Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Pawlikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Pawlikowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 października 2018

Fotościanka, czyli jak zdobyto Dziki Zachód


        Jak już tu wielokrotnie deklarowałem, wręcz z zasady nie lubię ani polskiego filmu, ani polskiego aktorstwa, ani w ogóle współczesnej polskiej twórczości artystycznej. Moja niechęć do owej produkcji jest tak silna, że ja już właściwie nawet nie muszę podejmować kolejnych prób walki ze swoimi uprzedzeniami, by wiedzieć, że tu akurat nie mam na co liczyć. A przyznać muszę, że przy mojej wręcz wyssanej z mlekiem matki wierze w człowieka, ta nadzieja, że może jeśli ten jeden jeszcze raz spróbuję, to okaże się, że jednak coś się tam dzieje, jest naprawdę duża. Oczywiście, nie mam tu na myśli takich gwiazd jak Patryk Vega, Małgorzata Szumowska, czy Wojciech Smarzowski, bo tu akurat sprawa jest zamknięta od dawna, natomiast jeśli już weźmiemy takiego Pawła Pawlikowskiego z takimi filmami jak „Ida”, czy, ostatnio zwłaszcza, „Zimna wojna”, to łapię się na tym, że odczuwam pewien niepokój, związany z ową nadzieją, że może tym razem faktycznie nastąpił cud i powstało autentyczne dzieło.
      No ale, jak mówię, to są tylko chwile niezdrowego zwątpienia, po których przychodzi owo mocne bardzo przekonanie, że i tym razem nic z tego nie będzie. Ani pod względem reżyserii, ani gdy chodzi o scenariusz, ani wreszcie w wymiarze czysto aktorskim. A zatem nie ma co się trudzić.
      A więc to już wiem. Natomiast przyznaję, że mimo iż bardzo się staram znaleźć choćby częściową odpowiedź na pytanie, czemu tak się dzieje, że oni wszyscy są tak dramatycznie słabi, wciąż pozostaję bezradny. Czemu oni nie potrafią wymyśleć jednej prostej, wzruszającej historii, nakręcić ją w taki sposób, by to się dało ogladać, no i zagrać tak, by człowiek nie musiał się za tych aktorów wstydzić. Przecież to niemożliwe, żeby oni byli aż tak nieutalentowani, czy tym bardziej, żeby im brakowało odpowiedniego zawodowego wykształcenia. Oczywiście coś tam mi chodzi po głowie, jednak zawsze ostatecznie stwierdzam, że ta nędza pozostaje zagadką niewyjaśnioną.
      Ostatnio, jak wiemy, swój wielki triumf przeżywa wspomniany Paweł Pawlikowski ze wspomnianym filmem „Zimna wojna”. Pojawiają się głosy, że on ma wielkie szanse już nie tylko za „film obcojęzyczny”, ale jako reżyser niemal równie wybitny co Spike Lee, czy Damienne Chazelle. Co więcej, wraz z nim swój czas –  kto wie, czy nie jeszcze bardziej eksponowany – przeżywa aktorka Joanna Kulig, o której się pisze, że ona jest już murowaną kandydatką do Oscara, obok takich gwiazd jak Nicole Kidman, Viola Davis czy Amy Adams. No i znów, choć ja nie widziałem tego filmu, ani nie miałem okazji śledzić aktorskich zdolności owej Kulig, wiem, że z tego nic nie będzie i wiem też, że nie umiem wyrazić słowami, czemu uważam, że film Pawlikowskiego jest tak samo przeciętny – i to w najlepszym wypadku –  jak dziesiątki filmów produkowanych każdego roku w Niemczech, Francji, Holandii, Bułgarii, Grecji, Włoszech, czy Serbii, a Joanna Kulig jest aktorką tak samo wiarygodną jak cała reszta tego towarzystwa z Krakowa, Warszawy, czy Wrocławia. A tym bardziej, czemu jest jak jest. 
      I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj komentator marcin d. podrzucił mi link do informacji, że wspomniani Pawlikowski i Kulig święcą właśnie triumfy w Nowym Jorku na tamtejszym festiwalu filmowym, gdzie oczywiście ich film budzi wręcz falę zachwytów, a dowodem na to, jest fakt, że oni nie tylko robili zdjęcia słynnym aktorom, ale sami osobiście zapoznali tam aktorkę Jodie Foster, a ta zapozowała z nimi do paru wspólnych zdjęć, które Kulig oczywiście natychmiast wrzuciła na swojego Instagrama. Proszę rzucić okiem:





       Mam nadzieję, że nie muszę już mówić nic więcej. Moim bowiem zdaniem, tu właśnie jest odpowiedź na dylemat, o którym wspomniałem wyżej. Czemu oni nie mają żadnych szans? Otóż właśnie dlatego. Oni nie mają żadnych szans właśnie dlatego. Znów wprawdzie nie umiem tego wyrazić słowami, ale, jak mówię, mam nadzieję, że to zdjęcie mówi wszystko. Wszyscy pamiętamy, jak Oscara za film nieanglojęzyczny udało się załatwić dla „Idy” i okazało się, że podczas ogłoszenia tej nagrody, aktorek Kuleszy i Trzebuchowskiej nie było na sali, bo siedziały w barze i piły darmowe wino. Tu mamy tę Foster – właśnie taką, jak na tym zdjęciu – a obok Kulig i tego pajaca, którzy wyglądają, jakby właśnie wsadzili łby w tę dziurę w kawałku tektury, na którą można czasem trafić w wiejskich lunaparkach.
      Przepraszam bardzo, ale to są ludzie, dla których jedyny realny sukces zaczyna się i kończy na telewizyjnym występie w programie Kuby Wojewódzkiego. I wyżej już nie będzie.
     „Za szybą Wars wita nas”.

A propos tego, czego już nie będzie, nie będzie kolejnych moich książek. Kiedy te zejdą, na tym ta przygoda się skończy. Wczoraj sprzedał się ostatni egzemplarz „Tego Który…”. Co do reszty, proszę zamawiać w księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie pytać przez maila k.osiejuk@gmail.com.

niedziela, 20 maja 2018

Gdy pada deszcz, a parasol jest w różowe koniki


     Kończy się nam miesiąc maj, a to dla bardziej ambitnych, a przede wszystkich odważnych, nauczycieli czas sprawdzania matur, co dla nich akurat oznacza pełne dwa weekendy plus, spędzone od rana do wieczora na czytaniu tych prac i ocenianiu ich według kryteriów tak ścisłych, że każdy słabszy umysł zwyczajnie wysiada. Ja akurat, mimo że od lat w szkole nie pracuję, to ze względu na doświadczenie i odpowiednią historię, od grubo ponad już dziesięciu lat, rok w rok, jestem wynajmowany przez tak zwaną Okregową Komisję Egzaminacyjną do tej roboty, z gwarancją, że wszystko zostanie zrobione szybko i solidnie.
      Chętnie bym obowiedział o tym, co tam się dzieje i wobec jakich wyzwań stają nauczyciele rok w rok, ale ponieważ każda, choćby wydawało by się najmniej istotna informacja, stanowi ścisłą zawodową tajemnicę, mowy nie ma bym puścił tu parę. Powiem tylko, że jest to robota wyjątkowo ciężka, wyczerpująca i, co dla mnie akurat pewnie najbardziej, istotne, nadzwyczaj odpowiedzialna.
     Ponieważ, jak już wspomniałem, ja akurat jestem tu wyjątkowo sprawny, dziś, po tych niespełna dwóch dniach, to co miałem zrobić, zrobiłem i mam tak zwany na Śląsku fajrant, a zatem mogę siąść i coś na dziś napisać, a daje słowo, że tematów jest sporo. Tak się jednak złożyło, że od razu po powrocie do domu, przeczytałem notkę Coryllusa i uznałem, że muszę poruszony przez niego temat uzpełnić i w ten sposób też go zamknąć. Otóż, jak być może część z nas wie, w zakończeniu swojego tekstu wspomniał Coryllus nazwisko reżysera Pawlikowskiego i honory, jakie złożył mu minister Gliński w związku odebraniem przez niego na festiwalu filmowym w Cannes nagrody dla najlepszego reżysera.   
      Oczywiście mam nadzieje, że każdy z nas ma swiadomość, że moim zdaniem wszystko na co w związku ze swoją artystyczną, i nie tylko, posługą zasługuje reżyser Pawlikowski, to tak zwana fanga w nos, niemniej musimy uznać, że problem jest znacznie poważniejszy. Otóż, kiedy próbujemy komentować to co się dzieje wokół tej dziwnej osoby i jej twórczości, nie możemy zapominać, że od pierwszej chwili, kiedy nazwisko Pawlikowski zaczęło funkcjonować w publicznej przestrzeni, znajdujemy się pod taką presją, że tak naprawdę jedyne co możemy zrobić, to się zamknąć i pójść na piwo. Pawlikowski to laureat Oscara za film „Ida” – co, jeśli uwzględnimy, jakość owej produkcji, stanowiło gest wyłącznie i nadzwyczaj bezczelnie polityczny – a dziś to już wyłacznie człowiek, który, wyczuwszy odpowiednio starannie aktualne polityczne trendy, każde swoje słowo, każdy swój gest, każde wręcz mrugnięcie powieką podporządkowuje jednemu celowi. Chodzi o to mianowicie, by na tyle wyraźnie zaprezentować się światu jako artysta represjonowany przez faszystowskie władze Rzeczpospolitej, by mieć gwarancje, że ów świat obejmie go swoim patronatem na najbliższe lata.
      Wyprodukował zatem Pawlikowski swój kolejny fim, o czym do niedawna pies z kulawą nogą nie miał pojęcia, i oto wystarczyło, że wspomniał ów cwaniak tu i ówdzie o tym, że jego nazwisko i twórczość znajdują się w Polsce na czarnej liście, by w jednej chwili okazało się, że oto powstało kolejne wybitne dzieło i by jury tego śmiesznego francuskiego festiwalu przyznało Pawlikowskiemu nagrodę dla najlepszego rezysera. I oczywiście na nic się zdała niemal natychmiastowa reakcja polskiego Ministerstwa Kultury, z wyjaśnieniem, że nie ma mowy o jakimkolwiek prześladowaniu Pawlikowskiego, skoro ta nędza najpierw dostała z PISF-u grube miliony, by to wszystko się mogło w ogóle rozpocząć, a nastepnie kolejne miliony, by to gówno można było w ogóle skończyć. Pawlikowski, trzymając się ustalonego wcześniej planu, w każdej kolejnej wypowiedzi potrafił znaleźć dobry powód, by wyjasnić, że owszem, może i tak było, ale on się wciąż czuje represjonowany. Nawet potem, kiedy minister Gliński oświadczył, że polski rząd i wszyscy Polacy – w tym, jak rozumiem, i ja – życzą Pawloikowskiemu samych sukcesów, ten cwaniak i tak nie mógł się powstrzymać, by odbierając tę nagrodę oświadczyć, że oto Polska wreszcie odniosła pierwszy sukces od lat.
      W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, gdy chodzi o tak zwaną międzynarodową opinię publiczną, polskie władze znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony, przy aktywnym udziale takich osób jak Pawlikowski, owe władze są z każdej strony w bezwzględny absolutnie sposób, wykluczający jakąkolwiek dyskusję, czy choćby tylko pytanie, atakowane, a z drugiej, każda próba obrony przed tą agresją jest tu w Polsce traktowana jako kolejny przejaw braku godności po stronie tej właśnie władzy. Tymczasem, moim zdaniem, z punktu widzenia polskiego rządu, fakt, że przeciwko niemu już zostało otwartych aż tyle różnych frontów – jestem pewien, że nie muszę ich wymieniać – a kolejnych można się tylko spodziewać, daje im już tylko jeden wybór: albo przestać reagować i starać się robić swoje, czekając aż wreszcie spadnie im na łeb coś spod czego się już nie podniosą, albo robić z siebie durnia, tak jak właśnie zrobił to Gliński.

      Oczywiście, sytuacja, w której minister Gliński, na temat którego swojego zdania wyrażać tu już nie muszę, nagle zaczyna tłumaczyć światu, jak bardzo on jest  szczęśliwy, że Pawlikowski otrzymał owo gówniane francuskie wyróżnienie, jest dla mnie przykra i wręcz trudna do zniesienia. Ja sam pewnie na jego miejscu, pierwsze co bym zrobił, to wydał komunikat, że Pawlikowski to punury grafoman, z którym Polska nie życzy sobie mieć nic wspólnego, a następnie podjął odpowiednie kroki, by go pozbawić obywatelstwa, no ale, jak wiemy, ja mam naprawdę łatwo.

      I Bogu dzięki.

   

Zachęcam wszystkich do systematycznego zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjaknidzwiedz.pl, gdzie możemy kupować moje, i nie tylko moje, książki.

 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...