Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pornografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pornografia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 września 2021

O Kusym i jego dzieciach

 

Dziś przedstawiam Państwu swój najnowszy felieton z "Warszawskiej Gazety". Powinno być mocno. 


      Stało się że postanowiłem sprawdzić co słychać na niesławnym Onecie i stamtąd właśnie dowiedziałem się, że w Wielkiej Brytanii powstał telewizyjny program zbudowany na następującym pomyśle. Otóż na scenie ustawionych jest pięć kabin, w których znajduje się pięć raz to kobiet, raz mężczyzn, kompletnie nagich, których genitalia są kolejno oceniane pod kątem atrakcyjnosci przez biorących udział w zabawie kobietę lub mężczyznę. Genitalia są eksponowane w pełnym przybliżeniu i w równie pełnym przybliżeniu omawiane na oczach zgromadzonej przed telewizorami publiczności tak długo aż z pięciu bohaterów programu zostanie tylko jeden i wówczas osoba dokonująca wyboru sama się obnaża, a następnie oboje udają się za kulisy by tam, póki co, jeszcze z dala od kamer, odbyć ze sobą stosunek seksualny.

      Tekst w Onecie ideę owego programu zasadniczo pochwala, jego główna myśl związana jest natomiast z faktem, że jedna z polskich stacji telewizyjnych ów projekt zakupiła, wyprodukowała jego polską wersję, nadaje ją na ogólnodostępnych platformach, i wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że w polskiej wersji nie ma ani Murzynów, ani przedstawicieli ruchu LGBT, ani nawet osób niepełnosprawnych, a to, zdaniem Onetu, jest demonstracją nazistowskiej polityki wykluczania.

      Wbrew temu jednak co by się mogło wydawać, powodem dla którego powstaje dzisiejszy felieton, nie jest chęć polemiki z obsesjami redaktorów Onetu, lecz przede wszystkim sam ów fakt, że oto doszliśmy do momentu gdzie tego typu perwersja stała się częścią publicznego przekazu, a jednocześnie – co gorsza – współczesnej cywilizacji. Ale jest jeszcze coś. Otóż jak wiemy, tak zwana polityczna poprawność stawia przed nami tak wiele wymagań, że niekiedy nawet najbardziej uważni z nas nie są w stanie nadążyć za kolejnymi zmianami. Ostatnio doszło wręcz do tego, że nie wolno nam powiedzieć komplementu kobiecie, aby nie zostać posądzonym o próbę gwałtu, czy może nawet i faktyczny gwałt. I oto okazuje się, że dokładnie ten sam świat, który terroryzuje Bogu ducha winnych ludzi groźbą społecznego, towarzyskiego oraz zawodowego wykluczenia z tak trywialnych powodów, urządza publiczne widowisko, podczas którego kobiety nie dość że są traktowane gorzej niż małpy w cyrku, to jeszcze apeluje o to, by wśród wspomnianych małp były też na przykład małpy zdeformowane, bo w ten sposób będzie uczciwiej, a kto wie czy też nie ciekawiej.

        Jednak ów paradoks nie jest pierwszym powodem mojego zainteresowania sprawą. Otóż nie ulega dla mnie wątpliwości, że moment w którym doszło do tego rodzaju cywilizacyjnego upadku, to też jest pewnego rodzaju demonstracja prawdziwych intencji, jakie stoją za coraz to nowszymi projektami w przestrzeni wyznaczanej przez polityczną poprawność. Im tak naprawdę wcale nie chodzi o szacunek dla różnorodności i walkę z wykluczeniem. Cel jest jeden: z historii świata wykreślić jego sam początek, czyli grzech Adama i Ewy, i zapowiedź ostatecznego upadku Szatana. Tego nam oni nie darują.



czwartek, 28 marca 2019

Ile trzeba zapłacić za porządny film nakręcony na taśmie 8 mm?


      Nie opadł jeszcze kurz po notce, którą zamieściłem tu parę dni temu, a poświęconej Finlandii i jej przewadze nad resztą świata, o Polsce nawet nie wspominając, pod względem osiągniętego poziomu szczęścia, jak RMF podał informację, która znakomicie wręcz uzupełnia zarówno raport ONZ, sytuujący Finlandię własnie na szczycie tej drabinki, jak i – tym bardziej może – moje osobiste na ten temat refleksje. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wedle wspomnianych doniesień (pozwolę sobie zacytować):
     „Fińska policja zatrzymała pięciu mężczyzn, którzy molestowali seksualnie i gwałcili młodych chłopców. Nagrywali to i zamieszczali nagrania w internecie, a także sprowadzali do Finlandii i rozpowszechniali pornografię dziecięcą.
      Śledztwo w tej sprawie, wszczęte na podstawie informacji ‘zagranicznej agencji’, trwało półtora roku i prowadzone było w 17 krajach, głównie europejskich – ujawniła policja, nie podając szczegółów. Wszyscy aresztowani to Finowie, podobnie jak ich ofiary – sześciu chłopców w wieku od sześciu do 15 lat. Pedofilska szajka działała od 2004 roku do 2018 roku.
      Najłagodniejszą formą molestowania, którego dopuszczono się w Finlandii było pokazywanie ofierze (dziecku) pornografii z udziałem dorosłych, a najokrutniejszą – gwałcenie odurzonego narkotykami dziecka przez 10 godzin – powiedziała inspektor Sanna Springare. Odmówiła bliższych informacji o zatrzymanych.
      Śledczy ujawnili również, że wśród pornografii dziecięcej sprowadzonej przez tę szajkę z zagranicy i rozpowszechnionej było nagranie przedstawiające śmierć maltretowanego dziecka”.
       Jeśli ktoś w tej chwili spodziewa się, że ja zaczną sobie stroić, żarty na temat tego rzekomego szczęścia, które złapało za gardło obywateli tego najszczęśliwszego kraju na świecie, czy tym bardziej zastanawiał się, czy fakt, że inspektor Springare „odmówiła informacji o zatrzymanych” nie dowodzi tego, że owi zatrzymani to katoliccy księża, jest w błędzie. W temacie zarówno rzekomej pedofilii księży i jej wpływu na poczucie szczęścia Finów powiedziałem już wszystko. Dziś interesuje mnie coś zupełnie innego, a mianowicie fragment powyższej informacji – przez redakcję zdecydowanie zlekceważony –  wspominający o nagraniu przedstawiającym zabójstwo dziecka. Jednak zanim do tego dojdę, pewne filmowe wspomnienie.
     Otóż – może ktoś widział, a może nie – jest taki film Joela Schumachera z Nicholasem Cagem, zatytułowany „8 mm”. Mówiąc najkrócej rzecz w tym, że Cage jest prywatnym detektywem, który otrzymuje zlecenie od pewnej bardzo zamożnej wdowy. Mąż tej pani zmarł, a ona, porządkując po nim mieszkanie, znalazła amatorski film pornograficzny, na którym widać coś, co robi wrażenie autentycznego zabójstwa młodej dziewczyny. Ponieważ ów film zrobił na niej duże wrażenie, ona chce, by Cage zbadał sprawę i powiedział jej, czy przedstawiona na filmie dziewczyna została faktycznie zamordowana, czy to tylko inscenizacja na potrzeby różnego rodzaju nieszkodliwych zboczeńców. Cage przyjmuje tę robotę i zaczyna szukać. Reszta filmu to właśnie prowadzące do pełnego napięcia finału poszukiwania, które przypominają schodzenie na najniższy krąg piekła, gdzie okazuje się, że to co widzimy, lub to nawet co sobie możemy wybrazić, to, owszem, mniej lub bardziej brutalna pornografia, nawet z inscenizowanym zabójstwem, natomiast rodzaj oferty pozostaje już tylko kwestią pieniędzy. W tej sytuacji jest tak, że jeśli ktoś jest gotów zapłacić naprawdę duże pieniądze, to za nie dostanie wszystko. I o tym własnie jest ten film. O rynku, który jest gotowy na realizację wszelkich potrzeb, o ile tylko ktoś na samym początku wpadnie na choćby najbardziej niewinny, ale otwierający szeroko różnego rodzaju drzwi, pomysł.
     Oglądałem „8 mm” wiele lat temu, ale to właśnie pamiętam z niego bardzo dobrze, że tu wszystko zaczyna się od zwykłych, sprzedawanych spod lady „świerszczyków”, nawet jeśli z drobną porcją marihuany dla rozluźnienia. Dlatego też ani mnie za bardzo nie zdziwiła owa wrzucona na koniec, niejako półgębkiem, informacja na temat sfilmowanego zabójstwa tego dziecka, ani też sposób, w jaki ten akurat element został potraktowany. Tytuł tekstu RMF brzmi „Odurzone narkotykami dziecko gwałcone przez 10 godzin. Pedofile zatrzymani”, całość ilustrowana jest głupkowatym i całkowicie nieadekwatnym zdjęciem kieszeni spodni, z której wystaje szmaciany miś, a ja się już tylko zastanawiam, czy to, że oni nie dali nam nawet szansy na zastanowienie się nad prawdziwym sensem tego, z czym mamy do czynienia, nie wynika z faktu, że oni jak ognia boją się tego, że mogą zwrócić naszą uwagę na wspomniane przeze mnie wcześniej kręgi, a wraz z nimi pytanie, które się musi wreszcie pojawić: Dlaczego Michael Jackson w swoim Neverlandzie nie trzymał dziewczynek? No a wtedy to dziś już najbardziej intrygujące: Ile zmarły mąż kobiety z filmu Schumachera zapłacił za tę swoją taśmę 8 mm i ile by musiał zapłacić dziś?




Wygląda na to, że w księgarni dziś już wszystko działa jak należy, na wszelki wypadek jednak przypominam, że od kilku dni jest do kupienia moja – pierwsza od grubo ponad już dwóch lat – książka o Brytyjskim Imperium i jego językach, a adres do niej, jak i też do pozostałych, to:
https://basnjakniedzwiedz.pl/ksiegarnia/temat/autor-krzysztof-osiejuk/. Serdecznie polecam.

wtorek, 10 listopada 2015

Wolny rynek, czyli o wykorzystywaniu okazji

Muszę się przyznać do pewnej słabości. Słabości nie, że tak to ujmę, globalnej, ale drobnej, dotyczącej tylko tego dzisiejszego poranka, która jednak zmusza mnie do tego, by nie napisać kolejnej, codziennej refleksji na tematy bieżące, ale próbować wyjść z tej pułapki bocznym korytarzem. Otóż od wczoraj jestem tak okropnie zajęty, a przede mną tyle naprawdę ciężkich zajęć, które nie mogą czekać, że zwyczajnie nie jestem w stanie siąść i napisać coś bardziej oryginalnego. Kiedyś było oczywiście łatwiej, jednak lata lecą i wygląda na to, że lepiej już nie będzie. To, co wcześniej trwało minutę, dziś trwa minut pięć, a za rok to pewnie będzie minut piętnaście i tak dalej. A zatem opowiem o pewnym filmie, który tak naprawdę widziałem już wiele lat temu, ale ostatnio mi się przypomniał i mam go wciąż w głowie. Mam na myśli „8 mm” Joela Schumachera z Nicolasem Cage’em. Opowiem go i sobie pójdę.
Oto Nicolas Cage jest prywatnym detektywem, który pewnego dnia otrzymuje finansowo bardzo interesujące zlecenie od pewnej starszej pani, której mąż właśnie zmarł, a ona po jego śmierci otworzyła jego sejf, w którym znalazła pornograficzny film nakręcony na tytułowej ośmiomilimetrowej taśmie, gdzie można obejrzeć coś, co wygląda na prawdziwe morderstwo. Jakiś człowiek w skórzanej masce najpierw gwałci dziewczynę, a potem podrzyna jej gardło, a wszystko wygląda na tyle realistycznie, że starsza pani zwyczajnie się niepokoi. Zlecenie natomiast polega na tym, że Cage ma pójść tropem owej taśmy i sprawdzić, czy to morderstwo jest autentyczne, czy to jest zaledwie jeszcze jeden fake dla zboczeńców.
Cage oczywiście bierze tę robotę i wyrusza w świat. Najpierw wchodzi w świat prostej pornografii, gdzie oczywiście nic nie znajduje, z niego przechodzi w klimaty bardziej dosłowne, wreszcie trafia do miejsca, gdzie faktycznie otrzymuje ofertę rzekomo prawdziwego morderstwa. Za ciężkie pieniądze (wdowa płaci) kupuje ten film, jednak po niezbyt długim czasie musi uznać, że to „morderstwo” nie jest jednak morderstwem autentycznym. Oczywiście, w tym momencie on już operuje w miejscach, gdzie można kupić nie tylko brutalną pornografię, ale dużo, dużo więcej, jednak wciąż pieniądze, jakimi się tam obraca, nie gwarantują morderstwa. No i w końcu ktoś biednego Cage’a kieruje o szczebel wyżej i tam okazuje się, że za naprawdę duże pieniądze można dostać morderstwo prawdziwe, bez jakiegokolwiek retuszu. Tym razem prawdziwe. Wystarczy mieć pieniądze, być odpowiednio nakręconym, no i oczywiście posiadać właściwe dojścia. Tak jak oferta kreuje popyt, tak też popyt tworzy ofertę, a wolny rynek to rynek jak najbardziej wolny. I tego my akurat nie zmienimy.
I jeśli ktoś sądzi, że tu będzie jakaś pointa, albo chociaż skromny link do czegoś bardziej aktualnego, żałuję, ale nic z tego. Chciałem polecić pewien film i to wszystko. No i może jeszcze zachęcę wszystkich do kupowania mojej książki zatytułowanej „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. I tak naprawdę tylko tam. Bo tak naprawdę wszystko od zawsze sprowadza się albo do marnowania, albo do wykorzystywania okazji.

środa, 15 kwietnia 2015

Obrastają w pióra kurwy i złodzieje, czyli czas na dobrą zmianę

Kiedy Bob Greene w roku 1982 opisywał owo zjawisko, które w Stanach Zjednoczonych już od kilku lat kwitło pod nazwą „party hardy” u nas w Polsce tak zwane „ostre imprezowanie” nie dość, że nie było nawet w powijakach, to wręcz nie miało nawet szans, by być potraktowane, jako plotka z szerokiego świata. Od tego czasu jednak zmieniło się bardzo wiele, pojawiły się nawet galerie handlowe, a z nimi ambicja, by nawet tę część zachodniej kultury, która ze względu na naszą obyczajowość wygląda tu dość dziwnie, choćby i na siłę oswoić. No i mamy wolność.
Jak mówię, Bob Greene już w roku 1982 zwrócił uwagę na ową niezwykłą wręcz językową sztuczkę, która sprawiła, że słowo „party” przestało przede wszystkim oznaczać prywatkę, konfetti, balony, tańce i torcik dla wszystkich, a przede wszystkim zaczęło funkcjonować, jako czasownik (Wanna party?) i nieść ze sobą wszystkie te tak niezwykłe elementy, jak alkohol, narkotyki i ewentualnie na koniec seks, by jakoś zasnąć, jednak musiało minąć grubo ponad dwadzieścia lat i nastać rok 2009, kiedy stacja MTV zdecydowała się wyprodukować ów niezwykły „reality show” pod nazwą „Jersey Shore”, w którym to wszystko zostało przemielone na pop kulturę i zmusiło Amerykanów do zaakceptowania faktu, że już nic nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Gdy chodzi o Polskę, nikt już na nic ani nie czekał, ani nie uważał, że może nie wypada, i zaledwie rok po tym, jak Amerykanie po trzech latach owego eksperymentu postanowili jednak korzystać z bardziej subtelnych środków wprowadzania nowej cywilizacji i program „Jersey Shore” zwyczajnie zlikwidowali, myśmy od nich ów pomysł kupili i pojawiło się coś, co dziś możemy oglądać pod nazwą „Warsaw Shore”. Nie Jersey, ale swojsko – Warsaw.
Krótko może powiem, o co chodzi. Otóż mniej więcej tak samo, jak przed laty w tak zwanym „Domu Wielkiego Brata”, i tu mamy grupę dziewcząt i chłopców, którzy są zamknięci we wspólnym domu, tyle że w odróżnieniu od tamtego programu, nie starają się razem gospodarzyć, lecz spędzają czas na bardzo typowej imprezie, gdzie, mówiąc brutalnie, wszyscy nawzajem się pieprzą i chleją. Obejrzałem niedawno duży fragment jednego z tych odcinków i w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to jednak musi być fikcja. Skoro mamy takie czasy, że nawet w filmach – choćby i z gatunku science-fiction, czy fantasy – nie wolno na przykład palić papierosów, a w telewizyjnym studio zaproszonym gościom nie wolno pić jakiegokolwiek alkoholu od shandy w górę, to wydawałoby się, że tym bardziej jakakolwiek telewizja nie może wynajętych przez siebie aktorów realnie upijać i kazać im się łajdaczyć, tylko dlatego, że taki oto ma pomysł na rozrywkę. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, by realizatorzy owego „Warsaw Shore” sprowadzili te dziewczęta i chłopców, najpierw ich upili, a potem płacili im za uprawianie seksu przed kamerami i żeby to wszystko działo się naprawdę.
Tymczasem moja córka przyniosła mi informację, że pewna jej koleżanka ma z kolei swoją koleżankę, która wygrała casting do owego programu, jest już po kilku sesjach i twierdzi, że tam nie ma mowy o żadnym udawaniu: tam faktycznie jest wyłącznie chlanie i kurestwo. A MTV za to płaci.
Czy to prawda? Nie wiem. Wciąż mam swoje wątpliwości. Biorę wręcz pod uwagę, że to dziecko albo musi tak opowiadać, bo to jest element umowy, albo zwyczajnie się nakręca i po prostu nas buja. Jednak parę dni temu zamówiliśmy sobie za drobna opłatą w telewizji Cyfra + kanał muzyczny Mezzo i któregoś dnia tuż obok owego Mezzo trafiliśmy niechcąco na autentyczną, najtwardszą z możliwych, pornografię, całkowicie bezpłatną, nadającą 24 godziny na dobę, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, poza znaczkiem w górnym lewym roku z liczbą 18. Ponieważ wydawało mi się, że pornografia w Polsce jest póki co zakazana, sprawdziłem zapisy Kodeksu Karnego i okazało się, że już nie. Odpowiedni zapis został ostatnio zdjęty, w miejscu gdzie był paragraf 2 stoi informacja „uchylony”, i tym sposobem zakazana jest już wyłącznie pornografia dziecięca. Gdy chodzi o wszystko co poza tym, mamy pełną wolność. Jest wprawdzie zastrzeżenie, że nikt nikogo do oglądania pornografii nie może zmuszać, jednak biorąc pod uwagę, że nikt też nikogo nie może zmuszać do oglądania programu „Szkło Kontaktowe”, a nawet transmisji z obrad Sejmu, owa troska wydaje się być bez najmniejszego znaczenia.
A zatem refleksja na środek tygodnia jest taka, że poza salonami gier, które – o czym miałem okazję informować bardzo niedawno – jak grzyby po deszczu powstają w każdym polskim mieście, miasteczku i wiosce, mamy też już w powszechnie dostępnej telewizji twardą pornografię i oficjalnie sponsorowane kurestwo, chlanie i nie wykluczam, że i narkotyki. W końcu, czemu nie?
Popatrzmy, proszę, co w tych dniach znalazłem na ten temat. Oto wzorem braci Czechów, w Katowicach otwarta została pierwsza w Polsce tak zwana „Konopna Farmacja”. Właściciel owej inicjatywy, Mirosław Tarnawski zapewnia, że to, co on sprzedaje, to ani narkotyki, ani nawet lekarstwa; to wszystko są zaledwie kosmetyki z jak najbardziej europejskim atestem. I, wszak reklama, to jak wiemy, tylko reklama, nie zmienia tego faktu nawet treść odpowiedniej ulotki: „Oferujemy produkty dermokosmetyczne oraz BIO produkty spożywcze z konopi gatunku botanicznego Cannabis sativa. Niezwykłą cechą naszych produktów jest połączenie BIO oleju z konopi z ekstraktem z całej rośliny konopi, które razem posiadają nadzwyczaj szerokie spektrum działania na ludzki organizm. Zalecane są dla osób z wieloma zaburzeniami zdrowotnymi, w tym z dolegliwościami związanymi ze zmianą kondycji skóry"
Powtórzę jeszcze raz: pornografia, kurestwo, przemoc, wóda, narkotyki, kłamstwo, a wszystko pod czujnym okiem polskiego państwa. Wiem, że się już robię nudny, ale uważam, że nie wypada mi zobojętnieć. Otóż zbliża się maj, a z nim czas, gdy będziemy decydować o tym, co z nami dalej będzie. Niech nas Dobry Bóg ma w Swojej opiece i da nam odwagę powiedzenia „Dość!”

Przypominam, że w sobotę i w niedzielę będę podpisywał książki w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich. Jeśli ktoś się jednak nie wybiera, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Ustalony został też ostateczny temat debaty blogerów przed wyborami. Odbędzie się ona 7 maja o godzinie 18.00 na Uniwersytecie Opolskim w Opolu oczywiście. Organizatorem debaty jest Wszechnica Solidarności, a udział w niej wezmę ja, Coryllus i nasz kolega Dr.Wall.

piątek, 28 grudnia 2012

Porno RP

Gdyby ktoś się zastanawiał, co słychać u naszego dziś już trochę byłego kolegi LEMMINGA, śpieszę wyjaśnić. On wciąż jest z nami jak najbardziej, tyle że jeśli ma czas na to, by nie musieć zarabiać na życie, poświęca go właśnie na owo życie i – jak najsłuszniej zresztą – zajmowanie się tym blogiem ogranicza do niezbędnego minimum. A więc tyle wszystkiego, że czyta i kibicuje. Dla nas jest to oczywiście wielka szkoda, bo bez jego komentarzy nic już nie jest takie same, ale przynajmniej jego niezwykłe córeczki i równie niezwykła żona są zadowolone. A o cóż więcej może chodzić?
Dziś LEMMING przysłał mi link do wywiadu, jaki „Gazeta Wyborcza” uznała za stosowne przeprowadzić z człowiekiem, który swego czasu podobno był bardzo ważnym redaktorem zatrudnionym przez największą w Polsce sieć wydawnictw pornograficznych, i w którym to wywiadzie ów człowiek zwraca uwagę na kilka rzeczy, które dla nas akurat mogą się okazać dość interesujące.
Ja nie bez powodu w pewnym momencie użyłem słowa „podobno”. Rzecz bowiem w tym, że typ ten gada do nas anonimowo, a skoro tak, powinniśmy się spodziewać wszystkiego, miedzy innymi też tego, że to wszystko jest bujda na resorach, a całość wyszła spod paluszków jakiejś Dominiki Wielowieyskiej, czy Mikołaja Lizuta, którzy akurat przy okazji Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to nawet głupie Biedronki są zamknięte, setnie się nudzili i postanowili zarobić parę ekstra groszy. Ktoś się od razu pewnie spyta, że skoro ja biorę pod uwagę, iż ta rozmowa to zwykła fikcja, czemu się nią w ogóle zajmuję? Otóż nawet jeśli to wszystko od początku do końcu wyszło zaledwie z mózgu Mikołaja Lizuta, to ja sądzę, że on, jako zapewne poważny specjalista od wszelkiego typu pornografii, a jednocześnie dziennikarz z pewną szczególną pozycją na rynku, nie mógł sobie pozwolić na wygadywanie kompletnych bzdur. I że coś w tym, co tam jest napisane, to musi być szczera prawda.
A zatem, co tam jest takiego, co mnie – a przy okazji LEMMINGA – mogło zainteresować? Parę zaledwie rzeczy. Pierwsza to taka, że podobno pornografia, jaką mamy w Polsce, to najgorszy ruski syf, gdzie nie chodzi o nic więcej, jak o zwykłe mięso. Najlepiej obsrane. Po drugie, cały ten biznes jest w rękach osób homoseksualnych, bo ze względu na swoje naturalne uwarunkowania, tylko oni są w stanie wytrzymać ten typ perwersji. No i po trzecie, że jeśli ten rynek w ogóle jeszcze istnieje, to wyłącznie ze względu na ludzi starszych już wiekiem i częściowo chorych psychicznie. Dlatego też wspomniane wcześniej pedały gros swojej produkcji kierują na rynek czeski, gdzie – również naturalnie – panuje większa tak zwana kultura pornograficzna.
No i teraz pewnie znów pojawi się pytanie, co nas – mnie i LEMMINGA – w tym wszystkim aż tak zainteresowało, że postanowiliśmy się tematem zająć? Otóż nie wiem oczywiście do końca, jak to było z nim, ale na mnie największe wrażenie zrobiło to mięso. Coś, co – ktokolwiek był faktycznym autorem wspomnianego tekstu – zostało opisane figurą „do porzygania”. Dlaczego? Otóż w tych właśnie dniach ukazał się kolejny numer tygodnika „Newsweek”, a w nim rozmowa z Wojciechem Karolakiem – kiedyś, przeciętnym nawet jak na polskie warunki, jazzowym muzykiem, a dziś już tylko mężem Marii Czubaszek. Jako że czasy mamy takie – a zalinkowany mi przez LEMMINGA tekst z „Wyborczej” tylko to potwierdza – że bez wspomnianego wcześniej gówna, nie ma nic, rozmowa „Newsweeka” prowadzona jest na odpowiednio starannie opracowanym poziomie. Cóż więc tam mamy? Nie będę tu wchodził w szczegóły, wystarczy powiedzieć, że to jest taki trochę Jerzy Urban z początków lat 90-tych, tyle że znacznie głupszy i oczywiście znacznie mniej zabawny.
Skoro tych pytań się namnożyło tak wiele, pojawi się pewnie jeszcze jedno – skąd ja mianowicie wiem o tej rozmowie? Czyżbym aż tak dokładnie śledził to wszystko, do czego doszedł świat, że tygodnik, który jeszcze w roku 1980 próbowałem – bezskutecznie oczywiście – przemycić z zagranicy do Polski, a dziś jest w Polsce redagowany przez człowieka nazwiskiem Lis, też wpadł w pole mojego zainteresowania? No nie. A tak źle nie jest. Po prostu śledzę różnego rodzaju komentarze zamieszczane w Internecie, i wychodzi na to, że głos kogoś takiego jak Wojciech Karolak, rozpropagowany przez polskie wydanie „Newsweeka” – to jest naprawdę coś. Coś na miarę owej wspomnianej wcześniej pornografii, po którą ustawiają się w kolejkach starsi panowie, którzy nie potrafiąc obsługiwać komputera, nie wiedzą nawet, co tracą.
I myślę, że oto nadszedł dobry moment, by przejść do spraw naprawdę poważnych. Ja naprawdę w roku 1980 wracałem z mojej jedynej w PRL-u wyprawy za granicę i wiozłem ze sobą „Newsweeka”. No i go nie dowiozłem. Skasowano mi go, zanim znalazłem się w domu. Od tego czasu minęły 32 lata. Ci wszyscy którzy, podobnie jak moje dzieci, urodziły się już albo w nowej Polsce, albo tuż przed upadkiem starej, pewnie tego nie rozumieją, ale „Newsweek” to było coś. Dziś słyszę, ze Amerykanie ostatecznie swoje papierowe wydanie zamknęli. My tu w Polsce radzimy sobie świetnie. Publikując wywiad z Wojciechem Karolakiem, w którym on opowiada, jakie to zwyczaje panują u niego i jego żony w domu. Przyznam szczerze, że całości nie czytałem. Znam tylko omówienie dostępne na blogach. A zatem, nie umiem powiedzieć, czy tam też jest coś o sraniu w gardło. Z tekstu o pornografii zamieszczonym w „Wyborczej” można domniemywać, że przynajmniej być powinno.

Bardzo proszę o, oczywiście w miarę możliwości, wspieranie tego bloga. Koniec roku jest dla nas dość trudny. Liczyłem na to, że uda się jeszcze teraz rozpocząć sprzedaż nowej książki, niestety z przyczyn absolutnie niezależnych ode mnie, start został przesunięty już na nowy rok. Bardzo mi z tego powodu przykro, zapewniam jednak, że warto jest czekać. A ja wiem, co mówię. Dziękuję.

piątek, 12 października 2012

Jak ucywilizować pornografię i po co?

Gdybym jednym zdaniem miał powiedzieć, za co nie znoszę intelektualistów, to swoje uczucia określiłbym chyba w ten sposób, że mnie do szału doprowadza to ich święte przekonanie, że myślenie i prezentowanie wyników owego procesu w publicznych wypowiedziach, to wartość sama w sobie. Że sam fakt, że oni myślą i myśleniu temu dają upust w kolejnych oświadczeniach, jest dla nas wystarczającym powodem, by uznać ich za osoby wartościowe, a czasem wręcz bardziej wartościowe, niż ma to miejsce w przypadku tych, którzy na przykład wyłącznie czują.
Weźmy niedawny komentarz – odpowiednio zrecenzowany już zresztą na tym blogu – w którym Adam Michnik wyraził opinię, że przejęcie władzy w Gruzji przez jakiegoś Rosjanina jest dla Gruzji błogosławieństwem. Wbrew temu czego można by się było spodziewać, ja największych pretensji do Michnika nie mam o to, że on święcie wierzy w to, że Saakashvilli to faszysta, natomiast ten Rosjanin z Gazpromu, to człowiek który poprowadzi Gruzję do świata europejskiej cywilizacji. Ja do Michnika mam pretensje wyłącznie o to, że on tak naprawdę w nic nie wierzy, nic nie uważa, i nic nie twierdzi. Dla Michnika, a więc dla najbardziej klasycznego intelektualisty, jakim jest na przykład jakiś Ilg ze „Znaku”, czy Gowin z rządu, czy Śpiewak z uniwersytetu, to co stanowi pierwszą i ostateczną wartość jest to, że on się zastanawia. I że jeśli na przykład za jakiś czas okaże się, że nowe władze Gruzji w reakcji na jakieś protesty, zaczną do ludzi strzelać – czego, zauważmy, faszysta Saakashvilli akurat nie robił – albo kiedy wyjdzie na jaw, że kolejne wybory zostaną przez władze w sposób jednoznaczny sfałszowane, o czym Michnik był tak bardzo przekonany w swoich prognozach odnośnie Saakashvillego, jemu nawet nie drgnie powieka. On w pierwszej chwili najprawdopodobniej poczuje dreszcz emocji, że patrzcie państwo, jak to nasze wspaniałe umysły znów przegrały z kosmiczną materią, a następnie zacznie głosić potrzebę zmiany rządu w Gruzji.
Czy jemu będzie głupio? Czy on poczuje choć ślad niepokoju wobec tego co mówił wcześniej? Czy on następnym razem będzie bardziej zdystansowany w stosunku do tego, co mu się wydaje? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie. On tym bardziej będzie swoim pomysłom dawał realne świadectwo, i to zapewne w jeszcze bardziej niż dotychczas transparentny sposób. Dlaczego? No bo właśnie po raz kolejny okazało się, że warto myśleć i warto rozmawiać. Bo tylko w ten sposób dojdziemy do prawdy, do której nie dojdziemy, bo jej zwyczajnie nie ma. To co jest, to tylko rozum. Jak najbardziej wciąż niedoskonały. Czyż to nie piękne?
Otrzymałem wczoraj od naszego wspólnego kolegi LEMMINGA link prowadzący do „Gazety Wyborczej”, a w niej do wywiadu z jakąś psycholog oczywiście, która opowiada o tym jak to pornografia niszczy ludzkie umysły, i nie tylko umysły – a zwłaszcza dziecięce. Że do jej gabinetu przychodzą dzieci ośmioletnie i młodsze, uzależnione od pornografii właśnie. Owej psycholog nie znam, wydaje mi się, że jej nazwiska nigdy wcześniej na oczy nie widziałem, natomiast jestem niemal pewien, że ona jeszcze niedawno stała na czele krucjaty przeciwko wszystkim tym, którzy powszechnością pornografii się martwili i walczyli o jej delegalizację, i to najprawdopodobniej pod hasłem, że a cóż to szkodzi i że nikt nikogo do niczego nie zmusza. Dziś nagle i ona i najprawdopodobniej – z tego że akurat „Wyborcza” postanowiła nadać sprawie bieg, wnioskuję, że sprawa się robi modna – wiele zaprzyjaźnionych z „Wyborczą” środowisk uznali za stosowne przestrzec przed czymś, co każdy normalny człowiek wiedział już dawno temu. I oczywiście każdy normalny człowiek wie też, że w tej chwili to już jest tak zwana bułka po obiedzie. No bo co można zrobić, jeśli nasz cywilizacyjny rozwój i wszędzie głoszona wolność doprowadziła do tego, że najbardziej wulgarna pornografia jest dostępna za darmo w Internecie? Że aby oglądać sobie codziennie nowe w gruncie rzeczy gwałty, nie trzeba ani mieć pieniędzy, ani specjalnych sklepów, ani nawet specjalnie zaplanowanego dnia. To jest tu i teraz. Pod nosem. W dowolnych ilościach. W jakości HD. Jak mówię, kompletnie za darmo.
No i dzieci – oczywiście, że małe dzieci, bo starsze już są tak przez ową pornografie zdemolowani, że ona ich zwyczajnie nudzi – siedzą w tym Internecie i chłoną tę przemoc. A psychologowie dochodzą wreszcie do wniosku, że to im szkodzi. I pewnie nie byłoby w tym nic aż tak bardzo oburzającego, gdyby oto nagle w tym wszystkim nie pojawiło się lekarstwo. Jakaś oczywiście Milena – a ja sobie myślę, że całe szczęście, że nie Lorena – pyta naszą psycholog, co na to można poradzić. No i oczywiście rada jest. Rodzice powinni z dziećmi rozmawiać więcej o seksie. Powinno się dzieciom tłumaczyć, jak to jest z tymi sprawami, co jest co i co do czego służy, i jak to czy tamto działa. I że oczywiście te rozmowy powinny być prowadzone od najmłodszych lat. Tak, by kiedy dziecko będzie miało te swoje 8 lat, jeśli będzie oglądało pornografie, to bez specjalnych szkód. A zatem – edukacja. Tylko edukacja. I pani psycholog to wie. Jutro może się okazać, że z tą edukacją to jednak nie do końca wyszło tak jak miało wyjść, ale dziś sprawa jest oczywista. Należy rozmawiać.
Pewnie większość z czytelników tego bloga wie, kim jest Marcin Meller. Jest to dość powszechnie znany dziennikarz i celebryta, syn zmarłego już dziś ministra Stefana Mellera, kiedyś – a może i wciąż – redaktor naczelny „Playboya”. Otóż ja kiedyś miałem okazję słyszeć jego wypowiedź o tym, jak to u nich w domu zawsze wszyscy chodzili nago. Ojciec, mama i on. To był element codzienności. Pełna otwartość. Jak idzie o dom, w którym żyjemy ja, moja żona i nasze dzieci, nago się nie chodzi i nigdy nie chodziło. U nas też nie ogląda się pornografii, a co więcej, sam temat seksu nie jest absolutnie poruszany w bezpośrednich rozmowach. Powiem więcej. Jak mam tych paru znajomych, z nimi o seksie też się nie rozmawia, i to nie dlatego, że wszyscy jesteśmy jakoś szczególnie konserwatywni. Po prostu ten temat jest traktowany jak – przepraszam ewentualnych onanistów za porównanie – kupa, a więc coś najbardziej intymnego. U Mellerów w domu chodziło się goło. Mama, tata i mały Marcin.
Jak wygląda życie rodzinne pani psycholog z zalinkowanego mi przez LEMMINGA wywiadu i dziennikarki z „Wyborczej” – tego oczywiście nie wiem, ale mogę się domyślać, że nawet jeśli one nie obnażają się przed swoimi dziećmi, rodzeństwem, czy rodzicami, to z całą pewnością o tym seksie wciąż debatują. No bo w końcu bez przesady. Nałóg to rzecz niedobra, ale chyba nie będziemy ludzi pozbawiać podstawowych przyjemności? A ja sobie przypominam zamieszczony tu przez mnie zupełnie niedawno tekst, w którym – nie mając, przyznaję to, żadnych zawodowych kompetencji i doświadczeń – zasugerowałem, że dzisiejsza młodzież ponadpodstawowa dla seksu nie ma żadnego zainteresowania. Dla nich to co się liczy to oczywiście napić się i zapalić, ewentualnie coś wziąć, ale seks – bez przesady – w końcu ile można się patrzeć w tę dziurę? Napisałem to i wciąż mam mocne przekonanie, że tak się dokładnie sprawy mają. Dzieci, o których sobie rozmawiają dziennikarka z „Wyborczej” z ową wybitną psycholog, już dawno straciły zainteresowanie dla seksu. One patrzą na pornograficzny film i muszą się od razu czegoś napić, żeby się nie porzygać. Jak to widzi przepytywana przez „Wyborczą” psycholog? Proszę posłuchać:
„Dziecko masowo ogląda treści pornograficzne, wcześniej i więcej o nich myśli, szybciej wprowadza w czyn. Takie treści mogą sprawić, że dziecko wcześniej podejmie inicjację seksualną, bo podniecenie i pobudzenie jest większe i informacji jest więcej”.
Ktoś się zapyta: A cóż w tym nagle takiego złego, że dzieci będą podejmować inicjację seksualną nieco wcześniej? O ileśmy mieli starannie otwarte oczy i uszy, dotychczas w tym nie było nic takiego złego. I nagle mamy stawiać jakieś bariery? A niby ile trzeba mieć lat, żeby zacząć współżyć i poznać kolejny urok tego świata? Na to, moim zdaniem, odpowiedzi są dwie. Jedna taka, że nagle jacyś intelektualiści doszli do wniosku, że to jest po prostu niedobrze i oni właśnie na to wpadli. Po prostu. Seks w zbyt młodym wieku, to nie to. Jest jednak opcja druga, i powiem uczciwie, że ona jest mi tu znacznie bliższa. Oni już wiedzą świetnie, że pornografia niszczy ludzką seksualność – i to niezależnie od tego, czy po domu chodzimy goło, czy nie, i czy seks traktujemy jak jedno piwo pod jedna fajeczkę, czy też nie – i że jeśli coś z tym nie zrobimy, to oczywiście prędzej czy później ludzkość szlag trafi. Ale to już na szczęście nie za naszego życia. Gorsze są szkody doraźne. Otóż, jeśli ta pornografia będzie puszczona aż tak luzem, upadnie cały przemysł, a to już są nasze czasy i nasze interesy. I tego nam nie potrzeba.
A zatem, Dziekuję oczywiście mojemu kumplowi LEMMINGOWI za ów link, bo to zawsze jest dobrze wiedzieć, co się w tych łbach dzieje. Natomiast, jeśli mam być szczery, to wszystko, co tam jest napisane uważam w równym stopniu za prawdę, co za pewną akcję, żeby to tak zwane powszechne dupczenie ucywilizować. Dla z jednej strony podtrzymania branży, a z drugiej z myślą o sukcesie kolejnej płyty Marii Peszek. Na przykład.

Wygląda na to, że wczorajszy apel trafił w kompletną próżnię. A zatem, proszę raz jeszcze o wspieranie tego bloga. Tak i tak i tak. Dziękuję.

poniedziałek, 16 marca 2009

Gulasz z serc. Jak codzień.

Wczoraj wracałem ze starszą Toyahówną z wizyty. Było już późno, miasto – ja to zwykle z moim miastem o tej porze – puste i uśpione, i kiedy przechodziliśmy obok Hotelu Monopol, zwróciliśmy uwagę na dwa wielkie billboardy reklamujące burdel. Ktoś tam wcześniej pod hotel te platformy na kółkach przyciągnął po to, jak się domyślam, by hotelowi goście obejrzeli sobie zdjęcie tej eleganckiej dziwki, pomyśleli, że właściwie czemu nie, zapisali numer telefonu umieszczony na billboardach, zadzwonili, a wtedy ktoś po nich przyjedzie i już. W końcu wszyscy wiemy, że kiedy się przyjeżdża do Polski w biznesie, to raczej nie po to, żeby w wolnym czasie pójść do teatru, albo na koncert, czy obejrzeć jakąś wystawę. Toyahówna zaczęła mi zadawać najróżniejsze pytania, wszystkie zaczynające się od słowa ‘dlaczego’, a ja na żadne z nich nie umiałem odpowiedzieć, bo z jednej strony chciałem uniknąć nudnego już ględzenia o mafii, gangach, szarych biznesmenach, skorumpowanych policjantach i upadłych politykach, a z drugiej autentycznie nie miałem i faktycznie nie mam pewności, czy ja rzeczywiście wszystko w tej kwestii wiem.
Faktem jest, że tekst na spotkanych przez nas billboardach nie informował w żaden sposób, że lokal o niewinnej nazwie Night Club, tak naprawdę nie jest żadnym klubem, który od innych różni się tylko tym, że otwarty jest nie w dzień, lecz w nocy. Też jest prawdą, że ani jednym słowem żaden z tych billboardów nie sugerował nawet, że z tą kobietą na zdjęciu, za odpowiednią opłatą, można zrobić dokładnie wszystko, co komu przyjdzie do głupiej pały. Jednak trzeba być kimś kompletnie naiwnym, żeby wierzyć, że pod podanym numerem telefonu nic niezwykłego się nie dzieje. I też nie trzeba od razu chodzić do kina na filmy typu 8 mm, żeby wiedzieć, że biznes, który w sposób całkowicie otwarty i oficjalny reklamowany jest w samym centrum miasta – nie gdzieś w Tajlandii, czy w najbardziej egzotycznych zakamarkach Rosji – jest tak skonstruowany i na tym zresztą polega jego praktyczny sens, że wszystko – dokładnie wszystko – jest kwestią ceny i potrzeb. I wystarczy mieć choćby odrobinę wrażliwości, żeby wiedzieć, że kobiety, które stanowią sens tego interesu, są autentycznymi niewolnikami. Może i nienajgorzej traktowanymi (w końcu nie żyjemy w czasach cesarza Kaliguli), ale wciąż tylko niewolnikami.
Szliśmy więc sobie przez nocne miasto, Toyahówna chciała wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego to jest legalne i dlaczego nikt z tym nic nie robi, ja wzruszałem ramionami i odpowiadałem jej, że nie wiem, aż doszliśmy do dworca kolejowego, a tam już nawet nie zwróciliśmy uwagi na te wszystkie budy, w których jednym z podstawowych towarów są pornograficzne czasopisma z filmami, oferowane w takiej ilości, że gdyby na tym dworcu pojawił się ktoś w rodzaju tego przybysza z planety K-Pax i zobaczył co się tam dzieje, uznałby, że my najzwyczajniej w świecie musimy być w najlepszym wypadku obłąkani. Ale, jak mówię, nie zwróciliśmy na te filmy nawet uwagi, bo chodzimy tamtędy niemal codziennie i ten krajobraz jak gdyby zlał się w całość z tym nieszczęsnym dworcem, z tymi smutnymi ludźmi i z tym dziwacznym miastem, w którym mieszkamy.
Rozmawiałem kiedyś z kolegą, który mieszka w Chicago. Powiedział mi, że, ile razy przyjeżdża do Warszawy i przechodzi przez Dworzec Centralny, nie może się nadziwić, że tam jest tak ogromna oferta najróżniejszego typu pornografii. Mówi mi, że z jego punktu widzenia, centrum miasta z taką wystawą, jest widokiem absolutnie egzotycznym. Że coś takiego może się spotyka gdzieś w dalekiej Azji, ale nie w centrum dużego europejskiego miasta. Rozmawiałem też z kolegą Brytyjczykiem. On z kolei, przy jakiejś okazji, powiedział mi, że w Londynie, jeśli się widzi kogoś kto kupuje w sklepie Playboya, można mieć dużą pewność, że ten ktoś to klasyczny wanker. Dokładnie tak się wyraził. A proszę zwrócić uwagę – myśmy rozmawiali wyłącznie o Playboyu.
Więc tu mamy kwestie cywilizacyjne. Mamy Polskę – kraj i społeczeństwo o nieokiełznanych ambicjach, o zupełnie histerycznym poczuciu własnej godności, o nieprawdopodobnym pędzie do doganianiu świata. Mamy ludzi, którzy przy pewnych określonych okazjach, za cenę znalezienia się w gronie najbardziej cywilizowanych i postępowych narodów tego świata, gotowi są zrezygnować nawet z bycia Polakiem. A jednocześnie okazujemy się być społeczeństwem, które jest tak otwarte na tego typu towar. Zachodzę do sklepu o nazwie Media Markt, czy Saturn, i w jednym i drugim trafiam na całą ścianę z towarem ściśle pornograficznym. I to nie jest buda na dworcu, czy stolik na jakimś podmiejskim targu. To poważny, europejski dom handlowy z dyskretnym oświetleniem, ściszoną muzyka i krzątającymi się elegancko sprzedawcami. Jesteśmy w Polsce. Kraju który, z nieznaną dotychczas zawziętością i ambicją walczy o jak najbardziej efektowne wejście w świat XXI wieku i nie wie, że w tym samym czasie, pod pewnym szczególnym względem, jest tej Europy pośmiewiskiem.
Ale mamy też aspekt prawny tego całego przedsięwzięcia. Idę z Toyahówną przez nocne miasto, a ona mnie pyta, czy to jest legalne. I ja jej odpowiadam, że nie – że to nie jest legalne. Że pornografia, sutenerstwo, czerpanie zysku z nierządu, handel ludźmi – to wszystko jest nielegalne i ścigane przez prawo. Więc dlaczego nikt z tym nic nie robi? Dlaczego nie przyjedzie policja i tego wszystkiego nie skasuje? I znów jej odpowiadam, że nie wiem. Odpowiadam jej, że ja nawet nie wiem, czy ten słynny magazyn, który kiedyś, w wolnej już i demokratycznej Polsce, ukazywał się w oficjalnej sprzedaży pod nazwą Zły, został ostatecznie zamknięty przez prawo, czy po prostu właściciele pisma uznali, że lepiej zainwestować w porządny ekskluzywny burdel dla bogatych biznesmenów, artystów i polityków, niż dla aspirujących Europejczyków drukować te zakrwawione ludzkie szczątki.
I tak sobie sterczymy tu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym byliśmy na początku tych naszych rozważań. Bez żadnej odpowiedzi na nasze wątpliwości, bez żadnej konkretnej perspektywy, otoczeni przez zjawiska, których nie rozumiemy i na które nie mamy najmniejszego wpływu. I wiemy, że nawet jeśli nie stanowimy wyraźnej mniejszości, to i tak grupa decydująca o kształcie tego państwa i jego, że tak powiem, zawartości, jest na tyle wpływowa i na tyle zdeterminowana, żebyśmy, dla zwykłego spokoju umysłu, przestali się głowić nad tym, co i tak nie leży w naszych kompetencjach. Bo co można zrobić, skoro tak naprawdę nawet nie wiadomo, kto jest na końcu tego całego łańcucha, który moglibyśmy nazwać grupą interesów, czy – jak mówią Amerykanie – agendą?
A jakaś agenda być musi. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Żyję na tym świecie wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli po stronie tzw. czynników decydujących – i to bez względu na polityczny kolor – widzę tak wielką determinację w sprawie pozornie pozbawionej jakiejkolwiek wartości na poziomie interesu publicznego, to znaczy, że tam musi chodzić albo o pieniądze, albo o nałóg. Albo o jedno i drugie. I tak – jestem pewien – dzieje się w tym wypadku. Jestem przekonany, że skoro przez te dwadzieścia lat, mimo wielu przecież prób, nie udało się wykonać jednego skromnego gestu na rzecz oczyszczenia Polski z tej zarazy – a wręcz przeciwnie – to znaczy, że za tym stoją pieniądze i niewątpliwe przyjemności wcale pokaźnego towarzystwa. A więc nie zdziwiłbym się, gdyby miało się okazać, że wśród osób żywotnie zainteresowanych utrzymaniem tych bud na katowickim dworcu – nie dla siebie, oczywiście (oni mają swoje własne miejsca), ale dla zachowania pewnego szczególnego porządku – byli ci, których znamy, a czasem nawet lubimy. Nawet tak wybitni przedstawiciele naszych elit, jak Michał Boni, człowiek na którego ostatnio mam bardzo wrażliwe oko. Czemu Boni? Z bardzo prostej przyczyny. Raz że on już parokrotnie pokazał, że jemu coś takiego jak zasady są pojęciem całkowicie obojętnym. A dwa, przez jego wczorajszy wywiad dla Rzeczpospolitej. Wywiad zupełnie porażający http://www.rp.pl/artykul/276267.html.Wypowiedź, w pewnym sensie nawet przebijająca rozmowę z Bonim, o której już tu pisałem w Salonie przed miesiącami, gdzie on gadał o Polsce swoich marzeń: Polsce ludzi z laptopami, porozumiewającymi się z innymi przy pomocy programu komputerowego o nazwie Skype.
Wczoraj, Michał Boni, zapytany przez dziennikarkę o to, po ciężkiego diabła trzeba przymusowo wysyłać małe dzieci do szkoły, odpowiada tak: „Sześciolatki mają [podkreślenie moje] iść do szkoły z prostego powodu, że wszędzie na świecie uważa się, iż z punktu widzenia efektywności nauczania, im wcześniej tym lepiej. Bo w ten sposób wyrównuje się szanse. Jak ktoś tego nie rozumie, niech poczyta prace laureatów Nagrody Nobla na ten temat. […] Badania nad mózgiem pokazują, że im szybciej dzieci zaczynają się uczyć, tym większa jest możliwość wyrównywania szans, zasypywania różnic w mentalności, w nawykach, w pojmowaniu świata.”
Ja oczywiście, nie rozmawiałem z Bonim nigdy o niczym i też, siłą rzeczy, nie znam jego opinii na temat społecznej przydatności burdeli, pornografii i handlu kobietami. Ale powiem zupełnie szczerze, że choćbym nie wiem, jak się starał, nie widzę najmniejszego powodu, żeby ten laptop, z tym Skypem i teraz z tymi badaniami nad mózgiem dzieci, prowadzonych w celu uzyskania tego jednego, modelowego egzemplarza, o ustalonej „mentalności, nawykach i pojmowaniu świata”, czuły się jakoś szczególnie niezręcznie w świetle czerwonych latarni, wśród czarnych akcentów.
Napisałem ostatnio trzy teksty w całości poświęcone sytuacji Kościoła w demokratycznym społeczeństwie. Teksty te spotkały się z bardzo szeroką reakcją, głównie dość nerwową. Oczywiście biorę pod uwagę, że mój obecny temat może nie zainteresować już tak wiele osób, jak to było w przypadku agentów w polskim Kościele. Niestety, tu jestem bezradny. Po prostu mi się nie chce. Mam przynajmniej nadzieję, że większość wie, dlaczego.

środa, 28 stycznia 2009

Kaczyński ma grzech

Kiedy wczoraj, nagle, bez wcześniejszych planów z mojej strony, a nawet marnych podejrzeń, w moim tekście pojawiła się osoba Kazimierza Marcinkiewicza, stało się tak dlatego, że – słysząc kolejne doniesienia na temat „nowego życia”, jakie postanowił rozpocząć były premier – uznałem przypadek ów za z jednej strony tak tandetnie zwyczajny, a jednocześnie tak żałosny, że aż wart tej drobnej mojej złośliwości. Choćby i przy okazji tematu kompletnie z Marcinkiewiczem jako takim nie związanym. Wydawało mi się przy tym, że Marcinkiewicz padł ofiarą czegoś, co jest udziałem wielu mężczyzn w jego wieku, a czemu tacy ludzie jak Marcinkiewicz po prostu nie są w stanie się oprzeć. Wiedzą, że to co robią jest głupie, złe i w efekcie samobójcze, a mimo to brną, bo ich zwierzęca natura i zwykła ludzka próżność wiąże im serca i umysły tak, że już po prostu nie dają rady.
Już jednak w chwilę po umieszczeniu tego tekstu na blogu, zaczęły do mnie docierać informacje, że Kazimierz Marcinkiewicz jest – jak to już zdarzało się wielokrotnie w jego wypadku – lepszy nawet od samego siebie i że akurat on zasługuje tu na potraktowanie osobne. Okazało się mianowicie, że w ocenie specjalistów od wizerunku – oczywiście, oni są zawsze gotowi przylecieć na gwizdnięcie – nawet jeśli postępek Marcinkiewicza nie był zorganizowany przez jego piarowców, to niewątpliwie jest przez nich obecnie bardzo sprytnie wykorzystywany. I to mnie zdziwiło. Z punktu widzenia kogoś, kto całe życie poruszał się w środowiskach, gdzie gówno śmierdzi, a ogrody są piękne, w zwykłej zdradzie, i do tego w zdradzie tak nonsensownej, nie może być żadnego piaru. Co najwyżej na użytek osób najbardziej moralnie poprzestawianych.
Słuchałem tych głosów ludzi ponad miarę kompetentnych w sprawach kłamstwa i manipulacji i dowiadywałem się, że choć może przez chwilę Marcinkiewicz będzie istotnie funkcjonował jako pośmiewisko, to po paru miesiącach zostanie tylko on, ta jego siksa i reputacja światowca po każdym względem – zarówno osobiście, jak i towarzysko – odpicowanego. I że Marcinkiewicz to doskonale wie i sobie zupełnie dobrze radzi.
Dziś rano w Rzepie, przeczytałem znakomity artykuł Piotra Semki, który nie dość, że potwierdził najgorsze moje podejrzenia co do prawdziwej natury upadku Marcinkiewicza, to jeszcze bardzo przekonująco pokazał całe tło i wszystkie okoliczności, które – jak się okazuje po czasie – musiały doprowadzić Marcinkiewicza tu, gdzie jest obecnie. Artykuł Semki, choć w rzeczywistości wyjątkowo, wręcz apokaliptycznie, ponury, to przy tym niezwykle – nawet jak na autora – inspirujący i pouczający http://www.rp.pl/artykul/9157,254569_Chlopiec_z_tabloidu_.html.
Naturalnie, wiele z informacji, które podaje Semka, to fakty powszechnie znane. Każdy kto interesuje się polityką jako tako, wie, skąd Marcinkiewicz się wziął, z jakich środowisk pochodzi, jakie, ideologicznie i politycznie, miejsce zajmował przez całe lata 90-te, a nawet dlaczego tak się stało, że w momencie gdy można było mieć jeszcze nadzieje na powstanie POPiS-u, to właśnie Marcinkiewicza Jarosław Kaczyński kopnął tak wysoko. Przypomina też Semka najważniejsze przypadki uwalniania się Marcinkiewicza z krepujących go zobowiązań, zarówno politycznych, jak i czysto ludzkich. Te wszystkie studniówki, dyskoteki, młode dziewczyny, to całe tabloidowe szaleństwo, które tak Marcinkiewicza urzekło. Ale Semka zwraca uwagę na coś o wiele ważniejszego i coś, co cały przypadek Marcinkiewicza stawia w o wiele szerszym, bo wręcz cywilizacyjnym, kontekście. Pozwolę sobie zacytować odpowiedni fragment: „Pierwszym sygnałem dla byłego premiera, że coś z nim samym jest nie tak, powinna być zmiana nastawienia polskich mediów do ‘najsłynniejszego Polaka nad Tamizą’. Niespodziewanie, nie wiadomo od kiedy, przestał być traktowany całkiem serio. Marcinkiewicz przeoczył ten moment. Żył w Londynie, skąd z każdym dniem było coraz dalej do Polski, a tym bardziej do gorzowskiego domu. Wspomnienia ze ślubu z 1981 roku jawiły się jako prehistoria. Jedni pewnie nazwą to kryzysem 50-latka, inni ostatecznym testem dla pokolenia konserwatystów, ‘którym się udało’. Zastanawiające jest, jak nagły skok cywilizacyjny Polski (co symboliczne – zbieżny z wejściem Polski w 2004 roku do Unii) skłonił ludzi, którzy latami odmawiali sobie wielu rzeczy, by teraz nabrali konsumpcyjnego apetytu na życie. Nasuwa się analogia z zachodnioeuropejskimi chadekami z lat 60. i 70., którzy po latach mieszczańskiego, ustatkowanego życia zaczęli się rozwodzić, szybko oddalać się od zaprzyjaźnionych proboszczów i życzliwych biskupów. Nagle odkrywali, że sekretarki są ponętniejsze od żon zmęczonych wychowaniem wielu dzieci, a barwne życie polityka daje wiele okazji, którym nie sposób się oprzeć”.
A więc to tak? Okazuje się – a nie ma żadnego powodu, żeby kwestionować sensowność wywodu Semki – że Marcinkiewicz wyruszając w tę samobójcza misję, oczywiście uznał, że „sekretarki są ponętniejsze od żon”, czyli postąpił, jak przeciętny murarz, czy docent, ale przy okazji on dokonał tego odkrycia, nie dlatego, że w wieku 50 lat dowiedział się od młodej, ładnej dziewczyny, że ma ładną pupkę, ale dlatego, że zaimponowało mu towarzystwo operujące na dotychczas nieznanym mu poziomie cywilizacyjnym. Marcinkiewicz nie tylko popełnił błąd, który sprowadza się do tego, że za trzydzieści lat będzie prawdopodobnie konał w samotności i w poczuciu zmarnowanego życia. Ale też nie popełnił go przez zwykły grzech pożądania i nieskromności. Popełnił go świadomie i z poczuciem najwyższej dumy. Od Semki własnie dowiaduję się, że kiedy tabloidy dowiedziały się o zdradzie Marcinkiewicza, on sam wysłał Super Expressowi swoje nowe zdjęcie, a kiedy kupował po raz drugi w życiu pierścionek zaręczynowy, zamówił sobie specjalną sesję zdjęciową. I te właśnie informacje, każą mi przypuszczać, ze Marcinkiewicz popadł w klasyczny stan opętania. Któregoś dnia obudził się, zobaczył, ze znajduje się na statku o nazwie Cywilizacja i 'ten który niesie światło', go oślepił.
Takie czasy. Wracałem dziś z pracy do domu i przy katowickim dworcu zobaczyłem następujące ogłoszenie:
Ja oczywiście nie urodziłem się wczoraj. Wiem, co się wokół mnie dzieje i nie jest tak, że widzę na ulicy zło i od razu zaczynam drżeć ze strachu, czy podniecenia. Jednak ten plakat zrobił na mnie wrażenie. W centrum miasta, zupełnie oficjalnie, bezwstydnie i bez najmniejszego skrywania intencji, odbywa się najoczywistsze sutenerstwo. Plan jest taki, że jeśli będzie szła jakaś naiwna dziewczyna i będzie odpowiednio głupia, to ona być może zapisze sobie ten telefon i umówi się z gangsterem, kóry kazał ten plakat powiesić na przystanku tramwajowym. On już na miejscu się nią odpowiednio zajmie, a jak trzeba będzie, to wszystko dokładnie wytłumaczy. Tak to się odbywa w Europie XXI.
Mam wiec propozycję dla Kazimierza Marcinkiewicza. Jak będzie w Katowicach, niech wpadnie do Afrodyty na przedstawienie. Tam już na niego czeka jego Mistrz. Może nawet przyprowadzić swoją nową koleżankę. Niewykluczone, że spędzą razem upojny wieczór.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...