Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lutego 2021

Rudy ministrant, czyli o niewiedzy mlekiem i miodem płynącej

 

Jeszcze w roku 2008, z myślą o tym blogu napisałem tekst zatytułowany „Ach ta słodka ignorancja!”, w którym wyraziłem swoje rozczarowanie tym, jak bardzo wielu z nas tonie w dramatycznej wręcz niewiedzy na każdy praktycznie temat i jak bardzo każdego niemal dnia owa niewiedza rujnuje nas i nasz kraj. Od tego czasu minęły lata, a ja w tych dniach, podczas pewnej rozmowy, przyłapałem się na tym, że jak gdyby nigdy nic  zacząłem powtarzać niemal dosłownie to co wtedy pisałem, tyle że w odniesieniu do sytuacji już jak najbardziej obecnej. Przyszło więc mi do głowy, by kontynuując przypominanie wybranych tekstów sprzed lat, powrócić również do tamtej notki i po paru koniecznych choć drobnych modyfikacjach, przedstawić ją w wersji uwspółcześnionej. Bardzo proszę.

 

      Pewna pani któregoś dnia zajrzała do kościoła, gdzie akurat odprawiano Mszę Świętą i zdębiała. Z przerażeniem zauważyła, że jeden z ministrantów miał rude włosy, a to wywróciło do góry nogami całą jej wiedzę na temat świata. Kończyła szkoły, czytała gazety, oglądała telewizję, dyskutowała ze znajomymi, ludźmi tak samo jak ona wykształconymi i kulturalnymi, i zawsze wiedziała, że ministrant nie może być rudy. Dlaczego? To oczywiste: bo rudy był Judasz i z tego powodu katolicka doktryna nie dopuszcza do ołtarza rudych chłopców.

      Pani, o której mówię i tak jeszcze pozwoliła sobie na zdrowy odruch. Uznała, że jej dotychczasowe informacje mogły być nieścisłe, skonsultowała się z paroma znajomymi, i od tego intelektualnie urodzajnego dnia wiedziała, że ministrant, jak się okazuje, może jednak być rudy. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby na jej miejscu znalazła się większość uczestników toczącej się dziś w naszym kraju debaty, prawdopodobnie widząc rudego ministranta doszliby do wniosku, że albo to wina światła, albo że to jakiś dziwny kościół, albo „co z tego?”

      Choć zacząłem dzisiejszy felieton w tonie dość żartobliwym, sprawa jest jak najbardziej poważna, co gorsza wspomniana pani realnie istnieje, a opowiedziana historia jest jak najbardziej autentyczna. Rzecz w tym, że kiedy się obserwuje wspomnianą już przeze mnie debatę i przeżywa temperaturę sporu, nie sposób nie dostrzec, że ogromna część odpowiedzialności za kompletny intelektualny bałagan spoczywa właśnie na najzwyklejszej ludzkiej ignorancji. Kiedyś mawiało się, że wszyscy jesteśmy lekarzami; obecnie tę samą regułę można by odnieść do komentowania życia publicznego. Ktoś coś przeczytał, ktoś inny coś usłyszał, jeszcze ktoś coś sobie przypomniał i to wszystko wystarczy, żeby wszyscy ci specjaliści natychmiast włączali się do dowolnej dyskusji, czy to na temat aborcji, gospodarki, Kościoła, kary śmierci, czy oczywiście polityki.

       A każda nowa dyskusja tworzy natychmiast nową rzeczywistość, która zaczyna żyć własnym życiem i już nie sposób powstrzymać biegu zdarzeń. W ten sposób nagle okazuje się, że były kiedyś gdzieś jakieś wieśmaki i był też pewien pies o imieniu Saba, Lech Kaczyński myślał, że nasz bramkarz Boruc ma na nazwisko Borubar i że kiedyś Lech Wałęsa biegał po Sejmie z siekierą, żeby zniszczyć rząd Tadeusza Mazowieckiego, czy jakoś tak, nieco później rząd Macierewicza dokonał zamachu stanu, Jan Paweł II wprowadził przepis, że nienarodzone dzieci mają dusze, a Jarosław Kaczyński zdelegalizował związki partnerskie, choć obecnie jest szansa na zmianę, bo mamy wreszcie demokratycznie wybraną opozycję, która szanuje Konstytucję, różnorodność i w ogóle wszystko. I nie ma absolutnie żadnego sposobu, żeby powiedzieć: wiem, byłem, widziałem, jest tak i tak, bo oni również gdzieś już byli i coś już widzieli, a więc wiedzą, a nawet, jeśli nie wiedzą, to się domyślają, bo zdaje im się, że gdzieś coś czytali, albo ktoś im coś powiedział.

     Jak mówię, jest to sytuacja niewesoła, ale to co najbardziej przykre to fakt, że ten stan rzeczy jest z pewnego bardzo szczególnego punktu widzenia bardzo korzystny. Tak jak niewątpliwie są pewne interesy i środowiska, dla których lepiej jest, jeśli jak najwięcej obywateli sądzi, że ministrant nie może być rudy, a na przykład – zupełnie już z innej beczki – galerie handlowe są po to, żeby ludziom żyło się lżej i przyjemniej, są też grupy, w których interesie jest to, żeby jak najwięcej osób na temat tego co się w Polsce i na świecie dzieje, wiedziało jak najmniej. I w ogóle, żeby jak najwięcej ludzi wiedziało jak najmniej.

       Bo tylko w ten sposób można zapanować nad tą planszą i w miarę potrzeb, które przecież nieustannie się modyfikują, dokonywać odpowiednich posunięć dla osiągnięcia z każdą chwilą coraz bardziej pożądanych celów.

 


sobota, 20 czerwca 2020

Jeszcze raz o tym czego nigdy nie będzie nam wolno wiedzieć


      Muszę przyznać, że kiedy pisałem wczorajszy tekst o kontrolowaniu przepływu informacji, byłem niemal pewien, że to nie jest koniec tematu i że będę musiał do tej kwestii już za chwilę wrócić. Z dwóch powodów. Przede wszystkim, byłem przekonany, że wielu z nas nie zrozumie powagi sytuacji i ów tekst zwyczajnie zlekceważy, a ponadto mocno się obawiałem – jak się okazuje, bardzo słusznie – że sprawa owej niemieckiej państwowej pedofilii sprzed lat będzie przez kolejne dni wałkowana przez wszystkie media, z każdą chwilą z coraz większym przekonaniem, że oto właśnie ujawniana jest wielka, dotychczas całkowicie nieznana tajemnica. O co chodzi? Otóż, o czym od lat informuje choćby głupia Wikipedia, przez całe lata 70. pewien słynny niemiecki psycholog nazwiskiem Helmut Kentler prowadził pod państwowym patronatem swój autorski eksperyment, w ramach którego zgarnięte z ulic Berlina patologiczne dzieci przekazywał pod opiekę notorycznym pedofilom, chcąc udowodnić doświadczalnie, czy stosunki seksualne między dziećmi a dorosłymi mogą wpływać pozytywnie nie tylko na dorosłych, ale również na owe dzieci. I oto nagle dziś, kiedy ów Kentler szczęśliwie zdechł, a jego wyczyny w międzyczasie zdążyły już się stać historią, nasze – ale przecież nie tylko nasze – media ni stąd ni zowąd ogłaszają owe zdarzenia sprzed lat, jako rzekomo właśnie odkrytą sensację. Słuchałem wczoraj informacji nadchodzących z różnych mediów i tam nikt – dosłownie nikt – nie zająknął się, że sprawa tego Kentlera i jego eksperymentu to pieśń ponurej bardzo przeszłości, a jeśli ktoś się zapyta, dlaczego, to ja mam na to odpowiedź jedną: żeby broń Boże nikt nie zapytał, dlaczego, skoro to było coś aż tak dużego, myśmy o tym nie mieli okazji się w odpowiednim czasie dowiedzieć? No i jakie interesy nagle stoją za tym, by właśnie dziś zapadła decyzja, że należy nas o tym zboczeńcu poinformować? I to z takim hukiem.
        Otóż, nie po raz pierwszy zresztą w ogóle, ale i również na tym blogu, dochodzę do wniosku, że system reglamentacji informacji jest tak skonstruowany, że są rzeczy o których powinniśmy się dowiadywać albo natychmiast, ewentualnie z odpowiednim opóźnieniem, albo wreszcie nigdy, i że przypadek owego Niemca i jego zboczonych obsesji nie jest wcale pierwszym, ale też niestety nie ostatnim. Jestem pewien, że przed nami jest jeszcze cała kupa podobnych rewelacji, które staną się rewelacjami wyłącznie dlatego, że w odpowiednim czasie komuś bardzo zależało, żeby jeszcze przez jakiś czas one pozostały w możliwie starannym ukryciu.
      Ja bym jednak chciał wspomnieć o dwóch kwestiach, które w pewnym momencie zaistniały wyłącznie na tym blogu, a ich faktyczny czas pewnie dopiero nadejdzie. Oto stali czytelnicy wciąż pamiętają, jak opublikowałem tu tekst o tym, że w Bangladeszu zawalił się gmach w którym współcześni niewolnicy produkowali towar dla wielkich globalnych sieci odzieżowych, skutkiem czego zginęło blisko 2 tysiące osób. O owym zdarzeniu, wbrew pozorom, wcale nie dowiedziałem się z popularnych mediów, które akurat w tej sprawie solidarnie milczały, ale informację na ten temat wytropiłem dzięki nadzwyczajnemu przypadkowi. Zamieściłem więc na ten temat tekst i trzeba było jeszcze kolejnego tygodnia, by wiadomość o tej tragedii zaczęła się pojawiać w mediach głównego nurtu – inna sprawa, że maksymalnie ostrożnie – zarówno tu, jak i na szerokim świecie. Czemu tak to się stało, właściwie rozumiem. W tanią produkcję odzieży w rejonach reprezentowanych w tym wypadku przez ów nieszczęsny Bangladesz zaangażowane są tak wielkie pieniądze i tak wielkie kariery, że ci idioci prawdopodobnie faktycznie uwierzyli, że te 2 tys. ofiar skutecznie uda się przykryć medialnym wrzaskiem, a kiedy okazało się, że chyba nie do końca, to coś tam na ten temat wspomnieli, a dziś i tak świat nie ma bladego pojęcia o być może najbardziej tragicznej katastrofie budowlanej w historii współczesnego świata.
        Jest jednak jeszcze coś, o skali moim zdaniem znacznie przekraczającej nie tylko ów Bangladesz, ale praktycznie wszystko, co dziś pozostaje praktycznie zapomniane, a mianowicie tak zwany „indyjski żywopłot”. Niektórzy – znów niestety głównie stali czytelnicy tego bloga – wiedzą, że w w XIX wieku stacjonujący w Indiach Brytyjczycy, w celu zablokowania nielegalnego przemytu soli ze wschodu kraju na zachód, posadzili złożony z najbardziej trujących krzewów autentyczny żywopłot o długości niemal 3 tys. kilometrów, wysoki i szeroki na cztery metry, przedzielający Indie z północy na południe. Ówczesne kroniki wskazują, że ów żywopłot, na którym poniosło okrutną śmierć tysiące Hindusów, funkcjonował przez kilkadziesiąt lat i tworzył konstrukcję, którą swoją wielkością można porównać wyłącznie z Wielkim Murem Chińskim.
       Dziś po nim nie ma śladu, każdy najdrobniejszy kolec został z indyjskiej ziemi starannie usunięty, ale to co najbardziej nas dziś interesujące to fakt, że dziś ów jak najbardziej historyczny fakt jest opisany wyłącznie w trzech miejscach: w książce Roya Moxhama, człowieka, który ową niezwykłą prawdę prawdę odkrył i opisał, w Wikipedii oczywiście, no i w mojej książce o Brytyjskim Imperium, o której tu od pewnego czasu wspominam i zachęcam do jej kupowania.
        Czemu zatem jest tak, że coś tak autentycznie dużego pozostaje całkowicie zapomniane, i to zapomniane jak najbardziej celowo? Co sprawia, że Brytyjczycy, znani z tego, że się nie wstydzą niczego, nawet swoich największych występków, w szczerym przekonaniu, że wszystko co pomagało budować Imperium zasługuje nie tylko na pełne wybaczenie, ale też na wszelkie zaszczyty, o tym żywopłocie rozmawiać nie pozwalają? Powody mogą być różne, ale, szczerze powiedziawszy, one mnie aż tak bardzo nie interesują. O wiele bardziej ciekawi mnie to, że pewnie któregoś dnia – kto wie, czy nie dopiero po mojej śmierci –  światowe media podadzą informację, że oto właśnie brytyjscy historycy znaleźli dowody na to, że w połowie XIX wieku na terenie Indii został posadzony żywopłot, którego potęga – gdyby ówczesna technika na to pozwalała – byłby widoczny z Kosmosu, a którego jedynym celem było wymordowanie tak wielu jak to tylko możliwe tubylców, którzy odważyli się wystąpić przeciwko brytyjskim interesom w tej części świata. I nikomu nie przyjdzie do głowy się zastanawiać nad tym, że wiele lat temu, pewien brytyjski bibliotekarz, a za nim pewien polski bloger postanowili o tym w swoim własnym skromnym gronie opowiedzieć.

Zachęcam więc wszystkich do kupowania książki, w której to wszystko jest odpowiednio przedstawione. „Imperium, czyli gdzie pada cień na SS Mantola”, moja ostatnia książka, do nabycia tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com. 




poniedziałek, 29 maja 2017

O profesorze Cwalinie z Archipelagu Gulasz

      Nie trzeba się chyba szczególnie mocno interesować polityką, wystarczy nie chodzić z zamkniętymi oczami i uszami zatkanymi woskiem, by wiedzieć, że jeśli już od tylu lat Europa, czy szerzej rozumiany tak zwany „cywilizowany świat” nie doświadczył wojny, to między innymi dlatego, że dziś, aby najpierw człowieka zniewolić, a następnie odebrać mu wszystko, co ma najcenniejszego, a więc wolność, jaką został na początku obdarowany przez Boga, nie trzeba do tego ani czołgów, ani rakiet ani nawet plutonu egzekucyjnego. Nowoczesny świat osiągnął poziom rozwoju, gdzie wszystko to, co dotychczas było z reguły wymuszane drogą bezpośredniego fizycznego terroru, dziś można uzyskać przy pomocy nadzwyczaj skutecznych i obejmujących niemal każdą dziedzinę ludzkiej aktywności technik manipulacyjnych. I kiedy mówię o propagandzie, wcale nie mam tu na myśli jedynie telewizji, czy w ogóle mediów, czy to elektronicznych, czy też papierowych. Oczywiście to co dostarczane jest nam z ekranów telewizora, czy z okładek kolorowych magazynów, jest przez swoją jednoznaczność najbardziej widoczne, jednak by zrozumieć zasięg owego przemysłu kłamstwa wystarczy choćby w sobotnie popołudnie odwiedzić, miejscową galerię handlową, ujrzeć to elektryzujące światło, ów blask sklepowych wystaw, owe równe rzędy półek wypełnionych starannie pięknie ułożonym towarem, by zadać sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że jesteśmy na autentycznej wojnie i to wcale nie jako żołnierze, ale jako tej wojny ofiary.
      Cześć z nas pewnie przypomina sobie świat przedstawiony w klasycznej powieści George’a Orwella „Rok 1984”, gdzie oczywiście wszystko wręcz tonie we wszechobecnym kłamstwie i terrorze, tyle że z jednej strony, owego terroru na co dzień nie widać, a kłamstwo jest nieustannie zagłuszane propagandą produkowaną na okrągło w tak zwanym Ministerstwie Prawdy. No i proszę też zwrócić uwagę na to, że tam sama wojna obecna jest wyłącznie w równie kłamliwej, jak wszystko inne, propagandzie, której pierwszym celem jest wbicie tak zwanemu „ciemnemu ludowi” w głowy przekonania, że jeśli z entuzjazmem nie przyjmie tego, co mu się oferuje, owa wojna, która się wręcz czai za niewidocznymi drzwiami, zburzy cały ład, porządek i błogi spokój, no i oczywiście przyniesie ze sobą dotychczas nieznany terror. Oczywiście to porównanie nie jest aż tak bardzo proste. Świat Orwella to jednak świat komunizmu – biedny i szary – natomiast ten w którym żyjemy my, to świat tak zwanej liberalnej demokracji i kapitalizmu z ludzką twarzą, gdzie jest i jasno i ciepło i kolorowo, a jeśli człowiekowi od czasu do czasu zrobi się smutno, to zawsze go będzie stać na to, by sobie coś ładnego kupić i w ten sposób się na pewien czas rozpogodzić. Mimo to jednak będę się upierał, że metoda egzekwowania posłuszeństwa, tu i tam jest dokładnie taka sama, oparta na kłamstwie właśnie i strachu przed tym, że owa woda w kranie stanie się któregoś dnia letnia nie do wytrzymania, a kto wie, czy też i nie bardziej żółtawa. I aby ów stan podporządkowania utrzymać, należy stworzyć i utrzymać stały system powszechnej manipulacji, obejmującej, jak mówię zarówno media, literaturę, kulturę oraz rynek tak zwanych dóbr pierwszej potrzeby, od zupek w proszku po tabletek na prostatę.
      A zatem, powtórzmy raz jeszcze, każdy z nas, kto choćby raz na jakiś czas się zatrzyma i rzuci okiem na świat, który go otacza, ma świadomość, że po tamtej stronie stoi niezmiennie owo straszne, niezgłębione kłamstwo, a tu gdzie stoimy my, toczy się walka o to, by się jakoś osłonić przed tym gradem pocisków. No i jeszcze coś, co sprawia, że ów pojedynek robi wrażenie wyjątkowo nierównego. Oto owemu strasznemu atakowi kłamstwa nieustannie towarzyszą płynące dokładnie z tej samej strony ostrzeżenia, byśmy pod żadnym pozorem nie dali sobą manipulować. Te same dokładnie siły, których jedynym celem jest nam zawrócić w głowie i odebrać wszystko co mamy, wciąż nam powtarzają: „Myśl samodzielnie”, „Nie ulegaj propagandzie”, „Miej swój rozum”, „Bądź sobą”, „Nie daj się ogłupić mediom”, „Ufaj swoim emocjom”, „Nie wierz politykom”, no i przede wszystkim „Czytaj dobre książki”, „Oglądaj wartościowe filmy”, „Chodź do teatru”, „Przeżywaj wysoką sztukę”.
      Ktoś mnie spyta, co mi strzeliło do głowy, by tracić czas na takie oczywistości. W końcu sam przed chwilą przyznałem, że każdy w miarę przytomny obserwator, wie jak jest. I to jest fakt, który musimy solidarnie uznać, jednak dzieje się od czasu do czasu też tak, że bezczelność owych kłamców przekracza nawet te granice, do których już się zdążyliśmy przyzwyczaić. Oto tygodnik „Newsweek” wypuścił specjalny numer w objętości niemal 150 stron i w obłędnej cenie 19,99 zł, o następującym tytule „Newsweek Extra – o propagandzie”. To oczywiście zaledwie tytuł, na samej okładce natomiast widzimy jak najbardziej rysunek maszynki do mielenia mięsa, tak by każdy z nas od początku wiedział, jak groźna w tym mieleniu potrafi być zmanipulowana propaganda, no i podtytuły: , „Nie daj się ogłupić – poradnik”, „Jak nami manipulują”, i jak najbardziej zapowiedź tego co w środku: „Nie dla trolli i fake newsów”, „Kościół: Jak utrzymuje rząd dusz”„Ciemny lud ich kupił: Putin, Orban, Trump, Kaczyński”, no i wachlarz najwybitniejszych autorów i jednocześnie, jak rozumiemy, również specjalistów od propagandy i manipulacji: Król, Lewicka, Michalski, Sierakowski, Varga, Warszawski. To oni nam tłumaczą, jak się mamy bronić przed kłamstwem propagandy.
      Wszyscy znamy tygodnik „Newsweek”, choćby z cotygodniowych okładek. Od wielu już lat, nawet nie będąc czytelnikami owego magazynu, jeśli ktoś nas w tej sprawie zaczepi, możemy mieć niemal stuprocentową pewność, że znajdziemy tam Jarosława Kaczyńskiego, z wykrzywioną, albo bezmyślnością, albo szaleństwem, twarzą, ewentualnie księdza głaszczącego po głowie małe dziecko. Podkreślam – od wielu lat, dla każdego w miarę uważnego obserwatora, jest oczywiste, że każdy kolejny numer „Newsweeka” będzie poświęcony albo wdeptywaniu w ziemię Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie oskarżaniu Kościoła o pedofilię, a ostatnio też Polaków o to, że są bandą śmierdzących dzikusów. To jest właśnie „Newsweek” i wie to każdy kto, jak mówię, w miarę uważnie przygląda się temu co się dzieje w publicznej przestrzeni. I w tym momencie ten sam „Newsweek” wypuszcza specjalny numer swojego magazynu, poświęcony rzekomo temu, by nas wszystkich zachęcić do samodzielnego myślenia i do nieulegania politycznej i obyczajowej propagandzie i manipulacjom.
      Wspomnieliśmy o okładkach „Newsweeka”. Zajrzyjmy więc do wnętrza specjalnego wydania owego tygodnika, którego rzekomą misją jest nauczenie nas samodzielnego myślenia. Jak już wspomniałem, oni z myślą o nas zadrukowali niemal 150 bogato ilustrowanych stron. Proszę sobie więc wyobrazić, że, pomijając normalne ilustracje, oraz zwyczajowe zdjęcia autorów, tam są wizerunki zaledwie kilku osób: Hitlera, Trumpa, Jaruzelskiego, Macierewicza i Orbana. Swoją drogą, ciekawe że najwięcej tu oberwał Orban właśnie, i to głównie tytułem poświęconego sobie tekstu: „Wielki brat z Archipelagu Gulasz”. Archipelag Gulasz. To jest naprawdę coś. Śladu komentarza, wyłącznie rzetelna polityczna analiza.
      No i jeszcze na koniec niejaki profesor Cwalina ze swoim poradnikiem zatytułowanym „Dziewiętnaście rad, jak nie dać sobą manipulować”. Wszystkie są naprawdę znakomite, mnie jednak osobiście najlepiej się spodobała rada numer 18: „Nawet jeśli poszukujesz rozrywki (przed telewizorem, komputerem, czy przy lekturze), nie wyłączaj czujności”. A zatem oto rada jak się nie dać zwieść bezwzględnym manipulatorom. Serdecznie Szanownemu Panu Profesorowi Cwalinie dziękuję. Na pewno zapamiętam i się zastosuję.
      Tymczasem siedzę tu dziś, gapię się w tę głupią czerwoną okładkę tego gówna, na które wydałem całe dwadzieścia złotych tylko po to, by Was zabawić i cholera mnie bierze. A zatem, jeśli ktoś uważa, że powyższa notka jest więcej warta, niż owo extra wydanie „Newsweeka”, zwracam się z grzeczną prośbą o refundację owych dwudziestu złotych. Wszelką nadwyżkę naturalnie przeznaczę na alkohol, który spożyję za zdrowie mojej wnuczki, co właśnie weszła w drugi tydzień swojego życia. Oto mój numer konta: 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.

Jednocześnie zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Serdecznie polecam.




niedziela, 28 maja 2017

Powrót reportera bez granic, czyli o tym jak Bronio się sfajdał

Jak już miałem okazję tu informować, z powodu niespodziewanych technicznych komplikacji związanych z wklejaniem obrazków, najpierw nie udało mi się przesłać tekstu, który sobie na dziś zaplanowałem, a następnie, w całym tym zamieszaniu, jak ostatni kretyn usunąłem sobotnią notkę o hyclach z ulicy Czerskiej. W związku z tym oryginalne plany musiałem odłożyć na później i zamiast przygotowanego tekstu, przedstawić swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Ponieważ jednak wszystko wskazuje na to, ze technika się odbiesiła, zrobię tak, że z wczorajszego oraz oryginalnego dzisiejszego tekstu uczynię jeden i go wrzucę tak, byśmy tę niedzielę mieli wypełnioną aż trzema notkami naraz. Proszę popatrzeć, co mi wyszło.


Jestem pewien, że przynajmniej część z czytelników tego bloga pamięta, jak to jeszcze w dawnych czasach, zanim w Smoleńsku doszło do pamiętnej rzezi, w Austrii odbywały się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przy okazji meczu między naszą drużyną, a gospodarzami, który miał zdecydować o ewentualnym awansie polskich piłkarzy do kolejnej rundy, na stadionie pojawili się prezydenci Austrii i Polski i owa obecność została odpowiednio pokazana w telewizji. To co z owego wydarzenia zapisało się w publicznej świadomości, to dwie rzeczy. Przede wszystkim, podsumowując grę polskiej drużyny, prezydent Kaczyński powiedział „dobry był Boruc bardzo”, z czego antypisowska propaganda stworzyła frazę: „Dobry był Borubar” i rozpropagowała ją na tyle skutecznie, że nikt już nie miał wątpliwości, że Kaczyński to idiota, któremu nagle wydało się, że polski bramkarz ma na nazwisko Borubar, no i od tej chwili to co dziś powszechnie określamy przy pomocy słowa „Smoleńsk” zaczęło przybierać bardzo realnych kształtów. To był prawdziwy hit, natomiast nieco w cieniu owego kłamstwa pojawiło się inne, w postaci rozpowszechnionego w Sieci przez „Agencję Gazeta” zdjęcia, na którym prezydent Lech Kaczyński rozkłada zwykły kibicowski szalik z napisem „Polska”, tyle że ów napis jest prezentowany do góry nogami. Wprawdzie już po chwili okazało się, że owo zdjęcie to zaledwie jedno z całej serii, wykonanej w momencie, gdy Prezydent dopiero rozkładał ów szalik, który już w kolejnej sekundzie znajdował się we właściwej pozycji, jednak ci kłamcy uznali, że trzeba publiczności pokazać akurat to jedno, tak by każdy raz już na zawsze wiedział, co to za nieszczęście z tego Prezydenta. No i odpowiedni przekaz poszedł i konsekwentnie się rozwijał i umacniał, aż doszło do ostatecznego rozwiązania, kiedy to ktoś zdecydował, że trzeba jednak pokazać „temu durniowi”, gdzie jego miejsce i ów pomysł, jak wiemy, został zrealizowany nad wyraz skutecznie.
     I oto ledwo co wczoraj, z górą siedem lat po tamtej zbrodni, dokładnie ci sami ludzie, którzy wówczas tworzyli odpowiednie dla niej podstawy, opublikowali krótki film ze szczytu NATO w Brukseli, na którym, z użyciem doskonale już sprawdzonych metod, spróbowali ukazać prezydenta Andrzeja Dudę jako wiejskiego głupka. Przy pomocy serii wyrwanych z kontekstu ujęć, odpowiedniego montażu, oraz bardzo wyraźnego komentarza, wysłali w świat informację, że prezydent Duda podczas szczytu był albo pijany, albo znajdował się w stanie poważnego psychicznego kryzysu. Sam zresztą sposób, w jaki redaktorzy „Wyborczej” zdecydowali się ową prezentację zatytułować, nie pozostawiał jakichkolwiek wątpliwości, co do ich zbrodniczych wręcz intencji: „Dziwne gesty i śmiechy. Prezydent Andrzej Duda na szczycie NATO zachowywał się bardzo specyficznie”.
      Jak mówię, ów klip stanowi serię bardzo prymitywnych manipulacji, na omawianie których nie ma tu miejsca, natomiast warto zwrócić uwagę na zdjęcie, które całość zapowiada. Widać część brukselskiego towarzystwa, jak pozuje do wspólnego zdjęcia, Andrzej Duda natomiast, w geście zwycięstwa, zupełnie bez sensu, unosi do góry kciuki. I tu znów, jak się okazuje, reporter „Gazety Wyborczej” wykonał całą serię zdjęć, na których zebrani politycy przygotowują się do zajęcia swoich miejsc i przybrania odpowiednich pozycji, i każdy z nich albo się śmieje, albo gestykuluje, albo jeden drugiego poszturchuje, ewentualnie robi jakieś miny, a prezydent Duda akurat wykonuje owo klasyczne „thumbs up”. I to jest akurat ten ułamek sekundy, kiedy to stojący obok niego Macron i Merkel już skończyli, ewentualnie jeszcze nie zaczęli, Duda unosi te kciuki, a ów killer z „Wyborczej” uznał, że to jest moment, by nacisnąć spust. A więc, jak widzimy, wszystko tu stare, stare są hycle...
      Oczywiście, to wszystko jest bardzo smutne, czasem wręcz przerażające, ja jednak mam dla tego cwaniaka, który to wszystko sobie tak sprytnie obmyślił, wiadomość, która mu się raczej nie spodoba. Twój czas już minął. Na wszystko jest już za późno. Jeszcze chwila i nie pozostanie po tobie choćby i pierdnięcie. Już jest po tobie. Mieliście zabić obu i gdybyście się tylko odpowiednio spisali, dziś nie byłoby ani Dudy ani waszej nienawiści. A tak, tę robotę zwyczajnie spapraliście. Wszystko spieprzyliście, więc dziś możecie sobie te wasze grepsy wsadzić w swoje brązowe dziurki. Choćby i wzajemnie.
I tu bym mógł skończyć ten ponury dość tekst, gdyby nie coś co mnie samego zaskoczyło i wprawiło w zupełnie nie najgorszy humor. Oto właśnie znalazłem w sieci ujęcie, choć jeszcze z roku 2010, to już po tym jak władzę przejęły władzy gangi, jak to wówczas ani już Lech Kaczyński, ani jeszcze Andrzej Duda, lecz sam ledwo co upieczony prezydent Bronisław Komorowski zadaje szyku na szczycie NATO w Lizbonie.
Ja wiem, że to jest chwila. Zdaję sobie sprawę z tego, co może zrobić z człowiekiem współczesna technika. Ale czyż nie o tym właśnie w ten czy inny sposób rozmawiamy od lat? Tym bardziej jednak uważam, że powinniśmy dziś wszyscy rzucić okiem na to, do czego tam w owym mgnieniu oka doszło. Czy słyszymy ten rechot, że oto prezydent się nam posrał? Nie? Ciekawe. A cóż to się stało? Czyżby kogoś zatkało?







Z przyjemnością ponawiam apel o nawiedzanie naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie sprzedajemy nasze książki. Polecam.

sobota, 22 kwietnia 2017

Na co mediom potrzebny jest papież Franciszek?

Chciałbym dziś zaproponować tekst, który już jakiś czas temu opublikowałem na portalu papug.pl, a dziś nic nie stoi na przeszkodzi, by ukazał się również tutaj. Wprawdzie bezpośrednia przyczyna, dla której on w powstał w pierwszej kolejności, zdążyła się zagubić w szumie innych mniej lub bardziej istotnych wiadomości , niemniej sam temat pozostaje jak najbardziej aktualny i, jak się obawiam, taki pozostanie jeszcze bardzo długo. A zatem, proszę posłuchać.



      Niedawno papież Franciszek ponownie zabrał głos w sprawach kondycji w jakiej znajdujemy się my z naszą Wiarą i oczywiście, tak jak to bywa w przypadku większości wypowiedzi papieża, w jednej niemal chwili podniosła się odpowiednia wrzawa. Co zatem takiego powiedział Franciszek, że niemal całe światowe media uznały za stosowne nas o tym poinformować? Otóż myśl papieska była taka, że na niektórych z nas nie ma kary, bo przez swoje zachowanie dajemy złe świadectwo, kompromitujemy naszą wspólną katolicką wiarę i w efekcie doprowadzamy do tego, że tu i ówdzie pojawiają się głosy, że „lepiej jest być ateistą niż zakłamanym katolikiem” (to prasa światowa), ewentualnie, że „lepiej jest być ateistą, niż chrześcijaninem” (to już nasz tvn24.pl), czy wreszcie „lepiej być ateistą, niż hipokrytą” (to już z kolei Radio Zet). A to jest grzech straszny. Tymczasem, wspomniane media zacytowały te słowa jako głos Franciszka. Czy to brytyjski „Guardian”, czy nasz TVN, czy kto tam jeszcze postanowił sprawę skomentować, swoje doniesienie zaczynał niezmiennie od frazy „Papież Franciszek: lepiej…”, no i dalej już wedle uznania tych, którzy lepiej płacą.
      Ile razy znajduję przykład bardziej bezczelnej manipulacji czy to naszych mediów, czy mediów światowych, w pierwszym odruchu oczywiście mam ochotę protestować, jednak po chwili się reflektuję i wyjaśniam sobie, że to jest coś, co nas tak naprawdę już od dawna nie dotyczy, na co nie mamy wpływu i z czym tak naprawdę nie powinniśmy się brać za bary, bo i tak tego starcia nie wygramy. I przyznam z dumą, że radzę sobie z tym czymś dość dobrze, co muszą przyznać wszyscy ci, którzy lubią odwiedzać prowadzony przez mnie blog. Naprawdę bowiem nie znajdziemy tam zbyt wielu tekstów, gdzie przyszło mi zgłaszać pretensje pod adresem mediów, że one manipulują. Tym razem jednak – może przez to, że, jak widać, tym razem doszło do przekrętu na skalę światową – nie wytrzymałem.
      O co tym razem mi chodzi? Otóż uważam, że o ile – a przyznaję to z autentycznym smutkiem – papież Franciszek w swoich kolejnych wypowiedziach wielokrotnie nie zachował, czy to odpowiedniej językowej precyzji, czy może ostrożności, by uniknąć owego ataku ze strony tych, którzy tak naprawdę życzą mu jak najgorzej, to tym razem powiedział on dokładnie to, co powiedzieć należało. A ta banda oszustów i tak znalazła sposób, by go spróbować w naszych oczach skompromitować.
      Od lat, dzień po dniu, zalewani jesteśmy wszelkiego rodzaju informacjami i ci z nas, którzy zostali wychowani w wierze, że są granice kłamstwa, których przekroczyć nie wypada, no a przede wszystkim się nie da, regularnie przyjmujemy jako wiarygodne kłamstwa, których bezczelność, gdybyśmy umieli ją przejrzeć, by nas wręcz powaliła. I tak się to ma w przypadku wspomnianej na początku informacji na temat rzekomej wypowiedzi papieża Franciszka.
      Pamiętajmy więc, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie znają wstydu, a którzy jednocześnie są na tyle zdesperowani, by działać w przekonaniu, że liczy się tylko to, co się dzieje w tym momencie, a gdy chodzi o jutro, to równie dobrze ten świat może się skończyć. W tej sytuacji, nie pozostaje nam nic innego jak nie pozwolić sobie wydrzeć tego, bez czego pozostaniemy kompletnie bezbronni, a więc też tego, co papież Franciszek, w pewnym sensie bohater dzisiejszej notki, tak pięknie swego czasu nazwał „rozeznaniem”.


Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

By pozostać wiernym i nie zwariować

           Szedłem sobie wczoraj rano z psem na spacer, patrzyłem na zachmurzone niebo i po raz kolejny tej jesieni zacząłem się zastanawiać, jak to jest, że pogoda ostatnio zmienia się w taki sposób, że jeśli jednego dnia budzimy się i widzimy idealnie pogodne niebo, możemy być pewni, że jutro będzie smutno i pochmurnie, następnego dnia spadnie śnieg z deszczem, a po nim – dokładnie na jeden dzień wyjdzie słońce, a niebo znów będzie ślicznie błękitne, tylko po to, by już następnego dnia wszystko to cholera wzięła. O ile sobie przypominam, dotychczas było tak, że tak zwane fronty, nawet jeśli utrzymywały się zaledwie przez kilka dni, to jednak parę tych dni było. Jak mi się zdaje, nigdy nie było tak, by każdy dzień przynosił kompletnie inną pogodę i by ten cykl można było przewidywać z taką dokładnością. Weźmy chociaż miniony weekend. Sobotnie przedpołudnie było tak piękne, że wszyscy spotkani przeze mnie ludzie nie mogli się nadziwić, że wreszcie mamy idealną zimę, wprawdzie niemal zupełnie bez śniegu, ale ze zdrowym mrozem i z tym cudownie bezchmurnym niebem, no a ja im mówiłem, że zobaczycie, jak jutro znów będzie brzydko.
     Szedłem sobie więc z psem przez ten brzydki, niedzielny poranek i nagle spotkaliśmy znajomego psa z jego właścicielem, w pewnym sensie moim kolegą, osobą niezwykle ciekawą i sympatyczną i proszę sobie wyobrazić, że zanim zdążyłem się go zapytać, czy zna może jakiegoś meteorologa, on nawet nie robiąc wstępu, z miejsca zawołał: „No i co? Mamy jeszcze ten kraj, czy już nam go zabrali?” Ponieważ mimo że znamy się stosunkowo blisko, to, jak to bywa z psiarzami, jednak przelotnie, od razu powiedziałem znajomemu, że „jestem pisowcem” i raczej nie znajdzie we mnie partnera do użalania się nad władzą. On się szczęśliwie nie obraził, co tylko potwierdza moją opinię, że to jest bardzo miły człowiek, natomiast, owszem, zaczął mi tłumaczyć, że w Polsce dzieje się bardzo źle, że zagrożona jest demokracja, że władza zaczyna powoli wprowadzać terror i że on się osobiście bardzo, ale to bardzo martwi o naszą przyszłość. Ja oczywiście w żaden sposób nie próbowałem prostować jego ścieżek, wręcz przeciwnie, informowałem go, że ludzi o jego przekonaniach jest w Polsce bardzo dużo, podobnie jak bardzo dużo jest tych, którzy uważają, że on zdecydowanie się myli i że ów społeczny klincz, jaki od kilku lat przeżywamy, jest zjawiskiem całkowicie normalnym również za granicą, w ostatnich tygodniach choćby nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie awantury z powodu wygranej Trumpa są tak emocjonujące, że jedni deklarują chęć emigracji do Kanady, a reszta się normalnie bierze za łby i to często w sensie dosłownym, a reszta normalnie płacze. Podobnie jest w Niemczech, we Francji, w Wielkiej Brytanii, w Austrii, czy w Holandii. Światowa polityka bowiem od pewnego czasu skręciła w stronę, gdzie jest już tylko ideologia, która w dodatku poddana jest tak intensywnej obróbce propagandowej, z zastosowaniem najbardziej zaawansowanych technik manipulacji, że jedyne co wobec tego możemy zrobić, to – nie rezygnując oczywiście z naszych poglądów – zachować zimny spokój i stałą świadomość tego, że jesteśmy w sposób wyjątkowo brutalny manipulowani.
     Mówiłem to mojemu znajomemu, a on mi na to, że mnie jest łatwo zachowywać spokój, bo jestem stary, moje życie w znacznym stopniu związane było z PRL-em, więc ja wiem, co to jest terror, przemoc i brak demokracji. Ja mu więc na to, że co to jest terror, przemoc i brak demokracji, ja wiem niekoniecznie z czasów PRL-u, ale i tak nie o tym chcę rozmawiać, bo tu nie mamy szansy na jakiekolwiek porozumienie dopóki on nie zaakceptuje faktu, że wszyscy i my i oni, tu w Polsce i tam w Ameryce, czy w Niemczech, jesteśmy wystawieni na manipulację, która inaczej niż w czasach dawnego PRL-u, próbuje opanować nasze dusze i serca. Nie przekonania, ale właśnie dusze i serca, i że „inni szatani są tu czynni”.
      On mi więc zaczyna opowiadać o Trybunale Konstytucyjnym, o tym, jak ważna jest kontrola władzy i jak ważne jest to, by ów Trybunał odebrać PiS-owi, ja mu na to, że tam dziś jest zaledwie pięciu sędziów pisowskich, on na to, że owszem, ale za to trzech wybranych demokratycznie nie może orzekać, no i w tym momencie ja już musiałem wracać, bo zbliżała się pora niedzielnej mszy, więc umówiliśmy się na dalszą pogawędkę w innym terminie i rozstali w zgodzie, a ja już na sam koniec zaapelowałem do niego, by nie liczył na zgodę, bo ona jest już niemożliwa, natomiast musimy walczyć o to, by jak najwięcej osób zrozumiało, że jesteśmy tylko pionkami w grze, której ani nie rozumiemy, ani zrozumieć nie jesteśmy w stanie. Bo tylko to pozwoli nam uzyskać odpowiedni dystans, choćby po to, byśmy w chwili gdy zostaniemy zaatakowani, umieli spojrzeć w niebo i zamyślić się nad tym, czy Święta będą ładne i broń Boże nie dali się zaciągnąć tam, gdzie nie znajdziemy nic dla siebie.
       Opowiadam więc o tym naszym wczorajszym spotkaniu i tu mogę tylko powtórzyć to, co już powiedziałem, tyle że w sposób być może nieco bardziej uporządkowany. Otóż powiedzmy to sobie uczciwie: w momencie upadku Związku Sowieckiego stosowanie polityki bezpośredniego terroru z tak zwanego świata cywilizowanego zostało przeniesiona na tereny gospodarczo i finansowo okupowane, czyli do Afryki i Azji, tu na północy trwa już tylko wojna ideologiczna, do prowadzenia której zaangażowane są najtęższe umysły reprezentujące wszystkie możliwe dziedziny nauki o człowieku, o jego psychice i emocjach. Kiedyś już pisałem o tym w tekście tu http://toyah1.blogspot.com/2009/12/leszek-miller-kupi-sobie-nowa-plazme.html, poruszony takim oto komentarzem naszego kolegi Edwarda: „No proszę –  kilka lat temu myślałem, że współczesne apogeum buty i manipulacji mamy za sobą. Teraz jednak próbuję sobie wyobrazić Leszka Millera oglądającego jakiś aktualny serwis informacyjny. Widzę go jak oczarowany wpatruje się w ekran – wargi bezwiednie powtarzają słowa jego mistrzów. Czasami się roześmieje, odruchowo klepnie w uda lub z niedowierzaniem pokręci głową. Na zakończenie audycji westchnie”.
      Oto kluczowy fragment:
      „Przecież to nie jest tak, że Kwaśniewski kocha PRL z Jaruzelskim i z tym całym stanem wojennym, a III RP nienawidzi. On III RP podziwia i szanuje, on patrząc na III RP spuszcza skromnie oczy ze wstydu, on wie, że III RP to jest coś, czemu on może wyłącznie dziękować, on się na III RP nie może napatrzeć, on przy III RP robi się taaaaki malutki. Lecz właśnie tym bardziej dlatego, jemu jest przykro, kiedy ktoś nie chce nawet przyznać, że na początku tego sukcesu stał właśnie Generał ze swoim stanem wojennym. To właśnie wtedy, z początku trochę na ślepo, trochę nieświadomie, ale jednak to wtedy właśnie rozpoczęła się ta długa, mozolna droga, pełna prób i błędów do Polski, którą mamy dziś. Polski pięknych supermarketów, fantastycznych błyszczących samochodów, cudownych pałaców, w których mieszkają piękni, wykształceni ludzie. No i wreszcie tych różnorakich gazet, kanałów telewizyjnych i tej informacji – pełnej, kompletnej, starannie przygotowanej informacji dla tych wszystkich, którzy interesują się światem i polityką i których w ogóle ciekawi to co się wokół dzieje. Polski demokratycznej, Polski obfitej, Polski będącą wreszcie częścią Europy”.
      Wczoraj oglądałem migawki z zajść, jakie miały miejsce w Krakowie pod Wawelem, kiedy to tłum oburzonych obywateli zaatakował samochód wiozący Jarosława Kaczyńskiego, kiedy ten chciał się, jak co miesiąc, pomodlić na grobie brata.
       „and what i want to know is
        how do you like your blueeyed boy
        Mister Death?” (e.e.cummings)

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Na dziś proponuję: http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji.
Będzie jak znalazł.

       

wtorek, 22 grudnia 2015

By ta woda im w paszczach zamarzła

Gdy Andrzej Duda już w sposób dla każdego w miarę przytomnego człowieka szedł do zwycięstwa i coraz więcej ludzi w Kraju nabierało pewności, że mamy do czynienia z postacią historycznie wybitną, pomyślałem sobie, że kiedy on już zostanie tym prezydentem i zacznie realizować swoje zwykłe zadania, nie będzie takiej siły, która byłaby w stanie pozbawić go naturalnej zupełnie popularności. Uważałem, że prezydent Andrzej Duda nie będzie się musiał szczególnie wysilać, by Polacy widząc go jak jest – po prostu jest – prezydentem, go pokochali. Byłem szczerze przekonany, że on będzie coś tam podpisywał, z kimś się spotykał, wygłaszał jakieś oświadczenia, wylatywał do Paryża, Berlina, czy Nowego Jorku, a następnie szczęśliwie stamtąd wracał, my będziemy to oglądali w telewizji – niechby nawet i ze złośliwym komentarzem – a obraz będzie mówił sam za siebie.
Tak sobie myślałem, spokojnie czekając na to co musi nadejść, gdy oto nagle okazało się, że nie przewidziałem czegoś, co było tak naprawdę nie do przewidzenia, a okazało się tak fatalnie proste. Oto nasze niezastąpione media wpadły na pomysł, by, skoro tak się rzeczy mają, zachowywać się jakby prezydent Duda po swoim niezwykłym zwycięstwie popadł w letarg i tym sposobem zwolnił je z jakichkolwiek obowiązków. Pamiętamy wizytę – wizytę szczególną, bo pierwszą zagraniczną – belgijskiej pary królewskiej, gdzie od początku do końca szyk, z jakim oni byli tu przyjmowani, ale też z jakim prezentowała się nasza prezydencka para, pamiętamy tę niewyobrażalną pompę… i niemal całkowite milczenie mainstreamowych mediów.
Pamiętamy niedawną, niemal tygodniową, wizytę prezydenta Dudy w Chinach i pamiętamy też zamieszczane w różnych miejscach Sieci obrazki z chińskiej telewizji, pokazujące, jak bardzo to była z ich punktu widzenia ważna wizyta, no i oczywiście pamiętamy bardzo dobrze praktycznie jedyny moment, kiedy to nasze media zainteresowały się owym wydarzeniem i pokazały prezydenta Dudę, jak łapie równowagę na oblodzonym Murze, a potem jakieś chińskie dziecko, które sądziło, że oto do Chin przybył prezydent Holandii.
No i oczywiście mieliśmy wszyscy okazję obserwować zaledwie wczoraj, jak na zaproszenie prezydenta Dudy do Polski przybywają prezydenci państw Europy Środkowej, podczas niezwykle pięknej i symbolicznie ważnej uroczystości wygłaszając niezwykle dla Polski przyjazne wystąpienia… a mainstream nabiera wody w usta i milczy, milczy, milczy.
A więc, tak to się robi w Chicago, prawda? Skoro okazuje się, że mamy do czynienia z jakością, której nie jesteśmy w stanie pokonać, powinniśmy ją przemilczeć. Udać, żeśmy jej nie zauważyli.
Ostatnio publikowane sondaże wskazują, że poparcie dla Andrzeja Dudy mocno spada i w związku z tym publiczna debata kręci się wokół tego właśnie tematu: co takiego się stało, że Polacy czują się zawiedzeni prezydenturą, na którą często sami głosowali? Otóż stało się to, że mamy do czynienia z wojną, gdzie ani nie ma żadnych reguł, a jeńców się nie bierze. W tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale nie widzę najmniejszego powodu, by, cokolwiek się stanie, próbować się w jakikolwiek sposób emocjonalnie angażować. Mam już tylko jedno życzenie: niech zdechną. Do końca. I ostatecznie.

Mamy wtorek, pojutrze Wigilia, i nie wydaje mi się, by, jeśli ktoś nagle postanowił sobie kupić którąś z moich książek i liczył na to, że dostanie ją przed Świętami, był sens składać zamówienia. No ale po Świętach też wciąż będziemy w większości żyć. A zatem, jeśli ktoś ma ochotę, polecam naszą księgarnię pod adresem www.coryllus.pl. A tam choćby moją książkę o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Zapraszam.

piątek, 24 kwietnia 2015

Oni dzielą i rządzą, a my plujemy im pod nogi

Przed nami kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas wezmą sobie te słowa naprawdę do serca.

Jeśli pochylimy się nad polityczną historią Polski minionych 25 lat, to co nas powinno zastanowić, to sposób w jaki System rozgrywał nas za każdym razem, gdy decydowały się losy Państwa i Narodu. Rzecz mianowicie w tym, że tak naprawdę oni nigdy nie potrzebowali stosować wobec nas jakichś szczególnie przebiegłych technik manipulacyjnych, nie musieli opracowywać szczególnie wymyślnych sposobów kontrolowania publicznej świadomości, nie mieli najmniejszego powodu wreszcie, by powoływać jakieś specjalne grupy politycznego terroru. Wystarczyło skorzystać ze starej dobrej metody, tradycyjnie określanej nazwą „dziel i rządź” i ją na spokojnie realizować.
Przypomnijmy sobie czas, gdy po roku rządów gangu pod przywództwem Bronisława Geremka, doszło do wyborów prezydenckich, gdzie naprzeciwko Tadeusza Mazowieckiego stanął Lech Wałęsa, a przerażony perspektywą porażki System przeciwko Wałęsie wystawił niejakiego Stana Tymińskiego. Jest dziś oczywiście niełatwo opisać grę owych interesów, niemniej System zaliczył wówczas ciężką porażkę, a Tymiński, zamiast zneutralizować Wałęsę, wyeliminował z gry Mazowieckiego, co spowodowało, że wobec nowego prezydenta trzeba było użyć środków specjalnych.
Mam nadzieję, że pamiętamy też pierwsze prawdziwe wolne wybory parlamentarne roku 1991, kiedy to do Sejmu weszło 29 różnych – głównie prawicowych i wzajemnie skłóconych – ugrupowań, z których 11 wprowadziło zaledwie jednego posła. Jeśli ktoś myśli, że ja przesadzam, przypominam, że zwycięzca owych wyborów, czyli Unia Demokratyczna uzyskała 13,5% głosów, następni w kolejce komuniści – 13%, a cała reszta została podzielona między tak zwana „prawicę”. A teraz proszę bardzo wszystkich o minimum refleksji.
Pamiętamy zapewne wybory prezydenckie roku 1995, kiedy już było wiadomo, że Wałęsa to agent, z drugiej strony mieliśmy błękitną koszulę Aleksandra Kwaśniewskiego, a System, by ostatecznie doprowadzić do rozgrywki Wałęsa-Kwaśniewski, przeprowadził na prawicy taki festiwal patriotyzmu, że ostatecznie na placu boju został tylko… Wałęsa. Ja to pamiętam jak najgorszą zarazę.
Od roku 1990 mija 25 lat i pod pewnym szczególnym względem są one naznaczone dwoma stałymi – proszę mi wybaczyć to określenie – przekleństwami. Otóż z jednej strony, patriotyczna Polska tak naprawdę nigdy nie miała choćby jednego polityka, który potrafiłby skutecznie wystąpić przeciwko potędze Systemu, a z drugiej, ta sama Polska pozostawała tak okrutnie bezradna wobec tak żenująco prostego przekrętu, jak owo wspomniane wyżej „dziel i rządź”.
I oto po latach, niemal jak dar od Boga, pojawia się Andrzej Duda. I ani mi w głowie sugerować jego absolutną wybitność, ani mi w głowie twierdzić, że oto ktoś, kto nas ostatecznie wyzwoli. Nic podobnego. Żyjemy w czasach ostatecznych, natomiast ja twierdzę, że przed nami człowiek, który jest w stanie pokonać Bronisława Komorowskiego i dać nam choćby chwilę oddechu. A na to System wychodzi z tym samym co 25 lat temu przekrętem i stawia nam przed oczami prawdziwych tytanów: Grzegorza Brauna i Pawła Kukiza. Prawdziwych patriotów. A my kamieniejemy bezradni jak dzieci.
Mamy jeszcze niespełna trzy tygodnie. Proszę, opamiętajmy się.

Niezmiennie przypominam, że jeśli ktoś pragnie kupić sobie którąś z moich książek, najprościej będzie udać się do internetowej księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69 i złożyć zamówienie. Szczerze polecam.

piątek, 23 stycznia 2015

Jedziemy do Doniecka, czyli o epidemii zarazy sztokholmskiej

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby zapytać dziesięciu z nas, co naszym zdaniem Jarosław Kaczyński sądzi na temat Internetu, dziewięciu, odpowiedziałaby, że dla Kaczyńskiego Internet to piwo i gołe baby. Gdyby z kolei zapytać tych dziewięciu, skąd oni to wiedzą, wszyscy z całą pewnością odpowiedzieliby, że stąd, że on sam tak powiedział: Internet to piwo i gołe baby. Co więc może zrobić ta jedna osoba, która wie, że to jest nieprawda? Ta jedna osoba, która wie, że Jarosław Kaczyński tego nigdy nie powiedział i że każde słowo z tej przedziwnej opinii to czysty propagandowy wymysł, dokładnie taki sam, jak ów pamiętny „Borubar”? Tak naprawdę, nie można już zrobić nic, bo to już zaszło już zbyt daleko i tego kłamstwa nie rozbije już nic.
Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, opublikowany wiele lat temu przez portal Prawa i Sprawiedliwości, to była długa, pięciostronicowa rozmowa na przeróżne tematy, a kwestia Internetu pojawiła się dopiero pod sam koniec i przez Jarosława Kaczynskiego została skwitowana jednym zdaniem. Na pytanie mianowicie o to, jaka jest opinia Kaczyńskiego na temat akurat mocno dyskutowanej propozycji umożliwienia obywatelom głosowania przez Internet, Prezes odpowiedział, że jego zdaniem wybory to gest zbyt poważny, by można było ryzykować sytuację, kiedy to ktoś, między paroma piwami, a jednym pornograficznym filmikiem, zagłosuje sobie w wyborach. I tyle. Nic ponad to. Kropka. I od tego czasu do końca już świata o tym piwie i gołych babach nie zapomnimy.
Jak pewnie zauważyli czytelnicy tego bloga, już od bardzo długiego czasu nie pojawiają się tu tematy dotyczące kłamstw i manipulacji na poziomie reżimowej propagandy. Raz że ja już od wielu miesięcy staram się czerpać informacje na bieżące tematy tylko z Internetu własnie i taka telewizja TVN24 na przykład jest dziś dla mnie czymś równie obcym, jak „Gazeta Wyborcza”, dwa, że autentycznie mam wrażenie, że wszystko już było i nie ma naprawdę co tego w kółko wałkować, no a po trzecie wydaje mi się, że jest tyle rzeczy, które trzeba powiedzieć, że na analizowanie tego, co powiedziano w „Szkle Kontaktowym” zwyczajnie brakuje tu miejsca.
No i stało się. Z tego co czytam w relacjach w Internecie, odnoszę wrażenie, że od czasu owej pornografii przy flaszce piwa nie było w polskiej przestrzeni publicznej eksplozji tak brutalnego i bezczelnego kłamstwa. To kłamstwo jest tak porażające, że ja się przełamałem i rzuciłem okiem do telewizora. I oczywiście się nie zawiodłem. Wygląda na to, że temat Andrzeja Dudy, który wezwał polski rząd, prezydenta, Unię Europejską i NATO do wysłania polskich żołnierzy na Ukrainę, by tam walczyli z Rosją, będzie nam towarzyszył jeszcze kilka dobrych dni.
Wszyscy pewnie wiemy, o co poszło. Andrzej Duda udzielił wywiadu radiu RMF i poproszony o skomentowanie wcześniejszej wypowiedzi Zbigniewa Bujaka, odnośnie konieczności polskiego zaangażowania w wojnie na Ukrainie, powiedział co następuje:
„To zależy od pewnych relacji międzynarodowych. Jesteśmy członkiem NATO i uważam, że powinniśmy to respektować. Jeżeli to zostanie uzgodnione w obrębie NATO i jakieś siły NATO zostaną wysłane [tu już Duda zdania nie skończył]…”
I dalej:
„Wie pan, pamiętajmy o tym, że jeżeli już, to Polska mogłaby udzielić wsparcia, należałoby to rozważyć, to jest bardzo poważna decyzja. Trzeba by się było nad nią dobrze zastanowić”.
To jest długa rozmowa na różne tematy, kwestia Ukrainy pojawia się już na sam koniec, zresztą z zapowiedzią dziennikarza, że to jest już ostatnie pytanie, Duda mówi to co mówi, a portal rmf24.pl tytułuje całą rozmowę: „Polscy żołnierze w Doniecku? Polska mogłaby udzielić wsparcia”.
Ponieważ przede wszystkim ów przekręt zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie, ale również przez to, że niemal natychmiast głos zabrał Prezydent, Premier, Roman Giertych i pozostali politycy i dziennikarze związani z władzą, a za nimi komentarzy tak zwani niezależni, i wszyscy jak jeden mąż ogłosili co ogłosili, pomyślałem, że skomentuję to co się stało pewną drobną przypowiastką. W dość komentarzu na blogu niejakiego Roberta Bogdańskiego, który zarzucił Dudzie, że ten „nie do końca jasnymi wypowiedziami” prowokuje swoich przeciwników, napisałem co następuje:
„To niech Pan sobie wyobrazi, że Pańska żona pyta Pana, czy może sobie kupić samochód, na co Pan jej odpowiada‘To jest bardzo poważna decyzja. Trzeba by się było nad nią dobrze zastanowić’, i wtedy ona pędzi do dealera i kupuje sobie to auto, przekonana, że Pan się zgodził. Wtedy też Pan ją usprawiedliwi, przyznając, że Pański komunikat był‘nie do końca jasny’?”
I proszę sobie wyobrazić, że ów Bogdański, którego ani nie znam, ani tym bardziej nic do niego nie mam, udzielił mi odpowiedzi tak typowej, że aż się zakrztusiłem:
„Ładne :) Ale jednak nie przystaje do tej sytuacji”.
A więc tak to działa? To porównanie jest, owszem, ładne, ale do sytuacji nie przystaje? Problem w tym, że w mojej opowiastce, żona miała wiedzieć, że mąż na ten samochód zgody nie wyraził, natomiast prezydent Komorowski, premier Kopacz i cała reszta tych zakłamanych cwaniaków mogli zostać przez Dudę wprowadzeni w błąd i pretensje powinniśmy jednak kierować do Dudy?
Ponieważ pojawiły się głosy, że ten Bogdański to szef jakiejś ruskiej agencji prasowej, sprawdziłem go i otóż nie. On faktycznie był szefem agencji prasowej, tyle że nie ruskiej, ale założonej przez wolny świat dla niesienia prawdy rosyjskiemu społeczeństwu, natomiast faktycznie media ową informację podały w taki sposób, byśmy myśleli, że Bogdański to ruski agent. Magazyn „Press” zatytułował informację o awansie Bogdańskiego w następujący sposób: „Bogdański dyrektorem rosyjskiej agencji prasowej” i tam dopiero trzeba się przedrzeć przez całą już informacje, by się połapać, kto jest kim i gdzie.
Nie wiem, czemu oni to Bogdańskiemu zrobili. Zakładam jednak, że Bogdański to wie, no ale też wydawać by się mogło, że skoro wie, to powinien być bardziej wrażliwy na ten rodzaj agresji. Jak się okazuje, wrażliwy nie jest.
Czyżby tak zwany „syndrom sztokholmski”. Czyżby jakaś plaga?

Zapraszam wszystkich – może być i Bogdański – do zajrzenia do naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl. To jest coś, co Anglicy określają ładnym słowem „ultimate”. Dalej już szukać nie trzeba. Szczerze polecam.

środa, 21 stycznia 2015

Franciszek vs. Króliki - nokaut w 12 sekundzie

Już kilka dni po tym, jak nowym papieżem został kardynał Bergoglio przyjmując imię Franciszka, stanęliśmy wobec zjawiska raczej dość oryginalnego. Oto wszelkiej maści ateiści, agnostycy, antyklerykałowie, osoby tak zwane „wierzące, ale niepraktykujące”, czy wreszcie ci wszyscy, którzy w stosunku do spraw wiary zachowywali dotychczas zimną obojętność, nagle podnieśli głowy i oświadczyli, że jest im bardzo miło widzieć, że papieżem został jeden z nich. Ale wobec owego szaleństwa – bo to z czym mieliśmy do czynienia należy nazwać szaleństwem – nawet, jeśli była w nim dość perfidna metoda – a w sposób dość jednoznaczny była – zamiast solidarnego protestu osób pobożnych i pozornie wiernych Kościołowi przeciwko temu kłamstwu, mogliśmy zaobserwować coś wręcz przeciwnego, a mianowicie swego rodzaju przyjazne sprzężenie zwrotne. Im bardziej strona, że tak ją nazwiemy, bezbożna ogłaszała papieża Franciszka swoim sprzymierzeńcem, tym bardziej ludzie z Bogiem w sercu i medalikiem z Matką Boską na szyi, owszem, głosili sprzeciw, tyle że nie w stosunku do owych kłamców, ale jak najbardziej w stosunku do Ojca Świętego.
O co chodziło? Jakiego rodzaju pretensje do Franciszka kierowano. Otóż dokładnie te same, które bezbożne kłamstwo, propagowało, tyle że w formie laudacji. Mechanizm od początku był prosty i jest prosty wciąż: bezbożnicy ogłaszają, że Papież jest ich duchowym przywódcą, bo wsparł związki homoseksualne i wypowiedział się za dopuszczalnością aborcji, na co lud pobożny w jednej chwili, jak za panią matką, deklaruje swój wrogość wobec papieża – duszpasterza ludzi złych i podłych. Co im każe za każdym razem akceptować te kłamstwa? Jak to możliwe, że choćby ów bardzo wyraźny i jednoznaczny przekaż Franciszka, że ten kto się nie modli do Boga, ten się modli do Diabła nie jest już dla nich tak ważny, jak oczywiste plotki rozpuszczane przez media i osoby z mediów czerpiące całą swoją wiedzę o świecie? Otóż doszło do tego dlatego, że tak naprawdę zarówno jedna strona jak i druga, grzeszy najbardziej grzeszną gnuśnością, gdzie nie liczy się nic, jak tylko to, co człowiekowi podpowiedzą jego emocje i kompleksy. Ani jedni ani drudzy od samego początku choćby na jeden moment nie uznali za stosowne się nad swoim grzechem zadumać i zwyczajnie opamiętać. Od początku, niemal dzień za dniem mieliśmy do czynienia z zachowaniem typu bodziec – reakcja. Jak u małpy w ruskim laboratorium.
Kiedy przedwczoraj jeszcze, portal wpolityce.pl przedstawił wiadomość zatytułowaną „Śmiać się czy płakać. Papież: ‘To nieprawda, że dobrzy katolicy muszą być jak króliki i mieć dużo dzieci’. Najważniejsza jest odpowiedzialność”, a pod spodem, podany za PAP-em tekst informujący o tym, że papież Franciszek skrytykował rodziny wielodzietne i wezwał do posiadania nie więcej, niż trojga dzieci, pomyślałem sobie, że tym razem ja już do nich nie mam siły. Uznałem, że to jest stan, na który ja już ani nie mam rady, ani rady mieć nie chcę. I machnąłem na to opętanie ręką.
I oto dziś widzę, że redakcja portalu dokonała odpowiedniej autocenzury i z owego tytułu zostawiła tylko cytat z Franciszka i uwagę o odpowiedzialności. Ów szyderczy dylemat: „śmiać się, czy płakać” wyleciał w kosmos. Mało tego. Redakcja postanowiła do swoich szyderstw sprzed zaledwie 24 godzin wprowadzić podwójne uzupełnienie, najpierw w postaci napomnienia: „kilka zdań uzupełnienia zanim ulegniemy manipulacji”, a następnie bezpośredniego już ataku na „lewicowych” kłamców i ich „manipulacje i sztuczki interpretacyjne”.
O co poszło? O to co zawsze, a więc o fakt, że jak można się było od początku domyśleć, słowa papieża zostały od początku do końca wyrwane z kontekstu i zafałszowane, a część z nas – jak zawsze – zanurzona w swej gnuśności i kompleksach, owe kłamstwo dała sobie bez jednego protestu wdrukować w umysły i serca.
Oto faktyczne słowa papieża, będące zresztą odpowiedzią na pytanie dziennikarza dotyczące dramatycznej biedy, w jakiej żyją dzieci na Filipinach:
„Myślę, że liczba trojga dzieci w rodzinie, o której pan wspomniał – to mnie zabolało – to liczba, o której eksperci mówią, że jest ważna dla utrzymania populacji. Troje dzieci na jedną parę. Gdy ta liczba spada, wpadamy w inną skrajność, jak to się dzieje we Włoszech. Słyszałem – nie wiem, czy to prawda – że w 2024 r. nie będzie pieniędzy, aby wypłacać emerytury z powodu spadku populacji. Dlatego słowem kluczowym w odpowiedzi na tę kwestię, słowem, którego Kościół używa cały czas, i ja też, jest odpowiedzialne rodzicielstwo. Jak je osiągnąć? W dialogu. Każda osoba ze swym duszpasterzem poszukuje tego, co oznacza odpowiedzialne rodzicielstwo.
Wspominałem o kobiecie, która spodziewała się ósmego dziecka, mając już siedmioro, urodzonych przez cesarskie cięcie. To jest nieodpowiedzialność. Ta kobieta mogłaby odpowiedzieć: ‘Nie, ja ufam Bogu’. Ale, patrzcie, Bóg daje nam środki, by być odpowiedzialnymi. Niektórzy uważają, że – przepraszam za język – że aby być dobrymi katolikami, musimy być jak króliki. Nie. Rodzicielstwo odpowiedzialne. To jest jasne i dlatego w Kościele są grupy wsparcia dla małżeństw, są eksperci, są duszpasterze, do których można się zwrócić i jest wiele sposobów, które są dozwolone i które są pomocne. Dobrze, że pan o to spytał.
Inną ciekawą rzeczą w związku z tym jest to, że dla większości ludzi biednych dziecko jest skarbem. Prawdą jest, że także w tej kwestii trzeba być roztropnym, ale dla nich dziecko jest skarbem. Niektórzy mogliby powiedzieć, że ‘Pan Bóg wie, jak im pomóc’i być może niektórzy z nich nie byliby roztropni, to prawda. Ojcostwo (ma być) odpowiedzialne, ale trzeba też dostrzec hojność tego ojca i matki, którzy widzą skarb w każdym dziecku”.
Słowa te zostały najpierw przez światowe media pocięte na kawałki i poprzekręcane, ów przekręt został nam następnie powtórzony przez PAP, na co natychmiast odezwał się prawicowy portal wpolityce.pl, wykrzykując „śmiać się czy płakać?”, a po nim na Twitterze oczywiście wystąpił czołowy katolik III RP Tomasz Terlikowski i zagrzmiał:
„Jest mi zwyczajnie przykro, po tym, co usłyszałem od papieża Franciszka. Jeśli, jego zdaniem, jestem królikiem, a optymalną liczbą dzieci jest trójka, to może niech Franciszek wskaże, które z moich dzieci jest nieoptymalne, a może niepotrzebnych, i które uważa za mnożenie się jak króliki. Smutne jest, że z ust tego, który jest moim ojcem słyszę słowa zwyczajnie raniące i wpisujące się w logikę świata, a nie Ewangelii. W‘Ojcze nasz’ nie mówię:‘bądź wola Twoja, ale do trójki dzieci’, ale zwyczajnie ‘bądź wola Twoja’. Nie rozumiem słów papieża. I nie rozumiem, że można mówić o współuczestnictwie w stworzeniu jako o robieniu dzieci”.
Oto człowiek, który nie rozumie słów papieża, których ani nie zna, ani znać nawet nie potrzebuje, bo na tego akurat papieża ma już od dawna oko, i się tym bez cienia wstydu chwali publicznie. Oto gnuśność. Gnuśność jako grzech, wstyd i hańba.
Dziś już zostało wszystko wyjaśnione i kiedy można by się było spodziewać, że ci najlepsi z najlepszych powiedzą, co mają do powiedzenia, a następnie położą uszy po sobie i się choć raz w życiu zamkną choć na chwilę, w dalszym ciągu nas pouczają, pouczają i pouczają. Terlikowski zachęca papieża, żeby był może bardziej precyzyjny, bo on na przykład czasami jego słów zwyczajnie nie rozumie, dziennikarka portalu wpolityce.pl i tygodnika „W Sieci” Marzena Nykiel ostrzega nas, byśmy nie wierzyli lewicowym manipulatorom, natomiast sam szef tego interesu wspina się już na wyżyny hipokryzji i uderza w ton, który ma nam zamknąć rozum ostatecznie: „Sytuacja nie jest więc prosta – ani z perspektywy naszej, ani z lewicowego punktu widzenia. By ją rozeznać stawajmy jednak w prawdzie, a nie udawajmy, że odpowiednią interpretacją słów zmienimy ich sens, intencję i zamierzony skutek. Bo zaczyna to wyglądać jak obrona papieża przed… Franciszkiem”.
Jak czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, są chwilę, kiedy moja bezradność wobec pewnego rodzaju hucpy zmusza mnie do tego, by już się tylko odwołać do Psalmisty. Dotychczas wspomniana bezradność napadała mnie wyłącznie kiedy pisałem o tamtych, stojących u wrót piekieł. Dziś zaczynam się obawiać, że powoli przychodzi czas na tych, co nam od rana do wieczora pukają do okien. Lepiej żeby on jednak nie nadszedł.

Przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl można kupic moja najnowsza książkę zatytułowaną „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Uczciwie polecam, choćby jako amulet.

piątek, 9 stycznia 2015

Charlie Hebdon, czyli gdy System się śmieje

Syn mój przyniósł mi zamieszczone w Internecie zdjęcie, przedstawiające kilkanaście wczorajszych wydań największych w Europie tabloidów, bym zobaczył, jak to wszystkie z nich, z wyjątkiem dwóch, poświęciły swoje wydania na relacjonowanie francuskiego zamachu. I, jak się już pewnie domyślamy, owe dwie czarne owce na owym europejskim oceanie wzruszeń, to nasz „Fakt” i „Super Express”. Celem publikacji obrazka było oczywiście uświadomienie nam, jak to bardzo Polska odstaje od tego, co przywykliśmy nazywać Europą, i jak bardzo owo odstawanie zaczyna już mieć wymiar cywilizacyjny i kulturowy. Kontrast bowiem między tym, czym się wczoraj zajmowała Europa, a tym, co, jak uznali – jestem pewien, że bardzo dobrze poinformowani o stanie świadomości swoich czytelników – wydawcy naszych dwóch brukowców, był autentycznie porażający. Z jednej strony ta straszna masakra, ci islamiści dobijający policjanta, te wnętrza redakcyjnych pokoi jakby ocalałych z kataklizmu, te twarze zabójców i ich ofiar, a z drugiej najpierw coś o kamienicy Tuska, a potem… już nie pamiętam – chyba kłopoty którejś z piosenkarek, czy aktorek.
Patrzyłem na to świadectwo i powiem szczerze, że poczułem się naprawdę dumny. Czy to możliwe, pomyślałem sobie, że Polska na tle tego straszliwego kłamstwa, tej manipulacji i tego psychicznego terroru, wciąż jeszcze pozostaje swoistą wyspą? Czy to możliwe, że oni jeszcze do nas nie dotarli i najwyraźniej nie mają sposoby, by nas dopaść?
Strzelanina w Paryżu wywołała tu na blogach całą serię komentarzy i nie wiem, jak to się rozkładało gdzie indziej, ale nie mogłem nie zauważyć, że ogólny ton, jaki zapanował tutaj, wskazywał raczej, że my wolimy traktować to co się tam stało, jako kolejną, niewyjaśnioną, a dla nas stanowiącą ewentualnie pole do intelektualnych spekulacji, prowokację. Podstawowy ton wypowiedzi na tym blogu sprowadzał się bowiem do tego, że to wszystko, co się tam stało, to wynik jakichś ukrytych międzynarodowych rozgrywek, w których to głupie pismo z jego głupimi rysownikami pozostaje tylko narzędziem w rękach ludzi, których ani twarzy, ani nazwisk nie znamy. A skoro tak, to my sobie owszem możemy pogadać, ale żeby się jakoś szczególnie w ten cyrk angażować, to już może niekoniecznie. Właśnie się dowiadujemy, że rząd francuski obiecał sfinansować najbliższe wydanie „Charlie Hebdo”, który ukaże się w nakładzie 1 miliona egzemplarzy i, jak się można domyślać, każdy Francuz będzie sobie poczytywał za obowiązek to coś zakupić. Nie wiem, jak wyglądają pierwsze strony „Faktu” i „Super Expressu” dziś, możliwe że pojawiły się w międzyczasie jakieś naciski i coś się zmieniło, ale jeśli nawet, to wczorajsze świadectwo jest na tyle mocne, że można poczuć moc.
Dziś też ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w niej felieton, który pisałem oczywiście jeszcze przed zamachem w Paryżu, ale którego przesłanie jakimś cudem dokładnie się łączy z tym, co się tam stało. Nie będę więc czekał do niedzieli i już dziś proponuje, byśmy sobie poczytali to co tak naprawdę i tak wszyscy wiemy. My to wiemy. Oni nie. My tak. I niech to będzie powodem naszej satysfakcji.

Jestem pewien, że wielu z nas wie doskonale, że niemal wszystkie informacje, jakie się pojawiają publicznie, a traktowane są powszechnie, jako istotne, są wynikiem bardzo szczególnej manipulacji. I wcale przez to nie sugeruję, że one same w sobie są nieprawdziwe, czy jakoś szczególnie zmanipulowane – nic podobnego. Za nimi często stoi czysta prawda, rzecz natomiast w tym, że manipulacją jest fakt, iż to one akurat, a nie żadne inne, zostały przez System uznane za warte publikacji i rozpowszechnienia. A ja jestem pewien, że kogo jak kogo, ale czytelników „Warszawskiej Gazety” nie muszę zapewniać, że tego czego mamy nie wiedzieć dziś, dzisiaj się nie dowiemy, a tego czego mamy nie wiedzieć nigdy, nie dowiemy się nigdy.
Jak ów plan działa dokładnie, pokażę może na przykładzie najświeższej sensacji, gdzie okazuje się nagle, że przemówienia, jakie dotychczas wygłaszał w języku angielskim minister Radosław Sikorski, nie dość że były dla niego pisane przez byłego ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, niejakiego Crawforda, to jeszcze polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych Crawfordowi za tak zwane „konsultacje językowe” płaciło po 19 tysięcy złotych od sztuki.
I to jest oczywiście afera potrójna. Pomijając bowiem fakt, że nagle okazuje się, że z ową legendarną znajomością języka angielskiego przez Sikorskiego i jego światową pozycją wybitnego dyplomaty, to jest zwykły humbug, mamy do czynienia ze sprawę znacznie grubszą. Oto przede wszystkim okazuje się, że polskiemu szefowi dyplomacji przemówienia pisze ambasador obcego państwa – i sytuacji nie zmienia ani na jotę fakt, że owym ambasadorem nie jest jakiś ruski Wiaczesław, ale jak najbardziej nasz Charles – a jakby tego było mało, Brytyjczycy zamiast Sikorskiemu za tę przysługę coś odpalić, wręcz przeciwnie – biorą od niego ciężką kasę. Według wszelkich sensownych kryteriów, dużo za ciężką. A więc kolejna afera, czyż nie?
I oto nagle przypominamy sobie, że o owym Crawfordzie, jako bliskim kumplu Sikorskiego, słyszeliśmy już trzy lata temu, dokładnie przy tej samej okazji, a mianowicie podanej publicznie informacji, że to brytyjski wywiad Sikorskiemu pisze przemówienia, na których ten się następnie lansuje, jako wybitny oxfordczyk. Jeszcze bowiem w roku 2011, kiedy Sikorski ze swoim „wielkim” wystąpieniem odniósł rzekomy sukces w Berlinie, wszystkie główne media ujawniły „sensacyjną” informację, że owo przemówienie napisał Sikorskiemu Crawford. I co? I nic. Nastąpiło parę ogólnych oświadczeń, a po nich już tylko cisza i nikt więcej jakichkolwiek pytań nie zadawał… i teraz znów pojawia się sensacyjna rzekomo wiadomość, że Sikorskiemu przemówienia pisze obcy ambasador. I co? Tego akurat jeszcze nie wiemy. Natomiast rozwiązanie tej zagadki usłyszymy zapewne wkrótce. Możliwe że razem z rozwiązaniem kolejnej: kto i po co wypuścił komisarzycę Bieńkowską na wywiad dla kolorowego magazynu „Viva”, by ona się tam kompromitowała, plotąc coś na temat swojej pasji do numerologii, wróżb i horoskopów?
Czy ktoś mówił, że jest nudno?

Przypominam, że w księgarni Coryllusa na stronie www.coryllus.pl można cały czas zamawiać moje książki. Szczerze polecam – trzymajmy się prawdy.



wtorek, 15 lipca 2014

Czego nie pozwalają nam wiedzieć antykwaryści z City

W swoim dzisiejszym wpisie http://coryllus.salon24.pl/596269,cymelia-czyli-o-zydach-i-ich-aspiracjach, opisuje Coryllus zjawisko, co do którego dotychczas mogliśmy mieć zaledwie pewne podejrzenia, o którego istnieniu mieliśmy wystarczająco wiele informacji, które jednak wciąż pozostawało bardziej w sferze domysłów, niż czystych dowodów. Mam tu na myśli istnienie i działalność czegoś, co można nazwać mafią antykwaryczną. Powołując się na informacje zawarte w książce Karola Estreichera o pewnym zapomnianym krakowskim antykwariuszu Fabianie Himmelblau, pisze Coryllus tak:
„Czy już rozumiecie jaka jest funkcja profesorów uniwersyteckich? Jeszcze nie? To Wam ją objaśnię, otóż chodzi o to, by biorąc pieniądze z budżetu nieistniejącego w żadnym poza podatkowym wymiarem państwa, utrzymywać w głowach ludzi fikcję o przeszłej wielkości tego państwa. Celowi temu służą śmieci wymiecione z antykwariatu starego Fabiana, które dziś uchodzą za cymelia. Dlaczego – spytacie – uniwersytet sam nie zajmie się poszukiwaniem i gromadzeniem rzeczy naprawdę wartościowych? Dlaczego – jeśli już nie może tego robić – nie zajmie się edycją źródeł, a niechby i tak nędznych, jak te które otrzymał z łaski starego Fabiana, tak żeby chociaż zaburzyć te dziwne układy panujące na rynku treści ważnych, a naszym umysłom dać jakąś prawdziwą pożywkę, a nie makulaturę? Otóż uniwersytet nie może tego zrobić, bo wtedy do drzwi pana rektora zapukają koledzy Fabiana Himmelblaua uzbrojeni w szpadryny i noże. I skończą się żarty. Rynek antykwaryczny bowiem to sprawa poważna, o wiele poważniejsza niż narkotyki i ropa. Możecie się o tym sami przekonać kupując zapomnianą książkę Karola Estreichera, pod tytułem ‘Nie od razu Kraków zbudowano’”.
O co chodzi? Mówiąc krótko o to, co tak ładnie opisał George Orwell w zdaniu: „Kto kontroluje teraźniejszość, ten kontroluje przeszłość, a kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”, a co na interesującą nas dziś kwestię przekłada się tak: „Kto kontroluje antykwariaty, kontroluje przeszłość i definiuje przyszłość”. Szczerze polecam dzisiejszą notkę Coryllusa, natomiast od siebie chciałbym jeszcze raz nawiązać do książki Roya Moxhama traktującej o Wielkim Indyjskim Żywopłocie, oraz naturalnie mojego tekstu, poświęconego tej samej sprawie, a opublikowanego w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”. Jak może pamiętamy, ów żywopłot to zjawisko we współczesnym świecie niezwykłe w sposób podwójny: z jednej bowiem strony, mówimy o konstrukcji, która pod względem rangi i znaczenia może się równać tylko z Wielkim Murem Chińskim, a z drugiej, dzięki oczywistemu spiskowi tego właśnie, co Coryllus określił, jako mafię antykwaryczną, pozostaje niemal całkowicie nieznana. W XIX wieku Brytyjczycy przecięli kolonialne Indie z północy na południe naturalnym żywopłotem, wysokim i szerokim na cztery metry, ciągnącym się przez niemal 3 tysiące kilometrów, następnie, po wielu latach, ów „mur” rozebrali, na jego miejscu pobudowali drogi i autostrady, a wszelkie informacje na jego temat ukryli tak, by zwykły świat nigdy na temat jego istnienia nie usłyszał jednego słowa. Bardzo ciekawa jest historia, jak zatem jest to możliwe, że dziś, przynajmniej tutaj na tym blogu, o owym zywopłocie rozmawiamy? Posłuchajmy zatem samego Moxhama, człowieka, który przebił tę ścianę:
„Na rogu Charring Cross Road i Lichfield Street, w samym centrum Londynu, znajduje się antykwariat – Quinto. Przypadkowe kolekcje, często w bardzo kiepskim stanie, rzadko dają szanse na trafienie czegoś naprawdę wartościowego. Książki są najczęściej tanie, w dodatku zawsze można się jeszcze potargować. Pierwszy raz udałem się do Indii w roku 1992 i od tego czasu wracałem tam regularnie co rok. W miarę jak coraz bardziej interesowałem się kulturą i historią tego kraju, coraz więcej też na jego temat czytałem. Niektóre z tych książek były nowe, niektóre używane, ja jednak zawsze starałem się trzymać z daleka od drogich antykwariatów. Mimo to od czasu do czasu potrafiłem znaleźć coś prawdziwie rzadkiego i tak też było w przypadku Quinto.
To tam właśnie pod koniec roku 1995 za całe 25 funtów kupiłem ‘Rambles and Recollections of an Indian Official’, książkę napisaną przez Sir W.H. Cleemana. Jak na pozycję wydaną w roku 1893, z licznymi pieczątkami którejś z londyńskich bibliotek, oba pięknie oprawione w oliwkowy materiał tomy były w bardzo dobrym stanie. Z mojego punktu widzenia, 25 funtów to bardzo dużo pieniędzy – więcej, niż kiedykolwiek wcześniej zapłaciłem za używaną książkę – zachwycił mnie jednak tytuł. Miałem natomiast szczęście, że nigdy nie miałem ani dość pieniędzy, ani też zwyczaju, by kupować pierwsze wydania. Sytuację, w której pierwsze wydanie jest bardziej cenione od wydań kolejnych, gdzie i usunięte są błędy, a sam tekst jest często znacznie rozszerzony, zawsze uważałem za wyjątkowo absurdalną.
Książka Cleemana stanowiła fascynującą relację z podróży autora po Indiach w czasów ostatnich lat rządów Kompanii Wschodnioindyjskiej. Wędrując przez środkowe Indie na czele karawany prowadzonej przez słonie i konie, opisując napotkanych ludzi, głód i plemienne walki, religijne ceremonie i rytualne palenie wdów, miejscowych bandytów, trucicieli oraz czarowników, autor w pewnym momencie zamieścił rozdział zatytułowany „Cło w Indiach i formy jego egzekucji”, opisując tam głównie przypadki wymuszania przez celników na przemytnikach łapówek. Refleksje te zostały spisane, gdy karawana przemierzała okolice Horalu między Delhi a Agrą, można było się więc domyślać, że przewożony towar był obkładany podatkiem celnym, kiedy przekraczał granicę między zachodnimi prowincjami a Brytyjskimi Indiami… tyle że ja nigdy wcześniej nie słyszałem o tym, by punkty celne były stawiane setki kilometrów od wybrzeża, w samym sercu Indii.
Był to rozdział niezwykle interesujący. Co jednak zwróciło moją uwagę w sposób szczególny, to przypis dodany do kolejnego wydania przez któregoś z kolonialnych urzędników, cytującego jeszcze innego urzędnika, wuja Lyttona Stracheya, Sir Johna Stratcheya:„W celu zabezpieczenia skutecznego pobierania cła na sól, stopniowo skonstruowany został potężny system, któremu w całym cywilizowanym świecie nie dałoby się przeciwstawić niczego porównywalnego. Zbudowano granicę celną, która w roku 1869 przebiegała przez całe Indie od Indusu do Mahanadi w Madrasie, długa na 2300 mil, a więc wyznaczająca odległość z Londynu do Konstantynopola, pilnowana przez 12 tysięcy urzędników, utowrzoną głównie z potężnego, niemożliwego do przejścia żywopłotu złożonego z ciernistych drzew i krzewów”.
Żywopłot? Niemożliwe? Przejrzałem wszystkie dostępne historie Indii i nie znalazłem w nich jakiegokolwiek odniesienia do czegoś tego typu. Jest oczywiste, że biorąc pod uwagę kwestię podatku solnego i jego znaczenia od samego początku aż do uzyskania niepodległości, coś takiego musi mieć swoja rangę. Przecież mówimy o żywopłocie o wielkości nadzwyczajnej; mamy na myśli żywopłot, który musiał istnieć w świadomości dziadków ludzi wciąż jeszcze żyjących. Nie ma możliwości, żeby coś takiego mogło ulec kompletnemu zapomnieniu. Może Strachey się pomylił? Może ktoś go źle zacytował?
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, właśnie rozpoczynałem pracę konserwatora w bibliotece Univeristy of London. Przez kilka pierwszych miesięcy byłem tak zajęty, że nie miałem czasu i możliwości, by zajmować się swoimi osobistymi obsesjami. Również, jako że nie byłem zawodowym bibliotekarzem, potrzebowałem też nieco czasu, by nauczyć się obsługi choćby podstawowego systemu katalogowania informacji. W końcu, gdy zacząłem przeszukiwać katalogi, nie znalazłem nic. Dopiero w kwietniu 1996, w jednym z bardzo starych, papierowych, jeszcze nie wprowadzonych do pamięci komputera katalogów, trafiłem na pozycję sygnowaną przez Lyttona Stratcheya i jego brata Richarda, a zatytułowaną ‘The Finances and Public Works of India, 1869-1881’”.
W ten sposób Roy Moxham zaczyna swoją niezwykłą książkę o indyjskim żywopłocie, a dalej już mamy tylko kolejne tropy, a więc najpierw wizytę w India Office Records, gdzie Moxhamowi udostępniono stare roczniki urzędowych raportów dotyczących polityki celnej z lat Imperium, w których ostatecznie udało mu się odnaleźć wszystkie szczegóły tego niebywałego projektu, a następnie już kolejne wyjazdy do Indii w poszukiwaniu czy to ludzi, czy choćby miejsc, które odkryją przed nim ewentualne jego ślady. I tak własnie rozpoczęła się żmudna, trwająca kolejne cztery lata praca, zakończona powstaniem książki „The Great Hedge of India”. Do dziś, jedynej pozycji – pomijając głęboko ukryte w tysiącach kilometrów bibliotecznych półek archiwalne dokumenty – odsłaniającej ten niezwykły projekt Imperialnej Brytanii. Jak pisze sam Moxham, „tej tak bardzo ekscentrycznej demonstracji brytyjskiego obłędu”.
Ma więc rację Orwell, kiedy nam powtarza swoje słowa na temat metod kontroli zarówno dnia dzisiejszego, jak i wczorajszego, ale przed wszystkim jutra. Ma rację też Coryllus, kiedy zwraca nam uwagę na to, jak skutecznie ową kontrolę realizuje się dziś. No i wreszcie też my z całą pewnością mamy rację, mając na nich oko i nie spuszczając go z każdego ruchu tych czarnych rąk.

Jeszcze raz zachęcam wszystkich do korzystania z oferty księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wciąż jeszcze jest do nabycia trzeci numer „Szkoły Nawigatorów” ze wspomnianym tekstem na temat indyjskiej soli.Przy okazji bardzo prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 26 maja 2014

Gdy System pokazuje swoją wstrętną twarz

Jeśli idzie o wczorajsze wybory, a przyznać należy, że – choćby ze względów historycznych – bez komentarza ich zostawić nie wypada, muszę przyznać, że po raz pierwszy raz od czasów PRL-u pojawiła się w mojej głowie myśl, by machnąć na nie ręką. Proszę mnie nie zrozumieć źle: ja nawet nie brałem pod uwagę, że mogę na te wybory nie pójść, że mogę oddać nieważny głos, lub że mogę zagłosować na kogokolwiek innego niż na Bolesława Piechę, niemniej w pewnym momencie faktycznie pomyślałem sobie, że tu te matury, tu jeszcze trzeba znaleźć czas żeby pójść do kościoła, tu człowiek chętnie posiedziałby w domu, więc może by tak faktycznie sobie tym razem to wszystko darować?
No i jeszcze coś nowego. Moja młodsza córka już parę miesięcy temu oświadczyła, że ona na te wybory nie idzie, bo by jej było wstyd przed samą sobą. Ja oczywiście wolałbym, żeby się ona aż tak nie nadymała, ale jednak ją zrozumiałem, deklarację ową przyjąłem i nawet okiem nie mrugnąłem. Tu akurat jej sumienia łamać nie planowałem. Poszliśmy więc głosować bez niej, zgodnie z zasadą sformułowaną przez Korwina-Mikkego – wreszcie udało mi się dowiedzieć, że to się w ogóle odmienia – że rodziny głosują identycznie, jak głowa domu, mój syn zagłosował tak, jak moja córka, moja żona, tak jak mój syn, a ja tak, jak żona i wybraliśmy tego Piechę – człowieka, który w pewnym momencie życia znalazł w sobie tyle Łaski, by wyrwać się z prawdziwego piekła, a w związku z tym zasługuje na nasz każdy najlepszy gest, no a potem przynajmniej ja zająłem się swoimi sprawami, ani na nic nie licząc, ani się niczego nie bojąc.
I przyznam znów bardzo szczerze, że gdyby pierwsze, podane przez telewizję wyniki, były odwrotne, gdyby się okazało, że to PiS jednak uzyskał ten jeden procent nad Platformą, byłbym bardzo rozczarowany i smutny, bo za ten jeden procent to ja swoim rodakom serdecznie dziękuję, ale się obędę. Gdyby wczoraj wieczorem to PiS prowadził przed Platformą jednym procentem, a Jarosław Kaczyński ogłosił, że on bardzo dziękuję Polakom, że mu okazali takie zaufanie i potwierdzili jego przywództwo, to ja bym chyba już więcej na żadne wybory nie poszedł (w końcu mam już swoje lata i nie bardzo umiem sobie wyobrazić, by układ jaki dziś mamy, za mojego życia miał się jeszcze zmienić). Ale też gdyby nie wczorajsza wieczorna wypowiedź Donalda Tuska, który z powodu tego jednego procentu zaczął się znów koronować na ojca narodu, gdyby nie histeryczne wręcz demonstracje triumfu ze strony ludzi takich jak Julia Pitera, Ewa Kopacz, gdyby nie bardzo wreszcie przebiegłe analizy reżimowych socjologów wskazujących, że ten jeden procent nie ma znaczenia, bo liczy się wyłącznie znak, dziś pozostawałbym równie niewzruszony, jak niewzruszony byłem wczoraj. A tak, czuję dziś szczerą bardzo i niemal grzeszną satysfakcję. I już nie mogę się doczekać, aż usłyszę kolejne kłamstwa wylewające się z tych czarnych ust, że znak się nie liczy, bo to wszystko jest tylko matematyka.
Trochę żałuję, że kiedy po przeliczeniu 30 procent głosów PiS wyprzedził Platformę o 7 procent, nie mogłem patrzeć, jak kolejni z tych durniów schodzą na zawał, czy wylew. To by było coś. W sytuacji, gdy dla nich ów znak ma takie znaczenie, a jeszcze znak tak mocny, to nie ma nic piękniejszego widzieć, jak ów znak ich zwyczajnie zabija. No ale kiedy to się działo, spokojnie sobie spałem i ani tego nie widziałem, ani żadnych gulgotania nie słyszałem. I dziś już widzę, że System tego napięcia nie wytrzymał i wynik skorygował do poziomu, który mieliśmy jeszcze wczoraj. Trochę mniej więcej tak, jak to miało miejsce przy wyborach prezydenckich w 2010 roku. Do wieczora jeszcze trochę czasu zostało, więc wszystko przed nami. A ja, tak jak wczoraj w ciągu dnia i dziś, znów ani na nic nie czekam, ani niczego się nie boję.
Natomiast mam parę już bardzo indywidualnych refleksji odnośnie wyników tych wyborów. Przede wszystkim, sukces Korwina z jego punktu widzenia jest autentycznie historyczny. Chyba jeszcze nigdy dotychczas – no, może poza rokiem 1993 – ten dziwny człowiek nie miał okazji zademonstrować swojej przydatności i skuteczności z taką siłą, jak tym razem. System powinien być z niego dumny.
Bardzo jestem dumny z obywatelskiej postawy mieszkańców Bydgoszczy, którzy, co by o nich nie mówić, pokazali, że są rzeczy ważniejsze, niż brutalna propaganda i bezczelna przemoc. Nawet jeśli chodzi tylko o coś tak skromnego, jak nazwa ich miasta. A jednocześnie, widząc, że Jan Vincent Rostowski jednak zdołał sobie od wczoraj załatwić ten awans i że najwidoczniej są rzeczy, na które w konfrontacji z zawziętością Systemu, my już nigdy nie będziemy mieli wpływu, znów odczuwam autentyczny lęk.
Czuję autentyczny wstyd za mieszkańców Lublina, którzy pokazali, że im naprawdę jest wszystko jedno. Potwierdzam swoją najwyższą pogardę dla Ślązaków, którzy, nawet po tym, jak im System usunął sprzed nosa Kazimierza Kutza, pokazali, że im to w najmniejszym stopniu nie przeszkadza, bo oni i tak znajdą sposób, by pokazać swoje zniewolenie i znajdą kogoś, na kogo będą mogli tłumnie – owym tradycyjnym, śląskim, owczym pędem – zagłosować. Cieszę się bardzo, że poniósł tak piękną porażkę Paweł Zalewski; miło mi słyszeć, że Twój Ruch przepadł z takim hukiem; dobrze wiedzieć, że przegrali Jarosław Gowin i Andrzej Zybertowicz, a drugiej strony źle bardzo, że Bogdanowi Zdrojewskiemu udało się tak wyraźnie pokazać, że wystarczy przekroczyć granice przyzwoitości na poziomie dotychczas nieznanym, by za to odebrać swoją nagrodę. Ten popis był szczególnie przykry do zaakceptowania.
No i wreszcie miło mi widzieć, że, co by o nich nie mówić osobno, drużyna wystawiona przez Prawo i Sprawiedliwość robi zdecydowanie najlepsze wrażenie. Co by o nich nie mówić, to jednak prof. Legutko, czy prof. Krasnodębski z jednej strony, a Julia Pitera, czy Barbara Kudrycka, czy Marek Plura z drugiej nie pozostawiają miejsca na jakikolwiek komentarz.
A więc, jak widzimy, tak czy inaczej, pozostają nam już tylko te najdrobniejsze satysfakcje i trochę ponure smuteczki. I, jak mówię, nawet nie warto się nimi za bardzo przejmować, zwłaszcza gdy mamy świadomość, że dzień jest długi i pod wieczór może się równie dobrze okazać, że to jednak Platforma przegoniła PiS o całe 7 procent. Skupmy się więc na sprawach ważnych, na znakach, które mają znaczenie, a więc choćby na tym, że Wojciech Jaruzelski już w Krainie Grzybów.

Dla przypomnienia, wszystkie moje książki są do nabycia na stronie www.coryllus.pl. Polecam, zachęcam i gwarantuję pełna satysfakcję. A gdyby ktoś zechciał wesprzeć ten blog bezpośrednio, pod podanym obok numerem konta, będe bardzo szczerze zobowiązany. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...