Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weronika Pazura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weronika Pazura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2009

Cyngle pikują

Jeszcze wczoraj wieczorem wydarzyło się coś, co, jeśli wziąć pod uwagę moją pierwszą reakcję, powinno się było skończyć kolejnym i bardzo radosnym wpisem. Pomyślałem sobie jednak, że przede wszystkim Salon i tak już do rana będzie działał na zwolnionych obrotach, no a poza tym zawsze dobrze jest dać sobie trochę czasu na uporządkowanie myśli. A więc dziś właśnie pragnę się podzielić bardzo sympatyczną refleksją. System zgłupiał i wyraźnie pikuje.
O co poszło? Zupełnym przypadkiem – słowo daję, ja tego od chyba już pół roku nie oglądałem – wpadłem na sam początek programu Sekielskiego i Morozowskiego i osłupiałem. W tefauenowskim studio siedziała, wspominana tu niedawno przeze mnie w całej swej okazałości, Weronika Pazura, i opowiadała obu panom, jak to została bezwzględnie wykorzystana przez mitycznego już dziś agenta Tomasza z CBA. Z początku nie za bardzo się potrafiłem połapać, czemu ona akurat tam siedzi, a nie gdzieś pod kluczem, ale córka mi przypomniała, że ona chodzi po wolności z powodu kaucji, jaką na życzenie sądu wpłacili za nią jej kumple z branży. Uznałem więc, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie na długo jednak. Bowiem już po chwili, sposób prezentacji, jakim się popisali obaj pracownicy Mariusza Waltera zaczął w sposób tak ewidentny ewoluować w stronę już nawet nie najczarniejszej propagandy ostatniego dwudziestolecia, ale najbardziej szalonych ekscesów telewizji stanu wojennego, że autentycznie – jak mówię – zdębiałem.
Jeśli ktoś nie oglądał tej erupcji kłamstwa i manipulacji na poziomie pijanego menela z deską, to może krótko objaśnię, w czym rzecz. Morozowski z Sekielskim poprosili Pazurę – przypominam, że mówimy o osobie będącej na wolności wyłącznie dzięki wpłaconej kaucji – żeby opowiedziała o swoich przygodach, romantycznych i wszelkich innych, jakie przeżyła przez ostatnie kilkanaście miesięcy z inwigilującym ją agentem tajnych służb. I to nie po to, żebyśmy wszyscy zobaczyli, jak działają owe służby i jak pierwszej klasy agenci potrafią się brać za przestępców, ale po to, żeby ona mogła nam wszystkim wytłumaczyć, jakim to strasznie zakłamanym, bezwzględnym i fałszywym człowiekiem był ów Tomek. Mam nadzieję, że tę moją myśl przekazuję wystarczająco jasno. Dziennikarze poważnej stacji sprowadzają do studia osobę oficjalnie podejrzaną o przestępstwo, która znalazła się w swojej nędznej sytuacji dzięki niezwykle skutecznej pracy działającego pod przykryciem agenta. Mówimy o agencie, którego – co przecież jest jak najbardziej oczywiste i naturalne – tak naprawdę nie zna ani ona, ani oni, ani nikt z oglądających ten program, bo wszystko co o nim wiemy to to, co nam on i jego zwierzchnicy pozwolili ujrzeć jako prawdziwe. I wyposażeni w tę swoją jak najbardziej sztuczną wiedzę, mamy się dać teraz naciągnąć na najbardziej tanie wzruszenia.
Przecież to się zwyczajnie nie mieści w głowie. Poważni ludzie, w jak najbardziej poważnej telewizji, a nie w którymś z dziesiątek satelitarnych kanałów erotycznych, zachęcających skretyniałych onanistów do wyrzucania pieniędzy na zwykłe złudzenia, próbują normalnym ludziom wbić do głowy, że złudzenie właśnie nie jest w żadnej mierze złudzeniem, ale najbardziej prawdziwą prawdą. Weronika Pazura, osoba stojąca na progu ciężkiego oskarżenia o przestępstwa korupcyjne i nieszczęsnego końca swojej kilkuletniej kariery na tym niby-Zachodzie, rozpaczliwie łapie się resztek swojej wiary w to, że to wszystko czego przez ostatnie miesiące doświadczała, było jak najbardziej rzeczywistością, a tych dwóch bęcwałów w tym przekonaniu ją tylko utrzymuje.
Wszyscyśmy oglądali filmy, czy czytaliśmy książki, czy choćby słyszeliśmy historie o detektywach, agentach i tajnych policjantach. Niechby to choćby był – skoro już schodzimy na tak niski poziom – ten nieszczęsny Hans Kloss. Każde najbardziej głupie dziecko wie, że on (dla ewentualnych idiotów informacja: Kloss to postać fikcyjna) był prawdziwy tylko wtedy, gdy spotykał się z ruskimi, czy – niech już i tak będzie – polskimi bojownikami. Każdy dureń wie, ze jeśli Kloss uwodził jakąś Helgę, czy Ingrid, to nie był fałszywy, ani uroczy, ani zakłamany, ani szarmancki, ale wykonywał zadanie, na którego końcu było zabicie przełożonych tej Helgi, a pewnie i jej też przy okazji. Żadnemu, nawet najgorszemu debilowi, do głowy by nawet nie przyszło mieć do tego Klossa pretensję, że on jest oszustem. W dodatku zakłamanym. Wręcz odwrotnie. Cały urok Klossa, a idący za nim nasz do niego podziw, brał się właśnie stąd, że on tak potrafił te głupie Niemki kiwać.
Morozowski z Sekielskim natomiast zachowują się jak ktoś, kto gapi się w ten telewizor, patrzy jak Mikulski ciągnie do łóżka swoją koleżankę-aktorkę i nie dość, że aż się dusi z oburzenia, że on jest taki nieuczciwy i perfidny, to jeszcze uważa, że to wszystko się dzieje naprawdę. A w rezultacie tych swoich przeżyć, zaczyna głosić wszem i wobec, że agenci to jednak świnie, bo, co jak co, ale przynajmniej w stosunku do ładnych kobiet wypada być szczerym. No bo cóż ja mogę sobie myśleć o tych dwóch pajacach, kiedy słucham jak oni ze śmiertelną powagą, wciąż zadają tej nieszczęsnej Ukraince jedno i to samo pytanie: „Jaki był ten Tomasz?” „A jaki miał głos?” „A jakie oczy?” Tak jakby ona to miała kiedykolwiek wiedzieć. Jakby ona miała wiedzieć cokolwiek ponad to, co służby pozwoliły jej wiedzieć.
Mało tego. Kiedy już wreszcie ta biedna Pazura wypłakała się im w mankiety i mogła wreszcie pojechać do domu, czy gdzie ona tam mieszka, pokazali kolejnego przestępcę, tym razem już kompletnie zasłoniętego i jak najbardziej anonimowego, i jego dokładnie w ten sam sposób dawaj namawiać, by mówił, jaki to był ten Tomek. A ten już normalnie – że lubił wypić, zabawić się aż do porzygania, ale przy okazji był fałszywy, że aż strach! No bo i okłamał owego gangstera, że jest samotny i bez rodziny, że chce być jego przyjacielem i że w ogóle jest fajnym facetem. A to przecież, panie, potwór! Słuchałem tego wulkanu czystego idiotyzmu i z jednej strony byłem ciekawy, czy Morozowski z tym drugim cynglem też z takim napięciem oglądają te, wspomniane już przez mnie, telewizyjne dziwki i się licytują, która wyższa, która grubsza, a która sympatyczniejsza? A później dostają szału, kiedy ktoś im powie na przykład, że one mają grube tyłki, albo krzywe nogi, albo że one nawet nie potrafią mówić po polsku. Pewnie tak. Świadczyłoby o tym to, co jeden z drugim powiedzieli na koniec tego dziwnego programu. A mam tu na myśli to mianowicie, że oni absolutnie nie chcą decydować o tym, czy Pazura i ten drugi są przestępcami, czy nie, bo to akurat rozstrzygnie sąd, ale chcieliby tylko wiedzieć, czy agenci mogą aż tak perfidnie kłamać. Bo jeżeli tak, to przecież taki agent może okłamać każdego – i ciebie i mnie i was, drodzy widzowie też. I jak tu żyć w tak podstępnym świecie?
Nie chcę być jednak aż tak okrutny. Oni może i są już bardzo zdemoralizowani – również intelektualnie – przez to czym są i do czego służą, ale w końcu bez przesady. Oni muszą wiedzieć, że ten idiotyzm, który odstawili wczoraj w swoim programie niesie ich już wyłącznie w stronę autentycznej krawędzi. Muszą sobie zdawać sprawę, że wszelkie możliwe ruchy się zakończyły. Muszą to wiedzieć i oni i ich przełożeni, że to już jest jazda bardzo ostra. A jeśli chcemy wiedzieć, dlaczego mimo to, się na nią zdecydowali, odpowiedź musimy przyjąć tylko jedną. Oni muszą wiedzieć, że jest źle. Kamińskiego zdymisjonowali, CBA poddali powolnej ale systematycznej likwidacji, tylko – cholera! – czemu wszędzie taka cisza? Kamiński nic nie gada, jego zastępcy siedzą cicho, prasa nic nowego nie pisze, tylko wałkuje te podsłuchy. Nawet poprosili Kamińskiego albo kogoś ze starego CBA, żeby przyszli do studia i opowiedzieli, czy ten agent Tomek rzeczywiście taki przystojny i paskudny. Tak jakby naprawdę wierzyli, że to się może udać. Jak długo więc ma trwać ta cisza, zanim nagle to całe ich szare przedsięwzięcie, ten dziwaczny projekt, utonie w burzy, której nigdy wcześniej nie było i której oni mogą już zwyczajnie nie znieść? Dziś podobno Kamiński coś powiedział w Rzepie, jednak to wciąż jeszcze nie to. I jak tu żyć?
A więc postanowili wykonać jeszcze ten jeden ruch. Zakładając, że może ludzie są faktycznie jeszcze głupsi, niż nawet oni sobie to zaplanowali, i że gremialnie uwierzą w to, że James Bond to zły człowiek, a ta ruska swołocz to biedna zahukana panieneczka o dobrym i łatwowiernym sercu. No więc tu się akurat srodze zawiodą. Wprawdzie ja co raz słyszę, że gdzieś są jacyś ludzie, którzy albo ślą listy do aktorów z mydlanych oper, gdzie na nich krzyczą za to, że się w ostatnim odcinku tak brzydko zachowali, albo o tych już najbiedniejszych kobietach, które zakochują się w tych gawędziarzach z komórkowych sieci, naciągających ich na ciężkie tysiące złotych za parę słodkich słów na dobranoc. Ale to naprawdę na nic. Oni nawet nie chodzą do wyborów. A jak chodzą, to oddają nieważne głosy.

niedziela, 27 września 2009

Wiatr ze Wschodu

Wiem oczywiście, że mogę sobie zapewniać wszystkich o swojej niewinności do końca świata, a i tak fakty będą świadczyć przeciwko mnie. Więc wiem też, że najpierw zostanę oskarżony o obsesyjną niechęć do kobiet, następnie o nienawiść do kobiet pokrzywdzonych przez los, by w końcu wylądować na śmietniku historii tego pięknego portalu, jako kolejne wcielenie Adolfa Hitlera, albo któregoś z jego kompanów. Już dziś, na ułamek chwili pojawił się tu wpis, w którym zostałem ustawiony obok największych niemieckich zbrodniarzy i komentarz sugerujący mi rodzinne powiązania z „ukraińskimi rezunami”, ale – ponieważ wpadliśmy właśnie w fazę miłości i wybaczenia – oba teksty zostały natychmiast przez Administrację usunięte i zesłane w niebyt.
Fakt pozostaje faktem. Od kilku ostatnich wpisów dokuczam kobietom. Najpierw wziąłem się za piosenkarkę Sinead O’Connor, później za ofiarę swojego macierzyństwa, Alicję Tysiąc, a dziś, jakby tego wszystkiego było mało, siadam do tej klawiatury i zabieram się za nie byle kogo, bo za gwiazdkę, za byznysłoman, za symbol i ikonę naszego najbardziej skutecznego feminizmu i wszystkiego co w naszej Polsce najpiękniejsze i najbardziej prawdziwe, czyli za niejaką Weronikę cośtam Pazurę. Mało tego, właśnie szykuję się, by dokonać brutalnego zamachu na coś znacznie większego, niż symbol naszej przynależności do Nowego Wspaniałego Świata, ale – w wymiarze pewnie czysto lokalnym – na przyjazne stosunki Polsko-Ukraińskie. No ale co robić? Natury się nie pokona. Człowiek zły pozostanie zły, choćby kupił sobie plazmowy telewizor o ekranie 52 cale i oglądał wyłącznie, albo pogawędki Jolanty Kwaśniewskiej w TVN Style, albo Taniec z Gwiazdami w TVN TVN.
Czemu postanowiłem się przyczepić do tej Pazury? Jak to zwykle się dzieje w wypadku tekstów na tym blogu, powodów jest kilka, a – co może najważniejsze – one znacznie wyrastają ponad pozory. Sprawa polega na tym, że mnie Weronika cośtam Pazura kompletnie nie obchodzi. Ja do niedawna nie miałem o jej istnieniu zielonego pojęcia i jeśli dziś się dowiaduje o pozycji, jaką ona od lat zajmuje w świecie polskiej rozrywki, polskich mediów i polskiego biznesu i o tym, jak ona do tej pozycji doszła, to uważam, że tu żartów nie ma i że to jest najlepszy moment, by zjawisko, które prawdopodobnie w przyszłości będzie określane nazwiskiem tej damy, należycie opisać. Bo, jeśli wspomniałem o pozorach, to własnie mam na mysli to złudzenie, że tu może chodzić o jakąś tam Weronikę.
Weronika. Swoją drogą, jakież to piękne imię! Nie mogę się tu powstrzymać przed tą dygresją, bo kiedy myślę o tym, co spotkało panią Pazurę, widzę, jak strasznie się świat, na temat którego chciałem dziś kontynuować moją smutną refleksję, posunął od czasów, gdy K.C. Norwid pisał:
„I o to święte proszę, które noszą
Grzebień z promieni, i łzę mają w oku,
I z Weroniką od łkań się zanoszą
Na purpurowym obłoku - -”
No ale dość już tych inteligenckich dąsów. Bierzmy się za zło w najnowszym wydaniu. Dziś czytam najświeższą informację dotyczącą Weroniki cośtam Pazury, że oto mianowicie zostanie ona zwolniona z aresztu, jeśli ktoś za nią zapłaci 60 tysięcy złotych, czy 600 tych tysięcy, obojętne – z mojego punktu widzenia to i tak jest dokładnie wszystko jedno – a ja uważnie studiuję wszystkie informacje dotyczące tej Weroniki, a raczej post-post-post Weroniki (Norwid!) i wygląda mi na to, że już pod tym aresztem stoi kilku umyślnych z walizeczkami pełnymi gotówki, najpewniej wyglądających mniej więcej tak jak te chłopki z paskami na oczach (zdjęcie http://e3.pudelek.pl/p312/f01be8e8000043904aba3e02 dzięki uprzejmości nieocenionego portalu pudelek.pl

Być może ktoś słabo zorientowany zapyta, co to za towarzystwo. Wedle informacji podanych przez wspomniany portal, ta panienka to pani prezes Pazura, a ci obok, to nie wiadomo – albo klienci, albo dyrekcja. A to białe w środku to majtki.
Jak mówię, wszyscy ci, którzy już się zaczynają oblizywać, żądni mojej krwi, mogą na razie zająć się czymś o wiele ciekawszym, bo tematem tego wpisu pani Pazura jest tylko pozornie. Oczywiście, ona istnieje, jej historia jest jak najbardziej prawdziwa, a jeśli nawet ktoś w to nie wierzy, to w celu zapoznania się z faktami może choćby przeczytać sobie tekst w Rzepie http://www.rp.pl/artykul/368876_Wzloty_i_upadki_Weroniki_M_P_.html, w którym wszystko dokładnie jest podane, skąd się Weronika cośtam Pazura wzięła, jak się wspinała po kolejnych szczeblach kariery, jak trafiła tam gdzie jeszcze niedawno, zanim się za nią nie wzięło CBA, przebywała, no a przede wszystkim, cóż ona mogła robić w towarzystwie tych – nie bójmy się tego słowa – goodfellas.
To, jeśli idzie o fakty. Natomiast ja mam kilka materiałów przedstawiających już bardziej emocjonalną i ludzką stronę całego zagadnienia. Weźmy, dla przykładu, wywiad http://www.sukcesmagazyn.pl/art.php?action=view&catID=3&artID=249 , jakiego o sobie i swoim pełnym niezwykłych przypadków życiu, prezes Pazura, jeszcze nie tak dawno, opowiedziała magazynowi zatytułowanym – nomen omen – Sukces. Nie będę tu omawiał ani tych faktów, które podaje Rzepa,ani, tym bardziej, zawartości tego materiału promocyjnego, wykupionego w redakcji magazynu Sukces przez ludzi pani prezes Pazury, a zatytułowanego przez redakcję dowcipnie „wywiad”. Kto chce, niech sam sobie poczyta, a ja tymczasem przejdę do tego tekstu części końcowej i już zupełnie serio. Bo i sprawa akurat jest wyłącznie serio.
Przez wiele lat, szczególnie mam tu na uwadze lata ostatnie, byliśmy przyzwyczajani do opinii takiej mianowicie, że my, tu w Polsce, co by o nas nie mówić, jesteśmy już w strefie wpływów zachodnich. Słuchaliśmy informacji o tym, jak wygląda oficjalna i nieoficjalna sfera życia publicznego w Rosji, na Ukrainie, gdzieś na jakimś Zakaukaziu, oglądaliśmy te reportaże i czytaliśmy relacje z życia oligarchów, ludzi biznesu, mediów i polityki, tego całego półświatka, który stanowi ich naturalne środowisko. Czytaliśmy te nieprawdopodobne historie o dziewczynach, które w każdej rosyjskiej wiosce biorą udział w nieustannie organizowanych konkursach piękności, żyjących tą jedną nadzieją, że jeśli tylko im się uda zdobyć jedno z pierwszych miejsc, to może wyjadą do Moskwy i tam zostaną przygarnięte przez któregoś z mocnych ludzi, czy to mafii, czy organizacji przymafijnych. Przyjmowaliśmy te opowieści z zaciekawieniem i z jednoczesnym poczuciem wyższości, bo to jednak już nie my. Jednocześnie, ale to już bardzo nieoficjalnie, bardziej może w formie plotek, dochodziły do nas najróżniejsze informacje o tym, że to co się dzieje na najwyższych szczeblach politycznej, rozrywkowej, czy biznesowej drabiny u nas w Polsce mogłoby, gdybyśmy tylko poznali całą o tym prawdę, zwyczajnie nas zwalić z nóg. Informacje o tym, kto z kim, za co, gdzie i kiedy i jak. I oczywiście, część z nas, szczególnie ci, którzy zawsze lubią świeże historie byleby były maksymalnie ostro przyprawione, była zawsze skłonna w to wierzyć. Inni, z kolei, między innymi i ja, zachowywaliśmy równą rezerwę. I teraz dowiadujemy się wszyscy, że jedna z najbardziej popularnych gwiazd polskiej rozrywki, a jednocześnie jedna z najbardziej wpływowych osób biznesu, zaczynała swoją karierę od pracy jako emigrantka z Ukrainy, tancerka w klubach erotycznych, prostytutka, a następnie osoba do towarzystwa dla ewidentnych gangsterów. I dowiadujemy się dalej, że prowadząc ten rodzaj działalności, skończyła studia prawnicze, trafiła w sam środek polskiej śmietanki towarzyskiej, by ostatecznie skończyć jako wpływa kobieta biznesu i gwiazda mediów, szykująca swój autorski program dla największej prywatnej stacji telewizyjnej, i ostatecznie aresztowana przez CBA.
I proszę mi teraz powiedzieć, dlaczego ja mam sobie myśleć, że ona to taki niezwykły, jednorazowy przypadek Nikodema Dyzmy, zdarzający się tylko w taniej literaturze i raz na pół wieku w życiu? Dlaczego ja mam sądzić, że ta cała reszta ludzi estrady, polityki, dziennikarstwa, mediów, których elokwencję i szyk codziennie oglądamy w telewizji i których styl i urodę podziwiamy na okładkach kolorowych czasopism, to ludzie którzy są dokładnie tak jak ja zszokowani tym co się przydarzyło Weronice P? Otóż ja już w to nie wierzę. Jestem pełen podejrzeń w stosunku do każdego z nich. Nie będę wymieniał nazwisk, ale proszę bardzo, róbcie to sobie do woli, w zaciszu Waszych domów. Przypominajcie sobie wszystkie dowolne twarze i nazwiska ludzi znanych, ludzi sukcesu, ludzi, których inni ludzie sukcesu przyjęli do swojego grona, i którzy dziś wspólnie w ten czy inny sposób kształtują naszą obywatelską i publiczną świadomość.
I nie zapominajcie. Z Rosji do Polski jest w sumie bardzo niedaleko. Rzut kamieniem. Czasem, kiedy tylko się na chwilę przestanie gadać, można usłyszeć ten wiatr.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...