Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Górski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Górski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 listopada 2012

Prawica, lewica, dialog

Już miałem o tym nie pisać, sądząc że w końcu są pewne granice obsesji, ale nagle sobie uświadomiłem, że dopiero co wyszydziłem Różę Thun, a chwilę po niej samego zięcia państwa Dziadzia, przez co nikt mi już uczciwie nie może zarzucić, że się wyłącznie czepiam naszych, a zatem czemu nie? No proszę mi powiedzieć – czemu nie? Zwłaszcza gdy w gruncie rzeczy wcale nie jest takie pewne, czy kabareciarz Górski jest bardziej nasz niż powiedzmy pieśniarz Kukiz.
Mam nadzieje, że wszyscy mniej więcej wiemy, kto to taki ten Górski. W końcu blog ten czytają głównie osoby, które tęsknie wypatrują dnia, kiedy polska prawica się odrodzi, przejmie w Polsce władzę i uruchomi cały nowy system egzekucji prawa i sprawiedliwości, a zatem pojawienie się postaci takiej jak Górski, a więc z jednej strony przedstawiciela jak najbardziej ordynarnego mainstreamu, a drugiej kogoś kto w ramach owego mainstreamu postanowił szydzić z władzy, nie mogło pozostać niezauważone.
Na wszelki jednak wypadek przypomnę, że ów Górski to artysta kabaretowy, lider projektu o nazwie „Kabaret Moralnego Niepokoju” i jego najnowszej odsłony, która polega na tym, że za stołem siedzi grupa śmieszków, wszyscy udają że są ministrami w trakcie posiedzenia rządu, no i wszyscy oni odstawiają – jak to nazywa młodzież – bekę z rządu i osobiście Donalda Tuska. Projekt ów jest prezentowany kabaretowej publiczności przy różnych okazjach, między dowcipami na temat tego, że Jarosław Kaczyński się zesrał, a Lech Kaczyński zarył dziobem w błoto, i wszystkim się podoba równie bardzo jak to co było przed jak i po.
Ponieważ jednak, jak już wspomnieliśmy pomysł programu sprowadza się do szydzenia z Donalda Tuska i jego kompanii, tu i ówdzie pojawiają się opinie, że ten Górski jest jednak nasz, a więc zasługuje na specjalne traktowanie. Ja w stosunku do owych opinii byłem mocno zdystansowany, uznając że mogę znieść naprawdę wiele, choćby i nawet Łukasza Warzechę, natomiast Górskiego nie biorę. A tu tymczasem zaglądam do ostatniego numeru „Uważam Rze” i okazuje się, że on faktycznie jest już nasz. Wprawdzie nie do końca, ale jak najbardziej nasz. Otóż okazuje się, że ów Górski wydał niedawno książkę i redakcja naszego sztandarowego tygodnika robi jej darmową klakę, zamieszczając z Górskim na temat owej książki rozmowę. Co to za książka? Okazuje się mianowicie, że wydawnictwo „Znak” zwróciło się do zaprzyjaźnionego ze sobą dziennikarza Mariusza Cieślika, żeby przeprowadził z Górskim wywiad-rzekę na temat tego, jak to mu przyszło do głowy się śmiać z Tuska, a oni to im opublikują. I to jest oczywiście news. Jak już natomiast idzie o to, co dalej, to dalej mamy już tylko standard: wszyscy są znakomicie świadomi, że pies z kulawą nogą nie kupi tego czegoś, więc uznano, że trzeba uderzyć do publiczności prawicowej, bo ona z jednej strony jest odpowiednio głupia, a z drugiej odpowiednio obywatelsko zaangażowana, co w połączeniu może przynieść te parę tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a więc jakieś tam skromne fundusze na przeżycie.
Ja wiem, że zwracając uwagę na te oczywistości, bez sensu się powtarzam. Jednak muszę to zrobić skoro zależy mi na tym, by zwrócić uwagę na coś tu moim zdaniem zupełnie nowego. Otóż proszę zauważyć, że jakkolwiek dotychczas środowisko reprezentowane właśnie w „Uważam Rze” starało się nam podrzucać najróżniejsze typy spod ciemnej gwiazdy, wmawiając nam jednocześnie, że to jest nasza przyszła elita, nie mieliśmy chyba dotychczas jeszcze przypadku tak drastycznego, jak z tym kabareciarzem, a przy okazji z wydawnictwem „Znak”. Jeśli bowiem stałą robotę w „Uważam Rze” mają takie nawet postacie jak Mistewicz czy Rolicki, to zawsze możemy sobie powiedziec, że to jest trochę tak na zasadzie kontrowersji. Że my nikogo nie odrzucamy, że nam zależy na różnorodności i takie tam. Jak idzie jednak o tego Górskiego, mamy moim zdaniem do czynienia z autentycznym znakiem. I to znakiem podwójnym. Pierwszy to taki, że już nikt nie może mieć wątpliwości, że chodzi wyłącznie o biznes, a drugi, że ów biznes jest obsługiwany całkowicie demokratycznie, a więc dopuszczeni są wszyscy, o ile naturalnie przedstawią odpowiednie zaświadczenie.
A więc zdecydowanie coś się zmienia. W tym samym numerze „Uważam Rze” pojawia się nagle tekst, zajmujący całe dwie strony, a napisany przez prezesa któregoś z banków, niejakiego Stańczaka, oraz znanego nam z dawnych lat, kiedy jeszcze po Polsce kręcił się biznesmen Krauze – Wiesława Walendziaka, w którym obaj panowie informują nas, że Unia Europejska to fantastyczny projekt i wszyscy powinniśmy dążyć do unii jeszcze pełniejszej i jeszcze bardziej uniwersalnej. Oczywiście redakcja już teraz pod tym tekstem zapowiada, że za tydzień oni przedstawią swoją z tym czymś polemikę, ale, jak się to mówi, mleko się rozlało i każdy normalny człowiek nie może tego nie zauważyć. I dalszy też komentarz jest jak sądzę zupełnie nam zbędny.
Ale jest jeszcze coś, kto wie czy nawet nie lepszego. Otóż, jak tu niedawno wspominałem, stałym bardzo publicystą „Uważam Rze” jest Łukasz Warzecha, który ma tam swój kącik, polegający na wymyślaniu fikcyjnych rozmów między Donaldem Tuskiem a jego ministrami, czy doradcami, gdzie wszyscy oni są w najbardziej brutalny sposób biczem warzechowej satyry gnojeni. Warzecha się przy tym absolutnie nie oszczędza i odstawia chamstwo, które z tamtej strony mieliśmy okazję obserwować chyba tylko na wybranych blogach. I oto dziś on sam nagle przedstawia scenkę, gdzie Tusk chyba z Grasiem śmieją się z Jarosława Kaczyńskiego, jak to on zrobił z siebie durnia z tym trotylem i rzekomym zamachem. Że oni całą sytuację zaaranżowali, żeby Kaczyńskiego wypuścić, a on dureń dał się – jak to on – pięknie naszym dwóm spryciarzom sprowokować. Ja akurat tego Warzechy nie czytam na tyle często, by znać jego wszystkie ścieżki, ale wydaje mi się, że dotychczas cały pomysł tego projektu był taki, że oto Tusk i jego ekipa to kretyni, a my mamy się z tego śmiać. Dziś nagle okazuje się, że kretynem jest Kaczyński.
A ja sobie myślę, że to, w połączeniu z książką Górskiego, Walendziakiem, no i – o czym nie wolno zapominać – niedawnym oświadczeniem Lisickiego w sprawie Gmyza i „Rzeczpospolitej” robi dość szczególne wrażenie. Bo, z jednej strony, mamy ten relacjonowany na najwyższych obrotach Smoleńsk, ten wręcz histerycznie anonsowany Marsz Niepodległości, te bale wolności, a z drugiej ta wręcz jednoznaczna deklaracja Lisickiego, że on nie planuje zrobić nic takiego, co by mogło Hajdarowiczowi się nie spodobać. No i nagle ten Walendziak.
Kiedy ostatnio troszeczkę pisałem o sprawie Gmyza, zasugerowałem, że przyjdzie czas, kiedy Hajdarowicz się weźmie i za „Uważam Rze”, ani mi do głowy nie przyszło, że to już się stało jakiś czas temu. Tyle że w nieco bardziej dyskretnym tonie. I że żadnego buntu nie będzie. I że właściwie to co widzimy, mocno już przypomina nam końcową scenę z „Animal Farm” Orwella, kiedy nagle okazuje się, że nie sposób rozróżnić, kto człowiek, a kto świnia.

Zarówno tych co są tu stale i bez szczególnej zachęty, ale też i przypadkowych wędrowców, tradycyjnie informuję, że kolega mój i człowiek wydający mi książki Gabriel Maciejewski zajął się ostatnio poszerzaniem rynku, również dla mojego „Liścia” i „Elementarza”. Dziś jest tak, że obie można zamawiać w każdej księgarni w Polsce, a nie zdziwiłbym sie gdyby i za granicą. Natomiast, jeśli ktoś woli przez Internet, to albo u Gabriela na stronie www.coryllus.pl, lub zwyczajnie – tu. Te same, tyle że z osobistą dedykacją, i z darmową wysyłką. No i oczywiście proszę wszystkich, którzy uważają, że coś im to moje pisanie daje, o uprzejme wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 6 kwietnia 2011

Gdy pop zeżarł ość

Ostatni raz, kiedy z jakimś tam zainteresowaniem śledziłem rozwój polskiego kabaretu, działo się to jeszcze w latach starego Peerelu. Oglądałem na przykład chętnie kabaret Tey, kiedy to artysta Smoleń opowiadał o tym, jak pracuje w fabryce bombek. Również przypominam sobie, jak to w telewizji pokazywano kabaret, którego nazwy nie pamiętam, ale występował tam aktor o nazwisku Lamża, i któryś z nich powiedział dowcip o treści następującej: „Wczoraj ogniwo Leclanchego, dziś patelnia teflonowa”. Śmiałem się z tego żartu bardzo ze względu na ten teflon, który brzmiał jak ruskie nazwisko. To już oczywiście była wyższa szkoła jazdy, ale pamiętam również wierszyk Jana Pietrzaka, z pewnym szczególnym fragmentem: „Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. I to mi się bardzo podobało. Było jeszcze parę grup kabaretowych, które mnie rozśmieszały, a wszystkie łączyło jedno. Średnio starannie ukryte żarty z komuchów. I to mi zawsze wystarczało. Takie czasy, taka nędza.
Teraz oczywiście, po latach, kiedy wspominam tamte emocje z dzisiejszej perspektywy, wszystko to traci swój powab, a co gorsza uderza kompletnym bezsensem i pustką. No bo w końcu, z wielu różnych powodów, właśnie dziś szczególnie widać, jak bardzo tamten mój śmiech pomagał dostarczać alibi tamtemu kłamstwu. Telewizja pokazywała jakiś kabaret, gdzie dwóch wesołków plotło jakieś spisane na poczekaniu farmazony, i wystarczyło, że któryś z nich nagle powiedział „patelnia teflonowa”, bym ja – ale przecież nie tylko ja – poczuł tę moc, ten sens i tę walkę. Właśnie tę walkę. Żadną inną. Taką właśnie walkę.
Naturalnie, nie było też tak, że ja – nawet wtedy – uważałem polskie kabarety za sojuszników w naszej pogardzie dla Systemu. Byłem głupi, to fakt, jednak nie aż tak. A zatem, na przykład, nie umknęła któregoś dnia mojej uwadze osoba Jerzego Urbana, który siedział sobie wesoło wśród publiczności na jednym z występów kabaretu Pod Egidą i zarykiwał się ze śmiechu. Widziałem go tam wtedy i świetnie wiedziałem, że ten występ został zorganizowany również dla niego. A mimo to, cały czas wierzyłem, że ten śmiech, mimo wszystko, nam wszystkim się jakoś przyda. Że z nim będziemy mocniejsi.
Od tego czasu, kabaretów, może tylko z wyjątkiem Mumio – inna sprawa, że jaki to kabaret – nie oglądam, a jeśli niechcąco na któryś z nich trafię, czuję dramatyczne zażenowanie. Czy dlatego, ze one są dziś gorsze od tamtych? Nie sądzę. Kiedy oglądam jakiś materiał wspomnieniowy, widzę wyraźnie, że ta różnica wcale nie jest aż tak duża. A może więc chodzi o to, że dziś kabarety – tak jak kiedyś tamte szydziły z Ruskich – szydzą wyłącznie z PiS-u i z Kaczyńskiego, i mnie to denerwuje? Może – myślałem sobie kiedyś – gdyby ci tandeciarze z Ani Mru Mru zaczęli tłuc ostrzem swojej satyry w Tuska i Komorowskiego, to ja bym rechotał razem z nimi? Dziś już wiem, że i na to nie mogę już liczyć. I wiem, że choćby oni zrobili cały program o tym, jak to głupio wygląda Donald Tusk w peruwiańskiej czapeczce z piłką pod pachą, i jaka to maszkara z naszej Pierwszej Damy, pozostanę dokładnie tak samo ponury i zmartwiony, jak wczoraj i przedwczoraj. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że wczoraj – zachęcony przez naszego kumpla Kozika – obejrzałem w Sieci występ kabaretowego artysty Roberta Górskiego i jeśli się tym czymś przejąłem, to wyłącznie z powodów socjologicznych.
Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, powiem krótko, że ten Górski, razem ze swoją grupą, odstawia kabaret właśnie na temat posiedzeń naszego rządu. Ów projekt obejmuje całą serię skeczy, w czasie których – w sposób najbardziej jednoznaczny i okrutny – wyszydzany jest Donald Tusk i poszczególni jego ministrowie. Gdyby ktoś się zastanawiał, jak daleko oni są w stanie się posunąć, to mogę tylko wspomnieć, że w pewnym momencie któryś z tych odgrywanych ministrów proponuje, żeby poprosić Ruskich o zlikwidowanie Balcerowicza, a oni, przez wzgląd na naszą dzisiejsza przyjaźń, chętnie tę akcję przeprowadzą. A więc, owszem, bywa ostro. Żarty więc lecą, publiczność pokłada się ze śmiechu i wszystko gra jak należy. Przynajmniej z punktu widzenia tych wszystkich, którzy tej władzy mają już serdecznie dość, a więc między innymi nas.
A ja wiem, że to jest dokładnie to samo dziadostwo, z którym mieliśmy do czynienia trzydzieści lat temu, z tą różnicą, że ten dzisiejszy dowcip jest odrobinę bardziej bezpośredni i jednoznaczny. Ale przez to też, być może, mniej intrygujący i znacznie słabiej pozostający w pamięci. Jednak jest, najwidoczniej świetnie sobie radzi i, jak widać, wypełnia jakieś tam społeczne oczekiwanie. I ja dziś chciałem trochę o tym oczekiwaniu.
Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość osob pracujących dla tego Górskiego nie dlatego angażuje się w ów festiwal szyderstwa, bo oni bardzo lubią PiS, i bardzo nie lubią Platformy. Możliwe jest też, że i odwrotna sytuacja ich nie dotyczy. Jest całkiem prawdopodobne, że oni politykę mają głęboko w nosie, zarówno jeśli idzie o Kaczyńskiego, jak i o Tuska, tyle że nagle doszli do wniosku, że ten akurat kierunek jest dziś coraz bardziej na fali. Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby oni nie mieli przekonania, że na te żarty z Tuska czeka znaczna część kabaretowej publiczności, o takim ryzyku żaden z nich by nawet nie pomyślał. Bo po co? Żeby być wygwizdanym? Żeby stracić pracę? Żeby koledzy uznali go za jeszcze jednego pisobolszewika? On – ten Górski, a może jeszcze i inni z tego zestawu – musiał się chytrze zorientować, że coś się ewidentnie zmienia, i wystarczy jeszcze miesiąc czy dwa, by któryś z nich stanął przed ludźmi, powiedział ‘kwa, kwa’… i usłyszał ciszę. I wtedy podjął pierwszą, nieśmiałą jeszcze próbę, zobaczył że nie jest źle, spróbował raz jeszcze, trochę bardziej, zobaczył że jest dobrze… no i mamy co mamy.
A co mamy? Siedzi otóż ta banda idiotów, z których jeden nazywa się Tusk, drugi Graś, a trzeci Kopacz, jeden bawi się piłką, drugi patrzy tępo przed siebie, trzeci coś bredzi na temat tego że Ziobro to dureń, Rydzyk jeszcze większy, a publiczność pokłada się ze śmiechu. Jednak już nie na dźwięk nazwiska ‘Ziobro’, ani na wspomnienie Rydzyka, tylko właśnie z powodu tego cymbała z piłką i jego kumpli. Dlaczego oni rżą? Otóż to nie ma najmniejszego znaczenia. Tak samo, jak nie miało znaczenia, kiedy jeszcze parę miesięcy temu ci sami dokładnie ludzie trzymali się za brzuchy, bo „Radio ma ryja”, albo „Lech jest zimny i ma nogę stewardessy”. To co jest dla nas ważne, że dziś się śmieją równie głośno, ale tym razem śmieją się z Tuska i jego piłkarzyków. To jest bardzo, bardzo ważne. Bo skoro oni zaczęli się śmiać w nowym kierunku, to teraz będą się śmiali już tylko głośniej. Bo śmiech jest zaraźliwy, a zwłaszcza ten emitowany przez tak bardzo ważny element kultury popularnej, jak kabaret. I ów śmiech nie skończy się ani za miesiąc, ani za pięć. Jestem pewien, że jeszcze go będziemy mieli okazję usłyszeć.
Bardzo to miłe, widzieć jak banda gangsterów ginie od własnej broni. To jest widok tak sympatyczny, że – z pewnego punktu widzenia – nie mógł nas spotkać lepszy prezent w pierwszą rocznicę smoleńskiej masakry. Podzielę się dziś tym podarunkiem. Spróbujmy go przyjąć tak, jak kiedyś przyjmowaliśmy najgłupszy greps na temat sierpa i młotka. Niby bzdura, ale niech będzie i to. Jak by nie patrzeć, zasłużyliśmy sobie na to, by posłuchać tego śmiechu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...