiedzieć, jak obsługiwać czołg. Tuż po aresztowaniu, Lém oświadczył, że jest bardzo dumny z tego co zrobił, a w tej sytuacji Loan stracił cierpliwość i Léma rozstrzelał. Ktoś mi teraz pewnie powie, że nie wolno zabijać i ja się oczywiście z tym zgadzam, natomiast uważam, że zachowując owo przykazanie w pamięci, ważne jest też to, by wiedzieć. Bo nie wiedzieć, to też grzech. I to niekiedy bardzo ciężki.

I proszę sobie teraz wyobrazić, że gdyby nie dociekliwość mojego dziecka, to i my byśmy się dziś nie dowiedzieli o tym, co najciekawsze, a więc to co najczęściej przychodzi później. Otóż skończyliśmy oglądać film, syn mój rzucił się do komputera, no i co się okazało? Po paru kolejnych miesiącach mianowicie generał Loan został ciężko postrzelony, w wyniku czego musiano amputować mu nogę. W trakcie oblężenia Sajgonu, kiedy wojna już się praktycznie zakończyła, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował prowadzić normalne życie, jako właściciel niewielkiej pizzerii. Niestety, w roku 1991 został rozpoznany, jego tożsamość została ujawniona publicznie i ostatecznie, po tym, jak na ścianach restauracji zaczęły pojawiać się napisy w rodzaju: „We know who you are, fucker”, przeszedł na emeryturę. Zmarł na raka w roku 1998. I proszę sobie wyobrazić, że w tym oto momencie na scenę wchodzi autor słynnego zdjęcia, reporter Associated Press, Eddie Adams ze swoim zamieszczonym po śmierci Loana w magazynie „Time”, a dziś już skutecznie zapomnianym oświadczeniem, w którym pisze:

„Na tym zdjęciu zginęło dwoje ludzi, ten partyzant, ale też GENERAŁ NGUYEN NGOC LOAN. Generał zastrzelił partyzanta Vietkongu ze swojego rewolweru, a ja zabiłem generała swoją kamerą. Uważam, że fotografia bywa najpotężniejszą bronią na świecie. Ludzie jej wierzą, podczas gdy w rzeczywistości ona kłamie. I nie trzeba przy niej nawet manipulować. Ukazuje ona tylko część prawdy. A to co moje zdjęcie ukryło, to kwestia: ‘Co ty byś zrobił tego upalnego dnia na miejscu generała, gdyby zdarzyło ci się ująć przestępcę tuż po tym, jak ten z zimną krwią zamordował jednego, a może dwoje, czy troje Amerykanów’… Owo zdjęcie zniszczyło jego życie. Co ciekawe, Loan nigdy nie miał do mnie o nie pretensji. Powiedział mi kiedyś, że pewnie gdybym to nie ja je zrobił, zrobiłby je ktoś inny. Ja jednak już nigdy nie przestałem mieć wyrzutów sumienia w stosunku do niego i jego rodziny... Kiedy umarł, wysłałem kwiaty z dopiskiem: ‘Przepraszam i dziś już tylko płaczę’”.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja zrobiła się trochę dziwna. Z jednej strony mamy ten film, a więc, jak by nie patrzeć, najczystszy pop, z drugiej owo zdjęcie, gdzie, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, widzimy kogoś, kto z całkowicie spokojną twarzą strzela człowiekowi w głowę, no a ja na to wszystko zaczynam opowiadać jakieś tam naprawdę zupełnie nieistotne anegdoty. Dobra więc, stoję wobec tych zarzutów z odsłoniętą piersią i proszę o jeszcze. Proszę mi też jednak pozwolić powtórzyć to, co powiedziałem już nieco wcześniej: naprawdę nigdy nie zaszkodzi wiedzieć.

piątek, 19 listopada 2021

O tym jak upaść tak by już nie wstać

       Powiem szczerze, że nie wiem jak to się mogło stać, ale gdy wczoraj wieczorem skończyłem pracę i zasiadłem przed telewizorem, by zobaczyć, jak się mają sprawy, córka moja poinformowała mnie, że już za chwilę będziemy oglądać telewizję TVN24, a w niej program „Czarno na białym”, z którego dowiemy się co za swoimi wypielęgnowanymi paznokciami chowa minister w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Mariusz Kamiński. Pierwsza moja myśl była taka, że to jest naprawdę niezwykłe, jak TVN24 na zmianę z „Gazetą Wyborczą” raz za razem ogłaszają publikację kolejnych sensacji na temat ważniejszych polityków wspomnianego Prawa i Sprawiedliwości, podczas gdy z drugiej strony, daję słowo, ale ja nie słyszałem, by telewizja TVP.Info, czy nawet owa nędza, wpolityce.pl, wpadli na pomysł by próbować zainteresować opinię publiczną tajną historią Moniki Olejnik, czy Michała Szczerby. Czyżby nie musieli?

      Obejrzałem jednak solidarnie z moim dzieckiem ów program i proszę sobie wyobrazić, że nie dowiedziałem się z niego ani tego, że Mariusz Kamiński w młodości doprowadził do samobójstwa koleżankę ze szkoły, ani że w późniejszym okresie swojej kariery popadł w alkoholizm, ani że w czasie gdy PiS nie był przy władzy otworzył sutenerski interes... nic z tego. Okazało się, że TVN24 przygotował, cholera wie, czemu akurat dzisiaj, materiał z którego wynika, że Mariusz Kamiński to pisowskie bydle. I tyle. No i może jeszcze to, że TVN24 zawsze musi u siebie zatrudniać przynajmniej jednego zezowatego prezentera.

         O czym oni tam opowiadają, daję słowo, że nie ma najmniejszego znaczenia, to natomiast co robi wrażenie, to zapowiadany od początku zestaw osób, które podobno – taka jest zapowiedź – znały Kamińskiego i się z nim przyjaźniły, a dziś opowiedzą nam o tym, jak on się fatalnie zmienił i z bojownika o wolność i demokrację zmienił się w nazistę.  A teraz uwaga. Oto przed nami materiał robiący wrażenie próby sparodiowania jakiegoś żałosnego dokumentu z Netflixa, w którym świadkowie oskarżenia to przede wszystkim (naprawdę, przede wszystkim) dziennikarz tygodnika „Polityka”, Piotr Pytlakowski, o którym Wikipedia pisze co następuje:

„Piotr Pytlakowski jest synem Jerzego Pytlakowskiego i Sabiny z domu Wiernik (1918–1990), która pochodziła z rodziny żydowskiej i była siostrą pisarki Ireny Szymańskiej. Jej rodzice – Róża i Szymon – zostali zamordowani w czasie Holocaustu. Ukończył zaoczne zawodowe studium nauk politycznych dla dziennikarzy przy Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował m.in. w „Nowej Wsi”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Gazecie Wyborczej”, „Życiu Warszawy”, „Życiu”, a od 1997 związany jest z tygodnikiem „Polityka”, gdzie zajmuje się dziennikarstwem śledczym i problematyką kryminalną. Jest związany z ruchem Obywatele RP”.

       A zatem mamy pierwszego świadka oskarżenia w procesie wytoczonym przez telewizję TVN24 Mariuszowi Kamińskiemu: jakiegoś Żyda, który najpierw ukończył „zaoczne zawodowe studium nauk politycznych dla dziennikarzy przy Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, następnie został dziennikarzem pisma „Nowa Wieś”, by skończyć jako dziennikarz jedynego realnie autentycznie post-komunistycznego tygodnika „Polityka”, oraz działacz ruchu Obywatele RP, który dziś w stacji TVN24 występuje jako ktoś kto, jako podobno jego dawny przyjaciel,  wyjaśni nam, kim tak naprawdę jest Mariusz Kamiński.

        Zanim przejdziemy do następnych świadków oskarżenia przedstawionych nam przez TVN24, popatrzmy na samego Mariusza Kamińskiego i wspomnijmy zaledwie fakt, że mówimy o człowieku, który, mając zaledwie 16 lat, został umieszczony w zakładzie poprawczym za „zbeszczeszczenie pomnika Armii Czerwonej”, a dwa lata później, gdy miał lat 18, został aresztowany za „stawianie czynnego oporu podczas demostracji” oraz wyrzucony z liceum, a potem zapisał się w naszej świadomości tak jak się zapisał. A zatem z jednej strony mamy Kamińskiego, a z drugiej... Pytlakowskiego z „Nowej Wsi”,

         Pytalakowski w materiale TVN24 zajmuje najwięcej miejsca, natomiast zdecydowanie na doczepkę pojawia się jakieś gówno urodzone, jak sądzę, za rządów Waledemara Pawlaka, przedstawione jako dziennikarz TVN24. Bez znaczenia.

        To jednak co zrobiło na mnie wrażenie największe, to obecność w tej bandzie trojga Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Czemu tak? Otóż tak się składa, że ze względu na zaszłości mojej żony owa Kluzik jest naszą bliską znajomą i ja o niej wiem więcej niż bym wiedzieć chciał. Otóż jest tak, że owa Joanna Kluzik-Rostowska w roku 1983 zdała maturę, jak wielu jej znajomych poszła na studia, by następnie poznać jakiegoś frajera, przerwać naukę, wyjechać do Warszawy i tam się zacząć urządzać. Czytając jej biogram w Wikipedii, dowiaduję się, że ona w latach 80. „współpracowała” z  „Tygodnikiem Mazowsze” oraz „innymi pismami”. A ja się zastanawiam, jak owa „współpraca” wyglądała i co z niej wynikało. Ile ona tam tekstów opublikowała. Owszem, ja wiem, jaką karierę zrobiła Kluzik-Rostowska po roku 1989, natomiast wcześniej, kiedy za mazanie po ruskich pomnikach Mariusz Kamiński był wyrzucany ze szkoły i trzymany w poprawczaku, co ona robiła? Przepraszam bardzo, ale ja nie jestem w stanie uwierzyć, że ona – wbrew temu co opowiada w tym paszkwilu na Kamińskiego – była jego przyjaciółką, razem z nim walczyła w Lidze Republikańskiej, a on dla niej to był – tu szyderczy śmiech – zwykłym Mario.

        Jak znam Joannę Kluzik-Rostowską, to, przepraszam bardzo, bo to jak by nie było koleżanka, ale niech ona może się zamknie. Ona jest byłą przyjaciółką Mariusza Kamieńskiego, a on jest dla niej „Mario”, tak samo jak ja mogę mówić o Donaldzie Trumpie „Donnie”, czy – by przybliżyć nieco sytuację do miejsca, w którym znalazła się Joanna Kluzik-Rostowska – o ruskim prezydencie Putinie „Pucio”.

        W czym rzecz? Otóż to truchło WSI postanawia wypuścić materiał, który ostatecznie ma znieść ze sceny Mariusza Kamińskińskiego, i do tej roboty wynajmuje jakiegoś Żyda z PRL-owskiego tygodnika „Nowa Wieś” oraz Joannę Kluzik-Rostowską, a więc kogoś kto nigdy w życiu nie wyszedł poza rolę rzepa, który się uczepił czyjejś nogawki. Przepraszam bardzo, ale – głupio mi to mówić – faktycznie nie mamy z kim przegrać.

 


wtorek, 27 października 2020

Czy Rafał Trzaskowski zaprosi Miley Cyrus na uroczyste otwarcie nowej oczyszczalni ścieków?

 

       Jak uznał za stosowne poinformować portal tvn24.pl, w sprawie protestów przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, wypowiedziała się popularna piosenkarka Miley Cyrus. A zaczyna się to coś tak:

„Artystka zamieściła na Instagramie, na koncie swojej fundacji Happy Hippie Foundation (zajmuje się głównie problemem bezdomności i prawami osób LGBTQ), informację o sytuacji w Polsce. Podała ją dalej z konta ‘Cielesne’, które zajmuje się ciałopozytywnością, czyli postawami akceptacji własnego ciała.

Na kilku grafikach opisano tam w języku angielskim wyrok w sprawie aborcji, zaznaczając, że Polska już wcześniej miała jedno z najbardziej rygorystycznych praw aborcyjnych w Europie. W poście opisano również protesty po wyroku, między innymi marsz przed dom prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego, a także reakcję policji, która użyła gazu łzawiącego. W poście wspominano też o organizacjach, które można wesprzeć w ramach walki o prawa kobiet w Polsce”.

      Prawdopodobnie po to, by odpowiednio wzmocnić suchy redaktorski przekaz, zdecydowano się przetłumaczyć na język polski fragment oświadczenia Miley:

„Tysiące maszerują w Polsce w obronie praw człowieka po tym, jak w zeszłym tygodniu ogłoszono, że aborcja zostanie prawie całkowicie zakazana w tym kraju. Wybierz organizacje, które możesz wesprzeć, i dowiedz się więcej o orzeczeniu, klikając w link w naszym bio”.

       Od razu muszę się zastrzec, że swoje sumienie uważam za wyjątkowo czyste, jako że zarówno tu, jak i w paru innych miejscach, od lat uparcie powtarzam, że Miley Cyrus to wielka piosenkarka i artystka, a jej głos to wydarzenie, wobec którego wielu tak zwanych poważnych artystek zdaje w bezradności. Na temat innych jej przymiotów się nie wypowiadam, bo przede wszystkim mnie one – tak jak to ma miejsce w przypadku wszystkich innych artystów – kompletnie nie interesują, a poza tym, w tym akurat przypadku nie chcę sobie tu psuć dosyć jednak twardej opinii. Sytuacja jednak kiedy akurat TVN-24, a więc środowisko, które z samej swojej zasady kogoś takiego jak Miley Cyrus włącznie z jej sztuką estradową ma w szczerej i niewzruszonej pogardzie, nagle nie tytułuje jej określeniem „gwiazdka”, ale decyduje się użyć słowa „artystka”, jest z mojego punktu widzenia nadzwyczaj podejrzana. Podobnie, bardzo podejrzane jest to, że zamiast poświęcić choćby dwa zdania opisowi rodzaju sztuki prezentowanej przez Miley Cyrus, bredzi ów TVN coś na temat „ciałopozytywności, czyli postaw akceptacji własnego ciała”. Ale niechby i już zostawili ci państwo ową „ciałopozytywność” i opowiedzieli nam o tym, w jaki sposób o nią dba i realizuje ją ich akurat od niedawna ulubiona artystka. Nic z tego. Jest tylko nagi zachwyt nad tym, że przeciwko Polsce w jednym szeregu z ową patologią atakującą kościoły stają wybitni amerykańscy artyści.

       Niedawno jeszcze przeżywaliśmy wszyscy ów przedziwny wybryk Rafała Trzaskowskiego, który w jednym warszawskich klubów wywołał karczemną awanturę z tego powodu, że mu się nie podobała muzyka. Dlatego też z pozycji prezydenta miasta zażądał, by mu zagrano Jamiroquaia, a nie jakąś głupią... no właśnie, czyżby Miley Cyrus? Tego akurat nie wiem, ale podejrzewam, że tak mogło być, bo gdy całe to reprezentowane przez TVN24 intelektualne towarzystwo zaczęło bronić muzycznych gustów Trzaskowskiego, to w kontrze pojawiały się głównie szyderstwa z Miley Cyrus, Justina Biebera, Ariany Grande, no i naturalnie Zenka Martyniuka i Sylwestra Marzeń. I oto nagle się okazuje, że kto jak kto, ale ta cała Miley jest w porządku.

         To jest oczywiście z mojego punktu widzenia coś kompletnie chorego, ale i tak wciąż mi chodzi po głowie wspomniana przez redakcję „ciałopozytywność, czyli postawy akceptacji własnego ciała”. Ponieważ tu część Czytelników może cierpieć niedostatek wiedzy, przedstawiam z myślą o nich właśnie, o co tu mogło chodzić.



      
       A ja i tak twierdzę, że Miley Cyrus, jeśli tylko chce, śpiewa jak mało kto. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś więcej na temat tego jak to się dziwnie układa z tymi artystami, polecam swoją książkę o muzyce, którą, po tym jak Gabriel Maciejewski sprzedał resztę nakładu za psi grosz jakimś antykwariuszom z Allegro, można przede wszystkim kupować bezpośrednio u mnie. Zapraszam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Dedykacja w cenie.

wtorek, 7 lipca 2020

Czy TVN24 popadł w czarny antysemityzm?


      Podczas niedzielnego wiecu Rafała Trzaskowskiego w Katowicach, który opisałem tu wczoraj, a który wcześniej obejrzałem na żywo w telewizji TVN24, w pewnym momencie w oku kamery – i to na dość długą chwilę – pokazał się plakat, wykonany w sposób ewidentnie metodą chałupniczą, gdzie na pierwszym tle widniał napis „CZOSNKOWSKI”, a pod spodem osiem gwiazdek w podziale pięć na trzy. Moja pierwsza reakcja była taka, że ten czosnek zdecydowanie musi coś oznaczać, a już chwilę później uznałem, że to jest coś absolutnie niezwykłego, że osoby odpowiadające za ów przekaz zdecydowały się się naprawdę dość długą część czasu poświęcić akurat na to coś.
      W tej sytuacji pomyslałem, że zrobię coś, co się wręcz w tej sytuacji narzuca, wpisałem słowo „czosnkowski” w Google’a i dowiedziałem się, że w ten sposób prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego określają ci sami ludzie, którzy zamiast nazwiska Duda używają słowa „Juda”. Pozostały te gwiazdki. Otóż i to sprawdziłem i okazuje się, że w tych właśnie dniach na Twitterze postał projekt o nazwie Ruch Ośmiu Gwiazdek, gdzie z zasady tępi się Prawo i Sprawiedliwość, a owe gwiazdki to wykropkowane, dość popularne ostatnio hasło, „Jebać PiS”.
       Oczywiście, z mojego punktu widzenia, najciekawsze było to, jak to się stało, że osoby realizujące ów wiec na potrzeby telewizji uznały, że to jest akurat obraz, który warto zachować dla historii. Czy to możliwe, że oni akurat swą myślą owego czosnku nie dotknęli, natomiast im się bardzo spodobały te gwiazdki, które musiały być im zarówno znajome jak i miłe? Owszem, to jest bardzo możliwe. Ja biorę bardzo mocno pod uwagę, że osoba decydująca o kształcie tej transmisji uznała, że choć prawdopodobnie telewidzowie ani owego czosnku, ani tych gwiazdek nie zrozumieją, to nic nie zaszkodzi, jeśli się w ten sposób zaznaczy teren i będzie gites. No i teren został zaznaczony. Podczas transmisji przemówienia Rafała Trzaskowskiego na katowickim rynku w świat poszedł przekaz, że PiS należy „jebać”.
       Jest jednak coś jeszcze, niewykluczone, że równie interesujące. Otóż ja bym bardzo chciał wiedzieć, któż to taki pojawił się tam z tym nagryzmolonym nad śląską roladą czosnkiem i PiS-em, który należy „jebać”. Jaka to polityczna siła zdecydowała się na ów wysiłek? Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że za tą akcją stoi organizacja, która tak naprawdę uważa, że „jebać” należy przede wszystkim Żydów, a więc zarówno Dudę, jak i Trzaskowskiego, jak i całe to jedno i drugie towarzystwo, które ich nam, prawdziwym polskim patriotom, próbuje wcisnąć. Jest też oczywiście prawdopodobne, że ten plakat w swoich drżących dłoniach trzymał człowiek, który o tej całej polityce nie ma bladego pojęcia, natomiast szalenie się nią interesuje – swoją drogą, takich każdy z nas ma wśród swoich bliskich znajomych wielu – ale jest zwykłym wariatem, który nawet nie wie, o co mu chodzi kiedy wykrzykuje jakieś hasła.
        Niezależnie od tego jaka jest prawda, faktem jest, że w dniu gdy prezydent Warszawy Trzaskowski przybył do Katowic i na katowickim rynku zorganizował wiec, który telewizja TVN24 postanowiła transmitować, w tłumie pojawił się ktoś, kto przedstawił opinię, że najbliższy wybór to wybór między dwoma Żydami, a ci durnie uznali że to jest świetna okazja, by zakomunikować światu, że należy „jebać” PiS.
        Przyznaję, że nie wiem, co można w tej sytuacji zrobić, nie wykluczam jednak, że tu by się jednak przydała interwencja ambasador Mosbacher.





      

niedziela, 5 lipca 2020

Andrzej Duda - to się uda! A Państwu już podziękujemy.


       Parokrotnie ostatnio dawałem tu wyraz swojemu zaniepokojeniu sposobem w jaki prezes Kurski, najpierw bezpośrednio, a ostatnio w sposób sobie tylko znany, uczestniczy w promocji wysiłków Andrzeja Dudy na rzecz przedłużenia swojej służby dla  Polski. Jednocześnie jednak, przy każdej kolejnej okazji, robiłem jedno i to samo zastrzeżenie, że oto mianowicie nie jesteśmy w stanie dokonać pełnej oceny zachowania publicznej telewizji w czasie bieżącej kampanii, o ile nie uzyskamy pełnego obrazu tego, co w tym samym czasie dzieje się tam, gdzie Andrzej Duda pozostaje możliwie najczarniejszym charakterem i gdzie jego ewentualne zwycięstwo stanowi zapowiedź nie mniej czarnej przyszłości z punktu widzenia najbardziej czarnego towarzystwa. A tu oczywiście miałem na myśli przede wszystkim telewizję TVN24.
        Ja akurat owej stacji zasadniczo nie oglądam od mniej więcej pięciu lat. Owszem, zaglądam na ich internetowy profil, gdzie siłą rzeczy – w końcu to jednak Internet – oni się muszą bardziej starać, gdy chodzi o telewizor jednak, pozostaję kompletnie niepoinformowany. Mimo to jednak, ani przez moment nie przyszło mi do głowy sądzić, że ów rodzaj agresji, jaką prezentuje Telewizja Polska, pozostaje bez jakiegokolwiek odniesienia do tego, co się najpewniej dzieje po przeciwnej stronie.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, że spędzaliśmy tu wczoraj bardzo przyjemnie czas przed telewizorem, gdzie Arsenal niszczył cudowne dziecko Eltona Johna, a kiedy owa męka dobiegła końca, przełączyliśmy na TVP Info, gdzie akurat emitowany był świeżo wznowiony po oficjalnym zakończeniu pandemii program „Studio Polska”, a w tej sytuacji ktoś z nas nagle zaproponował, by zajrzeć do stacji TVN24 i zobaczyć, jak oni sobie radzą z bieżącą sytuacją.
       Otóż muszę powiedzieć, że to czego w tym momencie doświadczyliśmy, problem jaki tu od czasu do czasu się pojawia, rozstrzyga ostatecznie. Nawet jeśli publiczna telewizja jakimś cudem osiągnie poziom niesławnego Dziennika Telewizyjnego, nawet jeśli ktoś powie, że tam ów poziom już dawno został osiągnięty, a nawet gdy jeszcze ktoś przyjdzie i aktualną produkcję TVP oceni, jako coś dotychczas na rynku medialnej propagandy nieznanego, to co – nie wiem, jak to jest na co dzień, bo, jak mówię, staram się nie angażować – w telewizji TVN24 pojawiło się wczoraj, to jest coś, co bije wszelkie rekordy.
      Ja nie mówię, że myśmy tam dzielnie trwali przez choćby i dziesięć minut, bo tego normalny człowiek by zwyczajnie nie zniósł, jednak te kilka minut spędzone na oglądaniu telewizji TVN24 mnie osobiście utwierdził tylko w podejrzeniu, że każdy przejaw słabości z naszej strony musi nas doprowadzić do nieuniknionej i bezdyskusyjnej porażki. Jeśli to co dziś, każdego wieczora o godzinie 19.30, jesteśmy zmuszeni cierpieć zmieni się choćby o jotę, po nas nie zostanie nawet kurz. Dlaczego? Bo po stronie przeciwnej cała moc propagandowego ataku ustawiona jest na jeden tylko kierunek i nie widać choćby śladu jakiegokolwiek ustępstwa. Ale mało tego. Tu nie chodzi tylko o ów wymiar propagandowy. Tu problemem nie jest tylko to, że oni agitują za Trzaskowskim, a Dudę przy tej okazji skutecznie niszczą. To jest akurat też coś, co systematycznie i bez cienia wstydu robi Telewizja Polska. Rzecz w tym, że z tego co udało nam się wczoraj zauważyć, TVN24 zachowuje się dokładnie tak samo jak ludzie, którzy uczestniczą w relacjonowanych przez telewizję spotkaniach Rafała Trzaskowskiego, owi kompletnie nieprzytomni w swojej nienawiści wariaci, którzy nawet jeśli sobie tego nie uświadamiają rozumowo, w jakiś sposób czują, że oto rozstrzyga się coś dla nich absolutnie najważniejszego, a więc ŻYCIE. W TVP choćby i najbardziej zaangażowani propagandziści przynajmniej są uśmiechnięci, by nie powiedzieć, weseli. Tam są wyłącznie zaciśnięte zęby i wściekłość na twarzach.
       Ktoś się zapyta, co tam się działo, a ja chętnie odpowiem. Otóż przez te dziesięć może minut które udało nam się wytrzymać, jedynym tematem – a zaznaczam, że mówimy o przekazie dnia – była sprawa ułaskawienia pedofila. Cały wysiłek, jaki stacja TVN24 poświęciła na wypełnienie tego czasu, skierowany był na to, by pokazać, jak w rzeczy samej Andrzej Duda skazał ową udręczoną córkę i jej matkę na kolejne lata  cierpień pod ciężką ręką bezwzględnego pedofila. Oglądaliśmy ów przekaz, a ja sobie natychmiast pomyślałem, że skoro, jak się okazuje, oni już naprawdę nie mają nic innego, jak ów tekst z dziennika „Fakt”, to znaczy, że oni w ogóle nie mają już nic i najbliższy tydzień albo zostanie wypełniony głosami jakichś wynajętych psychologów, którzy będą nam po raz kolejny objaśniać, na czym polega tak zwany „Syndrom Sztokholmski”, albo wpadną na jakiś nowy temat, tyle że aby do tego dojść będą musieli poczekać aż nadejdą nowe informacje z Niemiec, czy Rosji. Jedno jest pewne: na żadne realne argumenty na rzecz niedopuszczenia  Andrzeja Dudy do drugiej kadencji, liczyć nie możemy. Tam zwyczajnie nie ma już nic. Skończy się sprawa pedofila, pojawi się jakiś romans, czy świeżo odkryta afera finansowa i na tym koniec. Dziś jednak to jest już dla nas akurat całkowicie obojętne. Zwłaszcza że, oceniając choćby po opisanym wyżej zachowaniu, wynik tych wyborów jest ostatecznie rozstrzygnięty. A oni, nawet jeśli wciąż tego nie wiedzą, to z całą pewnością drżą i to drżą tak, że owe twarze powoli zaczynają się stawać rozmazane, jak szprychy w kole roweru.


Zdjęcie: Jakub Szymczuk Facebook

środa, 4 marca 2020

O królach pogardy wyssanej z mlekiem matki


      Jak już tu zdarzyło mi się parę razy powtórzyć, od czasu gdy Telewizja Publiczna wpadła w łapy Jacka Kurskiego i przestała być liderem medialnego obciachu, z TVN24 mam kontakt już tylko przez ich internetowy portal i to stąd wiem, że podczas gdy realna polityka w wymiarze medialnym toczy się niemal wyłącznie w telewizji TVP Info, ITI już oddało się wyłącznie uporczywemu reaktywowaniu jakichś postpeerelowskich złogów, takich jak – przepraszam, ale chyba nie będę się mógł powstrzymać – Ryszard Kalisz, Andrzej Olechowski, Barbara Labuda, Jan Krzysztof Bielecki, Ryszard Bugaj, Adam Daniel Rotfeld, Włodzimierz Cimoszewicz, Grzegorz Kołodko, Piotr Niemczyk, Danuta Huebner, Leszek Balcerowicz, Marek Borowski, Zbigniew Bujak, Ryszard Schnepf, Ludwik Dorn, Aleksander Smolar, Aleksander Hall, Bronisław Komorowski, Jan Śpiewak, Jerzy Buzek, Ewa Łętowska, czy wreszcie sam Aleksander Kwaśniewski. A więc wszystko to, co po śmierci Władysława Bartoszewskiego, Andrzeja Wajdy i Kazimierza Kutza, pozostało w tak zwanej „stajni autorytetów”.
       Przepraszam bardzo, ale naprawdę nie mogłem się powstrzymać, mam jedynie nadzieję, że czytelnicy tego blogu zrozumieją moje emocje. Poświęciłem jednak tyle miejsca owej menażerii, by stworzyć odpowiednie tło dla kogoś, kto pod pewnymi względami ich wszystkich przebija wielokrotnie, a mianowicie pewnego krakowskiego profesora nazwiskiem Marcin Król, który, gdyby nie telewizja TVN24, podobnie jak owa cała pozostała nędza, nie istniałby dziś nawet jako kompletnie nieokreślone wspomnienie, a tymczasem, jak się okazuje, w pewnych kręgach jak najbardziej zadaje szyku i to tak, że niejeden mógłby mu pozazdrościć.
      Oto zechciał ów dziwny intelektualista zabrać głos na tematy bieżące i jak słyszę, stwierdził przede wszystkim, że podczas majowych wyborów aczkolwiek „bez wielkiego entuzjazmu”, zagłosuje w maju na Małgorzatę Kidawę-Błońską, bo choć sobotnia konwencja wyborcza Kidawy go „pozytywnie zaskoczyła”, no i „dobry był też” Władysław Kosiniak-Kamysz, to w sumie „nikt nie budzi entuzjazmu i jest pewnym znakiem czasów”, kiedy to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie „nie ma wybitnych polityków”. Ponieważ nie wysłuchałem oczywiście całej wypowiedzi Króla, lecz zaledwie jej omówienie na portalu tvn24.pl, nie umiem powiedzieć, czy on tu uczynił jakiś skromny wyjątek dla Donalda Tuska, czy jego również wrzucił do przegródki z napisem „cienie cieni Tadeusza Mazowieckiego”, inna sprawa, że z owego omówienia wynika, że na tym zakończył Marcin Król swoje wystąpienie na temat tego, kto „dobry był też” i przeszedł do sedna, czyli do wykładu pod tytułem „PiS, czyli złodzieje ducha”.
      Tu pozwolę sobie na chwilę się zamknąć i oddać głos samemu Królowi. Otóż zarówno Kidawa, jak i Kosiniak-Kamysz są według niego „strasznie pacyfistyczni” i jeśli chcą pokonać Dudę, powinni być „znacznie bardziej brutalni”. Tymczasem mówią oni „o ‘całym narodzie’, ale to nie cały naród na nich głosuje. Mają wywalczyć trochę – zabrać milion głosów Andrzejowi Dudzie. Jak zabiorą ten milion, to wygrają. Do tego trzeba być bardzo wyrazistym. Rządowi można zarzucić wiele rzeczy: sądy, puste darowizny, nieumiejętność gospodarcza i tak dalej, ale to, za co ja mam pretensję nie do darowania, to to, że to są złodzieje ducha, którzy bardzo wielu ludziom mogą ukraść ducha. Złodzieje ducha to są ci, którzy starają się ludzi na zjadaczy chleba przerobić, jak pisał poeta. Oni to chcą zrobić. Oni chcieliby mieć masę. Złodziejstwo ducha jest przestępstwem, które będzie skutkowało na pokolenia. Pozbawia się ludzi rzeczywistego związku z tradycją, z patriotyzmem, z kulturą narodową. Złodziejstwo ducha jest zabójcze dla kultury, ale ja się nie martwię o polską kulturę. Ona to przetrzyma, bo jest dość ludzi ważnych. Natomiast to dotyczy olbrzymiej ilości ludzi, którym ducha się kradnie.
Skuteczność rządzących – Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry –  wynika z pewnego rodzaju bezwzględności. W przypadku Kaczyńskiego to trochę bardziej zawiłe, ale w przypadku Morawieckiego i Ziobry to jest absolutna bezwzględność, całkowita bezduszność. Oni nie czują żadnego strachu. W związku z tym nie operują w pewnej sferze, którą nazywamy sferą ducha, w ogóle tam nie przebywają, są z niej wykluczeni przez swoje nastawienie. Dużo bardziej bałbym się PiS-u Ziobry, niż PiS-u Kaczyńskiego. Kaczyński jest człowiekiem złym, ale to zło jest czymś mniej niż ta straszliwa bezduszność.
PiS przyciąga wyborców zaspokajając potrzeby o charakterze utylitarnym. Właściwie wyłącznie rozdawnictwo. Wszystkie inne argumenty są moim zdaniem pozbawione sensu. Rozdawnictwo jest jedynym środkiem, który jest skuteczny i który udało im się skutecznie zastosować”.
      Jak mówię, Król wystąpił w programie „Fakty po Faktach”, które trochę jednak trwają, więc on tam musiał się jeszcze trochę nagadać, choć ja niestety nie mam bladego pojęcia co do szczegółów, natomiast to co zacytowałem za wspomnianym portalem, jak sądzę powinno nam wystarczyć.
        Jeśli jednak komuś wciąż mało, to bardzo chętnie przypomnę z człowiekiem o jakim stanie umysłu tu tak naprawdę mamy do czynienia. Oto wypowiedź Marcina Króla z początków rządów Prawa i Sprawiedliwości:
 „Zapanowała w naszym kraju tyrania. To jest tyrania większości. Tego obawiali się ojcowie demokracji. Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój tyranii większości. Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tyrania większości to jest także tyrania kłamców i głupców. Ja nie chcę nikogo obrażać i nie będę mówił, kto tutaj jest głupcem, ale myślę, że prawie wszyscy, jak ich widzimy. Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”.
     Przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że cała ta akcja z koronawirusem zdecydowanie ma na celu przykrycie czegoś znacznie groźniejszego. Żeby tylko się nie okazało, że oni mają zamiar to ciągnąć jeszcze przez najbliższe kilka lat, bo, jak u Orwella, zupełnie zatracimy świadomość, kto jest świnią, a kto człowiekiem.




środa, 29 stycznia 2020

Miłość w Auschwitz tuż nad ranem, polewamy się szampanem


      Nie będę ukrywał, że z samej transmisji obchodów 75 rocznicy wyzwolenia Auschwitz obejrzałem zaledwie kilkanaście minut i to wcale nie dlatego, że interesowało mnie jedynie wystąpienie prezydenta Dudy – jego akurat do dziś nawet nie wysłuchałem – ani też dlatego, że nie interesują mnie żydowskie geszefty – szczerze powiedziawszy, one tu akurat są dla mnie najciekawsze –  ale z tego prostego powodu, że nawet dla mnie, klasycznego bon vivant, spędzenie całego dnia przed telewizorem nie wchodzi w grę. Jednak jakąś część tego eventu obejrzałem i mogę powiedzieć, że z prawdziwym przejęciem wysłuchałem zarówno wystąpienia tego staruszka, który tak poruszająco opowiadał o tym, jak przywieziono do Auschwitz kolejną partię Żydów, Niemcy zaczęli ich prowadzić w stronę komór, a oni biedni szli tacy spokojni, nawet nie przeczuwając co się z nimi za chwilę stanie, podczas gdy on, owszem, patrzył i wiedział. Ale też chwilę później, gdy słuchałem równie starego Żyda, który najpierw śpiewał jakąś modlitwę, a potem odmówił Kaddisz. Potem jeszcze wysłuchałem modlitwy naszego biskupa, by Pan im dał wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista by im świeciła i by odpoczywali w wiecznym pokoju, i to tyle. No dobra, jeszcze obejrzałem sobie twarze tych najstarszych na świecie Żydów siedzących na publiczności, jak tak siedzieli w tych słuchawkach i kiwali głowami, a to, przyznaję, zawsze robi wrażenie. Na swoje szczęście, Turskiego już się nie doczekałem, a gdy przemawiał Cywiński, wyszedłem do toalety za sprawą.
      A więc to, co tam się tak naprawdę wydarzyło, znam wyłącznie z medialnych relacji, natomiast jestem pewien, że już w tym momencie wielu Czytelników nie interesują moje refleksje, czy to na temat roli Niemców i Polaków w Holokauście, czy tym bardziej tego, jak w tym wszystkim zaprezentowały się polskie władze, ale dlaczego ja, kiedy piszę o Auschwitz, wpadam w tak kpiący nastrój. A ja już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż ja nie jestem w stanie się ekscytować w sytuacji gdy w tym całym politycznym zamieszaniu, jakiego jesteśmy świadkami na całym niemal świecie, wszyscy ważni uczestnicy tej zabawy, zaczynając od zwykłych Żydów, przez tę całą bandę zawodowych kustoszy pamięci o tamtej masakrze, a kończąc na prezydencie Dudzie, który, nie oszukujmy się, ma dziś kupę ważniejszych spraw niż zamartwianie się dawno już na wszelkie możliwe strony rozwałkowanym niemiectwem, załatwiają zwyczajnie swoje codzienne sprawy, a jeśli robią to ze smutną miną, to wyłącznie dlatego, że inaczej akurat nie wypada. No dobrze, jestem pewien, że ci wszyscy staruszkowie, którzy tam siedzieli, słuchali tych wszystkich wystąpień i przecierali oczy ze wzruszenia, robili to szczerze... natomiast cała reszta... przepraszam bardzo, ale nie bądźmy naiwni.
        Myślę zresztą, że te moje słowa znakomicie potwierdzili choćby Marian Turski, który całe swoje wystąpienie przygotował wyłącznie po to, by wyrazić sprzeciw wobec reformy sądownictwa w Polsce, a tym sposobem zakwalifikować się do tegorocznej Akademii Sztuk Przepięknych Jerzego Owsiaka w Kostrzyniu nad Odrą, czy Piotr Cywiński, dla którego parszywego postępowania brakuje mi już słów od dawna. W tej zatem sytuacji, nie będę się już tu usprawiedliwiał ze swojej bezduszności, ale zwrócę uwagę na coś, na co wpadłem w uczęszczanym przeze mnie portalu tvn24.pl. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w obliczu zbliżających się obchodów rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, opublikowali oni tekst niejakiego Mariusza Nowika zatytułowany „Miłość w Auschwitz. On był esesmanem, ona Żydówką”. Ów tekst zaczyna się tak:
„Przed bramą kłębił się tłum. Tych, którzy mdleli z zimna i wycieńczenia, esesmani zabijali na miejscu. Ale do jednej z drżących na mrozie więźniarek podszedł młody esesman i wręczył jej ciepłe zimowe kozaki. Spojrzeli sobie w oczy. Ona nazywała się Helena, on nazywał się Franz. W tym przerażającym miejscu wykiełkowało między nimi uczucie, które nie miało prawa zaistnieć”.
      A dalej idą szczegóły, które portal tvn24 podaje z gracją pierwszej klasy wenezuelskiej mydlanej opery. Ona była dziewczyną ze Słowacji, a on, normalnie, esesmanem służącym w Asuschwitz. I oto, kiedy te Żydówki tak stały, któryś z Niemców zażyczył sobie, by ta która najładniej śpiewa mu coś zaśpiewała, no i wtedy wystąpiła Helena, zaśpiewała i w tym momencie, kiedy Franz ujrzał oczy Heleny i jednocześnie usłyszał jej głos, pierwsze co zrobił, to najpierw dał jej te buty, następnie dokończył bieżące sprawy, a potem już zaczął Helenę adorować, wciąż jej powtarzając, że ją kocha. Wedle powojennych relacji Heleny, mimo że oczywiście ten ocalił ją przed śmiercią, ona zdecydowanie odrzucała awanse Franza, do tego nawet stopnia, że on w pewnym momencie nawet z rozpaczy wyzwał ją od kurew i chciał ją zastrzelić, jednak się uspokoił, a ona po pewnym czasie również coś w nim dostrzegła i między nimi zakiełkowała wielka miłość, która przetrwała cały ten trudny czas. Oczywiście Franz dalej wykonywał swoją codzienną robotę, niemniej Helena pozostawała zawsze na tyle z boku, by doczekać końca wojny. Kiedy nastąpiło wyzwolenie, Franz wrócił do swojej rodzinnej Austrii – bo to był oczywiście Austriak, a nie Niemiec – ona wyjechała do Izraela, ale ponieważ, jak się okazało, na Franzu ciążyły bardzo ciężkie zarzuty związane z jego służbą w Auschwitz, stanął ów biedaczek przed sądem i tam znów miał okazję się spotkać ze swoją ukochaną, z którą spędził upojne lata w Auschwitz. I tam, jak czytamy w reportażu na tvn24.pl, ona Helena sądowi opowiedziała wszystko, od początku do końca, a wzruszony sąd Franza uniewinnił. I tym oto happy endem kończy się ów okolicznościowy tekst opublikowany na portalu tvn24.pl.
       A ja już mam tylko jedną uwagę. Otóż przez minione dziesięć lat wrzuciłem tu całą kupę tekstów, w których najlepiej jak umiałem pokazałem palcem ową niemiecką zbrodnię. A dziś w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, nie widzę jakoś najmniejszego powodu, by się tu szczególnie popisywać, zwłaszcza gdy mam bardzo silne wrażenie, że jestem tu jedyny. Cała reszta to banda cynicznych oszustów, dla których ta rocznica, to zaledwie kolejna okazja, by załatwić parę bieżących spraw. Bo nie oszukujmy się i powtórzmy to raz jeszcze, kwestia Holocaustu została już dawno skutecznie załatwiona, a jeśli dziś się ją od czasu do czasu wyciąga na wierzch, to albo po to, by wskazać aktualnego wroga – którym, tak się ostatnio składa, jest Polska –  i spróbować go wymiksować z międzynarodowej rozgrywki, która akurat ma miejsce, albo stworzyć jakąś kiczowatą opowieść, dzięki której ktoś tam otrzyma więcej odsłon, czy zaledwie lajków, a ludzie, którzy ją przeczytają będą jeszcze głupsi, niż byli wcześniej.



czwartek, 28 listopada 2019

Powrót człowieka z zaostrzonym widelcem


        Podczas wczorajszego codziennego przeglądu wiadomości, wszedłem naturalnie na tvn24.pl, a tam na samej górze znalazłem zdjęcie jakichś biednych starych ludzi i krzyczący tytuł: „Zdarzają się rodziny, w których są dwa złote dziennie na osobę”. Ponieważ przede wszystkim o tym, że są rodziny, w których są dwa złote dziennie na osobę wiedziałem jeszcze w czasach gdy załoga z Wiertniczej raczej o tym nie miała pojęcia, poza tym ich to w ogóle nie interesowało, a nawet gdyby jednak jakimś cudem zainteresowało, uznaliby, że każdy ma to na co sobie zasłużył, moje zainteresowanie tym, co oni mi ów element ma do powiedzenia, zamknęło się na samym tytule.  Nie przeczytałem też jednak tego co oni tam napisali z tego powodu, że naprawdę bez dłuższego zastanawiania się wiedziałem, z jakimi intencjami oni dziś nagle zaczynają chlipać nad losem ludzi wykluczonych, i do tego by się dobrze poczuć wystarczyła mi refleksja, że chyba im się bardzo przydała ta ostateczna utrata władzy, bo dzięki temu mogą przynajmniej przez jakiś czas poudawać, że jednak są ludźmi takimi jak inni. A zatem, niech im ta satysfakcja wyjdzie wszystkimi możliwymi otworami, a ja tymczasem chciałbym przypomnieć swój dawny tekst, napisany jeszcze w kwietniu 2011 roku i zamieszczony w mojej, dziś już niestety niedostępnej, książce o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, o tej własnie dwuzłotówce. Takiej wówczas zabawnej dla wielu. Bardzo proszę, przypomnijmy sobie ten obraz.

       Zwrócono mi uwagę na portal o nazwie „Widelec”. O owym „Widelcu” wcześniej nie słyszałem, natomiast dziś wiem tyle, że jest to projekt prowadzony przez spółkę Agora i jego celem jest rozbawianie agorowej klienteli. A zatem, taki Joe Monster, czy Kwejk, czy może – z drugiej strony – prowadzone przez Gazetę Polską „Pinezki”, tyle że dla dobrze wykształconych z dużych miast. Przyznam, że moja wiedza o „Widelcu” jest w dalszym ciągu minimalna, i mam wszelkie powody, by przypuszczać, że nadal taka pozostanie, natomiast, jeśli dziś się nim zajmuję, to wyłącznie ze względu na ich jeden, bardzo określony występ. Chodzi mianowicie o numer z CV.
      Otóż w najświeższym wydaniu tego kącika nowoczesnego humoru, opublikowano wyniki ogłoszonego przez ów portal konkursu na „Najgorszą aplikację o pracę” i oto już tylko możemy się wsłuchać uszami wyobraźni w tubalny rechot dochodzący z najczarniejszych gardeł naszej młodej miejskiej inteligencji. Co tam jest takiego zabawnego? Standard. Agora przedstawia nam siedem aplikacji o pracę, napisanych przez ludzi, którzy przede wszystkim tej pracy desperacko szukają, a przy tym ludzi najprawdopodobniej autentycznie ubogich i niewykształconych. Nie mam tu sposobu, żeby opisać przedmiot tych szyderstw, choćby dlatego, że wstrząsający autentyzm tego dramatu jest nie do opisania. Jeśli ktoś ma ochotę i odwagę, niech sobie do tego „Widelca” zajrzy i wtedy może będzie wiedział, o czym tu dziś rozmawiamy. Ponieważ ja, jak mówię, nie jestem w stanie, pozostaje to, lub już tylko osobista wrażliwość i wyobraźnia każdego zainteresowanego problemem. Nie samymi aplikacjami, lecz właśnie problemem.
      A problem jest taki oto, że nie trzeba się szczególnie intelektualnie wysilać, żeby wiedzieć, że każdy z nich, to tak czy inaczej nasz sąsiad: człowiek, którego mijamy codziennie, czy to na ulicy, czy w sklepie, czy podczas spaceru z psem, ktoś, z kim niekiedy zamieniamy słowo, ale jednocześnie ktoś, o kim gówno, za przeproszeniem, wiemy. Bo każdy z nich, staje na głowie, żeby nasza wiedza o jego, czy jej sytuacji była jak najbardziej niedostępna. Dlaczego? Bo każda z tych osób, nawet jeśli nie ma już prawie nic, to za to pozostał jej wstyd.
      Skąd mi przyszło do głowy, że ludzie, z których dziś Agora w tak straszny sposób szydzi i jednocześnie robi wszystko, żeby to szyderstwo stało się maksymalnie powszechne, wiedzą, czym jest wstyd? Otóż z bardzo prostego powodu. Nie mam bowiem wątpliwości, kiedy czytam te wstrząsające swoją bezradnością aplikacje, że za nimi stoją ludzie, którzy w normalnych warunkach – a więc choćby w intelektualnej i czysto ludzkiej sytuacji twórców portalu „Widelec” – machnęliby ręką na tę całą pracę i zaczęli się zwyczajnie kurwić, albo kraść. Gdyby którakolwiek z tych osób, a więc, czy to ten „Dawit” – pracownik piekarni i ochroniarz w hipermarkecie, czy może owa Edyta – marząca o podróżach fryzjerka z Kielc, czy wreszcie ta kobieta, która „od dziecka sprzedawała z ojcem warzywa na targu”, a dziś już tylko liczy na to, że ktoś jej pozwoli „kłaść zażądany kawałek ciasta na tackę” i ktoś jej za to zechce dać jakiś marny grosz, miała umysł, wrażliwość i poczucie człowieczeństwa na poziomie intelektualistów z Agory, dziś byśmy się z nich nie śmiali, lecz niewykluczone, że się ich bali.
      Tymczasem, na całe nasze szczęście, każdy z nich stoi kulturowo i cywilizacyjnie o niebo wyżej od tych, którzy z nich dziś kpią. I to jest fakt , którego dyskutować nie ma sposobu. Żeby to wiedzieć, wystarczy na spokojnie wejść w ten dramat i uruchomić choćby minimum wrażliwości. Wystarczy na ułamek choćby chwili oderwać się od naszych codziennych interesów i odrobinkę pomyśleć. Spróbować oczyma wyobraźni zobaczyć tego człowieka, jak siedzi w swoim domu i błaga o uczciwą pracę, pewnie choćby za każdy łaskawy grosz, której prawdopodobnie i tak wie, że nie dostanie. Bo on jest, jaki jest, a zewnętrzny świat, też specjalnie dla niego się już nie zmieni. Wygląda jednak na to, że dla pewnego typu wrażliwości, nawet coś tak prostego, jest nieosiągalne.
      Jakiś czas temu opowiadaliśmy tu sobie, jak to w jednym z prowincjonalnych sklepów pojawiło się dwoje dzieci, które przyszły kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków za 2,40 zł. Myślę sobie, właśnie przy okazji tego „Widelca”, również o tych dzieciach, i nagle przychodzi mi do głowy, że pewnie ci kabareciarze o tamtych zakupach u nas jednak nie czytali, bo w przeciwnym wypadku, jestem pewien, że by na tym swoim fantastycznie wesołym portalu urządzili zawody na "najśmieszniejsze zakupy". I przychodzi mi też od razu do głowy, że po raz kolejny wychodzi na to, że mamy wyłącznie jeden problem. Problem nie polityczny, lecz kulturowy. Jeśli dzisiejsza Polska pogrążona jest w tak fatalnym konflikcie, to nie z powodu polityki, lecz ze względu na cywilizacyjną i kulturową zapaść. I to nie na poziomie najniższym, ale właśnie tym pozornie najwyższym. A jeśli ktoś tego nie chce zrozumieć, to ja nie mam już na to sposobu.
      Zbliżają się Święta. Jestem już po spowiedzi, w czasie której mocno się zadręczałem tą swoją pogardą do zła, której nie jestem w stanie zwalczyć. Obiecałem poprawę, obiecałem, że będę się starał. I nie jestem w stanie. Nadchodzi Wielkanoc, a ja sobie myślę, że bardzo bym sobie życzył, żeby któryś z tych, co dziś się śmieją z ludzi z owymi rozpaczliwymi aplikacjami w kieszeniach, szedł sobie wieczorem ulicą i został skutecznie pobity i obrabowany przez tego jednego z nich. Tego, który już nie wytrzymał i pomyślał sobie, że nie będzie pisał żadnych głupich CV, tylko inaczej zatroszczy się o swoją teraźniejszość. Lub, żeby, korzystając z nieobecności żony, sprowadził sobie do domu jedną z tych fryzjerek, czy sprzedawczyń warzyw, które wprawdzie nie miały ani wykształcenia, ani podstawowych społecznych umiejętności, ale uznały, że nie są najbrzydsze, i został przez nią najpierw okradziony, a następnie wystawiony na publiczne pośmiewisko. Chciałbym tego bardzo, bo każdy kolejny dzień spędzony na obserwowaniu ludzkiego upadku, przekonuje mnie coraz bardziej, że dla wielu z nas jedynym ratunkiem może być już tylko te 16 ton spadające na głowę.
       Zbliżają się Święta, a ja z tej okazji chciałbym tę notkę zadedykować tym wszystkim, którzy zostali wyróżnieni w konkursie „Widelca”. Z miłością, podziwem i wstydem, że ja bym tak nie potrafił. To dla nich jest każde słowo tych dzisiejszych refleksji. I dalej już nic więcej, bo idę się pobeczeć.

Od czasu jak napisałem tamten tekst minęło już grubo ponad osiem lat i mam dość mocną pewność, że większość z tamtych dzielnych ludzi stanęła na nogi. Wiem też niestety, że niektórzy z nich już pewnie nie żyją, jak choćby mój znajomy Józek, o którym też tu było, no ale może przynajmniej Dawit ma upragnioną pracę, a kto wie, czy też w minione lato nie pojechał z dziećmi do Władysławowa, by powkurwiać paru tak zwanych dziennikarzy.



poniedziałek, 28 października 2019

O tym jak księżna Meghan walkowerem pokonała księdza Tymoteusza Szydło


      Miałem dziś pisać o czymś zupełnie innym, ale oto na portalu tvn24.pl trafiłem na tekst, który mną autentycznie wstrząsnął i kazał mi spojrzeć na dokonania owego medialnego projektu na nowo. Nie byłbym sobą, gdybym nie zacytował tu małego fragmentu owych refleksji, tak bardzo nam w końcu potrzebnych. Proszę posłuchać
„Nigdy nie myślałem, że bycie synem Beaty Szydło okaże się dla mnie łatwe, ale sądziłem, że będę sprawiedliwie oceniany przez media, dlatego  trudno mi pogodzić się z tym, jak jestem traktowany" – powiedział ksiądz Tymoteusz Szydło w wywiadzie dla jednego z internetowych portali, w którym opowiadał o swojej bezowocnej walce z mediami. Przyznał także, że jego przyjaciele przewidzieli to, gdy tylko postanowił zostac księdzem. Gdy szczęśliwy opowiadał o swoim uczuciu, usłyszał: „Wierzymy ci, że służenie Kościołowi jest cudowne, jeśli jednak zdecydujesz się zostać księdzem, oni cię zaszczują. Pamiętaj, co zrobiono twojej matce”. Mówiąc o tym w wywiadzie, ksiądz Tymoteusz nie był w stanie powstrzymać łez. Przyznał, że mieli rację. Widok kompletnie rozbitego księdza, jego wyznanie i łzy, zrobiły wielkie wrażenie na Polakach. Prawdopodobnie nie mieli pojęcia, że sprawy zaszły tak daleko. Wywiad komentowany był na żywo w mediach społecznościowych. Pisarz Krzysztof Trompka zatweetował: „Pęka mi serce, gdy słucham księdza Tymoteusza, podzielcie się hashtagiem #KochamyKsiędzaTymoteusza, jeśli jak ja, wspieracie tego pięknego i dobrego człowieka”. W ciągu następnych godzin setki tysięcy osób zademonstrowały poparcie dla Księdza. Do wielkiego odzewu przyczynił się też fakt, że kilka dni wcześniej wzburzona rodzina księdza Tymoteusza upubliczniła pozwy, jakie złożyła przeciw różnym mediom. To, jak ważny jest dla Polaków Kościół Katolicki, dowodzi fakt, iż następnego dnia po wywiadzie Księdza sprawa była tematem numer jeden w czołowych polskich gazetach. Jego ogromne zdjęcie na naszym portalu, krzyczące mocnym tytułem „Walczę o przetrwanie”, zepchnęło na plan dalszy nawet materiał o kolejnej odsłonie awantur po zakończonych właśnie wyborach do Parlamentu. Wśród obrońców księdza Tymoteusza są ludzie z pierwszych stron gazet w całym świecie – choćby premier znany piosenkarz Elton John, czy Hilary Clinton, regularnie krytykująca tabloidy za zachowanie wobec księży, która powiedziała: „Tytuły, które dopuszczają się jawnie zniesławiających komentarzy pod adresem księdza Tymoteusza Szydło, powinny na zawsze zniknąć z rynku”. Znawcy tematu twierdzą jednak, że choć Ksiądz ma szansę na wygranie bitwy, to rozpoczyna zarazem wielką wojnę. A w tej ofiary są zawsze po obu stronach. Znany ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski zauważa, że jeśli rodzina Szydło zdecyduje się na proces, Tymoteusz Szydło może być pierwszym duchownym Kościoła Katolickiego, który pojawi się w sądzie osobiście. „Wyobraźcie sobie zasięg relacji z procesu i to, w jaki sposób wykorzystają to tabloidy” – podkreśla. Trudno się z nim nie zgodzić, ale i nie sposób dziwić się premier Szydło, że staje w obronie prywatności syna. „Mój syn stał się jedną z nowych ofiar polskich mediów, które prowadzą kampanię przeciwko ludziom bez zastanowienia się nad konsekwencjami” - zauważa była premier. Sytuacja coraz bardziej zaczyna przypominać najczarniejszy okres z najnowszej historii Polski, gdy presja wywierana na błogosławionego księdza Popiełuszkę przez tabloidy doprowadziła do potwornej tragedii. Nic dziwnego, że premier Szydło boi się o swojego syna”.
      Ups! Znów mi się coś pomyliło. To jest zupełnie inny tekst. Portal tvn24.pl pisał nie o jakimś pedofilu, ale o księżnej Meghan, żonie księcia Harry’ego i jej problemach z mediami, a mnie się tylko nazwiska pomyliły. Nie wiem, co się cholera jasna ze mną ostatnio dzieje.



sobota, 19 października 2019

Czy w państwie policyjnym nie głosujący na PiS emeryci mogą bezkarnie jeść cukierki?


      Przed wielu już dziś laty miałem okazję uczyć pewnego dyrektora pracującego dla sieci Carrefour. Powiedział mi ów człowiek, że jednym z największych nieszczęść na jakie natrafia sieć, jest to, że liczba drobnych kradzieży dokonywanych każdego dnia w prowadzonych przez nią sklepach, w końcowym rozrachunku sprawia, że firma operuje na granicy opłacalności. Czy z tą opłacalnością było tak jak on mówił, to raczej wątpię, faktem jest jednak, że ja tych lekcji udzielałem w biurze umieszczonym nad tą halą, odgrodzoną od kupujących wielką szybą, i przez tę szybę mogliśmy obserwować bieżący ruch, i mój dyrektor zapewnił mnie, że w momencie, gdy my tu sobie miło spędzamy czas, któryś z ludzi, których widzimy, coś kradnie, a odpowiednie systemy najczęściej nie są w stanie nawet tego zauważyć.
         Przyznaję, że choć byłem pod wrażeniem, to nie poczułem szczególnego dreszczu. W końcu, co mnie obchodzi jakiś Carrefour? Nie podoba im się, niech spieprzają do Francji. Tam z całą pewnością nikt ich nie będzie okradał. Któregoś dnia jednak rozmawiałem z dziewczyną z sąsiedniej „Żabki” i powiedziała mi ona, że prawdziwą plagą są nie tylko ci kupujący, którzy przy okazji zakupów, coś tam sobie lewą ręką ściągną z półki, ale ci już najbardziej bezczelni, co wejdą do sklepu, zdejmą z półki zgrzewkę piwa i jak gdyby nigdy nic wyjdą, a ona nie jest w stanie się nawet ruszyć, bo diabli wiedzą, co oni mają w kieszeni, lub choćby w pięści. No a te kradzieże idą oczywiście na jej konto, bo jak ona jest w stanie udowodnić, że to nie ona, lub jej chłopak, to piwo zwędził?
       Przypomniało mi się to moje doświadczenie, gdy wczoraj wszystkie – ich i nasze – poratale poinformowały o nieszczęściu, jakie spotkało „pana Romana, emeryta ze Szczecina”, który tylko z tego powodu, że w sklepie „Biedronka” najpierw ściągnął z półki, a następnie zeżarł śliwkę w czekoladzie, by potem bez płacenia udać się na dalsze zakupy, został skazany przez sąd na 20 dni prac społecznych. Portal tvn24.pl posunął się wręcz do tego, by odwiedzić wspomnianego emeryta u niego w domu i nakręcić odpowiedni reportaż w wersji HD, gdzie ów biedaczek opowiada:
      „Byłem w Kołobrzegu na wypoczynku. W dniu 4 lipca udałem się do sklepu ‘Biedronka’ na ulicy Tarnowskiego 3, dokonałem tam zakupu kilku produktów, włożyłem te produkty do koszyka i przechodząc między półkami, odruchowo sięgnąłem po cukierka, sądziłem że sprawa się zakończyła, tymczasem 11 października otrzymałem wyrok nakazowy”. I tu stacja pozwala najpierw emerytowi odczytać całe orzeczenie, a następnie oświadczenie, że ponieważ on nie wyniósł nic poza sklep, tylko „skonsumował na miejscu”, to zarzut kradzieży jest absurdalny.
       W opisie przedstawionym przez portal sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca:
       „Pan Roman to 69-letni emeryt ze Szczecina. Wcześniej pływał jako marynarz w Polskiej Żegludze Morskiej. Jak sam mówi – opłynął cały świat. Jednak dopiero w Polsce spotkała go taka - w jego ocenie - absurdalna sytuacja. W wakacje wybrał się do Kołobrzegu. Jak relacjonuje, 4 lipca poszedł na zakupy do samoobsługowego sklepu jednej z sieci marketów. Znajduje się on przy ul. Tarnowskiego. W trakcie zakupów zauważył śliwki w czekoladzie sprzedawane na wagę. Jak tłumaczy, odruchowo wziął jednego cukierka i spróbował. Nie posmakował mu, więc zrezygnował z ich kupna. Po chwili jeden z pracowników sklepu zwrócił mu uwagę, że to kradzież. Pan Roman uznał to za nadinterpretację i kontynuował sprawunki”.
     Przepraszam bardzo, ale co to się do ciężkiej cholery dzieje? Ów były marynarz, co „opłynął cały świat” podpieprza z półki w „Biedronce” cukierka, pracownik sklepu, widząc, co się dzieje, każe mu za tego cukierka zapłacić 40 groszy, na co ten się stawia, bo on go nie ukradł, tylko zeżarł na miejscu, i wychodzi z godnością, a potem stacja TVN24 robi aferę na cała Polskę, że za jeden głupi cukierek „Biedronka” ściga jakiegoś marynarza, który opłynął cały świat.
     Powiem zupełnie szczerze, że gdy chodzi o TVN24, ja jestem gotowy na wszystko i jestem już naprawdę bardzo blisko, by ich przestać zauważać. Podobnie problem z tym idiotą, który nie dość, że nie potrafił się opanować przed tym, by zwędzić ze sklepowej półki głupiego cukierka, to potem nawet nie chciał zapłacić za niego tych głupich 40 groszy, jest dla nas kompletnie nieinteresujący. Czerwona linia między zidioceniem a kłamstwem jest naprawdę cienka. To co mnie natomiast bardzo zastanawia, to to że ów news nie dość że zrobił wrażenie na telewizji TVP Info, która ową wiadomość zdecydowała się podać na swoim internetowym profilu, to jeszcze sprowokował do działania nadzorowaną przez Zbigniewa Ziobro prokuraturę, która postanowiła zaskarżyć wspomniany wyrok na korzyść naszego miłośnika słodyczy. Mam nadzieję, że wszyscy to widzimy: prokuratura wnioskuje o to, by oskarżonemu odpuścić wszystkie grzechy. Bo ten nie wyniósł, tylko zjadł na miejscu.
      Wszyscy dziś się przejmujemy oczywiście sytuacją po wyborach, zastanawiamy się, jak się sprawy potoczą zanim przyjdzie nam wybierać w wyborach prezydenckich. Niektórzy z nas koncentrują się na sprawach bardziej bieżących, takich jak choćby na wybrykach działaczy LGBT pod papieskim oknem w Krakowie. Tymczasem tu mamy tego złodziejaszka i potężną medialną organizację, która angażuje niewyobrażalne siły i środki, by go bronić przed... no właśnie, przed kim i przed czym? Czyżby przez to całe zamieszanie nawet oni stracili panowanie nad rzeczywistością, czy może w tym obłędzie jest jakaś metoda?



czwartek, 10 października 2019

Czy aborcja życia dziecka poczętego w wyniku in vitro jest OK?


      Od czasu gdy na zakończenie kampanii władza postanowiła uraczyć nas tak zwanymi „Taśmami Neumanna”, z każdym kolejnym dniem czekam aż tym razem druga strona spróbuje ową zagrywkę przebić czymś naprawdę mocnym i nieoczekiwanym, i choć do ciszy wyborczej pozostały już tylko dwa dni, plus sobota dla „Gazety Wyborczej”, obawiam się, że na Neumannie ta zabawa się jednak skończy. Wprawdzie wczoraj stacja TVN24 próbowała coś wspominać na temat, przyznaję, że dość zagadkowego pęknięcia balonika pod nazwą „Podkomisja Macierewicza”, no ale niemal w tym samym momencie, zamiast trzymać się tematu i go nieco podrążyć, panowie redaktorzy zaczęli przynudzać na temat wraku tupolewa, którego Jarosław Kaczyński miał Rosjanom odebrać, a ten tymczasem wciąż leży w tej podłej ziemi, i problem się zwyczajnie rozmył. Oczywiście jest szansa, że oni dziś czy może jutro ujawnią jakieś materiały, z których wyniknie, że owa podkomisja to od pewnego przynajmniej czasu zwykły humbug, nakręcany przez ludzi, którzy gdzieś tam w pewnym momencie sami się zapędzili w kozi róg, a potem już nie wypadało im się przyznawać do tej klapy, no ale nawet jeżeli, to będzie to i tak dużo za późno, bo ludzie już zdążą podjąć wyborcze decyzje. Poza tym, przepraszam bardzo, ale kogo dziś obchodzi ten samotny, biedny, nagi wrak, gdy już nie tylko Bank Światowy chwali Polski sukces, ale nawet niemiecki „Die Welt” informuje, że to czego się nie udało zrobić Donaldowi Tuskowi, zrobił  „nacjonalista” Kaczyński?
       A zatem to już chyba faktycznie koniec. A świadczyć o tym paradoksalnie może fakt, że owa cisza nie jest tak do końca ciszą, bo w rzeczy samej można usłyszeć to tu to tam jakieś pomruki, które by świadczyły, że oni jeszcze próbują reagować. O co chodzi? Otóż mam tu na myśli dość często ostatnio powtarzane narzekania, że Prawo i Sprawiedliwość chce całkowicie zakazać stosowania metody in vitro, a tym samym zgotować prawdziwe nieszczęście polskim rodzinom, które tak bardzo pragną mieć dziecko i tak okropnie cierpią z tego powodu, że go mieć nie mogą. Temat ten pojawił się podczas przedwyborczej debaty w studio TVN24, gdzie praktycznie wszyscy jej  uczestnicy, z wyjątkiem przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości, oraz Krzysztofa Bosaka, który jak sądzę bardziej tu reprezentował siebie, niż choćby tego starego satyra, swojego szefa, rwali sobie włosy z głowy i wylewali rzewne łzy nad sytuacją owych kobiet, które są tak strasznie pokrzywdzone przez los i nieludzkie rządy PiS-u. Doszło wręcz do tego, że posłanka Leszczyna wspomniała o „szacunku dla ogromnej potrzeby posiadania dzieci”, a prezes Kosiniak-Kamysz ze wzruszeniem ściskającym mu gardło opowiadał o swojej ledwo co narodzonej córeczce Zosi.
       Już w kolejnym dniu stacja TVN24 zaprosiła do siebie niesławną posłankę Muchę, która komentując słowa ojca Prezydenta, kandydata Jana Dudy na temat „eksperymentalnego” charakteru wspomnianej metody, łamiącym się ze wzruszenia głosem zawołała:
„To obraża ludzi, którzy zostali zmuszeni do tego, żeby skorzystać z tej procedury. To jest dla wielu par jedyny sposób, żeby mieć dziecko. Uważam, że to jest nieludzkie, żeby piętnować tych ludzi, którzy dzięki procedurze in vitro mogą mieć dzieci, żeby, co gorsza, piętnować te dzieci”.
      W tej sytuacje pozwolę sobie na pewien komentarz. Kiedy we wspomnianej wcześniej debacie pojawił się temat in vitro, został on jednoznacznie połączony z kwestią dzietności, której poziom wciąż jest w Polsce dramatycznie niski, z taką oto sugestią, że jedną z tego przyczyn jest to, iż koszta owej procedury nie są finansowane z budżetu państwa. Zdaniem kandydata Zandberga, jedna czwarta polskich par jest bezpłodna i – pomijając już kwestie szacunku dla ludzkich pragnień – aby rodziło się więcej dzieci, należy koniecznie umożliwić owym parom darmowe zabiegi in vitro. Bez tego, Polska się już niedługo wyludni.
      Otóż przepraszam bardzo, ale kiedy słyszę, jak ludzie tacy jak Zandberg, Mucha, czy Leszczyna, że już nie wspomnę o prowadzącej program Monice Olejnik i tym całym Kajdanowiczu, a więc ci sami, którzy w zupełnie innych dekoracjach wznoszą hasła typu „Aborcja to nie zło”, „Pierdolę, nie rodzę”, „Stop piekłu kobiet”, „Aborcja dobra dla kobiecej psychiki”, „Moja cipka nie wasz interes”, „Chcecie dzieci, rodźcie sami”, „Aborcja jest OK”, „Moje jajniki, wasze klęczniki”, „Podziemie aborcyjne dziękuje”, „Zakaz aborcji to tortury”, „Zajmijcie się ciałem Chrystusa”, nagle zaczynają załamywać ręce nad tym, że w Polsce rodzi się za mało dzieci, a winę za to zrzucają na nasze „kościelne gusła”, to ja się pytam, czy oni są tylko bezczelni, czy może zwyczajnie obłąkani. Od kilku lat oni wszyscy stoją na czele krucjaty, której jedynym celem jest doprowadzenie do tego, by można było zupełnie bezkarnie mordować dzieci, które po to przyszły na świat, by w nim żyć, a teraz nagle chcą, byśmy uwierzyli, że im bardzo zależy na tym, by tych dzieci było jak najwięcej? Oto ludzie, którzy jeszcze niedawno biegali po ulicach polskich miast z wieszakami, jako rzekomym narzędziem wyzwolenia polskiej kobiety, której „obłąkana” ideologia pro-life każe rodzić, ludzie którzy jeszcze niedawno szydzili z par, których dzieci obsrywają wydmy we Władysławowie, ludzie którzy jeszcze tak niedawno prowadzili kampanię na rzecz tak zwanych wyzwolonych kobiet i mężczyzn, które zamiast życia w tradycyjnej rodzinie wybierają związki homoseksualne i do życia w tych związkach zachęcają nawet bardzo małe dzieci... i oni dziś nie stąd ni zowąd krzyczą, jakie to nieludzkie, że niejaka „katoprawica” w tak nieludzki sposób nie pozwala kobiecie rodzić?
       Na to ja mam do nich wszystkich już tylko jeden apel: odpieprzcie się może od nas raz na zawsze! Skoro już raz uznaliście, że cywilizacja śmierci jest taka inspirująca, to trzymajcie się jej do końca waszego zafajdanego życia i proszę, nie udawajcie, że we wspomnianym życiu podoba się wam coś więcej niż życia tego atrakcje.
       Za trzy dni wybory i jeśli ktokolwiek liczy na to, że z tym wieszakiem w jednej ręce, a dziecięcymi bucikami w drugiej, wzbudzi sympatię polskich rodzin, może równie dobrze te buciki wsadzić sobie w gardło, a wieszak zacisnąć na szyi.





piątek, 4 października 2019

O szarym paprochu w głowach niektórych z nich

      Dziś, zamiast klasycznej notki, poświęconej jednemu z klasycznych wydarzeń kolejnego dnia, postanowiłem przedstawić kilka zupełnie osobnych refleksji, dotyczących odpowiednio osobnych zdarzeń, z pozoru drobnych, a jednak o ładunku moim zdaniem wręcz wybuchowym.  A skoro tak, proponuję pójść śladami mistrza Hitchcocka i zacząć od samej góry, tak by dalej już emocje mogły już tylko rosnąć.
      Oto, proszę sobie wyobrazić, że w stacji TVN24 pojawił się po raz kolejny Włodzimierz Cimoszewicz – TEN Włodzimierz Cimoszewicz – i ogłosił, że polski kandydat na przewodniczącego komisji do spraw rolnictwa w Parlamencie Europejskim, Janusz Wojciechowski, podczas wstępnego przesłuchania przed europejskimi politykami się skompromitował i dziś już prawdopodobnie nie ma najmniejszych szans na objęcie stanowiska, które mu zostało zaplanowane.
Przepraszam bardzo, ale zanim ja się zainteresuje tą informacją na poważnie, proszę mi wyjaśnić, kto to taki ów Cimoszewicz? Co to za zwierzę? Czy jest ktoś kto jeszcze go traktuje poważnie poza stacją TVN24? Ktoś mi tu podpowiada, że on był premierem rządu, no ale cóż to za argument, kiedy fakty są takie, że premierem rządu była również Ewa Kopacz, że już nie wspomnę o Kazimierzu Marcinkiewiczu. Oni oboje byli premierami rządu i, przepraszam bardzo, ale co to jest dziś za argument?
      A zatem, mamy sytuację taką, że Włodzimierz Cimoszewicz – TEN Włodzimierz Cimoszewicz – poproszony przez jedną z głównych polskich telewizji o wypowiedź, coś tam sobie mówi, a owa telewizja postanawia tę wypowiedź nagłośnić, jako swój headline. Przepraszam raz jeszcze, ale to jest z mojego punktu widzenia kompletna magia. Włodzimierz  Cimoszewicz jako komentator politycznej sceny.
      Jest jednak jak jest, faktów nie jesteśmy w stanie zmienić, a zatem nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć o krok dalej. Oto w tej samej telewizji TVN24 ukazała się bardzo zawzięta debata między posłem Platformy Obywatelskiej, Sławomirem Neumannem, a szefem partii Razem, Adrianem Zandbergiem, podczas której ów Zandberg ogłosił, że w dzisiejszej Polsce „jeśli ktoś ma pieniądze, to może się leczyć, a jeśli nie ma, to umiera wcześniej”. Ja rozumiem, że Zandberg to jakieś lewackie nieszczęście, które nie zasługuje choćby na wzruszenie ramion, natomiast nie jestem w stanie pojąć, jaki plan stoi za tym, by nie dość, żeby tę nędzę zapraszać do studia czołowej polskiej stacji informacyjnej, to jeszcze jej mądrości wybijać grubą czcionką na powszechnie dostępnym portalu.
      O co chodzi? Otóż mój rodzony brat dwa lata temu został zaatakowany przez bardzo agresywny nowotwór i dzięki wysiłkowi lekarzy tu w Katowicach, ale również tam w Warszawie, został – w co bardzo głęboko wierzę – wyleczony.  Teść mojej córki zapadł na raka prostaty, i również, dzięki poświęceniu lekarzy to tu to tam, wydaje się, że może żyć nadzieją na długie życie. Żona mojego bliskiego kumpla dwa lata temu, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia zapadła na agresywnego raka piersi i ona również dziś żyje nadzieją, że przed nią całe życie. Dzięki komu? Dzięki lekarzom, którzy wykonywali swoje powinności bez jednego dodatkowego grosza na waciki.
      A tu przyłazi ten komuch i pieprzy coś na temat pieniędzy, które trzeba mieć, by przeżyć. Ja oczywiście nie potrzebuję tu nikogo zapewniać, że osoby, o których tu wspomniałem, nie są nawet w ułamku procenta tak zamożne jak choćby George Harrison, którego akurat jak najbardziej uratować się nie dało, a to z tego prostego powodu, że każdy z nas wie, że informacja jakoby nasi lekarze nie byli w stanie ruszyć tyłka, by spróbować uratować czyjeś życie, to jest skandal jakiego świat nie widział.
      I wcale tak naprawdę nie chodzi o to co powiedział Zandberg. To jest, jak już to podkreśliliśmy, zaledwie komuch, bez cienia wrażliwości, przez co jest skazany na to, że prędzej czy później będzie musiał prosić na ulicy o papierosa i kubek kawy. Rzecz w tym, że, o czym już wspomniałem, tę jego wypowiedź publikuje jako wiadomość naczelną i pierwszą i to jeszcze w formie tytułu, sam TVN24. Bez wstydu, bez jakiejkolwiek refleksji. A ja już bym tylko chciał wiedzieć, jak się zachowają 13 października lekarze, których ci idioci oskarżyli o tego typu interesowność, gdzie nie ratuje się życia dopóki ktoś nie zapłaci.
      No i trzecia historia. Proszę sobie  mianowicie wyobrazić – a to jest, co zupełnie niezwykłe, również wiadomość przekazana nam przez portal tvn24.pl – że jakiś czas temu pewna amerykańska policjantka wracała zmęczona ze służby do domu i jakimś cudem – wielu z nas ma żony, a zatem to akurat jesteśmy w stanie zrozumieć – weszła do mieszkania obok. Weszła do owego mieszkania, zobaczyła jakiegoś Murzyna i go zwyczajnie, w przekonaniu, że ma do czynienia z włamywaczem, zastrzeliła. Policjantka została właśnie skazana na 10 lat więzienia i pojawiają się głosy, również oczywiście ze strony rodziny zastrzelonego człowieka, że te dziesięć lat to kpina. Proszę sobie jednak wyobrazić – i co ciekawe, jest to wiadomość podana przez tę samą co poprzednio telewizję TVN24 – że brat zastrzelonego mężczyzny przed sądem złożył następujące oświadczenie:
      „Kocham cię jako człowieka i nie życzę ci niczego złego. Jeżeli naprawdę żałujesz, wiem, mogę mówić tylko za siebie, ale ja ci wybaczam. Wiem, że jeżeli zapytasz Boga, on ci wybaczy. Kocham cię tak, jak każdego innego człowieka. I nie zamierzam mówić, że mam nadzieję, iż zgnijesz w więzieniu i umrzesz, jak mój brat. Osobiście chcę dla ciebie jak najlepiej. Jeżeli naprawdę żałujesz, wiem, że mogę mówić tylko za siebie, ale wybaczam ci. Chcę dla ciebie jak najlepiej, ponieważ wiem, że tego pragnąłby dla ciebie Botham. A najlepsze byłoby zawierzenie twojego życia Chrystusowi”.
      Po tym wystąpieniu brat zabitego zapytał sądu, czy może przytulić skazaną. Gdy sędzia wyraziła zgodę, Brandt podszedł do policjantki, która zastrzeliła jego brata i, jak dalej relacjonują redaktorzy TVN24, objął ją i  oboje się popłakali. Chwilę później – wciąż relacjonuję doniesienia TVN24, do policjantki podeszła sama sędzia i również ją przytuliła, przekazując słowa wsparcia. Wręczyła jej także Biblię.
      O co chodzi? Odpowiedź jest prosta. A jak ktoś jej wciąż nie zna, to gapa. Zagadką za to wciąż pozostaje pytanie, jak to jest, że ci ludzie są w stanie tuż obok siebie zestawić te trzy wiadomości i nie wzbudzić w sobie jakiejkolwiek refleksji, że z nimi jest coś nie tak. Wciąż się nam kłania owa przepiękna wypowiedź osiołka Kłapouchego:
      „No brain at all, some of them. Only grey fluff that’s blown into their heads by mistake”.


      

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...