Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wietnam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wietnam. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 listopada 2021

Czy Jane Fonda mogłaby dla wygrać dla Koalicji Obywatelskiej kolejne wybory?

 

       Jak pewnie zauważyliśmy, główny zarzut stawiany obecnej władzy, gdy ta próbuje odeprzeć atak zjednoczonych rosyjsko-białoruskich sił – specjalnie nie wspominam o tych biednych muzułmanach, którzy w tej grze są zaledwie uwięzionymi w swojej bezradności pionkami – jest taki, że owa władza nie dopuszcza na granicę dziennikarzy, którzy, gdyby uzyskali swobodę działalności, nie musieliby relacjonować doniesień białoruskiej propagandy, ale by nam powiedzieli jak jest naprawdę. A tak? No co oni mają robić? Przekazywać komunikaty rządowe? Nie żartujmy.

       Pisałem trochę o tym, nawiązując do tego, z czym świat miał do czynienia 50 lat temu przy okazji wojny w Wietnamie, kiedy to obecne na miejscu lewicowe media, wraz z celebrytami takimi jak choćby aktorka Jane Fonda, dla Ameryki tamtą wojnę przegrali. Pamiętamy wszyscy ów film, a przy okazji zdjęcie, które później stworzyło historię, na którym obserwujemy egzekucję żołnierza Viet Congu i które, jak podają wszelkie możliwe źródła, dało początek ostatecznej porażce. Rzecz w tym, że gdy wszyscyśmy – w tym i oczywiście ja – użalali się nad losem owego wychudzonego „nieszczęśnika”, nawet do głowy nam nie przyszło, że ten krótko wcześniej wymordował bez litości kilkadziesiąt cywilów, w tym całą rodzinę owego, znienawidzonego publicznie na kolejne dziesięciolecia, egzekutora.

        Wspomniałem też we wczorajszym tekście amerykańskich żołnierzy, głównie dwudziestolatków, wracających szczęśliwie do domu z tamtego piekła, których na lotniskach witału hordy oszalałych od owej lewackiej propagandy dzieci, wyłącznie po to by ich opluwać i wyzywać od morderców. Zakończyłem wczorajszy tekst wspomnieniem wywiadu, jaki z Richardem Nixonem przeprowadził Bob Greene, gdzie Nixon opowiedział jak to pewnego dnia, podczas publicznego wystąpienia, kiedy to Nixon ogłosił wycofanie kolejnych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu, podeszło do niego jakieś dziecko, splunęło mu w twarz i jak najbardziej wyzwało od morderców.

        Nie znalazłem tam jednak w owym tekście miejsca na pewną historię związaną z popularną aktorką Jane Fondą, o której tu kilka lat temu, owszem, również pisałem. Chciałbym więc dzisiaj przypomnieć zaledwie fragment tamtego tekstu i tamto wydarzenie, tak byśmy zrozumieli, w jakim celu oni wszyscy dziś aż tak do nas apelują byśmy im pozwolili wziąć udział w tej wojnie.

 

       Oto Jane Fonda, słynna amerykańska aktorka, w Polsce znana niektórym choćby z tego, że w czasach PRL-u wsparła naszą tak zwaną „solidarnościową rewolucję”, w roku 1972 udała się z dwutygodniową wizytą do Hanoi, gdzie wzięła udział w starannie wyreżyserowanym na potrzebie komunistycznej propagandy teatrze, skutkiem czego wielu amerykańskich żołnierzy przytrzymywanych w wietnamskich więzieniach, zostało zamęczonych na śmierć. Nie będę tu opisywał tego wszystkiego, co ona przez te dwa tygodnie zrobiła i powiedziała. Kto będzie chciał, ma Internet, więc poradzi sobie i beze mnie. Chcę jednak wspomnieć jej wystąpienie po wielu już latach, w którym postanowiła przeprosić weteranów i ich rodziny, wprawdzie nie za to, za co powinna najbardziej, ale zaledwie za pewne nieistotne w całym kontekście zdjęcie. I wprawdzie nie do końca szczerze i bez większych istotnych konsekwencji, ale w na tyle charakterystyczny sposób, że pozwolę tu sobie ową wypowiedź zacytować:

Stało się to podczas ostatniego dnia mojego pobytu w Hanoi. Byłam tą wizytą fizycznie i emocjonalnie wykończona… Tłumacz powiedział mi, że żołnierze chcieli mi zaśpiewać piosenkę. Oni więc śpiewali, a on tłumaczył mi jej tekst. Była to piosenka o dniu, w którym w Hanoi na Placu Ba Dinh ‘Wujek Ho’ ogłosił niepodległość. Słuchałam tych słów: ‘Wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi; mają swoje prawa; wśród nich życie, wolność i niepodległość”. To są słowa, które Ho wypowiedział podczas tej historycznej uroczystości. Zaczęłam płakać i klaskać. Nie powinniśmy traktować tych ludzi jak wrogów. Dla nich ważne są dokładnie te same słowa co dla nas, Amerykanów… Zaśpiewałam z pamięci piosenkę ‘Day Ma Di’, napisaną przez południowowietnamskich studentów w proteście przeciwko wojnie. Oczywiście to moje śpiewanie było porażką, ale wszyscy i tak byli zachwyceni, że przynajmniej spróbowałam. Skończyłam śpiewać. Wszyscy się śmiali i klaskali, ja też… Opowiadam to najszczerzej i najuczciwiej jak potrafię: ktoś (nie pamiętam kto) podprowadził mnie pod ten karabin przeciwlotniczy, a ja, wciąż się śmiejąc i klaszcząc w dłonie, usiadłam. Nawet nie bardzo zastanawiałam się, gdzie siedzę. Zaczęły strzelać aparaty… Możliwe, że to wszystko było ustawione, że Wietnamczycy to wszystko tak zaplanowali. Tego się już nie dowiemy. Ale nawet jeśli tak było, nie mam do nich pretensji. Wszystko biorę na siebie. Jeśli faktycznie zostałam wykorzystana, sama do tego dopuściłam… owa dwuminutowa utrata zmysłów będzie mnie prześladowała już zawsze… Jednak fotografia istnieje i mówi sama za siebie, niezależnie od tego, co ja sama sobie wówczas robiłam, czy myślałam. Jest mi z tym bardzo ciężko. Wielokrotnie już przepraszałam żołnierzy i ich rodziny z powodu bólu, jaki im sprawiłam tą fotografią. Nie było nigdy moją intencją krzywdzić kogokolwiek”.

       Oczywiście głos kogoś takiego jak Jane Fonda, wzywający do tego by zabijać amerykańskich żołnierzy, i określający Richarda Nixona jako „nowego Hitlera”, musiał mieć dla owej szczególnej części amerykańskiego społeczeństwa pewne znaczenie, jednak mam nadzieję, że nikt z nas nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że jakaś aktorka – choćby nie wiadomo jak ważna - mogła dojść do tego zupełnie sama. Nie ma takiego sposobu, by to ona była tam liderem. Zarówno bowiem Fonda, jak i to całe artystyczno-profesorskie towarzystwo, stali znacznie bliżej tych, którzy pluli, niż tych, którzy pluć kazali. A kim byli ci – możemy tylko przypuszczać. Podobnie jak możemy tylko przypuszczać, gdzie oni są dzisiaj, co porabiają, i jakie mają plany.

       Myślę jednak, że moja wiara w to, że są wynaturzenia, których naturalny bieg historii nie jest w stanie tolerować, jest słuszna. Że zawsze, prędzej czy później musi dojść do tego, że ludzie, choćby najbardziej zaczadzeni, się obudzą i otrząsną ze swego szaleństwa jak ze złego snu. Wprawdzie taka Jane Fonda akurat dobrym przykładem tego przebudzenia nie jest, natomiast zacytowane wyżej oświadczenie daję i nam pewną satysfakcję, i nadzieję na coś bardzo szczególnego. Otóż bardzo bym chciał doczekać dnia, kiedy – z jakiegokolwiek na dobrą sprawę powodu – Donald Tusk zostanie zmuszony do tego, by siąść i napisać coś, co się będzie zaczynało od takich słów: „Stało się to tuż po tym, jak przyjechałem do Smoleńska. Byłem tą podróżą fizycznie i emocjonalnie wykończony… Tłumacz powiedział mi, że rosyjski premier chciał mi coś powiedzieć. On więc mówił, a tłumacz tłumaczył mi jego słowa. I wtedy on mnie objął, a ja się przytuliłem do niego. Sam nie wiem, jak to się stało…”. I dalej w ten sam sposób. Mam nadzieję, że tego dożyję. Czego wszystkim – w tym również oczywiście jemu – życzę.

      Na koniec przytoczę pewną wypowiedź jednego z tych żołnierzy, którym udało się nie spotkać na swojej drodze Jane Fondy i jej protektorów, którego w dodatku nawet nikt nigdy ani nie opluł, ani nie zwymyślał, ale który swój żal w kwestii tego jak go powitano, gdy wrócił z Wietnamu, wyraził w sposób tak głęboki, że moim zdaniem wart zrelacjonowania:

Nikt mnie nigdy nie opluł. I nie znam nikogo, komu by się to przytrafiło. Chociaż…

W grudniu 1968 roku miałem 20 lat i właśnie, po 13 miesiącach zabijania, czołgania się we krwi i spieprzania przed pociskami, wróciłem do kraju, i kelnerka w barze na lotnisku w San Francisco odmówiła mi sprzedaży piwa, tłumacząc mi, że prawo stanowe zakazuje podawania alkoholu osobom poniżej 21 roku życia. A ja sobie myślę, że jeśli dla kogoś kto był dwukrotnie ranny i jedynie cudem nie umarł to nie jest obrazą, to ciekawe, co nią jest.

Uczciwie powiem, że już chyba wołałbym by ona mnie jednak opluła”.

A ja od siebie, już na sam koniec proponuję wszystkim, byśmy jednak zechcieli traktować historię jako naukę.



 

sobota, 20 listopada 2021

Jak daleko z Białorusi do Wietnamu?

        Daję słowo, że ani mi w głowie było kontynuowanie wczorajszego tematu, zwłaszcza w odniesieniu do tego co nam proponuje telewizja TVN24, jednak dziś trafiłem na podaną przez wspomianą stację informację, że oto jakiś kierowca wyrzucił przez okno niedopałek papierosa, został za to zatrzymany przez policję i teraz drży o życie. Taki był tytuł owego newsa: „Wyrzucił przez okno samochodu niedopałek papierosa, grozi mu nawet pięć lat więzienia”. Tak się jednak składa, że kiedy już ta najmniej leniwa część odbiorców „całej prawdy cały dzień” zdecyduje się zajrzeć głębiej, okaże się, że człowiek, owszem, mosze pójść siedzieć, ale nie za ów niedopałek, tylko za to, że prowadził samochód mimo sądowego zakazu. Myśłę, że nie zaszkodzi tu, mimo że sprawa jest już zupełnie jasna, przytoczyć kawałek relacji stacji:

Przewodnik psa służbowego z bielskiej komendy, który razem ze swoim czteronożnym partnerem - owczarkiem niemieckim o imieniu Mania, patrolował dzielnicę Komorowice w poniedziałek, zareagował na zachowanie 34-letniego kierowcy bmw. Mężczyzna, stojąc na skrzyżowaniu na ulicy Piłsudskiego w oczekiwaniu na zmianę świateł, wyrzucił przez okno niedopałek papierosa. Policjant nakazał mu zjechać na pobocze. Po sprawdzeniu 34-letniego kierowcy w policyjnej bazie danych okazało się, że ma on trzyletni zakaz prowadzenia pojazdów”.

       Przeczytałem to coś i uznałem, że są jednak rzeczy, które we wczorajszym tekście się nie zmieściły, a których pominąć nam nie wolno. Otóż w momencie gdy audycja zatytułowana „Mario”, o któej było wczoraj, się rozpoczęło i na ekranie pojawił się ów zezol, bez słowa zapowiedzi zobaczyliśmy sceny z wojny w Wietnamie, niemal jakby żywcem wyjęte z filmu „Czas Apokalipsy”. Kiedy wszyscy zachodziliśmy w głowę, co do tamtej wojny może mieć Mariusz Kamiński, okazało się, że to co oglądamy, to zaledwie wprowadzenie do informacji, że Ameryka wówczas szczęśliwie dostała po nosie od Związku Sowieckiego wyłącznie przez to, że tam na miejscu w Wietnamie mogli przebywać dziennikarze i to dzięki nim amerykańskie społeczeństwo mogło też na bieżąco uzyskiwać informacje na temat tego jak to ten faszysta Nixon morduje biedne niewinne wietnamskie dzieci. Tak było wtedy na zachodnim froncie, no a dziś w Polsce, Kamiński nie pozwala dziennikarzom relacjonować tego, co tym razem pisowscy faszyści wyprawiają na granicy z Białorusią.

        To nie było wszystko. Jeszcze warto było wspomnieć i to, że jednym z głównych tematów przedwczorajszej audycji było to, że młody Kamiński podobno był zafascynowany działalnością jakiś „sztyletowców”, czy jakoś tak, terrorystycznej grupy działającej przeciwko czy to caratowi, czy nowej komunistycznej władzy, nie zrozumiałem, ale, owszem przez cały program mogliśmy oglądać nieustanne wstawki pokazujące zakrwawiony sztylet, jak rozumiem, porzucony przez Mariusza Kamińskiego.

         No ale nie o Kamińskim miało być, ale o stacji TVN24, wojnie w Wietnamie, no i o tym jak to tylko dzięki wolnym mediom, mogła w Wietnamie zapanować wieczna demokracja i jak to dzięki mediom zniewolonym przez rząd PiS-u, mogą na granicy z Białorusią umierać kobiety w ciąży i ich dzieci.

       Oczywiście można by było, jak to już robiliśmy tu nie raz, zastanawiać się, czy oni wiedzą że kłamią, ale dajmy sobie przynajmniej na jakiś czas z tym strasznym dylematem spokój. Proponuję natomiast byśmy sobie przypomnieli mój dawny tekst, dotyczący jak najbardziej wojny wietnamskiej i tego jednego akcentu, który w moim pojęciu stanowi wręcz symbol tego, z czym mamy do czynienia, gdy do akcji wchodzą media.


      Obejrzeliśmy wczoraj z synem słynny film Michaela Cimino „Łowca jeleni”. To znaczy, tak naprawdę obejrzało go moje dziecko, a ja sobie go zaledwie przypomniałem. Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale mimo że on ma już 26 lat, filmem interesuje się kto wie, czy nie bardziej ode mnie, ma stałe oko na wszystko, co się we współczesnej kinematografii dzieje, tego akurat, jak się nagle okazało, nie widział nigdy. Zasiedliśmy więc sobie odpowiednio wcześnie – film Cimino trwa pełne trzy godziny – przed telewizorem, no i zanurzyliśmy w owej absolutnie niezwykłej, prowadzonej niemal w zwolnionym tempie, narracji i nastąpiła cisza przerywana tylko niekiedy leciutkim pobrzękiwaniem szkła.

No i pojawiła się w pewnym momencie owa nieśmiertelna już chyba kwestia Wietnamu, z oczywiście kluczową w tym filmie sceną, kiedy to DeNiro i Walken zmuszeni są przez żołnierzy Vietkongu do gry w tak zwaną „rosyjską ruletkę”. I to wtedy właśnie syn mój niespodziewanie zapytał mnie, czemu ta wojna wciąż tak bardzo gryzie amerykańskie sumienia. Wytłumaczyłem mu wszystko najlepiej jak umiałem, zwracając oczywiście przede wszystkim uwagę na owo słynne zdjęcie, na którym szef południowowietnamskiej policji, generał Nguyễn Ngọc Loan, zabija strzałem w głowę swojego imiennika, żołnierza Vietkongu Nguyễn Văn Léma, a które to zdjęcie, w zgodnej opinii wielu komentatorów praktycznie zapewniło Ameryce ostateczną wietnamską porażkę. Popatrzmy:


       Kto wie, ten wie, a tym co nie wiedzą i są w tym momencie odpowiednio poruszeni, wyjaśnię, że owo zdjęcie – natychmiast zresztą podpisane słowem „morderstwo” oraz wyróżnione Nagrodą Pulitzera – na którym widzimy tego biednego przerażonego chłopaka, niemal dziecko, i mierzącego prosto w jego skroń bezwzględnego mordercę, zostało wykonane przez Eddiego Adamsa, reportera Associated Press i błyskawicznie rozesłane na cały świat z informacją, że oto do jakich wynaturzeń prowadzi amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. W konsekwencji, jak mówię, nie potrafiąc odpowiednio zareagować na ową publikację, Amerykanie zaczęli się stopniowo wycofywać z Wietnamu, ostatecznie oddając ów rejon Związkowi Sowieckiemu. To jednak, czego do dziś tak naprawdę większość z nas nie wie, to fakt, że ów biedny, tak okrutnie zamordowany chłopak z Vietkongu został chwilę wcześniej pojmany w pobliżu masowego grobu wypełnionymi 34 grobami cywilów, których dowodzony przez niego osobiście oddział właśnie pozabijał. On sam też, czego Loan był naocznym świadkiem, również osobiście, niemal chwilę wcześniej rozstrzelał pewnego południowowietnamskiego oficera wraz z jego żoną, 80-letnią matką, oraz trojgiem małych dzieci, tylko dlatego, że ten nie chciał mu powiedzieć, jak obsługiwać czołg. Tuż po aresztowaniu, Lém oświadczył, że jest bardzo dumny z tego co zrobił, a w tej sytuacji Loan stracił cierpliwość i Léma rozstrzelał. Ktoś mi teraz pewnie powie, że nie wolno zabijać i ja się oczywiście z tym zgadzam, natomiast uważam, że zachowując owo przykazanie w pamięci, ważne jest też to, by wiedzieć. Bo nie wiedzieć, to też grzech. I to niekiedy bardzo ciężki.

I proszę sobie teraz wyobrazić, że gdyby nie dociekliwość mojego dziecka, to i my byśmy się dziś nie dowiedzieli o tym, co najciekawsze, a więc to co najczęściej przychodzi później. Otóż skończyliśmy oglądać film, syn mój rzucił się do komputera, no i co się okazało? Po paru kolejnych miesiącach mianowicie generał Loan został ciężko postrzelony, w wyniku czego musiano amputować mu nogę. W trakcie oblężenia Sajgonu, kiedy wojna już się praktycznie zakończyła, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował prowadzić normalne życie, jako właściciel niewielkiej pizzerii. Niestety, w roku 1991 został rozpoznany, jego tożsamość została ujawniona publicznie i ostatecznie, po tym, jak na ścianach restauracji zaczęły pojawiać się napisy w rodzaju: „We know who you are, fucker”, przeszedł na emeryturę. Zmarł na raka w roku 1998. I proszę sobie wyobrazić, że w tym oto momencie na scenę wchodzi autor słynnego zdjęcia, reporter Associated Press, Eddie Adams ze swoim zamieszczonym po śmierci Loana w magazynie „Time”, a dziś już skutecznie zapomnianym oświadczeniem, w którym pisze:

Na tym zdjęciu zginęło dwoje ludzi, ten partyzant, ale też GENERAŁ NGUYEN NGOC LOAN. Generał zastrzelił partyzanta Vietkongu ze swojego rewolweru, a ja zabiłem generała swoją kamerą. Uważam, że fotografia bywa najpotężniejszą bronią na świecie. Ludzie jej wierzą, podczas gdy w rzeczywistości ona kłamie. I nie trzeba przy niej nawet manipulować. Ukazuje ona tylko część prawdy. A to co moje zdjęcie ukryło, to kwestia: ‘Co ty byś zrobił tego upalnego dnia na miejscu generała, gdyby zdarzyło ci się ująć przestępcę tuż po tym, jak ten z zimną krwią zamordował jednego, a może dwoje, czy troje Amerykanów’… Owo zdjęcie zniszczyło jego życie. Co ciekawe, Loan nigdy nie miał do mnie o nie pretensji. Powiedział mi kiedyś, że pewnie gdybym to nie ja je zrobił, zrobiłby je ktoś inny. Ja jednak już nigdy nie przestałem mieć wyrzutów sumienia w stosunku do niego i jego rodziny... Kiedy umarł, wysłałem kwiaty z dopiskiem: ‘Przepraszam i dziś już tylko płaczę’”.

Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja zrobiła się trochę dziwna. Z jednej strony mamy ten film, a więc, jak by nie patrzeć, najczystszy pop, z drugiej owo zdjęcie, gdzie, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, widzimy kogoś, kto z całkowicie spokojną twarzą strzela człowiekowi w głowę, no a ja na to wszystko zaczynam opowiadać jakieś tam naprawdę zupełnie nieistotne anegdoty. Dobra więc, stoję wobec tych zarzutów z odsłoniętą piersią i proszę o jeszcze. Proszę mi też jednak pozwolić powtórzyć to, co powiedziałem już nieco wcześniej: naprawdę nigdy nie zaszkodzi wiedzieć.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...