Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2009

Znów lezą

Nie jest źle! Polityka wciąż istnieje i działa. Wprawdzie jeszcze dziesięć minut temu, zupełnie się nie spodziewałem, że ta sekwencja wpisów o charakterze tak bardzo nie-politycznym może zostać w jakikolwiek sposób zakłócona, ale nagle wpadłem na Krzysztofa Leskiego, który u nas, w Salonie skomentował fakt założenia przez TVN podsłuchów na partyjnym spotkaniu Prawa i Sprawiedliwości http://krzysztofleski.salon24.pl/127980,ad-rem-czy-od-rzeczy . W pierwszej chwili myślałem, że powiem, co myślę o kolejnym przypadku, kiedy to Leski wlazł na płot i usiadł z jedną nogą po jednej stronie, a z dugą po drugiej, samemu Leskiemu, jednak, kiedy zacząłem pisać komentarz, zaobserwowałem, że to co piszę, robi się zdecydowanie za długie i wymaga stanowczo większego forum. Zatem, przełączyłem się na swój blog i – że pozwolę sobie zacytować Wieszcza – „mówię jak czuję, mówię jak muszę” o tym, że, wbrew temu, co uważa Krzysztof Leski, prawda nie leży po środku. I to prawie nigdy. Gdyby ktoś jeszcze nie

Między sztuką a szarym koszmarem

Kiedy powstawał wczorajszy mój wpis, najpierw w mojej głowie, a następnie już tu, na tym blogu, wiedziałem naturalnie, że zło które stało się jego tematem, ma dwa końce. Na jednym z nich, co oczywiste, stoi bezpośredni jego sprawca, czyli Roman Polański, natomiast na drugim ci wszyscy, którzy dziś, albo z wyrachowania, albo ze skrajnej bezmyślności, mu klaszczą. I kiedy piszę o klaskaniu, mam na myśli klaskanie dosłowne, a nie tylko zwykłe zrozumienie dla tego, co on przed ponad trzema dekadami zrobił temu dziecku, czy choćby ledwo wybaczenie. Mówię o autentycznym klaskaniu, którego wprawdzie na razie nie słychać, ale które już z całą pewnością widać i co do którego nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że kiedy on już opuści ten areszt i rozpocznie tryumfalny objazd swoich włości, to je usłyszymy. I będziemy patrzeć na te rozjaśnione szczęściem twarze i wiernie wyciągnięte dłonie, by i nas dotknął i by nas raczył zauważyć. I słuchać tego falującego zgiełku radości i ostatecznej sat

Usłyszeć ten syk

Z jednej strony z przykrością, a z drugiej, tylko ze zdziwieniem, stwierdziłem fakt, że cała seria ostatnich wpisów na tym blogu nie dotyczy już polityki. Z przykrością dlatego, że może to świadczyć o tym wprawdzie, że – jakoś tam podświadomie – uznałem, że w polityce sprawy idą w dobrym kierunku, ale też, może być i tak, że wręcz przeciwnie, nie ma już o czym gadać. Bo przyznać tu muszę, że kolejne tematy nie są wynikiem mojej przemyślanej decyzji. One pojawiają się dokładnie według wzoru, w jaki układają się moje codzienne myśli (i to jest właśnie kwestia tego zdziwienia). A, ostatnio, tak się jakoś dzieje, że ja o polityce zwyczajnie nie myślę. I, gdyby miało się okazać, że ze zwykłej rezygnacji, i zupełnie podświadomie, wyparłem z siebie wszelkie kwestie związane z moim pragnieniem, by ostatecznie ujrzeć Donalda Tuska i jego jedenastkę, na peryferiach polskiej polityki, to byłoby mi bardzo przykro. Polityka więc wisi gdzieś w najdalszej perspektywie, a ja patrzę przede wszystkim na

Wiatr ze Wschodu

Obraz
Wiem oczywiście, że mogę sobie zapewniać wszystkich o swojej niewinności do końca świata, a i tak fakty będą świadczyć przeciwko mnie. Więc wiem też, że najpierw zostanę oskarżony o obsesyjną niechęć do kobiet, następnie o nienawiść do kobiet pokrzywdzonych przez los, by w końcu wylądować na śmietniku historii tego pięknego portalu, jako kolejne wcielenie Adolfa Hitlera, albo któregoś z jego kompanów. Już dziś, na ułamek chwili pojawił się tu wpis, w którym zostałem ustawiony obok największych niemieckich zbrodniarzy i komentarz sugerujący mi rodzinne powiązania z „ukraińskimi rezunami”, ale – ponieważ wpadliśmy właśnie w fazę miłości i wybaczenia – oba teksty zostały natychmiast przez Administrację usunięte i zesłane w niebyt. Fakt pozostaje faktem. Od kilku ostatnich wpisów dokuczam kobietom. Najpierw wziąłem się za piosenkarkę Sinead O’Connor, później za ofiarę swojego macierzyństwa, Alicję Tysiąc, a dziś, jakby tego wszystkiego było mało, siadam do tej klawiatury i zabieram się za

Nowe technologie

Bardzo nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc – ani wtedy jeszcze, kiedy ona zaczynała swoją karierę, ani teraz – z kilku powodów, a wszystkie bardzo ważne. Pierwszy z nich jest kompletnie irracjonalny. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ona faktycznie ma na nazwisko Tysiąc, a przez to jest mi okropnie trudno uwierzyć, że ona istnieje. Oczywiście, oglądam czasem tę kobietę w tych jej karykaturalnie grubych szkłach, jak ją prowadzą z miejsca na miejsce i każą wykonywać najróżniejsze gesty, słyszę jej głos, jej historię, ale – pewnie właśnie przez to kompletnie komiksowe nazwisko – mam nieustanne poczucie, że ona jest częścią fikcji, wymyślonej na potrzeby pewnych bardzo niedobrych interesów. Że przyjdzie taki dzień, gdy Gazeta Wyborcza, lub TVN, na przykład, ogłoszą, ze to wszystko był tylko taki projekt, który miał coś tam udowodnić, lub choćby tylko sprowokować dyskusję. A Alicja Tysiąc okaże się jakąś dziennikarką, która zgodziła się na parę lat poświęcić dla tego eksperymentu, n

A więc wojna!

Niedługo będziemy mieli ciekawą rocznicę. Wprawdzie nie okrągłą, bo zaledwie siedemnastą, ale jednak rocznicę. 3 października 1992 roku, irlandzka piosenkarka Sinead O’Connor, wystąpiła w słynnym telewizyjnym programie amerykańskiej telewizji Saturday Night Live. Jako pierwszą, wykonała piosenkę Am I Not Your Girl? ze swojego najnowszego albumu. Artystce towarzyszył zespół. Drugi utwór, War Boba Marley’a Sinead wykonała a capella. Ubrana na biało, z ogoloną głową, otoczona świeczkami, w pełnym zbliżeniu kamer, zaśpiewała tę pieśń (inna sprawa, że absolutnie zjawiskowo!) i kończąc, ni stąd ni z owąd wyciągnęła zdjęcie Jana Pawła II, demonstracyjnie je potargała na strzępy i wrzasnęła: „Walczmy z prawdziwym wrogiem!” Stacja natychmiast przełączyła się na reklamy i rozpoczęła się awantura. W efekcie zdarzenia, na NBC została nałożona kara 2,5 mln dolarów, natomiast na samą O’Connor posypały się gromy. Podobno sam Frank Sinatra oświadczył, że „ma ochotę dać piosenkarce w pysk”, natomia

Tarantino

Podczas z jednych dyskusji, która miałem zaszczyt obserwować na moim blogu, któryś z komentatorów poprosił mnie o ekspertyzę na temat najnowszego filmu Tarantino ‘Inglourious Basterds’. Do dziś nie wiem, o co tak naprawdę chodziło. Jestem już od pewnego czasu przyzwyczajony do tego, że tu się często ze mną rozmawia na okrągło, zamiast walić prosto między oczy. Jeśli ktoś chce mi powiedziec, że jestem idiotą, to nie powie mi tego, jak normalnemu, średnio inteligentnemu wieśniakowi,. Ale zacznie odwoływać się do literatury, czy jakichś anegdot, które ani mi nic nie mówią, ani do mnie, siłą rzeczy, nie docierają. Więc nie wiem, o co chodziło z tym filmem. Ale, niewykluczone też, że jestem przewrażliwiony i sprawa była czysta jak złoto. Ktoś chciał po prostu wiedzieć, co sądzę o nowym filmie Tarantino. Więc, właściwie, powinienem być zadowolony, prawda? Byłem na tym filmie z żoną w minioną sobotę i – powiem szczerze – że już wcześniej chodziła mi po głowie myśl, żeby coś szczególnego na

O pożytkach z czerwonego karku

Już niemal pod sam koniec dyskusji pod poprzednim wpisem na tym blogu, w odpowiedzi na komentarz Giza z Trójmiasta, posłałem mu link z występem pewnego amatorskiego artysty ze Stanów Zjednoczonych dla programu America’s Got Talent. Dziś wklejam ten link ponownie i od razu mam pewną prośbę, a jednocześnie radę. Zanim zechcecie Państwo czytać ten wpis dalej, proszę jednak zapoznać się z tym, co znajduje się za tym linkiem. Tak będzie zdecydowanie lepiej. To tylko parę minut. … Jestem przekonany, że większość z tych, którzy właśnie skończyli oglądać ten kawałeczek jest wzruszona dokładnie tak samo, jak wzruszony byłem ja, a wczoraj – najprawdopodobniej także – mój kolega giz 3miasto. Ów Kevin Skinner poraża każdym swoim gestem, każdym swoim słowem i – wreszcie – każdym skrawkiem swojego talentu. On poraża choćby i nawet swoją obecnością. Tym że w ogóle jest. Że razem z nami zamieszkuję ten świat. Nie mam oczywiście wątpliwości, że można bez większego wysiłku znaleźć ludzi, którzy na to z

Kukiz

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOkozgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo. Oczywiście, wrzutki, o któr

Yes, I speak - part two

Jeszcze w czerwcu przedstawiłem tu wpis, w którym wyraziłem zażenowanie w związku z pewnym zjawiskiem, z jednej strony wyznaczającym nowe dla Polski czasy, a z drugiej tę nową Polskę jednak zawstydzającym. Poszło o panoszącą się w coraz większym stopniu obsesję na punkcie znajomości języków obcych http://toyah.salon24.pl/111051,yeah-i-speak. Mówiąc bardzo krótko, poszło o to, że, z mojego punktu widzenia, czyli z perspektywy kogoś kto potrafi tak naprawdę tylko jedno, a mianowicie uczyć języka angielskiego, powszechny poziom znajomości języków obcych – w tym przede wszystkim języka angielskiego – przez te wszystkie lata znacznie się podniósł i mnóstwo osób, szczególnie młodych, świetnie sobie na tym polu radzi. Co oczywiście jednak nie zmienia faktu, że te umiejętności są wciąż bylejakie. I dopóki wszyscy uczestnicy tej językowej rozgrywki znają swoje miejsce i nie wpadają w niepotrzebną histerię, to wszystko jest na swoim miejscu. Robi się znacznie gorzej, jeśli nagle, w tym wszystki

O ludobójstwie, o głodzie i o pięciu pieczątkach

Nie wiem absolutnie, jak to się stało, ale od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć, czyli mniej więcej tak długo, jak sięgam pamięcią, nienawidziłem wszystkiego co ruskie. Prawie wszystkiego, ale o tym później. Ta moja niechęć do rosyjskich sportowców, do rosyjskiego języka, do rosyjskiej nauki, i – jakże by inaczej – do rosyjskiej wielkomocarstwowej polityki była o tyle dziwna, że moi rodzice i dziadkowie nigdy szczególnie mnie w tym kierunku nie prowadzili. On sami, oczywiście, nie znosili w sposób naturalny komuny i całej duszącej nas bolszewii, ale, o ile sobie przypominam, ten temat nigdy nie dominował naszych rozmów. Kiedy próbuję zgadnąć, jak to się stało, ze przez tyle lat potrafiłem w sobie pielęgnować tę moją nienawiść, to dochodzę do wniosku, że może ma rację pewien mój dobry kolega, który twierdzi, że to jest wszystko kwestią tego, kim się było w poprzednim wcieleniu i – na ile go znam – to on pewnie by mi powiedział, że mnie zapewne bolszewicy zamordowali w Katyniu, lu

Krzesełko

Wczoraj, wśród najróżniejszych wiadomości, i ważnych i mniej ważnych, pojawiła się informacja, obiektywnie kompletnie nieistotna, a jednak w jakiś sposób poruszająca. Otóż dowiadujemy się, że w Zielonej Górze, podczas koncertu rapera Peji, zgromadzani miłośnicy polskiego hip-hopu pobili jakiegoś nastolatka, bo ten pokazał Peji tzw. faka i Peja poprosił swoich fanów, żeby pokazali „frajerowi”, jak kończą tacy jak on. Więc oni frajerowi wlali. Niestety ktoś nagrał zdarzenie na komórce, wysłał do TVN24 i wygląda na to, że artysta Peja będzie może mieć kłopoty. Jak mówię, cała historia wydaje się być pozbawiona jakiejkolwiek wagi. W końcu, tamtego wieczoru, z całą pewnością nie było to jedyne miejsce w Polsce, gdzie banda kiboli albo się wzajemnie pobiła, albo postanowiła wlać jednemu ze swoich. Co jeszcze ważniejsze, nie było to też jedyne miejsce w Polsce, gdzie jakiś gwiazdor – pisarz, aktor, muzyk, piosenkarz, dziennikarz… obojętne – postanowił po raz kolejny zrobić z siebie debila. W